Rok 1900, Parambil
Świeżo upieczonej pannie młodej śni się, że razem z kuzynkami pluska się w lagunie. Łapią za burtę niskiej, wąskiej łodzi i celowo wywracają ją do góry dnem, po czym wspinają się na nią. Brzegi rozbrzmiewają ich śmiechem.
Budzi się zdezorientowana.
Grzbiet chrapiącej góry u jej boku unosi się i opada. Thankamma. Tak. Pierwsza noc w Parambilu. Ta nazwa nie leży jej na języku, drażni ją jak nadłamany ząb. Dziewczynka nasłuchuje, ale z sąsiedniego pomieszczenia, gdzie śpi mąż, nie dochodzą żadne odgłosy. Ciało Thankammy przesłania drobnego chłopca - widać jedynie lśniące potargane włosy na jego głowie i spoczywającą tuż nad nią zwróconą wierzchem do góry dłoń.
Dziewczynka nadal nadstawia uszu. Czegoś brakuje. Nieobecność wytrąca ją z równowagi. Nagle dociera do niej, o co chodzi: nie słychać wody. Zatęskniła za jej szmerem, łagodzącym szeptem i wymyśliła go sobie we śnie.
Wczoraj razem z Thankammą dopłynęły na pokładzie vallum - prostej, wzmocnionej dobitymi w poprzek deskami dłubanki - do niewielkiej przystani. Po zejściu na ląd przecięły usianą uginającymi się od owoców kokosowcami rozległą łąkę; pasły się na niej cztery uwiązane na długich linach krowy. Potem przeszły pod baldachimem ocierających się o siebie, oklapłych i skrywających okazałe czerwone kiście liści bananowców. Powietrze było nasycone wonią drzewa chempaka. Kiedy na ich drodze pojawił się płytki strumień, pokonanie go ułatwiły trzy wystające z nurtu wytarte płaskie skałki. Nieco dalej strumień rozszerzał się i rozlewał w staw o brzegach gęsto porośniętych pandanem i karłowatymi palmami chenthengu o pomarańczowych kokosach. Tuż nad krawędzią stawu stał pochyły kamień do prania. Thankamma powiedziała, że tutaj dziewczynka będzie przychodziła się myć. Szmer strumienia dobrze wróżył. Dziewczynka już z łodzi wypatrywała domu, ale nie zobaczyła go nad rzeką. Musiał zatem stać gdzieś dalej, tyle że tutaj też go nie było.
- Cały ten teren, ponad pięćset akrów - odezwała się z dumą w głosie Thankamma, pokazując na prawo i na lewo - to właśnie Parambil. W większości pagórkowaty i w pierwotnym stanie. Z tego, co jako tako oczyszczono, jedynie niewielką część zajmują uprawy. Zanim twój mąż okiełznał tę dzicz, wszędzie tu rosła dżungla, molay.
Pięćset akrów. Miejsce, które do wczoraj było jej domem, zajmowało zaledwie dwa.
Szły dalej ścieżką wiodącą przez pole manioku, aż w końcu oczom dziewczynki ukazał się stojący na wzniesieniu, rysujący się na tle tarczy słonecznej budynek. Gdy go ujrzała, na dłuższą chwilę wbiła w niego spojrzenie, bo przecież miał pozostać jej domem już do końca życia. Zapadnięty w środkowej części i zakrzywiony na końcach ku górze dach wydał się pannie młodej cokolwiek znajomy; zwieszające się nisko wysunięte okapy zatrzymywały światło i zacieniały werandę. W jej głowie zrodziło się i nie dawało spokoju pytanie: dlaczego tutaj? Czemu nie przy strumieniu? Albo nad rzeką, która przynosi gości, wieści i wszystko, co dobre?
Teraz, leżąc na plecach, dziewczynka ogląda swój pokój. Wyszlifowane, zaimpregnowane olejem ściany wzniesiono z drewna tekowego, a nie z powszechnie występującego w tych stronach gatunku chlebowca. W górnej części konstrukcji znajduje się szczelina w kształcie krucyfiksu służąca do odprowadzania nadmiaru gorącego powietrza. Podwieszany sufit, będący ochroną przed upałem, również zbudowano z teczyny. W poprzek otworów okiennych zamontowano wąskie drewniane listewki umożliwiające swobodny przewiew. Są też oczywiście prowadzące na werandę dzielone drzwi; górna część jest otwarta na wiatr, dolna zamknięta, żeby do środka nie dostały się kury ani żadne beznogie stworzenia. Dom wygląda zupełnie jak ten, który dziewczynka opuściła, jest po prostu większy. Każdy thachan przestrzega tych samych pradawnych zasad vastu, od których nie odstępuje nikt, żaden hinduista ani chrześcijanin. Dla dobrego stolarza dom jest kawalerem, ziemia zaś - panną; sztuka polega na starannym dopasowaniu do siebie tych dwojga, dobraniu ich z taką finezją, z jaką astrolog układa horoskop. Gdy dom nawiedza tragedia bądź udręczony duch, mówi się, że winę ponosi niefortunne usytuowanie budynku. Dlatego dziewczynka powtarza w myśli: "Dlaczego tutaj, z dala od wody?".
Szelest liści i wyraźnie wyczuwalne drżenie przyprawiają jej serce o szybsze bicie. Jakiś kształt przy drzwiach przesłania światło gwiazd. Czy to duch domostwa przyszedł się przywitać? W następnej chwili w górnej połowie drzwi wyrasta bujny krzak, wdziera się do pokoju, a wokół niego wije się wielki wąż. Dziewczynka zastyga w bezruchu i nie jest w stanie nawet krzyknąć, choć wie, że zaraz spotka ją coś okropnego w tym tajemniczym, oddalonym od wody domu. Tylko czy... śmierć pachniałaby jaśminem?
Wyrwany z korzeniami krzew jaśminu unosi się w powietrzu trzymany przez słoniową trąbę. Kwietne gałązki przesuwają się ponad śpiącymi i zawisają nad dziewczynką, która nagle czuje na policzkach ciepły, wilgotny, prastary oddech. Oprószają ją drobinki ziemi.
Strach mija. Dziewczynka z wahaniem wyciąga rękę po podarek. Dziwi się, że nozdrza wydają się tak bardzo ludzkie, otoczone bladą, piegowatą skórą, delikatne jak usta, zarazem zwinne i zręczne jak palce. Z sapnięciem muskają ją po piersi, łaskoczą w łokieć i przesuwają się ku twarzy. Dziewczynka tłumi chichot. Gorące poparskiwania są jak drobne błogosławieństwa. Zapach słonia kojarzy jej się starotestamentowo. W końcu trąba odstępuje i zaczyna się bezszelestnie wycofywać.
Dziewczynka odwraca się i odkrywa zaskoczonego świadka. Dwuletni JoJo siedzi za leżącą na boku Thankammą i gapi się szeroko otwartymi oczami. Dziewczynka uśmiecha się do niego, podnosi się, pod wpływem impulsu przywołuje go do siebie, bierze na ręce i oparłszy go na biodrze, wychodzi na zewnątrz, w ślad za zjawą.
Tutaj, w Parambilu, wszędzie wyczuwa obecność duchów, jak zresztą w każdym domu. Jeden z nich przechadza się po muttam. Ciemność skrzy się niewidzialnymi duszami, licznymi jak świetliki.
Na polanie pod strzelistą palmą siatkówkowy poblask nad stertą pierzastych liści kokosowca kołysze się jak lampa na lekkim wietrze. Wzrok dziewczynki przyzwyczaja się do ciemności i wtedy jej oczom ukazuje się masyw czoła, leniwie falujące uszy... posąg wykuty w czarnym kamieniu nocy. To nie duch, lecz prawdziwy słoń.
JoJo w roztargnieniu jedną ręką obejmuje dziewczynkę za szyję i palcami chwyta ją za małżowinę, sadowi się wygodnie na jej biodrze, jakby nie znał innego. A ją ogarnia wesołość - wczoraj tak samo przywierała do Thankammy. Stoją bez ruchu, dwoje półsierot. Duchy wykonują rozkazy ofiarodawcy jaśminu i wycofują się w mrok, który powoli ustępuje świtowi.
W ciągu swego krótkiego życia dziewczynka widziała, jak ludzie czczą świątynne słonie i rozpieszczają je smakołykami; widziała też słonie pracujące przy wyrębie drzew, jak człapiąc przez wioskę, zmierzają do lasu. Ale ten zwierz, którego cielsko zasłoniło gwiazdy, musi być największym słoniem na świecie. Jego leniwe żucie i pełen wdzięku taniec trąby podającej liście do wyszczerzonej w uśmiechu paszczy działają na nią uspokajająco.
Po zawietrznej słonia - tuż za niewysoką błotną opaską, którą usypuje się wokół każdego kokosowca, żeby spod pnia nie odpłynęły woda i nawóz - na sznurowym łóżku śpi mężczyzna.
Łokcie i kolana męża wystają poza zapadającą się drewnianą ramę. W pucharze dłoni i ściągniętych palcach, w ułożeniu silnego lewego ramienia, zgiętego tak, by można było oprzeć na nim głowę jak na poduszce, panna młoda dostrzega odbicie jaśminowego gościa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki