Nina Detmer
Nina Detmer
Przykazanie szóste
Wydawnictwo DEBIUTANT
2023
?"Przykazanie szóste"
Copyright ? by Wydawnictwo Debiutant 2023 Copyright ? by Nina Detmer Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment tekstu nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie I ISBN:978-83-67613-05-7
Korekta: Jadwiga Jęcz
Projekt okładki: Ewa Krefft-Bladoszewska
Skład i łamanie: Studio Grafpa - www.grafpa.pl
Wydawnictwo DEBIUTANT
ul. Dworcowa 2/3
82-200 Malbork www.wydawnictwodebiutant.pl
wdebiutant@gmail.com
Spis treści
Od autorki 7
Rozdział I Profesjonalista 11
Rozdział II Białe kozaczki 29
Rozdział III Słowo jest słowo 43
Rozdział IV Jutro idziemy do kina 61
Rozdział V Nowy Rok, nowa ja 77
Rozdział VI Bo rozkaz to rozkaz - wie każdy z nas 95
Rozdział VII Wycieczka w przeszłość 101
Rozdział VIII Tory donikąd 119
Rozdział IX Parasol 131
Rozdział X Niedźwiedzia przysługa 157
Rozdział XI Spowiedź 183
Rozdział XII Bolesne zmartwychwstanie 239
Epilog 251
Mojemu Tacie -
bo wszystko, co najlepsze, zostało w latach dziewięćdziesiątych
"I dodał: "Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa"".
"Jezus mu odpowiedział: "Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju""
Łk 23;42-44
Od autorki
Niniejsza książka powstała z piosenek. Już od dzieciństwa, kiedy jeździ- łam z rodzicami samochodem, dla zabicia czasu wymyślałam teledyski do piosenek z radia. Słuchałam muzyki, do niej rodził się scenariusz klipu, a z połączenia kilku takich moich "teledysków" powstała ta (i nie tylko ta) historia. Do każdego fragmentu książki, natchnieniem do napisania którego był jakiś utwór muzyczny, dodawałam słowa piosenek lub element przedstawionego w nich świata - a robiłam tak, aby oddać hołd wykonawcom. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie powiem, które to fragmenty - znajdźcie sami.
Tłumaczenie tekstów - moje.
Jest pewna rzecz, którą trzeba wyjaśnić, a mianowicie personalia postaci i ich zapis. W Rosji oficjalnie stosuje się następujący układ zapisu personaliów: FIO (Nazwisko Imię Otczestwo, czyli imię odojcowskie). Na przykład ja: Barinova Nina Januszewna, ponieważ mój tata miał na imię Janusz. Dla stworzenia męskiego odpowiednika imienia odojcowskiego używa się sufiksów -owicz/-jewicz, a dla żeńskiego patronimiku: -owna/-jewna. Sufiks -o- czy -je- zależy od tego, czy rdzeń imienia jest miękkotematowy czy twardotematowy oraz od padania akcentu, który w języku rosyjskim jest ruchomy (co bywa kłopotliwe i dla samych Rosjan). I tak np. dzieci Antona to Antonowicz i Antonowna, dzieci Igora to Igoriewicz i Igoriewna, ponieważ w języku rosyjskim imię Igor kończy się na znak miękki, a więc zalicza się do miękkotematowych; stąd właśnie sufiks -je-. Patronimiki od imion męskich kończących się na -a, jak Nikita, Ilia czy Kuźma, brzmią nieco inaczej: Nikitycz i Nikiticzna, Iljicz i Iljiczna oraz Kuźmin i Kuźminiczna.
Potencjał językowy rosyjskiego pozwala chyba z każdego imienia męskiego stworzyć patronimik: Wojciechowicz i Wojciechowna, Zbigniewowicz i Zbigniewowna, Bożydarowicz i Bożydarowna i tak dalej.
Bogaty świat zdrobnień w języku rosyjskim także zasługuje na uwagę - najczęściej odmieniają się one według paradygmatu żeń- skiego i mają końcówkę -a: Witia, Katia czy Misza to Wiktor, Jekaterina i Michaił. Bywają także zdrobnienia kończące się na spółgłoskę: Kostian, Stas, Saniok, czyli Konstantin, Stanisław i Aleksandr. Obcokrajowcowi czasami trudno domyśleć się, jak brzmi forma wyjściowa imienia danej osoby, ponieważ zdrobnienie może się znacząco róż- nić: Iwan - Wania, Jewdokia -
Dusia, Dmitrij - Mitia. Bywają także przypadki, kiedy jedno zdrobnienie powstało nie tylko od imienia męskiego, ale i żeńskiego: Żenia to zarówno Jewgienij, jak i Jewgienia, a Sasza to Aleksandr i Aleksandra.
Niekiedy Rosjanie zwracają się do siebie właśnie po patronimiku: "Ej, Michałycz, podejdź no tu!",
"Nikołajewna, po ile macie czereśnie?". W potocznym języku rosyjskim pomija się sufiks -owi -jew-, dlatego też często można usłyszeć "Pałycz" zamiast "Pawłowicz" czy "Siemionycz" zamiast
"Siemionowicz".
Co do nazwisk, typowe rosyjskie nazwiska mają zakończenie -ow/-jew (tutaj ta sama zasada, co przy imionach odojcowskich), -nin oraz -skij/-ckij.
W przypadku ich żeńskich odpowiedników stosuje się końcówkę -a: Kuzniecow i Kuzniecowa, Rastargujew i Rastargujewa, Woronin i Woronina, Bieriezowskij i Bieriezowskaja. W opowiadaniu nazwiska z końcówką -skij/-ckij pozwoliłam sobie spolszczyć i uciąć -j.
W języku rosyjskim jako formę grzecznościową stosuje się II os. lm. Na przykład: "Anno Leonidowno, pomyślcie, co byście zrobili, gdybyście wygrali milion rubli".
Język rosyjski nie ma wołacza, więc w tym przypadku także pozwoli- łam sobie na spolszczenie.
Oficjalnie nie ma wołacza, ponieważ bardzo często można spotkać się z ucinaniem końcówki "-a" przy
zwracaniu się do drugiej osoby: "Kiś, a wiesz, że cię kocham?" ("Kisia" to coś w rodzaju "kochanie" w stosunku do kobiety), "Tań, przesuń się, proszę" (od zdrobnienia Tania, czyli Tatiana), "Sasz, gdzie ty się podziewasz?" (od Sasza).
Do napisania książki przygotowywałam się, oglądając Kryminalną Rosję, programy o życiu w Rosji w latach 90-tych, uczęszczając na spotkania Koła Naukowego Kryminologów na Uniwersytecie Gdań-skim, czytając podręczniki do profilowania, w tym jeden po rosyjsku do profilowania językoznawczego, a także artykuły w internecie oraz pytając u źródła, czyli u mojego męża, który jest policjantem w Moskwie. Mam nadzieję, że dobrze odrobiłam pracę domową i nie mam się czego wstydzić. Jeżeli jednak znajdą się niedociągnięcia, to bardzo, ale to bardzo przepraszam i będę wdzięczna za ich wskazanie.
Poza piosenkami i imionami, umieściłam w tekście jeszcze kilka niespodzianek, zarówno fabularnych, kulturowych, jak i językowych - może ktoś znajdzie.
Rozdział I
Nie ma przebaczenia. Nie ma przebaczenia dla osób, które są skłonne zmącić komuś tak przepiękną noc jak ta. Księżyc w pełni dobrotliwie spoglądał na opustoszałe ulice. Tylko od czasu do czasu jakaś zbłą- kana fioletowa chmura, która dostała się pod barwną księżycową łunę, przysłaniała srebrny glob na kilka chwil. Było cicho. Bardzo cicho. Dał się słyszeć jedynie szum drzew kołyszących się na wietrze i szelest liści, które hulały po chodniku oświetlonym przez stare latarnie. Lampy te były okrągłe i rzucały wątły niebieskawy blask na liście drzew. Te z kolei, bujając się na gałęziach, sprawiały wrażenie, jakby mrugały. A może to te latarnie mrugały? W każdym razie miało się wrażenie, że podwórko jest nieustannie czujne. W ciągu dnia natomiast czuwali nad nim staruszkowie, zajmujący się monitoringiem sąsiedzkim.
Gdyby Ksenia Stanisławowna nie poszła spać dosyć wcześnie, może i ona delektowałaby się nocną ciszą. Grzbietem wciskał się w jej plecy Miauzer - bury kocurek. Kiedyś tak bardzo niechciany.
Nagle dało się słyszeć pukanie do drzwi. Ksenia momentalnie otworzyła oczy. Nie miała pojęcia, kto mógłby chcieć ją odwiedzić. Tym bardziej o takiej porze. Sprawnym ruchem ręki sięgnęła pod poduszkę i wyciągnęła nóż - prezent od Ilii Fiodorowicza. Zawsze go tam trzymała, kiedy pogrążona była we śnie. Opierając się plecami o ścianę, ostrożnym krokiem przybliżyła się do drzwi. Jej nieproszony gość był widocznie bardzo zniecierpliwiony, gdyż zaczął pukać i dzwonić znowu i znowu...
Gdy Ksenia spojrzała przez wizjer, zobaczyła brata. Opuściwszy nóż, schowała go na swoje miejsce i poszła otworzyć drzwi.
- Cześć, siostrzyczko!
- Cześć - odparła sucho.
- Nie śpisz?
- Już nie.
- Nie przeszkadzamy? - Jego uwadze nie umknęło, że Ksenia podniosła jedną brew. - To mój przełożony, Lebiediew Aleksiej Igoriewicz.
- Dobry wieczór - odezwał się ten cały Aleksiej Igoriewicz.
Choć Lebiediew był rosłym mężczyzną pod czterdziestkę, zadbanym, dokładnie ogolonym, to jego głos był na tyle nieśmiały, że aż do niego nie pasował. Wstydził się pewnie, że jest nietrzeźwy. Obaj zdrowo popili i na kilometr czuć było od nich ostry zapach "Stolicznej".
- Możemy wejść? - spytał Jura, brat Kseni.
- Jak musicie... - mruknęła niechętnie.
Obaj weszli do środka. Ksenia nie spuszczała z nich chłodnego spojrzenia. Dało się odczuć bijącą z jej strony niechęć, toteż Aleksiej, pomimo upojenia alkoholowego, szybko poczuł, że jest tutaj persona non grata. Zapragnął czym prędzej opuścić to mieszkanie i zapomnieć, że kiedykolwiek tu był. A przecież upił się dzisiaj na wesoło. Po raz pierwszy od czterech lat.
Rozejrzał się po salonie, do którego wchodziło się bezpośrednio przez wejściowe drzwi. Przedpokoju nie było. Ktoś bardzo długo nie robił tutaj remontu, o czym świadczyły koraliki, które zwisały aż do ziemi (drzwi nie było), skrzypiąca podłoga i stare szare żaluzje na drewnianych oknach. Za szklanymi drzwiczkami segmentu był wystawiony cały rząd kaset VHS z tytułami filmów na białej taśmie klejącej.
Obok ułożono mnóstwo kaset z muzyką, przy czym w jedną z nich, tę, która leżała bez opakowania,
wetknięty został ołówek. Przy nich natomiast stała wieżyczka z pięciu gier do Pegasusa. W kącie dostrzec można było konsolę stojącą na starym video. W przednim rzędzie natomiast leżał walkman, tęczowa sprężynka, plastikowe zabawki z superbohaterami oraz z kreskówek Disneya, a także popularny niegdyś troll z bujną jasnofioletową czupryną. Znalazł się nawet nieduży kolorowy segregator. Jak ten na karteczki... Na przedmiotach tych nie było ani odrobiny kurzu.
Na podłodze wyłożonej ciemnosiwą wykładziną stały stopy właścicielki mieszkania w białych skarpetkach i klapkach z napisem "Kubota". Dalej szczuplutkie nogi w czarnych dżinsowych rurkach, wyżej obcisły szary golf, który ładnie uwydatniał kształty. Nad nim z kolei wyraźnie zarysowany podbródek, będący zwieńczeniem owalnej twarzy, niezbyt szerokie bladoróżowe usta, leciutko zadarty nosek i... I znowu one. Pogardliwie patrzące chłodne oczy. A przecież były barwy piwnej, powinny więc bić ciepłem, gościnnością, tworzyć atmosferę przytulności, a tutaj... Losza starał się uciec wzrokiem na jej brwi - wąziutkie, cieniutkie, zadbane... Cholera! Znów te oczy! Włosy miała niedługie, do uszu, falujące. Blondynka, ale farbowana, co widać po odrostach. No nie! Znowu te oczy!
Losza zdecydował, że najlepiej będzie, jeśli wyjdzie, wezwie taksówkę i przeprosi. Albo lepiej wezwie taksówkę, wyjdzie i przeprosi... Nie, to jednak nie miało sensu. Czuł, że w głowie kręci mu się coraz bardziej i bardziej.
A w taksówce przecież nie wiadomo, na kogo się trafi - albo na jakiegoś gadatliwego Gruzina, który nie da spokoju, albo na niepozornego Tadżyka, który jeszcze okradnie pijanego.
Usiedli obaj za stołem w maleńkiej kuchni. Trzeba było przynieść fotel z pokoju, bo Ksenia miała tylko jedno krzesło.
- Nie wypijesz z nami? - spytał siostrę Jura.
- Nie - ucięła krótko i poszła do swojej sypialni, zamykając za sobą drzwi.
Losza i Jura odprowadzili Ksenię wzrokiem.
- Wiesz, Jura... Ja to lepiej pójdę...
- No gdzie że tobie o tej porze?! - odparł Smirnow, łapiąc kompana za ramię. - Ksiusza nie ma nic przeciwko, że u niej przenocujemy. Miejsce jest... Zaraz, tylko znajdę graniaste szklanki... - Jura podniósł się, otworzył jedną z szafek i zachwiawszy się na nogach, upadł na krzesło. - Cholera jasna...
U niej nigdy nie ma wystarczająco naczyń...
Pili więc prosto z butelki, zagryzając słoniną, w którą zawczasu się zaopatrzyli.
A Miauzer jak to Miauzer. Kręcił się pod nogami. Wlazł wreszcie na stół i z zaciekawieniem powąchał
butelkę, czego zaraz pożałował. Nieprzyjemny zapach odrzucił go tak samo, jak Ksenię. Ale choć ze stołu szybko się zmył, to ani Loszy, ani Jury nie odstępował na krok. Nieustannie ocierał się o nogi, pomrukując przy tym z zadowoleniem. W końcu wdrapał się na kolana Loszy i tam zaczął się łasić, trącając głową podbródek.
- Lubi cię - podsumował Jura i padł twarzą na stół.
Gdy jego przyjaciel spał, Losza jeszcze drapał kota, rozglądając się po mieszkaniu, dopóki i jego oczy nie zostały zamknięte wódką.
A Miauzer usadowił się na stole pomiędzy chrapiącymi gośćmi, choć ostra woń alkoholu wciąż unosiła się w powietrzu. Taki już był. Pomimo tego wszystkiego, co go spotkało. Ksenia znalazła go pewnego
razu na klatce schodowej. Akurat kiedy szła, otworzyły się drzwi mieszkania jednego z sąsiadów.
Buchnął silny odór marihuany z towarzyszącym mu chrapliwym krzykiem:
- Wynocha mi stąd!
Na podłodze wylądował kot. Dosłownie wylądował, bo leciał jakiś czas, rzucony przez dosyć silne ramię swojego, a raczej byłego właś- ciciela. Kot kręcił się i wiercił, pomiaukując pod drzwiami, od czasu do czasu drapiąc je. Był chudy i wyleniały. Z daleka widać było skaczące po nim pchły, ślady zadrapań, uderzeń oraz wyrwanej sierści. A on i tak chce wrócić do człowieka, który go tak potraktował.
- Idziesz ze mną? - spytała Ksenia, wyciągając rękę.
Kot popatrzył na nią, potem na drzwi i żałośnie miauknął. Znów zaczął drapać framugę.
- Nie, to nie.
Ksenia odwróciła się i poszła na górę. Nigdy nie korzystała z windy. Kot pobiegł za nią.
Tak pojawił się Miauzer. I już był przez kogoś chciany. Choć nieplanowany.
*
Ledwie świtało, gdy Ksenia wstała. Za oknem nad horyzontem majaczyło już pomału jaśniejące niebo, ale to dopiero preludium poranka. Gwiazdy jeszcze świeciły nocną siłą, a i księżyc póki co nie zamierzał blednąć.
Gdy Ksenia wyszła z pokoju, zobaczyła w kuchni brata śpiącego z głową na stole i jego kolegę z podbródkiem wbitym w klatkę piersiową. A poniżej na jego kolanach siedział Miauzer. Kot na widok swojej pani miauknął, zeskoczył z gościa i pobiegł ocierać się o jej nogi. Podrapała go za uchem.
Nałożyła trochę kociej karmy i bez słowa opuściła mieszkanie z dosyć dużym skórzanym plecakiem, który wcześniej trzymała pod łóżkiem.
Przeszła parę kilometrów, klucząc między co węższymi uliczkami. Było bardzo cicho, ani żywej duszy.
Tylko nad blokami kruk, nie milknąc, krążył, rozdzierając ciszę. Ale i on wkrótce ucichł. Gdzieś w kącie nieba bledniał wszystkowidzący księżyc z wiecznym grymasem smutku na tarczy.
Po jakimś czasie Ksenia zatrzymała się, wyjęła z kieszeni telefon, włożyła do niego kartę SIM i wezwała taksówkę. Całkiem szybko przyjechał młody chłopak, na oko Uzbek. W czasie podróży rozmowa między nim a pasażerką była krótka i monotonna. Dialog szybko przerodził się w monolog, aż wreszcie umarł śmiercią naturalną. W końcu dotarli na miejsce. Ksenia zapłaciła gotówką i znów udała się w dalszą wędrówkę między blokami. Po drodze spotkała mężczyznę, który na przystanku palił
"Biełomory". Ksenia zaczęła kaszleć.
- Wam przeszkadza? - spytał ochrypłym głosem, po czym pociągnął głęboki łyk z puszki piwa "Żyguli".
- Tak - odparła krótko.
Mężczyzna jeszcze chwilę pomęczył papierosa przed rzuceniem go na ziemię i rozdeptaniem. Potem chwiejnym krokiem ruszył przed siebie, mamrocząc coś pod nosem o źle wychowanej młodzieży i o tym, że w Związku Radzieckim to uczyli szacunku, a teraz już nie.
Wreszcie Ksenia dotarła na miejsce. Zatrzymała się w bramie i rozejrzała wokoło. Spenetrowała cały plac zabaw znajdujący się w podwó- rzu. Słychać było jedynie huśtawki, które skrzypiały, kiedy bujał
się na nich wiatr. Słońce wzeszło już na tyle, że zaczęło Ksenię oślepiać. Zawczasu przewidziała taką
niedogodność, wyjęła więc z plecaka okulary przeciwsłoneczne w kształcie pilotek. Powoli, maleńkimi kroczkami zbliżała się chwila, kiedy Cel opuści swoje mieszkanie. Ksenia czekała.
Nareszcie wyszedł z budynku i udał się w stronę samochodu.
Z plecaka, który trzymała w pogotowiu, Ksenia wyciągnęła pistolet TT z tłumikiem.
Przeładowała.
Wycelowała.
Wdech.
I rozległ się strzał.
Wydech.
Kula trafiła w głowę. Z tego miejsca i pod tym kątem Ksenia wiedziała, że Cel nie upadnie na samochód i tym samym nie włączy alarmu.
Chwilę później kobiecy cień przesuwał się po ścianach budynku różowych od promieni wschodzącego słońca, po kwiatach, które rosły w ogródkach, po pustym chodniku, aż zatrzymał się nad martwym ciałem. Jeszcze jeden strzał. Kontrolny. Nic nie można zostawić przypadkowi - to byłoby nieprofesjonalne.
Cel pozostał sam. Zupełnie sam. W jego pustych od śmierci oczach odbijało się blade słońce poranka, którego już nie mógł widzieć. A cienkie strużki krwi, sączące się powoli z ran w jego głowie, zaczynały dosięgać porzuconego przez Ksenię pistoletu i wypalonego papierosa, leżących na ulicy. W powstałej kałuży w milczeniu odbijało się krwistoczerwone słońce.
Ksenia ruszyła w stronę głównej ulicy, a stamtąd do stacji metra "Szosa Entuzjastów". Było już po piątej trzydzieści, więc pociągi kursowały.
W jednym z zaułków zamieniła czarny trencz na szary wełniany płaszcz. Ten pierwszy wyrzuciła do śmieci. Wkrótce go zabiorą - jak nie śmieciarze, to bezdomni. Kartę SIM upuściła do studzienki kanalizacyjnej, a telefon rozdeptała i wsunęła nogą pod koło jednego z zaparkowanych aut. Wszystko w odpowiednim odstępie czasowym i w odpowiednich odległościach.
Nagle jej oczom ukazał się plan zdjęciowy. Zdaje się, że kręcili tam teledysk do jakiejś piosenki. Ksenia jednak nie straciła zimnej krwi. Skręciła i poszła okrężną drogą.
W metrze udało jej się zająć miejsce siedzące. Oparła głowę o ścianę i zamknęła oczy. Lubiła jeździć metrem - oddawać się w pełni ruchowi kół, za który odpowiedzialny jest maszynista i dawać się wieźć hen daleko. Drzwi się otwierały, kiedy miały się otworzyć. Pociąg hamował, kiedy miał zahamować. A damski lub męski głos przypominał o konieczności ustępowania miejsca starszym, kobietom w ciąży i osobom z dziećmi, kiedy miał o tym przypomnieć. Kseni pozostawało nie robić nic, jak tylko wsłuchiwać się w rytmiczne kołysanie wagonu i stuk kół. Cała magia znikała, kiedy nie dało się nigdzie usiąść. A nawet stać. Dzisiaj była niedziela, więc rzesze pracowników prac wszelakich nie przemieszczały się tak gromadnie, jak to bywa w tygodniu. Wówczas nawet stanie robi się niemożliwe.
Gdyby przyrównać moskiewskie metro z rana do puszki sardynek, to stanowczo na plus wypadają sardynki.
A dzisiaj było pustawo, nawet jak na niedzielę. Paru imprezowiczów, jeden wojskowy w stopniu porucznika, kilka zmęczonych milczących osób o kaukaskich i azjatyckich rysach twarzy oraz jeden diak. Imprezowicze chrapali na cały głos. Porucznik też przysypiał. Wycieńczeni milczący beznamiętnie
patrzyli przez szyby, w których widać było jedynie ciemność. A diak, sądząc po różańcu w rękach, modlił się.
Ksenia nie lubiła jeszcze i tego momentu, kiedy się czuło, że docelowa stacja się zbliża i trzeba szykować się do wyjścia. Ale wyjść trzeba było. Opuściła pociąg na Marksistowskiej i przesiadła się na Mały Pierścień moskiewskiego metra. Wyszła na Październikowej, trafiła na pomarańczową linię, potem z Lenińskiego Prospektu dostała się na Duży Pierścień i nim dojechała do Bulwaru Rokossowskiego. Tam przesiadła się na czerwoną linię i na Komsomolskiej wyszła z metra.