Przymierze wody - Abraham Verghese

Kup ebooka

71.90 zł
56.08 zł (50,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3

O czym się nie mówi

Rok 1900, Parambil

Świeżo upieczonej pannie młodej śni się, że razem z kuzynkami pluska się w lagunie. Łapią za burtę niskiej, wąskiej łodzi i celowo wywracają ją do góry dnem, po czym wspinają się na nią. Brzegi rozbrzmiewają ich śmiechem.

Budzi się zdezorientowana.

Grzbiet chrapiącej góry u jej boku unosi się i opada. Thankamma. Tak. Pierwsza noc w Parambilu. Ta nazwa nie leży jej na języku, drażni ją jak nadłamany ząb. Dziewczynka nasłuchuje, ale z sąsiedniego pomieszczenia, gdzie śpi mąż, nie dochodzą żadne odgłosy. Ciało Thankammy przesłania drobnego chłopca - widać jedynie lśniące potargane włosy na jego głowie i spoczywającą tuż nad nią zwróconą wierzchem do góry dłoń.

Dziewczynka nadal nadstawia uszu. Czegoś brakuje. Nieobecność wytrąca ją z równowagi. Nagle dociera do niej, o co chodzi: nie słychać wody. Zatęskniła za jej szmerem, łagodzącym szeptem i wymyśliła go sobie we śnie.

Wczoraj razem z Thankammą dopłynęły na pokładzie vallum - prostej, wzmocnionej dobitymi w poprzek deskami dłubanki - do niewielkiej przystani. Po zejściu na ląd przecięły usianą uginającymi się od owoców kokosowcami rozległą łąkę; pasły się na niej cztery uwiązane na długich linach krowy. Potem przeszły pod baldachimem ocierających się o siebie, oklapłych i skrywających okazałe czerwone kiście liści bananowców. Powietrze było nasycone wonią drzewa chempaka. Kiedy na ich drodze pojawił się płytki strumień, pokonanie go ułatwiły trzy wystające z nurtu wytarte płaskie skałki. Nieco dalej strumień rozszerzał się i rozlewał w staw o brzegach gęsto porośniętych pandanem i karłowatymi palmami chenthengu o pomarańczowych kokosach. Tuż nad krawędzią stawu stał pochyły kamień do prania. Thankamma powiedziała, że tutaj dziewczynka będzie przychodziła się myć. Szmer strumienia dobrze wróżył. Dziewczynka już z łodzi wypatrywała domu, ale nie zobaczyła go nad rzeką. Musiał zatem stać gdzieś dalej, tyle że tutaj też go nie było.

- Cały ten teren, ponad pięćset akrów - odezwała się z dumą w głosie Thankamma, pokazując na prawo i na lewo - to właśnie Parambil. W większości pagórkowaty i w pierwotnym stanie. Z tego, co jako tako oczyszczono, jedynie niewielką część zajmują uprawy. Zanim twój mąż okiełznał tę dzicz, wszędzie tu rosła dżungla, molay.

Pięćset akrów. Miejsce, które do wczoraj było jej domem, zajmowało zaledwie dwa.

Szły dalej ścieżką wiodącą przez pole manioku, aż w końcu oczom dziewczynki ukazał się stojący na wzniesieniu, rysujący się na tle tarczy słonecznej budynek. Gdy go ujrzała, na dłuższą chwilę wbiła w niego spojrzenie, bo przecież miał pozostać jej domem już do końca życia. Zapadnięty w środkowej części i zakrzywiony na końcach ku górze dach wydał się pannie młodej cokolwiek znajomy; zwieszające się nisko wysunięte okapy zatrzymywały światło i zacieniały werandę. W jej głowie zrodziło się i nie dawało spokoju pytanie: dlaczego tutaj? Czemu nie przy strumieniu? Albo nad rzeką, która przynosi gości, wieści i wszystko, co dobre?

Teraz, leżąc na plecach, dziewczynka ogląda swój pokój. Wyszlifowane, zaimpregnowane olejem ściany wzniesiono z drewna tekowego, a nie z powszechnie występującego w tych stronach gatunku chlebowca. W górnej części konstrukcji znajduje się szczelina w kształcie krucyfiksu służąca do odprowadzania nadmiaru gorącego powietrza. Podwieszany sufit, będący ochroną przed upałem, również zbudowano z teczyny. W poprzek otworów okiennych zamontowano wąskie drewniane listewki umożliwiające swobodny przewiew. Są też oczywiście prowadzące na werandę dzielone drzwi; górna część jest otwarta na wiatr, dolna zamknięta, żeby do środka nie dostały się kury ani żadne beznogie stworzenia. Dom wygląda zupełnie jak ten, który dziewczynka opuściła, jest po prostu większy. Każdy thachan przestrzega tych samych pradawnych zasad vastu, od których nie odstępuje nikt, żaden hinduista ani chrześcijanin. Dla dobrego stolarza dom jest kawalerem, ziemia zaś - panną; sztuka polega na starannym dopasowaniu do siebie tych dwojga, dobraniu ich z taką finezją, z jaką astrolog układa horoskop. Gdy dom nawiedza tragedia bądź udręczony duch, mówi się, że winę ponosi niefortunne usytuowanie budynku. Dlatego dziewczynka powtarza w myśli: "Dlaczego tutaj, z dala od wody?".

Szelest liści i wyraźnie wyczuwalne drżenie przyprawiają jej serce o szybsze bicie. Jakiś kształt przy drzwiach przesłania światło gwiazd. Czy to duch domostwa przyszedł się przywitać? W następnej chwili w górnej połowie drzwi wyrasta bujny krzak, wdziera się do pokoju, a wokół niego wije się wielki wąż. Dziewczynka zastyga w bezruchu i nie jest w stanie nawet krzyknąć, choć wie, że zaraz spotka ją coś okropnego w tym tajemniczym, oddalonym od wody domu. Tylko czy... śmierć pachniałaby jaśminem?

Wyrwany z korzeniami krzew jaśminu unosi się w powietrzu trzymany przez słoniową trąbę. Kwietne gałązki przesuwają się ponad śpiącymi i zawisają nad dziewczynką, która nagle czuje na policzkach ciepły, wilgotny, prastary oddech. Oprószają ją drobinki ziemi.

Strach mija. Dziewczynka z wahaniem wyciąga rękę po podarek. Dziwi się, że nozdrza wydają się tak bardzo ludzkie, otoczone bladą, piegowatą skórą, delikatne jak usta, zarazem zwinne i zręczne jak palce. Z sapnięciem muskają ją po piersi, łaskoczą w łokieć i przesuwają się ku twarzy. Dziewczynka tłumi chichot. Gorące poparskiwania są jak drobne błogosławieństwa. Zapach słonia kojarzy jej się starotestamentowo. W końcu trąba odstępuje i zaczyna się bezszelestnie wycofywać.

Dziewczynka odwraca się i odkrywa zaskoczonego świadka. Dwuletni JoJo siedzi za leżącą na boku Thankammą i gapi się szeroko otwartymi oczami. Dziewczynka uśmiecha się do niego, podnosi się, pod wpływem impulsu przywołuje go do siebie, bierze na ręce i oparłszy go na biodrze, wychodzi na zewnątrz, w ślad za zjawą.

Tutaj, w Parambilu, wszędzie wyczuwa obecność duchów, jak zresztą w każdym domu. Jeden z nich przechadza się po muttam. Ciemność skrzy się niewidzialnymi duszami, licznymi jak świetliki.

Na polanie pod strzelistą palmą siatkówkowy poblask nad stertą pierzastych liści kokosowca kołysze się jak lampa na lekkim wietrze. Wzrok dziewczynki przyzwyczaja się do ciemności i wtedy jej oczom ukazuje się masyw czoła, leniwie falujące uszy... posąg wykuty w czarnym kamieniu nocy. To nie duch, lecz prawdziwy słoń.

JoJo w roztargnieniu jedną ręką obejmuje dziewczynkę za szyję i palcami chwyta ją za małżowinę, sadowi się wygodnie na jej biodrze, jakby nie znał innego. A ją ogarnia wesołość - wczoraj tak samo przywierała do Thankammy. Stoją bez ruchu, dwoje półsierot. Duchy wykonują rozkazy ofiarodawcy jaśminu i wycofują się w mrok, który powoli ustępuje świtowi.

W ciągu swego krótkiego życia dziewczynka widziała, jak ludzie czczą świątynne słonie i rozpieszczają je smakołykami; widziała też słonie pracujące przy wyrębie drzew, jak człapiąc przez wioskę, zmierzają do lasu. Ale ten zwierz, którego cielsko zasłoniło gwiazdy, musi być największym słoniem na świecie. Jego leniwe żucie i pełen wdzięku taniec trąby podającej liście do wyszczerzonej w uśmiechu paszczy działają na nią uspokajająco.

Po zawietrznej słonia - tuż za niewysoką błotną opaską, którą usypuje się wokół każdego kokosowca, żeby spod pnia nie odpłynęły woda i nawóz - na sznurowym łóżku śpi mężczyzna.

Łokcie i kolana męża wystają poza zapadającą się drewnianą ramę. W pucharze dłoni i ściągniętych palcach, w ułożeniu silnego lewego ramienia, zgiętego tak, by można było oprzeć na nim głowę jak na poduszce, panna młoda dostrzega odbicie jaśminowego gościa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Zawsze

Rok 1900, Trawankor, Indie Południowe

Ma dwanaście lat. Rano zostanie wydana za mąż. Matka i córka leżą na macie przytulone do siebie mokrymi policzkami.

- Najsmutniejszy dzień w życiu dziewczynki to dzień jej ślubu - mówi matka. - Potem jest już lepiej, jak Bóg da.

Wkrótce pociągnięcia nosem przechodzą w miarowy oddech, ten zaś przeradza się w ciche chrapanie, które w wyobraźni dziewczynki nadaje porządek rozproszonym dźwiękom nocy, od tchnących skwarem dnia drewnianych ścian, po drepczącego na piaszczystym podwórzu psa.

"Kezhekketha? Kezhekketha?", woła kukułka rudopręga. "Którędy na wschód? Którędy na wschód?" Dziewczynka wyobraża sobie ptaka spoglądającego z góry na polanę - widzi prostokąt strzechy, pod którą skrywa się dom, widzi z przodu staw, z tyłu poletko ryżowe. Śpiew stworzenia może trwać wiele godzin, skutecznie pozbawiając ludzi snu, ale teraz nagle się urywa, jakby do kukułki podkradła się kobra. W nieoczekiwanej ciszy strumień nie szemrze kołysanki, lecz ze zrzędliwym pomrukiem przetacza się po wygładzonych kamieniach.

Dziewczynka budzi się przed świtem, gdy matka jeszcze śpi. Za oknem woda na poletku ryżowym mieni się jak kute srebro. Na werandzie od frontu stoi, żałośnie pusty, ozdobny charu kasera, fotel wypoczynkowy ojca. Dziewczynka unosi leżącą w poprzek długich podłokietników podkładkę do pisania i zajmuje miejsce na siedzisku. Wyczuwa odciśnięty w trzcinowym splocie widmowy ślad ojca.

Nad brzegami stawu rosną ukośnie cztery kokosowce; muskają powierzchnię wody, jakby chciały się w niej przejrzeć, zanim wyprostują się ku niebu. Żegnaj, stawie. Żegnaj, strumieniu.

- Molay? - zaczepił ją wczoraj, ku jej zaskoczeniu, jedyny brat ojca. Ostatnio rzadko zwracał się do niej tym czułym określeniem: "córko". - Znaleźliśmy kogoś w sam raz dla ciebie! - Użył przypochlebnego tonu, jakby miała nie dwanaście, a cztery lata. - Twój przyszły pan młody ceni sobie fakt, że pochodzisz z przyzwoitej rodziny i jesteś córką kapłana. - Wiedziała, że wuj od pewnego czasu rozglądał się za kandydatem na męża dla niej, a mimo to miała wrażenie, jakby strasznie mu się spieszyło. Ale cóż mogła powiedzieć? O takich sprawach decydowali dorośli. Bezradna mina matki wprawiała ją w zakłopotanie. Współczuła matce, choć tak bardzo pragnęła ją poważać. Później, gdy zostały same, usłyszała od niej:

- To już nie jest twój dom, molay. Wuj... - mówiła natarczywym tonem, jakby córka naprawdę protestowała. Urwała i nerwowo łypnęła na boki. Ściany miewały uszy. - Życie tam nie będzie się zbytnio różniło od tego tutaj. W Boże Narodzenie będziesz ucztować, w Wielki Post stronić od jedzenia... a w niedziele będziesz chodziła do kościoła. Ta sama eucharystia, te same kokosowce i kawowce. To naprawdę świetna partia, ten człowiek... pochodzi z zamożnej rodziny.

Czemu ktoś tak dobrze sytuowany miałby chcieć się żenić z kimś tak biednym jak ona, panną młodą bez posagu? Co takiego przed nią ukrywają? Czego brakuje tej "świetnej partii"? Choćby młodości - ma czterdzieści lat i jedno dziecko. Kilka dni wcześniej, po wizycie swata, dziewczynka podsłuchała, jak wuj beszta jej matkę.

- I co z tego, że jego ciotka się utopiła? W twoich ustach to brzmi tak, jakby chodziło, nie wiem, o obłęd. Słyszałaś kiedyś, żeby utonięcie było rodzinną przypadłością? Ludzie zawsze to czy tamto wyolbrzymiają, bo zazdroszczą.

Siedząc w fotelu, dziewczynka gładzi lśniące podłokietniki i przez chwilę myśli o ojcowskich przedramionach. Podobnie jak większość keralskich mężczyzn był uroczym niedźwiedziem, zarośniętym praktycznie na całym ciele: na rękach, piersi, a nawet plecach, tak że właściwie nigdy nie dotykało się jego ukrytej pod warstwą miękkiego futra skóry. Tutaj, na kolanach u ojca, dziewczynka uczyła się czytać. Nieźle sobie radziła w przykościelnej szkole, za co chwalił ją słowami:

- Masz głowę na karku. Ale jeszcze ważniejsze to być dociekliwym. Pójdziesz do liceum. I do koledżu! Bo czemu nie? Nie pozwolę, żebyś wyszła młodo za mąż, jak twoja matka.

Biskup oddelegował ojca do przeżywającego trudności kościoła nieopodal Mundakajam, w którym nie było stałego achena, ponieważ mahometańscy kupcy bez przerwy knuli intrygi. To nie było odpowiednie miejsce dla rodziny. Poranne mgły potrafiły jeszcze w południe łaskotać pod kolanami, by wczesnym wieczorem osiadać aż pod brodą. Wilgoć wywoływała świszczący oddech, reumatyzm i gorączki. Po niespełna roku ojciec powrócił w dreszczach, dzwoniąc zębami, z rozpaloną skórą i czarnym moczem. Zanim zdołano sprowadzić pomoc, jego pierś przestała się unosić. Kiedy matka przyłożyła mu zwierciadło do ust, szkło nie zaparowało. Oddech ojca stał się po prostu powietrzem.

To był najsmutniejszy dzień w jej życiu. Czy małżeństwo może być czymś gorszym?

Po raz ostatni wstaje z trzcinowego fotela, który wraz ze stojącym w środku tekowym łóżkiem na podwyższeniu jest dla niej jak relikwia świętego, jest przedmiotem przesyconym ojcowskim duchem. Gdyby tylko mogła zabrać ze sobą oba te przedmioty.

Za ścianą poruszenie.

Dziewczynka wyciera oczy, prostuje plecy i unosi brodę, szykując się na to, co przyniesie dzień: smutek rozstania, odejście z domu, który już nie jest jej domem. Chaos i ból w stworzonym przez Boga świecie są niezgłębioną tajemnicą, niemniej Biblia pokazuje, że za wszystkim kryje się określony porządek. Jak powiedziałby ojciec: "Wiara polega na tym, że wiesz o istnieniu ładu nawet tam, gdzie wcale go nie widać".

- Będzie dobrze, appa - mówi dziewczynka. Wyobraża sobie jego cierpienie. Gdyby żył, nie wychodziłaby dzisiaj za mąż.

I wie, co by jej odpowiedział:

- Dobry mąż uwalnia ojca od niepokoju. Modlę się, aby właśnie taki był. Ale pamiętaj, molay, że będzie tam z tobą również ten sam Bóg, który dogląda cię tutaj. Obiecuje nam to w Ewangelii: "A oto ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata"3.

Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginałuThe Covenant of Water

Projekt okładkiNORMAN E. TUTTLE AT ALPHA DESIGN & COMPOSITION

Ilustracja na okładceKELLY WINTON

Ilustracje we wnętrzu? 2023 by THOMAS VARGHESE

Polska wersja okładkiNATALIA TWARDY

Mapa we wnętrzu? MARTIN LUBIKOWSKI, ML Design, London

Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA

Konsultacja indologicznaJOANNA BROWARSKA

Konsultacja medycznaLEK. MED. TOMASZ MICHALIK

RedakcjaKRYSTIAN GAIK

KorektaBOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja technicznaLOREM IPSUM - RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Copyright ? 2023 by Abraham Verghese. All rights reserved.

Polish edition ? Publicat S.A. MMXXV (wydanie elektroniczne). All rights reserved. Polish translation ? Jacek Żuławnik MMXXV

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-6737-8

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.