5
Audytorium przypominało komorę pełną nowiutkich nabojów ze złotą główką.
Rzędy wypełnione były zaproszonymi gośćmi, nauczycielami, profesorami i kilkoma szczęśliwymi studentami, którym udało się zająć miejsca na długo przed rozpoczęciem koncertu.
Ranni żołnierze usiedli na bocznych krzesłach między rzędami.
Reszta mniej wyrafinowanej publiczności - w dwóch, a nawet trzech rzędach - ustawiła się pod ścianami i stłoczyła w przejściach.
Riabkow, który był wysoki, zajął miejsce pod prawą ścianą przed lasem głów i zdecydował, że musi obejrzeć przynajmniej początek, aby mieć coś do powiedzenia jutro, kiedy będą omawiać to wydarzenie. Stojąc w tłumie, czuł się ociężale i nieswojo, jakby był rybą postawioną do pionu.
Przyglądał się scenie.
Chór studentów uniwersytetu już ustawiał się w rzędzie. Riabkow ironicznie spojrzał na nieśmiałych lub zbyt wątłych wokalistów.
Nad ich głowami widniała grupa chłopców w haftowanych koszulach, wszyscy uczesani w ten sam sposób.
Zespół śpiewaków przemieszczał się, wyrównując szyk, szukając sobie wygodnego miejsca, patrząc z ekscytacją na publiczność, uśmiechając się do przyjaciół. Król koncertów, kaszel, przemieszczał się falami z kąta w kąt, siedzenia krzeseł skrzypiały, studenci pierwszego roku chichotali i zerkali na nich.
Gwar ucichł, gdy na scenie pojawił się dyrektor chóru, Ołeksandr Koszyc.
Publiczność głośno klaskała.
Koszyc ukłonił się z godnością, wykonał ruch ręką, jakby prosił o głos.
- Panie i panowie! Dzisiaj po raz pierwszy wykonamy nowy utwór tulczyńskiego kompozytora i folklorysty Mykoły Dmytrowycza Łeontowycza... - Koszyc wyciągnął rękę w stronę, gdzie siedział kompozytor.
Publiczność ponownie zaczęła bić brawo. Riabkow, podobnie jak wszyscy inni, odruchowo spojrzał tam, gdzie wskazywał dyrygent.
Ze środka pierwszego rzędu niechętnie wstał szczupły blondyn, odwrócił się do publiczności, nieśmiało kiwając głową we wszystkich kierunkach - nie kłaniając się, ale raczej uciszając hałas. Usiadł, pochylił głowę i skrzyżował palce obu dłoni na kolanach.
Jego przyjaciel, Kyryło Stecenko, pochylił się do niego i szepnął mu coś do ucha.
- ...kolędę "Szczedryk"! - kontynuował Koszyc.
Riabkow ziewnął pełnymi ustami i zakrył je dłonią: wczorajsza bezsenna noc, podczas której faktycznie planował słynną pętlę Immelmana, zrobiła swoje. Pomyślał, że nie ma tu nic do roboty i że ma wystarczająco dużo informacji na ironiczne uwagi, których będzie się od niego jutro oczekiwać.
Zaczął powoli wydostawać się spod gęstwy ramion i pleców, które przyciskały go do ściany.
- ...występują studenci Szkoły Muzyczno-Dramatycznej imienia Mykoły Łysenki. Proszę, powitajcie ich! - ogłosił dyrygent, zmuszając Riabkowa do odwrócenia się w stronę sceny.
Rozległy się gorące oklaski.
A w pierwszym rzędzie, przed elegancko ubranymi chórzystami, znienacka pojawiła się czarno-biała gromadka młodych kobiet.
Wleciały na scenę, jakby dopiero co przyszły z mrozu - o zaróżowionych policzkach, zarumienione z podniecenia, szybkie, podekscytowane. Prędko ustawiły się w szeregu przed starszymi i stanęły tam, wbijając wzrok w dłonie dyrygenta. Wszystkie były śliczne, naprawdę - "takie dziewczyny...".
A w centrum była ta, która sprawiła, że Iwan Riabkow zrobił trzy decydujące kroki do tyłu. Wow!
Jej włosy były gładko zaczesane i przypominały ziarna zboża. Wyglądała, jakby...
Riabkow wziął trzy gorące oddechy: ...jakby właśnie wstała z łoża miłości. Sprężyste czarne loki opadały jej na ramiona i spływały w dół. Jej źrenice zdawały się osadzone w niebieskich diamentach (jeśli coś takiego istnieje).
"Twoje oczy są jak morze...", przypomniał sobie Riabkow i rozgniewał się na siebie: nie wystarczyło cytować wierszy miłosnych. Ale nawet z daleka te oczy były mylące. Cholera!
Dyrygent machnął rękami w powietrzu...
Щедрик, щедрик, щедрівочка,
Прилетіла ластівочка,
Стала собі щебетати,
Господаря викликати!
Chór odpowiedział jednogłośnie, jakby każda nuta była przywiązana do palców dyrygenta.
- Вийди, вийди, господарю,
Подивися на кошару,
Там овечки покотились,
А ягнички народились...
Głosy nabrały rozpędu, urosły jak drzewo w krętej polifonii i zbiegły się w jednym punkcie, by ponownie uformować niewidzialny, niekończący się spiralny ruch w powietrzu.
Proste słowa płynące z ust chórzystów w połączeniu z melodią wydawały się proroczym objawieniem. Riabkow, wraz z publicznością, wstrzymał oddech.
Starożytny pogański tekst, zupełnie niezwiązany z obecną zimą, w niewytłumaczalny sposób mówił w każdym słowie o... narodzinach Chrystusa.
Co to za bzdury? Jaka jaskółka? Jaka owca? Jaka gospodyni o czarnych brwiach? Co to ma wspólnego z czymkolwiek? Co ten zestaw prostych słów ma wspólnego z taką rozkoszą?
Riabkow wpatrywał się w czarnowłosą rusałkę i zdał sobie sprawę, że to ona jest uosobieniem magii, którą czuł! W jej oczach, w jej ustach, z których wydobywały się jaskółki, owce i cała seria innych niesamowitych dźwięków, a słowa były tylko kodem, do którego klucz znajdował się w jej piersiach, które unosiły się pod białą bluzką.
Ale nie wszyscy, jak Iwan Riabkow, patrzyli tylko na nią.
Zachwyt, radość, euforia, skurcz, który ścisnął mu gardło, mimowolny ruch warg w rytm śpiewu - to właśnie panowało w sali. Riabkow rozejrzał się i spojrzał na chłopca obok siebie, który również przyciskał się do ściany, prawie stojąc na palcach.
Poruszał ustami jak w modlitwie, z ręką położoną na sercu.
Riabkow uśmiechnął się. Ale chciał też przycisnąć dłoń do piersi, chłonąc "rusałkę" wzrokiem.
В тебе товар весь хороший,
будеш мати мірку грошей,
хоч не гроші, то полова,
в тебе жінка чорноброва.
Riabkowowi wydawało się, że wraz z przeciągiem do sali wleciała jaskółka (ktoś otworzył drzwi). I to niejedna!
Milion jaskółek trzepotało i poruszało się w jego gardle, sercu, a nawet nerkach.
Nie zauważył, że blondyn chwycił się rękawa jego munduru, jakby miał upaść.
...Щедрик, щедрик, щедрівочка,
прилетіла ластівочка.
Pomimo polifonii każdy głos odgrywał swoją unikalną rolę, tak jakby każdy z wykonawców mówił zarówno o tym, co ogólne, jak i o czymś intymnym i osobistym. Chór opierał się na skomplikowanych kombinacjach dźwiękowych, a jednocześnie...
Jednocześnie melodia składała się z czterech dźwięków. Nawet z trzech! Riabkow był dobry z matematyki, jeśli nie z niczego innego!
Śpiew ucichł natychmiast, wraz z ruchem dyrygenta, który zdawał się chwytać melodię tysiącami niewidzialnych nici i odcinać je.
Publiczność zamarła na kilka chwil, czekając na ciąg dalszy. A potem wszyscy, jak jeden mąż, poderwali się z miejsc i zaczęli bić brawo, krzycząc: "Encore! Encore!". Publiczność szalała i skandowała zapamiętale - "Więcej! Więcej! Więcej!!!".
Koszyc ukłonił się.
Loki rusałki z pierwszego rzędu opadały falą na jej twarz, gdy kłaniała się wraz ze wszystkimi. Zrobiła to jednak z taką gracją, że Riabkowowi wydawało się, jakby zanurzała się w wodzie pod lśniącą falą własnych włosów.
Publiczność oszalała, wywołując autora.
W pierwszym rzędzie ponownie stanęła szczupła postać kompozytora.
Ukłonił się z nieśmiałym uśmiechem. Ten dziwny uśmiech rozświetlił salę, jakby przyleciał anioł. Oczy chórzystów były skupione na nim, na jego uśmiechu, jasnych oczach, na postaci, która wznosiła się ponad morzem głów z powściągliwym majestatem.
Policzki młodych śpiewaków płonęły.
Koszyc podniósł ręce, a publiczność krzyknęła.
Riabkow, krztusząc się, zaczął kierować się do wyjścia. Miał dość! I tej muzyki. I duszenia się. I tej dziewczyny! Z każdym krokiem w kierunku wyjścia uchodziło z niego życie, jakby tracił siły, jakby powietrze uciekało z niego jak z balonika. Muzyka odebrała mu resztkę wiary w wartość jego życia. I muzyka. I dziewczyna. Ponieważ, połączone w jedną całość, były nieosiągalne. Wiedział jednak na pewno: od teraz nie będzie już innej! Będzie należeć do niego. I to nie tylko jako wspomnienie.
Wlała się w niego jak trucizna do ucha ojca Hamleta, przeniknęła do krwiobiegu, zaiskrzyła w każdej komórce jego ciała i osiadła jako gorący punkt w pobliżu splotu słonecznego. Trucizna. Narkotyk. Nieznośny ból.
Riabkow wybiegł na ulicę, zapominając o czapce. Każdy płatek śniegu, który spadał z nieba, miał kształt jaskółki i ranił policzki swoim ostrym skrzydłem. Blondyn w pierwszym rzędzie wydawał mu się bogiem, który przeszedł przez morze głów jak po ziemi i wziął je w posiadanie bez żadnego wysiłku.
- Cztery nuty! - mruknął Riabkow. - Do cholery, cztery nuty... Gówno prawda!!!