2.
Irmina Orontowicz stała za ladą w recepcji i biedziła się nad księgą zamówień. Pieniądze, które z matką pożyczyły od Justyny, powoli się kończyły, a dziewczyna nie chciała występować o kolejną pożyczkę. Malinowska i tak wiele dla nich zrobiła. Przede wszystkim po długiej i dramatycznej rozmowie namówiła jej matkę na leczenie, za co Irmina była ogromnie wdzięczna. Kwota, jaką otrzymały, miała pomóc wykaraskać się z największych tarapatów. Tak się jednak nie stało.
Zima to był martwy sezon - pocieszała się dziewczyna, wpatrując w listę rezerwacji. Mimo iż nadeszła wiosna, wciąż nie było ich zbyt dużo. Kilka osób wpadło tutaj przejazdem, zwykle z ciekawości, gdyż okazała rezydencja dworska w takiej niedużej wiosce budziła zainteresowanie. Czasami taki zabłąkany gość pojawiał się przypadkiem, jak właśnie tego dnia.
Był to mężczyzna po pięćdziesiątce, wysoki i szpakowaty, ubrany na sportowo, ale widać było, że nie leży mu ten strój. Najwyraźniej był przyzwyczajony do bardziej oficjalnego stylu. Rozejrzał się ciekawie po hallu, gdzie wciąż jeszcze wisiały niektóre prace Matyldy Radwan, potem zbliżył się do okna i wyjrzał na uśpiony ogród. Najwyraźniej coś przykuło jego uwagę i zaczął się wpatrywać w park z dużą intensywnością.
- Ciekawe, o co mu chodzi? - szepnęła Ola, która tego dnia skończyła zajęcia wcześniej i przyjechała pomóc Irminie przez weekend. Tak po prawdzie nie było za bardzo w czym pomagać, lecz Aleksandra chciała dodać koleżance otuchy. Uważała, że nie ma nic gorszego niż spędzanie czasu samotnie, w wielkim domu i zamartwianie się swoją sytuacją. Dziadek umówił się na karty z kilkoma kolegami, dawnymi rybakami, więc nie miała wyrzutów sumienia, zresztą obiecała wpaść do niego na obiad w niedzielę. Czuła, że Irminie jest bardziej potrzebna. Miały się we dwie zastanowić nad sensownym planem dla Drozdowa na nowy sezon. Irmina spuściła nos na kwintę i najwyraźniej trapiły ją niewesołe myśli. To był najlepszy moment, żeby ją pocieszyć. Od ubiegłego lata bardzo zbliżyły się ze sobą. Początkowo w ogóle się nie lubiły. Irma, zarozumiała i obojętna, wywyższała się ponad cichą i zalęknioną Aleksandrę. Ale to właśnie Ola okazała silny i niezłomny charakter, to ona potrafiła ofiarować prawdziwą przyjaźń i pomoc. Nawet zepsuta i nieczuła Irmina musiała to przyznać, a potem - docenić. Czas płynął, a ona zrozumiała, że trudno liczyć na lepszą i wierniejszą koleżankę; sama też się zmieniła. Niespostrzeżenie zaczęła zwracać uwagę na potrzeby innych, ich problemy i oczekiwania. Była wdzięczna Oli, że przyjeżdża ją wspierać, choć właściwie - obie zaledwie uczyły się zarządzania i wciąż popełniały wiele błędów. Było jednak w ich działaniach wiele entuzjazmu i kreatywności, którymi nadrabiały wszelkie braki.
- To jakiś znajomy? - zainteresowała się znowu Aleksandra, dyskretnie wskazując na przybysza.
- Nigdy go tutaj nie widziałam. - Irmina wzruszyła ramionami. Obserwowała dziwnego gościa z uwagą, zachodząc w głowę, czego on chce. Może to ktoś z banku, kto szacuje wartość nieruchomości? Obleciał ją strach, ale postanowiła się nie poddawać i śmiało stawić czoła niebezpieczeństwu. Wyszła zza kontuaru i zbliżyła się do mężczyzny.
- W czym możemy pomóc? Szuka pan kogoś? - spytała, starając się przybrać jak najbardziej przyjacielski ton, ale w jej głosie pobrzmiewała niepewność.
- Czy mówi pani może po niemiecku? Ja znam język polski bardzo słabo, wolałbym się nie męczyć, zresztą robię tyle błędów - powiedział mężczyzna z silnym akcentem, uśmiechając się przepraszająco.
- Niestety nie, ale znam angielski - wyjaśniła Irmina.
- Ja mówię po niemiecku - odezwała się Aleksandra, także podchodząc do nich.
- O, to doskonale - mężczyzna przeszedł na ten język. - Będzie mi łatwiej się wysłowić. Jestem Hugo Reimerbach i poszukuje pamiątek po mojej rodzinie...
- Ach, tak! Ten dwór kiedyś należał do rodziny Reimerbachów! - zawołała Ola, a Hugo skinął głową.
- Owszem. Staram się uporządkować historię mojej rodziny, zbieram świadectwa. W tym celu badam różne źródła i dokumenty doprowadziły mnie właśnie tutaj...
- O czym on mówi? - zaniepokoiła się Irmina.
- To potomek dawnych właścicieli, rodziny Reimerbachów, kolekcjonuje jakieś historie familijne - wyjaśniła Aleksandra.
Irmina wydęła wargi.
- Akurat. To Niemiec. Pewnie myśli, że może nam odebrać ten dwór. Ale ojciec go odkupił legalnie od państwa, to była ruina, w której utopiliśmy górę pieniędzy!
Hugo, który najwyraźniej zrozumiał te słowa, odezwał się do niej po angielsku, uspokajająco:
- Proszę się nie niepokoić. Ani mi w głowie to nie postało. Nie miałbym ani siły, ani ochoty na utrzymywanie takiej posiadłości...
- To się tak tylko mówi - burknęła Irmina. - Zawsze można sprzedać, jak się samemu nie chce tym zajmować.
- Szanowna pani, ja wiem, że po wojnie ten majątek przeszedł na własność państwa polskiego, a komu państwo go sprzedało później, nie jest już moją troską. Wręcz cieszę się, że tak pięknie wygląda i kwitnie. Spodziewałem się zastać coś takiego, proszę spojrzeć...
Wyjął z teczki kopertę, a z niej zdjęcie przestawiające dwór w Drozdowie, ale w opłakanym stanie - część dachu była zawalona, okna wybite. W ścianach ziały spore dziury, widać było ślady ognia.
- To zdjęcie z czasów powojennych - wyjaśnił Hugo. - Potem to trochę lepiej wyglądało.
- A później znowu gorzej. - Irmina zbliżyła fotografię do oczu. - Nie wyobraża pan sobie, jak zdewastowany był ten budynek, gdy ojciec go odkupił. Tutaj, na tym zdjęciu wygląda nawet dobrze.
- Czy ja mógłbym porozmawiać z pani ojcem? - spytał Hugo i zwrócił się znowu po niemiecku do Aleksandry: - Chodzi mi o coś w rodzaju wywiadu na temat tej rezydencji. Gdyby mogli mi państwo udostępnić zdjęcia z przebudowy, jakieś szkice sytuacyjne. Bardzo by mi to pomogło.
Ola przełożyła wszystko Irminie, która wzruszyła ramionami.
- Ojciec ostatnio niezbyt często się pojawia, ale mogę spytać. Właściwie po co to panu? Pisze pan jakąś książkę czy to po prostu zwykła ciekawość?
Hugo namyślił się i odpowiedział już tym razem wprost do niej:
- Jestem, jak to określają, "człowiekiem w smudze cienia". Dla mnie to taki czas, kiedy zacząłem się interesować przeszłością, wiele o niej myślę. Chyba więcej niż o swojej przyszłości, szczerze mówiąc. Pojawiła się potrzeba zbadania dziejów rodziny, odwiedzenia tych wszystkich miejsc, szperania w archiwach...
- Chyba nie wszyscy tak mają? Inni kupują po prostu drogi samochód albo biorą sobie młodszą żonę. Jak mój ojciec - to ostatnie zdanie powiedziała po polsku do Oli, która z dezaprobatą pokręciła głową.
- Ja nie jestem jak inni. Mam nadzieję, że rozumieją to panie. - Na chwilę przerwał, a potem zapytał: - Jeśli można, chciałbym tutaj wynająć pokój.
- Tu? - zdumiała się Irmina, a Hugo wyglądał na jeszcze bardziej zdziwionego niż ona.
- Czemu nie? Tu chyba będzie mi się najlepiej pracowało, nie sądzi pani? Chyba że nie macie wolnych miejsc?
- Mamy ich pod dostatkiem - włączyła się Ola. - Jest martwy sezon, może sobie pan wybrać pokój, jaki sobie pan wymarzy.
- Skoro tak, poproszę o taki z widokiem na park. Ogromnie mi się spodobały te oranżerie. Jeśli to oczywiście nie kłopot.
Irmina zbliżyła się do recepcji i zaczęła stukać w komputer.
- Na jak długo zechce się pan u nas zatrzymać? - spytała swoim oficjalnym tonem, który przyjmowała tylko wobec najważniejszych gości.
Hugo Reimerbach uśmiechnął się. Miał miły i krzepiący uśmiech, budził zaufanie.
- Myślę, że na tydzień... Na początek...
- Bardzo dobrze. Umieścimy pana w złotym pokoju na pierwszym piętrze. Jest śliczny. Olu, zaprowadzisz pana?
Aleksandra kiwnęła głową, wzięła od Irminy klucz i razem z Hugonem ruszyli po szerokich schodach na piętro. Dwór w Drozdowie miał ciekawą architekturę i funkcjonalny układ: parter zajmował obszerny hall z przejściem do restauracji i kawiarni, biblioteka z czytelnią oraz pomieszczenia biurowe i gospodarcze. Apartamenty hotelowe znajdowały się na pierwszym i drugim piętrze.
- Pański pokój jest nieco z boku, niedaleko lokum właścicielki, pani Anity Orontowicz - oznajmiła mu Ola, prowadząc go ciekawą galeryjką na piętrze otaczającą cały hall, w taki sposób, że można było z niej spojrzeć na to, co działo się na dole.
- Właścicielka jest teraz obecna? - żywo zainteresował się Hugo.
- Niestety nie, musiała wyjechać.
- Na długo?
- Nie będzie jej jakiś czas, powiem szczerze, że to są sprawy zdrowotne.
- Ach, tak, mam nadzieję, że nic poważnego. A jej mąż? Przepraszam, że tak wypytuję, ale chciałbym pomówić z kimś z właścicieli, poznać dzieje tego dworu od zakończenia wojny, najlepiej z pierwszej ręki - usprawiedliwił się gość.
- Pan Michał Orontowicz zajmuje się teraz innymi interesami w Warszawie, rzadko tu zagląda. Drozdowo zostawił na barkach córki i żony.
- Domyśliłem się już, że tamta pani na dole to córka. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi o panią - uśmiechnął się Hugo.
- A skądże! - Ola roześmiała się wesoło, bo tak absurdalny wydał się jej pomysł, że mogłaby należeć do tej rodziny. - Teraz głównie Irmina troszczy się o posiadłość, ale to chwilowa sytuacja, naprawdę - dodała, manipulując kluczem w zamku.
Otwarła drzwi i zaprosiła gościa do obszernej komnaty, zlokalizowanej na samym końcu korytarza. Okna znajdowały się tu na dwóch ścianach, jedno z nich było balkonowe i prowadziło na uroczy kwadratowy taras.
- Ten pokój jest usytuowany w ten sposób, że posiada balkon na bocznej ścianie - wyjaśniła. - Będzie pan miał piękny widok na park i oranżerię, a przy tym całkowitą prywatność. Nie ma po tej stronie więcej balkonów ani tarasów.
- Cudownie. Zapewne lepiej bym to docenił latem, ale i tak jest wspaniale. Bardzo paniom dziękuję. Nie spodziewałem się tak miłego przyjęcia.
- Dlaczego? Przecież ten obiekt to teraz przede wszystkim hotel. Pytał pan o jego historię po wojnie. Ja jestem miejscowa, więc trochę o nim wiem, ale nie są to pasjonujące opowieści. Najpierw był tutaj PGR, potem, zaraz po zmianie ustroju, ktoś go kupił, lecz nie dał sobie rady z remontem i budynek sukcesywnie niszczał. Dopiero państwo Orontowiczowie doprowadzili go do świetności.
Hugo rozejrzał się po pokoju, a potem odsunął muślinową firankę i otworzył drzwi na taras. Do wnętrza wlało się rześkie, wiosenne powietrze i po pomieszczeniu rozniósł się śpiew ptaków.
- Pani przyjaźni się z panią Irminą?
Ola chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Trudno właściwie było określić ich relację. Dziewczyna podejrzewała, że to, czego doświadcza ze strony koleżanki, to pewnie jest przyjaźń, a w każdym razie jakiś jej objaw.
- Tak, owszem lubimy się. Ja studiuję w Gdańsku i kiedy mogę, przyjeżdżam tutaj trochę jej pomóc, no i dotrzymać towarzystwa.
- Ach, rozumiem. To miłe. Świetnie pani mówi po niemiecku, aż przyjemnie posłuchać.
Ola się zaczerwieniła.
- Dziadek mnie nauczył. Właściwie tak dla zabawy mówił do mnie po niemiecku i jakoś mi to samo weszło...
- Rozumiem. Dziadek także jest tutejszy?
- Owszem. Był najpierw rybakiem, a potem latarnikiem. A czemu pan pyta? - Zmarszczyła nos.
Hugo oparł się rękoma o biurko.
- Tak sobie. Interesują mnie różne historie. Jestem ciekawski - usprawiedliwił się.
- Pan jest historykiem, badaczem? Może jakimś dziennikarzem lub pisarzem? - indagowała.
- Nie - powiedział to stanowczo, ze zniecierpliwieniem.
- To kim?
- Nikim ważnym, naprawdę. Po prostu przyszedł dla mnie taki okres w życiu, że muszę nabrać dystansu, zrozumieć, skąd przychodzę i dokąd podążam... Pani tego jeszcze nie rozumie, bo jest pani bardzo młoda. - Starał się jej to wytłumaczyć, ale widział, że dziewczyna nie pojmuje.
- Pan też przecież nie jest stary - nachmurzyła się. - A mówi pan jak mój dziadek. To dziwne.
Hugo roześmiał się.
- Nawet nie wiem, jak pani na imię...
- Ola, Aleksandra, ale przyjaciele zwracają się do mnie Aleks. Może pan do mnie mówić po imieniu, nie obrażę się - zapewniła go szczerze.
- Aleksandra - wyszeptał Hugo, patrząc na nią hipnotycznie.
- Tak, Aleksandra Orłowska. Teraz pójdę już, ale gdyby pan czegoś potrzebował, to proszę zadzwonić do recepcji, któraś z nas na pewno tam będzie. Restauracja oczywiście działa, a śniadania są podawane od ósmej rano. Do zobaczenia...
Wyszła, zamykając za sobą delikatnie drzwi. Hugo trwał, oparty o biurko i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w okno. Potem otrząsnął się z letargu i zaczął z wysiłkiem przesuwać ciężki mebel pod drzwi balkonowe. Pragnął patrzeć na park w każdej chwili, gdy tylko będzie siedział przy pracy.
Aleksandra zeszła na dół i zastała Irminę w recepcji. Dziewczyna piła kawę, przyniesioną przez kelnerkę z restauracji, i patrzyła w ekran komputera.
- Dzwoniłam do ojca - zrelacjonowała, a zaskoczona Ola spojrzała na nią ciekawie.
- Po co?
- Żeby powiedzieć, że ten cały Reimerbach przyjechał. Uznałam, że tata powinien wiedzieć.
- Może tak. I jak zareagował?
- Uspokoił, że nie ma się czego bać. Ta rodzina nie ma prawa do żadnych roszczeń. Dwór został kupiony legalnie od skarbu państwa i nie ciążył na nim żaden zapis.
- Aha. - Ola oparła się o kontuar i spojrzała jeszcze raz na hall. A więc o to chodziło, Irmina ciągle obawia się, że dziwny przybysz może mieć jakieś niecne zamiary.
- Ojciec obiecał sprawdzić tego gościa. Kim jest i co właściwie go do nas sprowadza. To niezwykłe, nie?
- Co niby? - nie rozumiała koleżanka.
- No, że pojawił się tak niespodziewanie. Od wojny nikt tu nie słyszał o żadnych Reimerbachach, więc czemu tak nagle? Moim zdaniem to podejrzana sprawa.
- Przesadzasz. Chyba słyszałaś, co sam mówił: zbiera informacje o swojej rodzinie. Facet najwyraźniej się starzeje. Jest sentymentalny. Opowiadał mi o poszukiwaniu własnej tożsamości i innych tego typu sprawach. Może choruje? Gadał jak ktoś nad grobem.
- Poważnie mówisz? - zaniepokoiła się Irmina. - Żeby nam tutaj nie umarł, bo będzie skandal i popsuje renomę hotelu.
- Ciekawe, kto by się o tym mógł dowiedzieć - stwierdziła Ola sarkastycznie. - Jest poza sezonem i dno, jeżeli chodzi o ruch turystyczny. Poza tym żartowałam. Gość wygląda zdrowo. To po prostu melancholik.
- Może poeta? - zadumała się Irmina.
- Nie jest pisarzem, pytałam go o to.
- Ciekawe, co go tutaj przyniosło...
- Mówiłam ci już - zniecierpliwiła się druga dziewczyna.
- No, ale czy naprawdę uważasz, że to tak na serio? Facet przyjeżdża poznać okolicę, w której żyli jego przodkowie? - Irmina nie była przekonana.
- A czemu nie? - Ola wzruszyła ramionami. - Różne świry ludzie mają.
- Przecież on tutaj nawet nigdy nie był. Urodził się długo po wojnie, kiedy ten dwór był od dawna w polskich rękach. Jeszcze bym to rozumiała, jakby go znał z dzieciństwa...
- Irmina, to są osobiste sprawy ludzi, które czasami trudno zrozumieć. Może mu babcia lub dziadek opowiadali o tym miejscu i w jego wyobraźni zamieniło się w jakąś cudowną krainę? Nie wiem. Zostawmy go w spokoju. - Aleksandra skrzywiła się wymownie.
- Masz rację, niepotrzebnie tak to drążę. Facet nie ma żadnych praw do Drozdowa i to jest najważniejsze. Ojciec nawet mówił, że można mu pokazać zdjęcia z przebudowy, jak taki zainteresowany. - Machnęła ręką.
- Naprawdę? A są tutaj gdzieś? - zaciekawiła się jej koleżanka.
- W gabinecie ojca. Poszukam ich później.
- Też będę mogła zobaczyć?
Irmina spojrzała na Olę ze zdumieniem.
- Nie wiedziałam, że cię to interesuje.
- No wiesz, takie spektakularne metamorfozy są intrygujące. Dziadek mówił, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych dwór był w strasznym stanie. Ponoć rosły tu same chwasty, a okna straszyły wybitymi szybami.
- Ja też tego nie pamiętam, ale kiedy rodzice go kupowali i mama weszła tutaj do hallu, to leżała w nim kupa starych spalonych opon i jakieś odpadki. A z balkonu zwisał sznurek, na którym ktoś powiesił za nogę maskotkę, takiego dziecięcego misia.
- Okropne - wzdrygnęła się Ola. - Kto mógł mieć taki chory pomysł?
- Właśnie. Mama się przeraziła, uznała to za zły znak, a ojciec się z niej śmiał, że jest przesądna. Teraz, kiedy sobie o tym przypomniałam, zastanawiam się, czy nie miała racji.
- W jakim sensie? - Aleksandra była poruszona tą historią.
- No popatrz: ich małżeństwo się rozpada, mama jest na tej terapii... Mogłoby się wydawać, że to właśnie ten dwór przyniósł im pecha. Nawiedzone miejsce.
- Nie gadaj tak. Drozdowo nie ma z tym nic wspólnego - obruszyła się Ola. - Dziadek cały czas powtarza, że dzięki twoim rodzicom ocalał zabytek. Że to jest wielka rzecz, zrobić coś takiego. Poprzedni właściciel, co mu państwo odebrało tę posiadłość, nie dał sobie z nią rady.
- No tak, bo do tego trzeba góry pieniędzy. A ludziom się wydaje, że kupią sobie coś pięknego za niewielką sumę i wszystko się jakoś ułoży. Nie mają pojęcia, ile trzeba wydać na taką nieruchomość - westchnęła Irmina i wpatrzyła się z uwagą w ekran.
- Ojej, mamy nowe zlecenie - stwierdziła podekscytowanym głosem.
- Tak? - zainteresowała się Ola.
- Jakaś niemiecka firma chce u nas zrobić konferencję. Mamy ostatnio szczęście do Niemców - stwierdziła Irmina, ale powiedziała to z uśmiechem.