Dzień po Halloween
Dzień
po Halloween
10 Jane
10
Jane
- Święta Maryjo, Matko Boska - szepcze do siebie sierżant Jane Burke,
wpatrując się w ciało Lauren Betancourt, które zwisa na sznurze
przymocowanym do balustrady prowadzącej na piętro. Pierwsze zabójstwo w jej karierze i (z tego, co wie) w historii Grace Village.
Jej partner, sierżant Andy Tate, schodzi ostrożnie po schodach, omijając
poręcz oraz ślady butów i porysowań na poszczególnych schodkach.
- Szef już dzwonił?
- Zaraz zadzwoni. Dosłownie za chwilę.
W ciągu ostatniej godziny rozmawiała z szefem przez telefon już trzy
razy. Odkąd tylko sprzątaczka Betancourtów odkryła ciało i zadzwoniła na
policję. Jane dopiero szykowała się do pracy, kiedy otrzymała telefon.
- Pan Betancourt jest już w drodze - mówi Andy. - Jeden z naszych
odbierze go z lotniska.
- Przypomnij mi, proszę, gdzie on właściwie był? - pyta Jane.
- W Neapolu. Zrobił sobie wycieczkę z synami. Grali w golfa. - Andy
okrąża trupa, jakby to był wielki drogocenny żyrandol. - Nie najgorsze
alibi.
Może i tak, ale jeśli mąż jest w to zamieszany i ma kupę kasy, zleciłby
brudną robotę komuś innemu.
- Niezła laska - mamrocze Andy, przyglądając się zwłokom. Wprawdzie
rigor mortis zrobiło swoje, ale Jane musiała przyznać mu rację. Lauren
Betancourt była prawdziwą pięknością. Miała doskonałą figurę, o którą
wyraźnie dbała, twarz o delikatnych rysach i jedwabiście gładkie,
lśniące blond włosy. Jednak jej strój, który po śmierci wydawał się
jeszcze bardziej krzykliwy, pozostawił niewiele miejsca dla wyobraźni -
opięte body z lamparcim nadrukiem. Kostium kocicy na Halloween. Oczy
Lauren, szeroko otwarte, zdawały się patrzeć na Jane. Rozchylone wargi
wyglądały tak, jakby przed śmiercią o czymś rozmyślała. Czarna szminka
na ustach pasowała do kocich wąsików namalowanych na jej twarzy. Drogi
manicure. Czarny lakier na paznokciach.
Od strony pleców nie było widać nic szczególnego poza ciemną plamą
między nogami. Utrata kontroli nad zwieraczami to tylko jeden z wielu
paskudnych atrybutów śmierci.
Jane ma w uszach słuchawki, więc słyszy bzyczenie telefonu. Szturcha
Andy'ego ze słowami:
- Szef dzwoni.
- OK, Janey, jestem już w aucie. Powinienem być na miejscu za mniej
więcej trzy godziny. Pierwsza sprawa: czy pismaki już się zleciały?
- Jeśli tak, to nic mi o tym nie wiadomo - Jane wygląda przez okno.
Może i na razie nie widać żadnych reporterów, ale sąsiadów owszem. Godna
reprezentacja rozlała się po trawnikach, stoją na ulicy i na chodniku.
Niektórzy są ubrani do pracy, inni nadal mają na sobie szlafroki i kapcie. Widać też dzieci z plecakami, które w drodze do szkoły
zatrzymały się na chwilę z ciekawości. W końcu jest wtorek i za dziesięć
minut pierwszy dzwonek. Z pewnością sześć radiowozów to wystarczający
powód, by przykuć uwagę mieszkańców Grace Village, jednak Jane
podejrzewała, że słyszeli już najświeższe ploteczki.
- Chryste - mówi komendant. - Pierwsze zabójstwo w Grace Village...
akurat kiedy jestem w Indianie. Zasrane seminarium.
Jane podchodzi do kuchennych drzwi, ponieważ według jej najlepszej
wiedzy nie tędy wszedł napastnik i nie tu rozegrała się walka o życie
Lauren. Zależy jej na tym, by zminimalizować ryzyko kontaminacji dowodów
przed przybyciem techników kryminalistyki, których przyśle tu Grupa
Zadaniowa.
Zdejmuje ochraniacze na obuwie i wychodzi na zewnątrz, zaciągając się
świeżym powietrzem. Andy idzie za nią w stronę drzwi frontowych, gdzie
rozegrała się akcja tego dramatu.
Dzień po Halloween Grace Village było pokryte resztkami rozwalonych dyń
i papierkami po cukierkach, którymi były upstrzone nie tylko trawniki,
ale i kraty kanalizacyjne. Plastikowe siatki fruwały na wietrze lub
zdobiły gałęzie nagich drzew.
To, co się tu dzieje w Halloween, to prawdziwe szaleństwo. Village jest
istną mekką dla dzieci z zachodniej części Chicago, drugiej strony rzeki
Des Plaines, a nawet z Grace Park. Czasami przyjeżdżają autobusami, by
zobaczyć wymyślnie udekorowane rezydencje i zebrać tyle cukierków, ile
tylko zdołają unieść. Starsze nastolatki zjawiają się pod koniec
czterogodzinnej zabawy w "cukierek albo psikus" (takie ramy czasowe
wyznaczono na zabawę), licząc na to, że będą mogły opróżnić do końca
miski z cukierkami. Z reguły są wręcz do tego nakłaniane przez co
bardziej neurotycznych sztywniaków, którzy tu mieszkają.
Setki ludzi wałęsały się wczoraj po ulicach tego miasta. Wiele osób w kostiumach, maskach i z pomalowanymi twarzami w tę jedyną w roku noc,
kiedy na nikim nie robiło to najmniejszego wrażenia. Morderca mógł
przebrać się nie do poznania, nie wyróżniając się przy tym z tłumu.
Wszystko to znacznie utrudni śledztwo.
Podsumowując: jeśli chce się kogoś sprzątnąć, Halloween to nie najgorszy
wybór.
- Szefie, powiem, jakimi informacjami dysponujemy na chwilę obecną.
- Zamieniam się w słuch.
- Po pierwsze: okno od frontu.
Wzdłuż budynku rozciągają się równiutko przycięte krzewy. Za nimi
znajdują się duże okna. Jane idzie po trawie i zagląda przez krzewy.
Pod jednym z okien widoczne są ślady butów - wyraźne, głębokie i doskonale nadające się do zabezpieczenia. Wyglądają, jakby już zostały
utrwalone w ziemi.
- Mamy głębokie ślady butów - mówi Jane. - Wyglądają na obuwie
dorosłego. Tak na oko rozmiar 46 lub 47. Poprosimy techników o zabezpieczenie śladów. Zobaczymy, czy wyskoczy nam coś w bazie.
- Super.
- Wczoraj po południu trochę padało. Tuż przed "cukierek albo psikus".
Dla nas to jak dar niebios. Ziemia zrobiła się na tyle miękka, że
sprawca mógł zostawić takie piękne ślady. Dodatkowo wygląda na to, że
stał tam jakiś czas.
- Obserwował ją przez okno?
- Dokładnie. Nic innego nie mógł robić, będąc tak ustawionym.
- Mamy ramy czasowe?
- Na tym polega problem, szefie. Wczoraj było Halloween. Wie pan, jak to
tutaj wygląda.
- Taaa... dzieciaki mogą się bawić od piętnastej do dziewiętnastej, a potem wypad. Światła gasną.
Zgodnie z tradycją mieszkańcy Grace Village dają w ten sposób do
zrozumienia, że zabawa w "cukierek albo psikus" dobiegła końca. Równo o dziewiętnastej wszyscy rodzice krzyczą: "Wesołego Halloween!" -
prawdopodobnie mrucząc pod nosem: "a teraz won z mojej ziemi" - po czym
gaszą wszystkie światła na zewnątrz swoich rezydencji.
- Nasz Pan Zboku-Po-Zmroku nie mógł się tu zakraść przed dziewiętnastą -
mówi Jane - wszyscy by go zauważyli, a ruch był spory.
- Ale kiedy tylko wybiła dziewiętnasta...
- Kiedy tylko wybiła dziewiętnasta, w Grace Village zrobiło się tak
ciemno, jak w żadną inną noc w roku. Sprawca mógł stać przed jej oknem
ile dusza zapragnie. Niezauważony.
- No dobra, co dalej?
- Nasz Zboku-Po-Zmroku kieruje się w stronę drzwi wejściowych - mówi
Jane. - Nie ma śladów jego butów ani na chodniku, ani na podjeździe.
Przeszedł od okna prosto do drzwi.
Nad drzwiami wejściowymi znajduje się ceglane zadaszenie w kształcie
litery "A" wykończone kamieniem. Wycieraczka przed drzwiami posiada
nadruk z napisem: "Betancourt". Światła zewnętrzne są wyłączone. Rama
drzwi wejściowych pozostała nietknięta. Podłoga na ganku jest wyłożona
kamieniem. Do tego całkiem brudna po wczorajszej zabawie w "cukierek
albo psikus". Dzieciaki nawnosiły na nią ziemi.
- Na ganku też są ślady jego butów - kontynuuje Jane. - O wiele
wyraźniejsze od tych pozostawionych przez dzieciaki. Pewnie dlatego, że
są najświeższe. Do tego są też na drzwiach, szefie.
- OK. Na drzwiach. Czyli w nie kopał.
- Właśnie tak. Są pod kątem, więc przypuszczamy, że odsunął się trochę,
żeby móc mocniej w nie kopnąć.
- Czy właśnie tak dostał się do środka? Wyważył drzwi?
- Nie. Nic nie wskazuje na to, że wszedł do domu siłą. Drzwi nie zostały
w żaden sposób uszkodzone.
- Więc musiała wpuścić go do środka.
- Więc musiała wpuścić go do środka.
- Wpuściła kogoś, kto kopał w jej drzwi?
- Też mnie to zdziwiło. Więc stąd przypuszczenie, że ofiara znała
sprawcę.
- Że co? Dobra, dobra... słyszę cię, parszywy gnojku!
To brzmiało tak, jakby ktoś zaczął trąbić na komendanta. Nic dziwnego,
biorąc pod uwagę jego "styl" jazdy. Niektórzy gliniarze myślą, że mogą
jeździć jak gliniarze, nawet wtedy, kiedy nie są na służbie.
- Przepraszam, Janey. Wracając do tematu: tak, to raczej oczywiste, że
się znali i wpuściła go do środka.
- Być może zaczął robić sceny - ciągnie Jane - i nie chciała, żeby
sąsiedzi słyszeli.
- Jest to jakaś hipoteza. Dość konkretna. Ale to tylko jedna z możliwości. Nie zamykaj się zbyt szybko na inne, Janey. Nie chcę, żebyś
zafiksowała się na jednej wersji.
- Na niczym nie jestem zafiksowana. Ale nie mam prawie żadnych
wątpliwości, że facet stał pod jej oknem, a potem podszedł do drzwi
wejściowych i zaczął je kopać. A ona wpuściła go do środka.
- No dobra, i co dalej?
Jane i Andy z powrotem nakładają ochraniacze na buty. Bez nich nie wejdą
do środka. Jane otwiera ostrożnie drzwi, wpuszcza przez nie Andy'ego, po
czym szybko je za sobą zamyka. Ostatnie, czego by chciała, to żeby
sąsiedzi zobaczyli trupa zwisającego z balustrady schodów.
- W holu - mówi Jane - mamy rozbitą misę, w której były cukierki na
Halloween. Być może napastnik wytrącił ją z ręki Lauren. Kopniakiem? A może to ona w niego rzuciła. Trudno powiedzieć.
- OK...
- Potem Lauren ucieka po schodach.
- Po schodach? A nie do kuchni po nóż?
- Nie. Nic nie wskazuje na to, że była z napastnikiem w kuchni. Za to
wyraźnie widać, że gonił ją po schodach - Jane śledzi wzrokiem ślady
butów od marmurowej podłogi w holu po drewniane schody. - Lauren biegła
w szpilkach, co z pewnością nie było łatwe. Choć z drugiej strony,
łatwiej było jej na schodach niż na marmurowej podłodze.
- Serio? A to niby czemu?
- Jak się biegnie po schodach, to ciężar ciała naturalnie spoczywa na
śródstopiu, a na podłodze już nie.
Jane podąża za śladami butów i kilkoma głębszymi rysami świadczącymi o tym, że Lauren próbowała się bronić za pomocą obcasów. Dociera na
półpiętro. Tutaj się zatrzymuje.
- Prawdopodobnie udało mu się ją obezwładnić dopiero na półpiętrze. Jest
tu krew. Nie było jeszcze techników, więc wszystko, co panu mówię, to na
razie tylko nasze przypuszczenia, ale najpewniej to właśnie tu uderzył
ją w tył głowy.
Jane patrzy w dół na zwisające ciało Lauren. Szczególnie na jej głowę,
na której widać ranę oraz krew.
- Czym ją uderzył?
- Tego jeszcze nie wiemy. Ale ranił ją do krwi. Podejrzewamy, że w ten
sposób ogłuszył ofiarę, przynajmniej na chwilę. Tyle wystarczyło, by
zarzucić jej pętlę na szyję.
- W jaki sposób przywiązał sznur do balustrady?
- Zrobił to całkiem sprytnie - mówi Jane, kucając. - To gruby, pleciony
sznur z węzłami zawiązanymi mniej więcej co stopę, a balustrada jest z kutego żelaza... zresztą widział pan zdjęcia.
- Widziałem, ale to nie balustrada przykuła moją uwagę.
- Jasne, ma się rozumieć. Są na niej takie fikuśne, kręcone ornamenty.
Wie pan, o co chodzi? Wyglądają trochę jak takie gotyckie wzory lub
elementy jakiegoś herbu rodzinnego.
- Albo jak test Rorschacha.
- Tja, albo jak test Rorschacha. Mnóstwo misternie wykonanych spirali,
zawijasów i innych kształtów.
- No i...
- Drugi koniec sznura wcisnął między zwoje spirali, a później owinął go
jeszcze raz czy dwa wokół ornamentu. To wystarczyło. Sznur trzymał się
mocno.
- I co potem?
Jane wzrusza ramionami i odpowiada:
- Potem przerzucił ofiarę przez balustradę.
- Ech...
Taa... ech. Ale prawdopodobnie tak właśnie było.
- Dlaczego po prostu jej nie udusił?
- Najwidoczniej nie mógł - mówi Jane. - A przynajmniej byłoby to dość
trudne. Wiła się. Szamotała. Walczyła o życie. On był za nią i zaciskał
jej pętlę na szyi, ale ofiara nie ułatwiała mu zadania. Nie poddawała
się. Ma połamane paznokcie. Próbowała się wyswobodzić. Ściągnąć sobie
pętlę z szyi. I gdyby mogła kopnąć go tymi szpilkami... cóż, to byłoby
prawie jak pchnięcie nożem. Są naprawdę ostre. Możliwe, że łatwiej było
mu jedną ręką pilnować, by pętla na szyi pozostała odpowiednio napięta,
a drugą wetknąć sznur w zwoje spirali. Wtedy wystarczyło przerzucić
ofiarę przez balustradę.
- Jezu. Dobra. Już kapuję. Grupa Zadaniowa może sobie wysyłać techników,
ale na tym koniec. Reszta zostaje u nas, zrozumiano?
- Tak.
Przez dłuższą chwilę komendant nie odpowiada. Zbiera myśli.
Jane słyszy odgłos zamykania ciężkich samochodowych drzwi. Zapewne to
lekarz medycyny sądowej lub technicy.
- Myślisz, że to pokłosie kłótni kochanków?
- Raczej nie chodziło o kradzież - mówi Jane. - Nie była to też napaść
na tle seksualnym ani nawet jej próba. Wygląda na to, że sprawca
przyszedł tu w jednym konkretnym celu: by zabić Lauren Betancourt.
- To coś osobistego - mówi komendant. - Ktoś naprawdę pragnął ją
wykończyć. Pragnął jej śmierci.
- Albo ktoś naprawdę pragnął JEJ. Kropka - mówi Jane. - Ale nie mógł jej
mieć.
Przed Halloween. Sierpień
Przed Halloween
Sierpień
11 Czwartek, 11 sierpnia 2022 r.
11
Czwartek, 11 sierpnia 2022 r.
Próbowałem. Naprawdę próbowałem, przysięgam! Kiedy przyszedłem dziś do
ciebie, byłem gotów postąpić, jak należy. Słowo! To było nasze pierwsze
spotkanie, odkąd wróciłaś z Paryża. Kiedy otworzyłaś mi drzwi, od razu
zwróciłem uwagę na to, jak pięknie wyglądasz. Taka elegancka i opalona.
Mimo to powiedziałem do siebie: No dawaj, Simon. Zrób to. Powiedz Lauren
to, co masz do powiedzenia. Po prostu wyrzuć to z siebie. I tak też
zrobiłem. Powiedziałem ci, że nie mogę zdradzić Vicky. Zawieść jej
zaufania w taki sposób. Powiedziałem, że musimy to zdusić w zarodku.
Zakończyć, zanim na dobre się zacznie.
A ty, w swojej wspaniałomyślności okazałaś zrozumienie.
- To, co powiedziałeś, bardzo dobrze o tobie świadczy. Właśnie po czymś
takim można poznać, że jesteś świetnym facetem - stwierdziłaś.
Aż skręciło mnie w żołądku. Miałem wrażenie, że klatka piersiowa zaraz
mi eksploduje. Jednak staliśmy tak przez chwilę w milczeniu. Wmawiałem
sobie, że tak będzie lepiej i po pewnym czasie sam sobie podziękuję,
nawet jeśli teraz trudno w to uwierzyć i czuję się do dupy.
Wtedy cię uścisnąłem, a ty nie pozostałaś mi dłużna. Staliśmy tak przez
chwilę, złączeni w uścisku. O chwilę za długo. To było dla mnie zbyt
wiele. Zaraz potem nasze ręce zaczęły błądzić po nie swoich ciałach.
Twoje najpierw, ale moje nie pozostały w tyle. Poczułem, że cały płonę.
Nasze wargi się złączyły i usłyszałem twój jęk, Lauren. Nawet nie
zdajesz sobie sprawy, jak to na mnie podziałało - świadomość, że
odpowiadasz na moje pieszczoty w taki sposób. Przyjmujesz je z rozkoszą.
Świadomość, że tak na ciebie działam. Czy wiesz, jak wiele czasu minęło,
odkąd kobieta reagowała tak na mój dotyk? Reagowała tak na mnie?
Tyle tygodni rozmyślań i powtarzania sobie, że nie może do tego dojść...
wszystko jak krew w piach. Dziesięć minut. Tyle wystarczyło, by złamać
własne postanowienie. Dziesięć minut i do tego doszło. Nie mogliśmy
utrzymać rąk przy sobie ani oderwać ich od siebie nawzajem. Leżymy nadzy
na twojej sofie i robimy to jak zwierzęta: drapieżne, spragnione i zachłanne. Ulegliśmy pożądaniu. Byliśmy cali spoceni.
I nic na tym świecie nie było dla mnie tak satysfakcjonujące jak twój
orgazm, Lauren. Moment, gdy na chwilę zabrakło ci tchu, a potem zaczęłaś
dyszeć mi do ucha. Poczułem drgawki na twoim ciele. Prawdziwe spazmy
twoich bioder. Czułem się jak w siódmym niebie! Czy tak właśnie czują
się zakochani? Czy mając przy sobie ukochaną osobę, czują się tak, jakby
byli niezwyciężeni? Jakby złożono im świat u stóp? To było tak dawno...
zdążyłem zapomnieć, jakie to uczucie.
A teraz? Czuję się tak, jakbym zdjął ręce z kierownicy, zamknął oczy i wcisnął gaz do dechy.
12 Simon
12
Simon
Zaczynam dzień od mojego "Pięć o piątej" - pięciomilowego biegu o piątej
nad ranem. Moja mama kiedyś robiła dokładnie to samo. Cztery razy w tygodniu, punkt piąta wkładała buty i zaczynała "zdzierać asfalt", jak
to zgrabnie ujmowała. Miała na swoim koncie osiemnaście maratonów.
Wielokrotnie udawało jej się zakwalifikować do Maratonu Bostońskiego.
"To twój czas. Dla ciebie i nikogo innego" - mawiała. - "Żadnych
telefonów, kłótni, niepotrzebnych dyskusji i stresu. Tylko ty. To jak
najlepsza terapia. Za darmo. A warta każdych pieniędzy".
Kieruję się na wschód i przebiegam przez Austin w zachodniej części
Chicago. Większość zapewne nie nazwałaby najbardziej niebezpiecznej
okolicy w tym mieście malowniczą, ale mnie ujmuje coś w braku pokory i żarliwej determinacji jej mieszkańców.
Wszyscy na myśl o tej części Chicago od razu wyobrażają sobie
strzelaniny i krwawe jatki. Ja zaś każdego ranka o świcie widzę
nastolatkę grającą na skrzypcach przy oknie swojej sypialni na pierwszym
piętrze budynku w pobliżu bulwaru Augusta i alei Waller; starszego pana
z przekrwionymi oczami, który przed pracą siedzi w beżowym uniformie na
schodkach budynku z termosem w ręku i nazywa mnie "skończonym idiotą",
kiedy mijam Long Avenue; staruszkę wraz z kilkoma dzieciakami
studiujących na ganku Biblię, gdy tylko pogoda dopisuje (w pozostałe dni
zajmują miejsce przy oknie w salonie); kelnerkę z mieszkania przy
Leclaire, wracającą do domu z nocnej zmiany w zielonym fartuszku i z plecakiem wypchanym książkami.
Bieganie po tej okolicy przypomina mi, że ci ludzie mają większe
zmartwienia niż jakiś durny awans na profesora. Niektórzy walczą o byt i godne życie.
Wszyscy myślą, że skoro tutaj biegam, muszę być niespełna rozumu. Może
Vicky ma rację i chcę po prostu postawić na swoim. Jestem zbyt uparty,
by tu nie biegać. Jakbym próbował coś wszystkim udowodnić. Nie pamiętam
już, ileż to razy policjanci w radiowozie hamowali na mój widok, by
zapytać, co ja sobie myślałem, wybierając tę trasę. Może i jestem
"skończonym idiotą", ale hej - słyszałem już gorsze opinie na swój
temat.
Jak na przykład przezwisko "Mini Mój". Tak wołał na mnie Mitchell
Kitchens - ogromny typ, który był wtedy w ostatniej klasie mojego
ogólniaka. Reprezentował naszą szkołę w międzystanowych zawodach
zapaśniczych. Ja dopiero zaczynałem wtedy swoją "przygodę" z Grace
Consolidated. Miałem może trochę ponad pięć stóp7 wzrostu i ważyłem jakieś sto funtów8. Zaś Mitchell budową przypominał
wielkiego, zwalistego kloca. Miał szyję jak pień drzewa, tak grubą, że
nie wiadomo było, w którym miejscu zaczyna się jego głowa. Do tego te
wstrętne zęby, wiecznie nieświeży oddech i krzywy nochal - widać było,
że złamany nie raz i nie dwa. Z tymi malutkimi, szeroko rozstawionymi
ślepiami wyglądał jak człowiek pierwotny.
Latem wszedł na ekrany sequel Austina Powersa. Najwidoczniej Mitchell
widział ten film, kiedy mieliśmy wolne z okazji Święta Dziękczynienia.
Pamiętam, że kiedy tylko wróciliśmy do szkoły, Kitchens zaczął pokazywać
na mnie palcem i krzyczeć: "Hej! To Mini Mój!". No i przezwisko się
przyjęło. Oczywiście, że tak. Tylko znienawidzone przezwiska się
przyjmują.
Codziennie, kiedy wysiadałem ze szkolnego autobusu, od razu widziałem
Mitchella. Stał przy ogrodzeniu i wołał do mnie: "No chodź, Mini Mój!".
To samo krzyczał na korytarzach, a nawet kiedy wchodziłem do klasy na
matmę (tak, mieliśmy razem matematykę - ja świeżak, on w ostatniej
klasie - więc możesz sobie wyobrazić, jak "wybitnym" był uczniem). Z początku starałem się go ignorować. Nic nie odpowiadać. Ale to tylko
pogarszało sprawę. Wołał tak w kółko, dopóki nie zareagowałem, więc po
jakimś czasie zacząłem to robić już po pierwszej zaczepce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przyjrzyj się
1 Simon
1
Simon
Sprawdzam godzinę na swoim jednorazowym telefonie. Jest dwudziesta
pięćdziesiąt jeden. Dziewięć minut do dwudziestej pierwszej. Prawie dwie
godziny temu dzieciaki przestały chodzić po domach i zbierać cukierki.
Grace Village jest pogrążone w ciemności, a mieszkańcy tego
miasta-sypialni szykują się już do snu.
Dzisiejszej nocy okolicę będą patrolować policyjne radiowozy, ale na
razie na Lathrow Avenue nie ma ani jednego. A przynajmniej żadnego nie
widzę, stojąc u Lauren w przestronnym holu i patrząc przez wizjer drzwi
wejściowych, choć przyznaję, że z nadmiaru emocji widzę niewyraźnie i obraz wydaje się nieco rozmyty. Nie, nie z powodu łez. Nie płaczę.
Szczerze powiedziawszy, myślałem, że będę. Spodziewałem się tego. Ale
nie. Brak łez w tej chwili daje mi pewność, że już ich nie uświadczę.
Płacz jest dobry dla tych, którzy odczuwają smutek, żal bądź też wyrzuty
sumienia.
Chociaż nie ukrywam, daleko mi teraz do spokoju i tak zwanej
normalności. Nawet bardzo. Słyszę tępe dzwonienie w uszach i bicie
własnego serca: ŁUP-ŁUP, ŁUP-ŁUP... - odbija się we mnie echem, jest jak
dudniący bęben basowy niepasujący do żadnej orkiestry symfonicznej. Mimo
wszystko nie czuję drżenia rąk, gdy łapię za klamkę i odblokowuję
zdobioną złotą zasuwkę, której nie powstydziłby się żaden królewski
skarbiec. Jednak za tymi drzwiami nie ma klejnotów ani innych
kosztowności. Tylko niebezpieczeństwo. Nie powinno mnie tu być. W domu
Lauren.
Odwracam się, by ostatni raz spojrzeć na hol.
Ciało Lauren zwisa z półpiętra. Jej palce u nóg znajdują się ledwie parę
stóp1 nad marmurową podłogą holu. Nie rusza się. Wisi z twarzą
skierowaną w moją stronę i nienaturalnie wygiętą w prawo szyją, wokół
której został zawiązany sznur. Na tej pętli spoczywa jej głowa, tak
przekrzywiona, że wygląda, jakby w każdej chwili mogła odpaść i potoczyć
się po tej pięknej marmurowej posadzce. Ma na sobie obcisły kostium
kotki i odpowiednio zrobiony makijaż, w tym namalowane wąsy i okrągły
nosek przypominający guzik. Do tego paznokcie u rąk i nóg zostały
pomalowane na czarno. Halloweenowa Barbie, jeśli coś takiego w ogóle
istnieje; chociaż sądzę, że tak. Sznur wisi napięty na ozdobnej
balustradzie z kutego żelaza, prowadzącej na pierwsze piętro. Wprawdzie
uroda Lauren jest niezaprzeczalnie olśniewająca, a strój seksowny, ale
patrząc na nią teraz, od razu mam przed oczami widok tusz wołowych
zwisających w rzeźni z wielkich haków zamontowanych w suficie chłodni.
Nic na to nie poradzę.
Wesołego Halloween, Lauren.
Robię krok do przodu, ale coś chrzęści mi pod butem. To odłamki szkła z rozbitej w holu misy z cukierkami na Halloween. Co ja wyprawiam?
Dlaczego robię krok w jej stronę? Ostatnie pożegnanie? Chęć wymiany
obcasa, który odpadł od jej lewej szpilki? Po chwili zastanowienia
odwracam się i kieruję swe kroki w stronę wyjścia.
Pociągam za klamkę i otwieram drzwi wejściowe. Chłodne październikowe
powietrze wdziera się do wnętrza naciągniętego na głowę kaptura, który
nie tylko zasłania mi całą twarz, ale i uniemożliwia swobodne
rozglądanie się na boki. Przed wyjściem zapominam jeszcze raz zerknąć
przez wizjer. Jest to prawdziwe niedopatrzenie. A tej nocy nie ma
miejsca na błędy.
Przemierzam puste ulice Village w stroju Ponurego Żniwiarza, ściskając
kurczowo poszewkę na poduszkę. Mijam zawieszone na drzewach tandetne
szkielety, postawione na podwórkach "nagrobki", pomarańczowe lampiony
oświetlające krzewy i spoglądające na mnie zza okien "duchy".
Metr osiemdziesiąt wzrostu i głowa schowana w wydłużonym kapturze...
Mógłbym uchodzić za nastolatka zbierającego cukierki (choć ten numer by
nie przeszedł, biorąc pod uwagę fakt, że w Village poważnie podchodzi
się do kwestii "godziny policyjnej") lub dorosłego wracającego do domu z imprezy (której ani adresu, ani gospodarza nie byłbym w stanie wskazać).
Powinienem iść swobodnym krokiem. Przechadzać się beztrosko. W końcu
jestem całkowicie anonimowym człowiekiem od stóp do głów ubranym na
czarno w tę jedyną w roku noc, kiedy to nie wzbudza niczyjego
zdziwienia. Powinienem też mieć przygotowaną historyjkę dla policji, na
wypadek gdyby zatrzymał mnie jakiś radiowóz.
Kiedyś usłyszałem z ust pewnej mądrej kobiety: "Najlepsze kłamstwa to te
najbliższe prawdzie".
Wracam do domu - tak powiem, jeśli ktoś mnie zapyta, co robię. - Za dużo
wypiłem.
To będzie musiało wystarczyć za całe usprawiedliwienie. Fragment o piciu
to kłamstwo, ale jednocześnie wystarczająco trudny do obalenia argument.
Natomiast stwierdzenie, że wracam do domu, jest bliskie prawdy.
Przynajmniej idę we właściwym kierunku.
Dochodzę do parku na południowo-wschodnim krańcu miasta. Idę ścieżką po
przekątnej, mijając kilku bezdomnych, huśtawki, siłownię w plenerze oraz
na wzgórzu grupkę przyczajonych z piwem nastolatków. Jedna stopa. Potem
druga. Staram się zachowywać normalnie. Myśleć o zwyczajnych,
przyziemnych rzeczach. Dawno tego nie robiłem.
Od trzynastego maja nie czuję się normalnie.
Bawię się w "Co - by było - gdyby?". Co by było, gdyby moja wizyta u fryzjera została przełożona z trzynastego maja na inny dzień? Co by
było, gdyby prodziekan nie wezwał mnie wtedy do swojego gabinetu? Te
dziesięć-piętnaście sekund różnicy mogło wystarczyć, byśmy się minęli.
Nie dowiedziałbym się, że wróciła.
Ale to mnie nie uspokaja, zaczynam więc myśleć o tym, co będzie dalej. O moim dzienniku. Tym z zieloną okładką, kolorystycznie pasującym do
telefonu. Pozbyłem się tego dziennika, prawda? Spaliłem go na popiół w moim kominku. Prawda? Nie przyśniło mi się to, co nie? Gdyby ten zielony
dziennik kiedykolwiek trafił w ręce policji... to byłby szach-mat.
Koniec gry.
To także niespecjalnie pomaga mi zredukować stres, dlatego koncentruję
się na zabawach językowych. Kiedy byłem dzieckiem, koiły mi nerwy. Język
potrafi zaskakiwać i bywa naprawdę dziwaczny. Na przykład - dlaczego
mówi się "rok dwutysięczny", ale już nie "dwutysięczny pierwszy"? Czemu
mamy "może" przez "ż" i "morze" pisane przez "rz"? I jak to się stało,
że istnieją słowa, które mają tylko liczbę pojedynczą, jak "powietrze",
a inne jedynie mnogą: "nożyczki", "spodnie", "usta", "drzwi"... Nie
wiem, dlaczego dziwność, sprzeczność i osobliwość mnie uspokaja; ale
zawsze tak było. Być może ma to związek z faktem, że te cechy są mi w pewien sposób bliskie. Widzę, że w dużej mierze sam je posiadam.
Znienacka się zatrzymuję. Nagle, nie wiedzieć czemu, nogi się pode mną
uginają. Ogarnia mnie ogromne zmęczenie. Wręcz wyczerpanie. Jakby tego
było mało, puls znów przyspiesza, aż wibruje mi w gardle. Zaledwie parę
kroków dzieli mnie od Harlem Avenue. Za moment przekroczę granicę
miasta. Tylko kilka stóp i opuszczę Grace Village. Przejdę do znacznie
większego miasta - Grace Park. Tam właśnie mieszkam.
Udaje mi się schować za szopą na narzędzia należącą do parku miejskiego.
Siadam na ziemi, ściągam kaptur, zdejmuję maskę i opieram spoconą głowę
o ceglaną ścianę. Szukam noża schowanego w poszewce na poduszkę. Jest
duży. Kiedy byłem jeszcze dzieciakiem, kroiliśmy nim indyka w Święto
Dziękczynienia. Pomyślałem, że może mi się dziś przydać. Wyciągam swój
zielony telefon i zaczynam pisać:
Przepraszam, Lauren. Jest mi przykro. Z powodu tego, co zrobiłem. Z powodu tego, że mnie nie kochałaś. Ale nie zamierzam przepraszać za to,
że kocham cię jak nikt inny. Idę do ciebie. Mam nadzieję, że przyjmiesz
mnie z otwartymi ramionami, że pozwolisz kochać się tak, jak nie było mi
dane być przez ciebie kochanym na tym świecie.
Po napisaniu wiadomości kładę telefon na kolanach, obok noża. Wyciągam
do przodu rękę dłonią w dół i patrzę na nią. Nadal nie drży.
Biorę głęboki wdech i kiwam głową. Zrobię to. Jestem gotowy.
Przed Halloween. 13 maja
Przed Halloween
13 maja
2 Simon
2
Simon
- Wiesz, z czym masz problem? - mówi do mnie Anshu, choć wcale go o to
nie pytałem. Gdybyśmy mieli teraz poddać analizie wszystkie moje
problemy, musielibyśmy tu przesiedzieć całe popołudnie. - Nie masz
odpowiedniego wizerunku - kontynuuje, nie czekając na jakąkolwiek
reakcję z mojej strony.
- Nie mam odpow... - zerkam na swoją koszulę OCBD i niebieskie dżinsy. -
Co ci nie pasuje?
- Ubierasz się jak student, a powinieneś jak profesor.
- Co mam niby nosić? Tweedową marynarkę z łatami na łokciach? A może
jeszcze fajkę do tego?
Siedzę w swoim gabinecie na drugim piętrze wydziału prawa wraz z profesorem Anshumanem Bindrą, który odpowiedni wizerunek ma z natury:
poważna twarz przywodząca na myśl puchacza, starannie przycięta broda i włosy sztywne jak szczotka do szorowania, które w ogóle się nie
poruszały, a i tak jakimś cudem wyglądały na rozczochrane. Anshu odchyla
się w swoim fotelu ze słowami:
- Simon, mój drogi przyjacielu, właśnie zostałeś zacytowany w uzasadnieniu Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. To tak, jakby jego
sędziowie zstąpili z Waszyngtonu do Chicago i szepnęli Komisji: "Zróbcie
z tego faceta profesora". Powinieneś dumnie kroczyć i zachowywać się jak
nowy król czwartej poprawki. Ale nie. Zamiast tego wolisz wyglądać tak,
jakbyś wybierał się na imprezę jakiegoś studenckiego bractwa.
- To, jak się ubieram, nie powinno mieć żadnego znaczenia. To, co mówię
i piszę, czego uczę... To powinno mieć...
Jednak Anshu już składa dłoń w dzióbek i zaczyna nim ruszać, jakby
chciał powiedzieć: "Ble, ble, ble", po czym zauważa:
- Weźmy na przykład Reida. On należycie się prezentuje. Ma odpowiedni
wygląd. Codziennie nosi sportową marynarkę i spodnie w kant.
Reid Southern? Ten facet jest dla uczelni tym, czym Pauly Shore dla
aktorstwa dramatycznego. Jego starzy mają koneksje. To wszystko.
- Nosi sportową marynarkę, bo ma wystający bebzon - odpowiadam. - I pewnie nie mieści się w żadne dżinsy.
Anshu spuszcza głowę i łapie się za nasadę nosa:
- Tja... może i biegasz w maratonach i zapewne połowa twoich studentek
chce się z tobą przespać, ale to Reid wygląda i zachowuje się jak
profesor prawa. Ten facet słucha w swoim gabinecie Mozarta. A ty? R.E.M,
Panic! at the Disco i N.W.A.
- OK, po pierwsze - mówię, pochylając się do przodu - nie słucham i nawet nie zamierzam nigdy słuchać Panic! at the Disco. A po drugie, od
kiedy to ma jakiekolwiek znaczenie, jakiej słucham muzyki?
- Nie chodzi tylko o to, ale o całokształt... niechlujny wygląd,
muzykę... całe twoje nastawienie. Myślisz, że pozory nie mają znaczenia?
Wiem, że nie powinny, ale...
- Ale mają. Tak, wiem.
Tyle że nie zamierzam się z tego powodu zmieniać. Dlaczego niby miałbym
to robić? Na uczelni nie ma żadnego dress code'u. Jestem dużo lepszym
wykładowcą niż Reid Southern. Studenci go nie znoszą. Czytałem w internecie, jakie ma opinie. A jego dorobek naukowy można określić (w najlepszym wypadku) jako "drobiazgowy". On pisze o różnych
interpretacjach "porozumienia stron" w prawie zobowiązań, a ja o tym, że
rządzący codziennie łamią konstytucyjne prawa swoich obywateli.
- Sam sobie umniejszasz. Jesteś zbyt skromny - mówi Anshu.
Jasne, czemu nie. Kontynuujmy. Brnijmy w to dalej.
- Wolałbyś, żebym był nadęty? Wpadł w samouwielbienie? Jeeezu, Anshu...
chcesz zaprzepaścić wszystko, czego nauczyła mnie matka?
Macha na mnie ręką ze słowami:
- A możesz mi powtórzyć, co właśnie powiedziałeś Loomisowi na korytarzu?
Wiceprzewodniczący cholernej Komisji do Spraw Stopni i Promocji
Naukowych pogratulował ci tego, że twój artykuł został zacytowany przez
Sąd Najwyższy, a ty co? Co mu na to odpowiedziałeś?
- Nie pamiętam, co takiego mu niby powiedziałem?
- Powiedziałeś: "To musiał być długi dzień w Sądzie".
A tak, rzeczywiście. Tak powiedziałem.
- A gdzie "dziękuję"? - mówi dalej Anshu. - Najwyższa instancja w tym
kraju dopiero co zacytowała jeden z twoich artykułów. Mógłbyś chociaż
trochę ponapawać się tą sytuacją. Przez chwilę pławić się w blasku
chwały. Ale nie, ty nawet nie potrafisz przyjąć komplementu. Wolisz sam
umniejszać swoje zasługi. A poza tym Reid nie ma bloga - dodaje.
Rozkładam ręce.
- Co jest nie tak z moim blogiem?
- Śmieszkujesz sobie na nim - mówi. - I robisz przytyki.
- Ale piszę też o decyzjach i wyrokach sądowych. O ich słuszności lub
jej braku.
- Napisałeś limeryk o prezesie Sądu Najwyższego.
- Napisałem. Był zabawny, co nie?
- Był, ale jak możesz tak się zachowywać? Być taki swobodny...
prześmiewczy i lekceważący?
- Pytasz się mnie, jak mogę nie być sztywniakiem? Jak mogę nie robić
przypisów? Jak mogę nie używać sentencji łacińskich? Dobrze wiesz, jaki
mam stosunek do przypisów i...
- Tak, wiem, jaki masz stosunek do przypisów - wyciąga do mnie ręce
jakby w błagalnym geście. - Ale profesorowie prawa robią przypisy!
Profesorowie prawa używają sentencji łacińskich!
Ja nie. Nie zamierzam ubierać się inaczej. Nie chcę podlizywać się
członkom Komisji i reszcie kadry akademickiej podczas partyjek pokera
oraz imprez wydziałowych. W nosie mam używanie sentencji łacińskich. I za cholerę nie będę robił przypisów.
No dobra, może daleko mi do Roosevelta w czasie bitwy pod San Juan, ale
obstaję twardo przy swoim.
- Najpierw załatw sobie stołek - mówi. - Kiedy już będziesz profesorem,
a nie profesorem uczelni, możesz podważać wszelkie uczelniane konwencje
i konwenanse. Proszę bardzo. Droga wolna. Ale ten twój cały luz...
Nie jestem wyluzowany. W żadnym razie. Daleko mi do luzu. Jestem uparty,
a to zupełnie insza inszość.
- Chcesz łaciny? Proszę bardzo - mówię. - Ego facturus est via mea.
Anshu wzdycha.
- I zapewne zaraz mi powiesz, co to znaczy.
- Oczywiście. Powiedziałem, że zrobię to po swojemu.
- Jasne. Jakżeby inaczej. Jak zawsze.
- A teraz proszę mi wybaczyć, panie profesorze, ale muszę się ostrzyc.
- Chwała Bogu. Twoja fryzura to kolejny problem. Masz za długie włosy.
Wyglądasz jak...
- Jak student. Tak, wiem.
Nagle słyszę, że dzwoni mój telefon.
Niecałe pięć minut później wchodzę do gabinetu Martina Comstocka,
jednego z prodziekanów. Tak się akurat złożyło, że jest również
przewodniczącym Komisji do Spraw Stopni i Promocji Naukowych. Siwowłosy
elegancik z jaskrawoczerwoną muszką. Uosobienie wielu prawniczych
stereotypów.
Nosi muszki tylko po to, żeby ludzie go o nie pytali. Wtedy "niechętnie"
wyjaśnia, że kiedyś współpracował z Johnem Paulem Stevensem - sędzią
Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, a następnie senatorem Paulem
Simonem. Co łączyło obu tych panów? Nosili muszki. Prodziekan lubił
mówić: "Co? O to pytasz? Cóż, jeśli już musisz wiedzieć... to mogę
zdradzić, że jest to coś w rodzaju hołdu".
W przyszłym roku nasz dziekan odchodzi na emeryturę i chodzą słuchy, że
Comstock przejmie po nim stery. Nie wszystkim się to podoba. Mnie
również nie. Comstock to polityk, a nie naukowiec. Błękitna krew, nie
uczony. Reprezentuje wszystko to, czego nie akceptuję w środowisku
akademickim.
Pomijając ten drobny szczegół, zapewne spoko z niego gość.
- Ach, Simon! Dobrze, że jesteś. Proszę, wejdź - mówi, gdy pukam do jego
otwartych drzwi.
- Dzień dobry, panie dziekanie - lubi być tak nazywany, chociaż udaje,
że nie.
Comstock dokonuje szybkiej, dezaprobującej oceny mojego stroju. Żeby
było jasne: moja koszula jest wpuszczona w spodnie, a dżinsy czyste i niepodarte. Wyglądam normalnie.
- Dzięki, że wpadłeś - mówi. - Przejdę od razu do rzeczy.
Gabinet, w którym króluje skóra i orzech, stanowi pomnik jego wielkości:
te wszystkie dyplomy, nagrody i zdjęcia z prezydentami oraz sędziami
Sądu Najwyższego. Comstock siedzi rozparty w swoim skórzanym fotelu z wysokim oparciem za imponującym biurkiem.
- Simon, chcesz zostać profesorem. Zamierzasz złożyć wniosek - mówi,
układając sobie na kolanach dłonie w wieżyczkę.
- Zgadza się.
- Jasne, to zrozumiałe. Nic w tym dziwnego - ciągnie dalej. - Robisz
kawał dobrej roboty. Cały czas to wszystkim powtarzam.
Nadszedł czas na "ale".
- Proszę, nie obraź się, ale...
W całej historii ludzkości nie było chyba przypadku, aby ktoś nie
obraził się po usłyszeniu zdania rozpoczynającego się od: "nie obraź
się, ale".
- Zastanawiam się... - zaczyna. - Powiem wprost. Czy wiesz, że Reid
Southern również ubiega się o to stanowisko?
Pewnie, że tak! Wiem też, że jego ojciec w ciągu ostatniej dekady
przekazał uczelni pięć milionów dolarów. Początki tej niezwykłej
hojności dziwnym trafem zbiegły się w czasie z momentem, kiedy Reid
zaczął tu pracować.
- Tak - odpowiadam.
- Zapewne wiesz również, że Reid jest tutaj o rok dłużej od ciebie.
- Jestem tego świadomy. Jak również tego, że jest tylko jedno miejsce.
- Tak, dokładnie. Dokładnie... - mówi tak ochoczo i protekcjonalnie,
jakby miał za chwilę rzucić mi psiego smaczka. - To delikatna sprawa i zapewne wiesz, że Reid cieszy się sporym poparciem. Wiesz, jak to
jest... nadeszła jego kolej.
Wielu profesorom uczelni odmówiono awansu na stanowisko profesora. Nie
mówi się ludziom, że "nadeszła ich kolej". Chyba że ich ojciec jest
chodzącym bankomatem.
- Nie chciałbym... - zaczyna machać palcami w powietrzu, jakby próbował
uchwycić nimi właściwe słowa. Jak gdyby nie przygotował się zawczasu do
tej rozmowy i nie wiedział dokładnie, co chce powiedzieć. - Myślę, że
byłoby lepiej, gdybyś poczekał, aż zwolni się kolejne miejsce. Lepiej
dla ciebie. Wtedy mógłbyś się ubiegać o stanowisko bez piętna, że już
raz złożyłeś wniosek i twoja kandydatura została odrzucona.
- Myśli Pan, że moja kandydatura zostanie odrzucona - nie mówię tego w formie pytania. Ale to JEST pytanie. Tak sądzę. Mamy wprawdzie na
uczelni pewne hermetyczne grono, kilku oldschoolowych typów, którym
prawdopodobnie nie przypadnę do gustu, ale jest tu też wielu dobrych,
niebawiących się w politykę ludzi, jak Anshu, uważających, że liczy się
jakość nauczania i osiągnięcia naukowe, a nie ubiór oraz znajomości.
- Cóż, oczywiście nie chcę wywierać na tobie żadnej presji. W końcu nic
nie jest jeszcze przesądzone. Ale jak mówię, Reid cieszy się dużym
poparciem. Nie żeby ktokolwiek kwestionował twoje osiągnięcia naukowe,
Simon. Powiem to jeszcze raz: robisz kawał dobrej roboty.
Jasne. I cały czas to wszystkim powtarzasz.
- Dał mi pan do myślenia, panie dziekanie - mówię.
Wychodzę z jego gabinetu, by mógł swobodnie zadzwonić do tatusia Reida.
Powiedzieć mu, że odfajkował rozmowę ze mną i wszystko idzie jak po
maśle.
Jestem spóźniony na wizytę u fryzjera. Zazwyczaj idę do niego na
piechotę, bezpośrednio po wyjściu z pracy, ponieważ zakład fryzjerski
znajduje się w odległości raptem kilku przecznic. Jednak tym razem
kieruję się na uczelniany parking zewnętrzny. Zwykle przyjeżdżam do
pracy wcześniej niż pozostali i staję na jednym z lepszych miejsc.
Znajduję srebrnego mercedesa coupé i sięgam do kieszeni po kluczyk.
Rozglądam się dookoła i przejeżdżam nim po boku samochodu, robiąc ohydną
rysę na całej długości, od strony kierowcy.
Ojej, przepraszam, panie dziekanie.
Teraz mogę iść do fryzjera.
I tak oto zmierzam w swoim niegodnym profesora uczelni stroju na
spotkanie ze starym Ruskiem o imieniu Ygor (serio). Dam sobie skrócić
włosy. Tak na wszelki wypadek, by reszta kadry akademickiej nie uznała,
że przez ich długość nie zasługuję na awans. Zresztą teraz to bez
znaczenia - najwyraźniej powinienem zrezygnować ze składania wniosku.
Jest parne popołudnie. Przepycham się przez tłum na Michigan Avenue:
turystów, bogaczy, performerów ulicznych i bezdomnych. Kwintesencja
Magnificent Mile. W dzisiejszych czasach naprawdę powinni rozważyć
zmianę nazwy2. Ale co tam - mam ważniejsze sprawy na głowie.
Na przykład - dlaczego to właśnie uprzywilejowani starzy biali mężczyźni
w czarnych togach mają najwięcej do powiedzenia w kwestii tego, jak to
jest być afroamerykańskim dzieciakiem zatrzymanym na ulicy przez
policjanta? Czemu prawnicy sądzą, że mądrzej brzmi, gdy mówią
"interalia" zamiast "między innymi"? I kto, do cholery, wpadł na to,
żeby wymyślić "słowo" konstantynopolitańczykowianeczka? Bez sensu.
Takie i podobnie głębokie myśli zaprzątają mi umysł, gdy mijam Chicago
Avenue. Znajduję się zaledwie przecznicę od salonu fryzjerskiego.
I nagle staję. Na przejściu dla pieszych. Ktoś idący z tyłu wpada na
mnie i zmusza do zrobienia kroku w przód dla złapania równowagi.
Staję, ponieważ coś czuję. TWOJĄ obecność. Przysięgam, że czuję ją,
jeszcze zanim cię zauważam. Wychodzisz z Bloomingdale's. Nie wiem, po
czym cię poznaję. Może po kształcie twojej głowy... podbródka... Lub po
sposobie, w jaki zaciskasz usta, gdy się na czymś skupiasz. Po czymś, co
sprawia, że jesteś sobą. Definiuje cię nawet po upływie dziewiętnastu
lat. Po czymś, co aż krzyczy: LAUREN...
Lauren.
Lauren.
Hej, Simon, jak się masz?
Doskonale, Lauren. A co u ciebie?
...zanim obracasz się w moim kierunku, w za dużych okularach
przeciwsłonecznych w stylu Audrey Hepburn.
Tak, to ty. Twoje blond włosy są dłuższe i o ton jaśniejsze, ale to ty.
Wchodzisz na przejście dla pieszych sprężystym krokiem. Z pewnością
siebie charakterystyczną dla kogoś, kto przywykł do lawirowania w tłumie
bez nawiązywania kontaktu wzrokowego z innymi. Poruszasz ustami. Nie
widzę telefonu, ale kiedy wiatr unosi twoje włosy, dostrzegam w uszach
AirPodsy.
Typowa zagrywka, którą sam stosuję, gdy chcę uniknąć z kimś kontaktu?
Telefon. Przykładam go do ucha i schylam głowę, jakbym miał słaby zasięg
i próbował lepiej usłyszeć rozmówcę. W ten sposób udało mi się uniknąć
setek rozmów na korytarzach mojej uczelni.
Jednak teraz tego nie robię. Nie sięgam po telefon.
Powinienem się ruszyć, a nie stać na środku przejścia, tworząc przesmyk
między morzami pieszych, mijających mnie z obu stron. Powinienem iść w twoim kierunku tak pewnie, jak ty zmierzasz w moim, ale nie mogę. Nie
jestem w stanie. Mój organizm jest w trakcie zamykania systemu. Stopy
nie chcą się ruszyć. Czuję pulsowanie w głowie. Jakbym został odarty ze
skóry i paradował z wnętrznościami na wierzchu.
Mam wrażenie, że czuję zapach twoich perfum, gdy mnie mijasz. Zmieniłaś
je.
Nie zauważasz mnie. Pewnie zostaję przysłonięty przez ludzką chmarę,
albo jesteś zbyt skupiona na rozmowie telefonicznej. A może mnie
zauważyłaś, ale najzwyczajniej w świecie nie poznałaś? W końcu jestem
dla ciebie tylko odległym wspomnieniem. Nieprawdaż?
Odwracam się i idę za tobą.
- Hmm... nie, bardzo dziękuję. To się nazywa: "mieć trochę godności"? -
wypowiadasz zdanie jak pytanie retoryczne. Potem się śmiejesz.
Śmiech się nie zmienił. To naprawdę ty.
Masz na sobie różową sukienkę podkreślającą walory twojej figury.
Niesiesz dwie torby z wyraźnie drogimi zakupami. Masz pieniądze. To
żadna niespodzianka. Masz na palcu pierścionek z dużym kamieniem. To też
żadna niespodzianka. Zawsze potrafiłaś przyciągać uwagę bogatych
facetów. Nie miałaś z tym najmniejszych problemów.
Poklepać cię po ramieniu? Powiedzieć: "Hej, kopę lat. Pamiętasz
mnie?".
Czy złapać cię za ramię? "HEJ, LAUREN, PAMIĘTASZ MNIE?".
Jestem za blisko, więc zwalniam kroku.
Przechodnie się na ciebie gapią. No jasne, że tak. Zarówno mężczyźni,
jak i kobiety. Nic dziwnego. Jesteś prawdziwym dziełem sztuki. Musisz
być tego świadoma. Na pewno to wiesz. Idziesz jak gdyby nigdy nic,
pewnym krokiem.
Za to ja mam nogi jak z waty. Czuję pieczenie w gardle wywołane
refluksem. Fuuj...
Mijasz Chicago Avenue i wchodzisz do jednego z budynków.
Jeśli wejdę za tobą do środka - zakładam, że jest to lobby
apartamentowca - nie pozostanę anonimowy. Ludzie nie wchodzą, ot tak
sobie, do tego typu miejsc.
Ale nie dbam o to. Popycham drzwi obrotowe jakieś pięć sekund po tobie.
Tyle wystarczy, żebyś mnie nie zobaczyła. Wchodzę do eleganckiego,
bogato zdobionego i klimatyzowanego lobby luksusowego apartamentowca w centrum miasta.
- Pani Betancourt! - mówi mężczyzna stojący za biurkiem recepcji. -
Wpadła pani na weekend?
- Nie, Charlie. Wpadłam tylko podrzucić kilka rzeczy - mówisz. - Jak tam
dzieci? Wszystko w porządku?
Betancourt. Betancourt.
Wyszłaś za mąż, Lauren.
Wychodzę z powrotem na upał. Z obu stron mijają i popychają mnie ludzie.
Moja stopa spada z chodnika na ulicę. Słyszę klakson samochodowy. To na
mnie ktoś trąbi...
Robię krok w tył, o włos mijając się z taksówką jadącą na południe
Michigan Avenue.
By złapać równowagę, kładę dłoń na zaparkowanym aucie z gorącym
silnikiem.
- Gościu, co ty odpierdalasz?! - kolejny taksówkarz. Wystawia głowę
przez okno stojącego na krawężniku samochodu.
Podnoszę rękę w przepraszającym geście i, potykając się, wracam na
chodnik. Nie jestem pewien, w którą stronę mam teraz iść. Potrząsam
głową i szepczę:
- Betancourt. Betancourt.
Betancourt, Betancourt, Betancourt, Betancourt.
W Chicago i jego okolicach mieszkają dziesiątki osób o tym nazwisku, ale
tylko jedna z nich ma na imię Lauren. I to właśnie jesteś ty. Patrzę na
twoje zdjęcie profilowe na Facebooku. Pozujesz na nim w obcisłej białej
sukience i w fantazyjnym kapeluszu - wyglądasz, jakbyś była na Kentucky
Derby. Podnosisz kieliszek wypełniony napojem z bąbelkami i układasz
usta w uroczy, delikatny dzióbek. Czy naprawdę byłaś aż taka szczęśliwa,
robiąc to zdjęcie, Lauren? A może przez cały czas myślałaś tylko o tym,
że nada się świetnie na profilowe na Facebooku? Czy to tylko fałsz, jak
wtedy, kiedy ludzie koloryzują swoje opowieści, by wydawały się
zabawniejsze, niż są w rzeczywistości? Czy bardziej przejmujesz się tym,
jak widzą cię inni, niż jak sama siebie postrzegasz?
Tysiące facebookowych znajomych i "lubię to" pod setkami zdjęć
stanowiących maleńkie okienko na twój świat, życie w ciągu ostatniej
dekady: szczyt wieży Eiffla, safari w RPA, drinki na Times Square,
morsowanie w jeziorze Michigan, triatlon i jakiś wyścig w błocie. Na
każdym zdjęciu otaczają cię przyjaciele i przystojni mężczyźni, a ty
sama jesteś skąpana w słońcu, szczęśliwa, olśniewająca, seksowna,
rozrywkowa, pełna energii oraz swobody.
Wyszłaś za niejakiego Conrada Betancourta, ale nie masz dzieci.
I nie mieszkasz w samym Chicago, tylko w Grace Village, zaraz obok
mojego Grace Park.
Wróciłaś do domu, Lauren.
Biorę głęboki oddech. Uspokój się, Simon. Może gry językowe pomogą?
Cokolwiek. Kolejny głęboki oddech.
Dlaczego "bicie" i "misie" trochę się rymują, a trochę nie i czemu coś
takiego nazywa się rymem niedokładnym?
Głęboki oddech.
Dlaczego, kiedy przymiotnik pełni funkcję kategoryzacyjną, stawiamy go
po rzeczowniku, a w innych przypadkach przed? W zależności od kontekstu
możemy powiedzieć "biały niedźwiedź" lub "niedźwiedź biały".
I czemu nie mogę powiedzieć grenlandzki biały niedźwiedź? Musi być
koniecznie ten niedźwiedź biały grenlandzki?
Głęboki oddech.
Wszystko wraca. Jak obmywająca mnie fala. Rośnie we mnie. Jak nowotwór.
Czuję się, jakby w moich żyłach płynęła trucizna. Powinienem przestać.
Opamiętać się. W tej chwili. Zapomnieć, że cię widziałem. Zostawić to
wszystko za sobą. Zostawić ciebie. Tak, musisz zostać tam, gdzie byłaś -
w moim lusterku wstecznym. Tak jest lepiej. Ze mną jest lepiej. Wiem, że
tak. Vicky mówi, że jest lepiej. Nie mogę do tego wracać. Wszystko jest
dobrze. Wszystko jest w porządku.
Tak, właśnie to zamierzam zrobić, Lauren. Odpuścić. Należysz do
przeszłości i to takiej sprzed dziewiętnastu lat.
OK, to tyle. Postanowione. Zapomnę, że dzisiaj cię widziałem.
Siedem tygodni później. Lipiec
Siedem tygodni później
Lipiec
3 Poniedziałek, 4 lipca 2022 r.
3
Poniedziałek, 4 lipca 2022 r.
O... mój... Boże - wyszeptałem. Nawet pomimo tego, że wpadłem dziś do
klubu dla snobów pierwszy raz od lat tylko z twojego powodu. W nadziei,
że będziesz na przyjęciu z okazji czwartego lipca3. Nawet pomimo
tego, że myślałem o tobie od tamtego majowego dnia... kogo ja oszukuję z "tamtym majowym dniem"? Od piątku, trzynastego maja, od godziny 14:04 -
kiedy zobaczyłem cię na Michigan Avenue. Nawet pomimo tego, że
próbowałem wykombinować, jak tu na ciebie "przypadkiem" wpaść. Nawet
pomimo tego, że ćwiczyłem sobie różne teksty i scenariusze przed
lustrem, jak podenerwowany nastolatek.
Tak, to wszystko nie miało znaczenia, Lauren, bo kiedy tylko zobaczyłem
cię na patio klubu, na tle pola golfowego, poczułem coś świeżego,
czystego i właściwego. Jakby wszystko nagle było na swoim miejscu.
Jakbym widział cię pierwszy raz w życiu.
Rozłożyłem ręce tak, jak gdybym coś wyczarował. W sumie to ma sens.
Magia to odpowiednie słowo. Właściwe, by opisać... ciebie.
Miałaś na sobie białą letnią sukienkę. Byłaś opalona. I po raz kolejny
założyłaś te okulary a la Audrey Hepburn. Poza tym twoje włosy były
upięte z tyłu. Śmiałaś się razem ze swoimi przyjaciółmi, ale musiałaś
zobaczyć mnie kątem oka, ponieważ nagle bez powodu odwróciłaś się w moją
stronę.
- To - odezwałaś się, zdejmując okulary i mrużąc oczy od słońca.
Wydawałaś się mniej zaskoczona ode mnie. - Simon - powiedziałaś to tak,
jakby wymawianie mojego imienia sprawiało ci przyjemność.
Odłączyłaś się od swojej grupki, w której najwyraźniej nie było twojego
męża Conrada. Cieszę się, że pomyślałaś o tym, byśmy na naszym pierwszym
spotkaniu (a przynajmniej pierwszym po dziewiętnastoletniej przerwie)
mieli odrobinę prywatności, nawet jeśli i tak otaczała nas setka ludzi,
którzy przybyli do klubu na grilla i fajerwerki zorganizowane z okazji
czwartego lipca.
- Co ty... co ty tu... - nie dokończyłem zdania.
- Ach... wróciłam - powiedziałaś. - No, prawie. Mieszkam w Village.
- W Grace Village? - zapytałem.
- Tak. Jestem tu od kilku lat. Mam męża. A ty wciąż mieszkasz w Grace
Park?
- W tym samym domu - odpowiedziałem.
Na co ty kiwnęłaś głową ze słowami:
- Nie dziwi mnie to. I dlatego spodziewałam się, że prędzej czy później
mogę cię spotkać w tym klubie. Pamiętałam, że twoi rodzice byli
członkami. Ja... myślałam nawet, żeby do ciebie zadzwonić. Tak po
prostu, by przełamać lody...
Machnąłem ręką.
- E tam, nie przejmuj się. To było... dawno temu.
Wyglądałaś, jakby kamień spadł ci z serca. Uśmiechnęłaś się do mnie,
jakby z wdzięcznością.
Myślałem, że będę bardzo zdenerwowany. Miałem w głowie obraz naszego
ponownego spotkania. Byłem pewien, że zacznę się jąkać, pocić i zrobię z siebie debila. Ale nie. Kiedy tylko cię zobaczyłem, wszystko przestało
mieć znaczenie. Wyćwiczone kwestie od razu wyparowały mi z głowy. Nie
były potrzebne. Liczyliśmy się tylko my. Znowu razem. Wszystko inne było
bez znaczenia.
- Jesteś żonaty? - zapytałaś, widząc obrączkę na moim palcu.
- Prawie dziesięć lat - odparłem. - Ma na imię Vicky.
- Jest gdzieś tutaj?
Nie. Vicky ze mną nie było. Siłą bym jej nie zaciągnął w takie miejsce.
- Nie mogła przyjechać - odpowiedziałem. Wyglądałaś, jakbyś zdała sobie
sprawę z tego, że poruszyłaś drażliwy temat. Musiałaś odgadnąć to po
wyrazie mojej twarzy.
Nie jesteś tak piękna jak dziewiętnaście lat temu. O nie, Lauren. Jesteś
piękniejsza. Wyglądasz na doświadczoną. Mądrzejszą. Nie jesteś już
gorącą dwudziestolatką, wspinającą się po szczeblach kariery w kancelarii mojego ojca, tylko dojrzałą, elegancką i pewną siebie
kobietą, która swoje przeżyła, zna swoją wartość, a przede wszystkim
siebie.
Czułem się niekomfortowo, bo cię okłamałem. Chciałem powiedzieć, że
widziałem cię w maju na Michigan Avenue i że zobaczyłem wasze imiona -
twoje i Conrada - na liście członków klubu. Pragnąłem przyznać się, że
przyszedłem na tę głupią imprezę w Grace Country Club tylko dlatego, że
miałem nadzieję spotkać tam ciebie. Wyznać, że moje "zaskoczenie" na
twój widok nie było do końca szczere. Gryzło mnie to, że coś, co mogłoby
być niewymuszone i autentyczne między nami, zaczęło się od takiego
podstępu z mojej strony.
Dlatego obiecałem sobie, że na tym poprzestanę. Jedno niewinne
kłamstewko i na tym koniec. Nigdy więcej nie będę z tobą nieszczery.
W drodze do domu kupiłem sobie ten oto kołonotatnik z zieloną okładką.
(Nie wiem, co mną kierowało. Może to, że zielony kojarzy mi się z nowym
początkiem). Od lat nie prowadziłem dziennika. Przestałem spisywać swoje
codzienne przemyślenia. Być może dlatego, że nie miałem nic specjalnie
ciekawego do przekazania. Prowadzę teraz bloga, piszę artykuły i wykładam na uczelni. Prawo mam we krwi. Płynie w moich żyłach. Oddycham
i żywię się nim. Żyję nim. O czym innym miałem pisać? O nudnym
małżeństwie, w którym brakuje miłości? Rekordzie w biegu na dziesięć
kilometrów?
Ale teraz to co innego - witaj, Zielony Dzienniku - bo znów mam o czym
pisać, Lauren. A raczej o kim. O takiej jed(y)nej, wyjątkowej osobie.
O kimś, kto zgodził się pójść ze mną na kawę w przyszłym tygodniu!
Nie ma w tym nic złego, prawda? To tylko kawa bez zobowiązań, mam rację?
4 Simon
4
Simon
Niepotrzebnie narażam się na ryzyko. Już sam fakt, że zaparkowałem
samochód na końcu ulicy Lauren chwilę przed ósmą rano, może mnie wpędzić
w kłopoty. To tu stoją domy, które miejscowi zwykli nazywać
"rezydencjami Lathrow". W samym środku Grace Village. Są niczym atrakcja
turystyczna. Niektórzy przewrażliwieni mieszkańcy Lathrow Avenue dzwonią
na policję, jak tylko zobaczą kogoś, kto "nie jest z sąsiedztwa". I choć
ten kod zazwyczaj nie dotyczy postaci takich jak ja - biały facet w średnim wieku w przyzwoicie wyglądającym SUV-ie - to jednak... Jeśli
będę tu siedział za długo, na pewno zwrócę na siebie czyjąś uwagę, a wtedy mili panowie policjanci przyjadą radiowozem, by zadać mi kilka
pytań. Czy wszystko w porządku, proszę pana? Mogę zapytać, co pan robi?
Czy mógłbym prosić o pana dowód osobisty?
Nie mogę im przecież powiedzieć prawdy. Oświadczyć, że w wakacje nie
prowadzę żadnych zajęć na uczelni, więc wykorzystuję wolny czas na
szpiegowanie mojej dawnej dziewczyny i jej męża oraz pozyskiwanie
wszelkich możliwych informacji na ich temat. To nie zabrzmiałoby
najlepiej, nieprawdaż?
Ostatnie, czego mi trzeba - to gliny, które zaczną urządzać scenę. Może
nawet wlepią mi mandat za nieprawidłowe parkowanie. Tymczasem Lauren
wyjdzie z domu i zobaczy starego Simona Dobiasa, który najwyraźniej
zaparkował w pobliżu i nie był w stanie podać żadnego sensownego powodu
takiego zachowania. Pomyśli sobie, że niezły ze mnie świr!
Pochodzę stąd, ale nie do końca z TEJ okolicy. Mieszkam w Grace Park,
zamieszkanym w większości przez przedstawicieli klasy średniej, dumnych
ze swojej postępowości - wystarczy nas o nią zapytać. Jednak kiedy
Mortimer Grace założył Park w 1800 roku, odłączył od niego kawał ziemi o powierzchni trzech mil kwadratowych4 jako osobny projekt -
Grace Village. Poglądy Mortimera w kwestii klas, ras i religii wedle
obecnych standardów nie zostałyby uznane za oświecone. Chciał, aby
Village była zamkniętą społecznością białych, anglosaskich protestantów,
takich jak on sam.
Wprawdzie już w latach czterdziestych ubiegłego wieku dawne zakazy
zostały zniesione, a prawa miejskie znowelizowano, by nie zawierały
niestosownych zapisów, ale niektórzy twierdzą, że niewiele to dało i od
tamtego czasu Village niespecjalnie się zmieniła. A już na pewno nie
uległ zmianie fakt, że zamieszkiwali ją bogacze. Większość dzieciaków z Village nie uczęszcza do Grace Consolidated High School (sam ukończyłem
ten ogólniak), tylko do prywatnych szkół. Ale często już jako dorośli
ludzie wracali do Village, by założyć własne rodziny. Są nawet tacy,
którzy mieszkają tu od sześciu pokoleń.
Lauren też nie jest stąd. Pochodzi z Old Irving Park w północnej części
Chicago. Kiedy ją poznałem, wciąż tam mieszkała. (W kancelarii mojego
ojca Lauren była wtedy asystentką, a ja chłopcem na posyłki). Jednak to
już przeszłość. Teraz mieszka w rezydencji przypominającej pałac i jest
trzecią żoną Conrada Betancourta, o piętnaście lat od niego młodszą.
Facet zarządza jednym z czołowych funduszy hedgingowych na świecie.
Wyczerpałem już chyba swój limit szczęścia w misjach zwiadowczych na ten
tydzień. Zresztą, jak na razie, zgromadziłem wystarczająco dużo
informacji. W ramach przypomnienia wyrywam stronę z mojego zielonego
dziennika i zaczynam czytać.
Każdego ranka, punktualnie o szóstej, pod dom podjeżdża kierowca w wypasionej bryce, by zawieźć Conrada autostradą do centrum. Betancourt
najpierw ćwiczy w East Bank Club, a potem jedzie do swojego biura w Civic Opera Building na Wacker Drive. Wraca do domu o różnych porach - a przynajmniej w tym tygodniu tak było.
Lauren - z tego, co udało mi się ustalić - raczej nie ma pracy. W tym
tygodniu codziennie rano grała w tenisa w Grace Country Club. Potem
zaliczała rundkę golfa, dwukrotnie, wraz z grupką kobiet. Kolację jadła
w centrum, ale ani razu z Conradem. Wtedy też nocowała w swoim
mieszkaniu przy Michigan Avenue.
Kiedy jednak spędzała noc tutaj, w Grace Village, każdego ranka robiła
sobie przebieżkę po mieście. Zwykle na dystansie około trzech lub
czterech mil5. Wracała przed ósmą trzydzieści.
Bieganie, tenis, golf... nic dziwnego, że jesteś w tak dobrej formie,
Lauren.
Dwie nastolatki idą chodnikiem. Rozmawiają i patrzą w telefony, podczas
gdy prowadzony przez nie na smyczy pomeranian wącha hydrant.
Jedna z dziewcząt zerka na mnie raz, a potem drugi. W uszach mam
słuchawki, więc zaczynam mówić. Udawać, że rozmawiam przez telefon. Nie
wiem dlaczego, ale to działa. Z jakiegoś powodu siedzenie w zaparkowanym
samochodzie wydaje się wtedy mniej dziwne.
Boże, co ja robię? Powinienem to zakończyć. Zapomnieć o tym wszystkim.
Zapomnieć, że cię widziałem, Lauren. Ruszyć do przodu, jak sobie
obiecałem. Jednak ciągle przegrywam tę walkę sam ze sobą.
Wydaje mi się, że tym razem nie potrafię odpuścić.
5 Vicky
5
Vicky
Administrator na oddziale ratunkowym patrzy na identyfikator zawieszony
na mojej szyi i skinieniem głowy zezwala mi na wejście. Niektórzy już
zdążyli mnie poznać, ale nie ten.
- Pomoc społeczna?
- Tja. Jestem Vicky z Safe Haven6. Przyszłam do Brandi Stratton.
Około dwudziestej na oddziale ratunkowym panuje względny spokój. Jakaś
kobieta otacza ramieniem chłopca, który pociąga nosem i gra na tablecie.
Pewien mężczyzna siedzi z ręką owiniętą ręcznikiem. On również ma
kobiece towarzystwo.
- Jest tam, szósta zasłona - mówi administrator - ale proszę poczekać,
bo jeszcze ją zszywają.
- Jasne.
Słyszę, że dzwoni mój telefon. M&Msy - Mariah i Macy, córki mojej
siostry, chcą porozmawiać przez kamerkę. Przechodzę przez automatyczne
drzwi, ledwie unikając zderzenia z kobietą na wózku, która wprawdzie ma
twarz wykrzywioną w grymasie, ale zachowuje przy tym stoicki spokój.
Prowadzi ją ratownik medyczny.
Wkładam do uszu moje AirPodsy i odbieram. Widzę je obie - Macy, lat
dziesięć, i Mariah, trzynastolatka, która mogłaby uchodzić za
dziewiętnastolatkę. Obie są piękne, podobne do swojej matki. Monica
miała oczy w kształcie migdałów i lśniące włosy - niestety, ja nie
wygrałam tych cech na loterii genetycznej. Kiedyś żartowałam, że musimy
mieć różnych ojców. Chociaż teraz, patrząc z perspektywy czasu, uważam -
że może jednak to nie do końca był żart.
- Cześć, miśki - staram się wyglądać i brzmieć na wesołą, ale średnio mi
to wychodzi.
- Hej, Vicky - mówią jednocześnie. Przysuwają twarze bliżej siebie, by
lepiej mnie widzieć.
- Oddzwaniamy dopiero teraz - mówi Mariah - bo wcześniej nie mogłyśmy.
Kiedy dzwoniłaś, byłyśmy na basenie, a potem tata powiedział, że możemy
z tobą porozmawiać dopiero po lekcji gry na fortepianie.
Miało to sens, bo czasem naprawdę potrafimy się rozgadać. Tym razem
będzie jednak inaczej, ponieważ muszę porozmawiać z Brandi Stratton,
która czeka na mnie za szóstą zasłoną.
Dzwoniłam dziś wcześniej głównie po to, by wybadać, czy wszystko u nich
w porządku. Nie byłam pewna, czy moje siostrzenice zdają sobie sprawę z tego, jaki dziś mamy dzień. To rocznica śmierci ich matki. Wszyscy
pamiętają o urodzinach, ale mało kto skupia się na tej mniej przyjemnej
dacie. Ja tak. Czasami nie pamiętam o urodzinach mojej siostry. Jednak
nigdy nie zapomnę dnia jej śmierci.
Najwyraźniej jednak ta rocznica umknęła uwadze moich siostrzenic. Dla
nich to był tylko kolejny lipcowy dzień spędzony na basenie z nianią i przyjaciółmi. Dlatego na pewno nie będę im niczego przypominać. Wygląda
na to, że radzą już sobie o wiele lepiej. Macy (ta młodsza) nie tak
dobrze jak jej siostra, ale zdaje się, że obie prowadzą całkiem normalne
i szczęśliwe życie. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Niestety,
ostatnio nasz kontakt ogranicza się głównie do rozmów wideo. A nawet
kiedy widzę je na żywo, mogę jedynie podjąć próbę wniknięcia w procesy
psychiczne zachodzące w ich nastoletnich umysłach.
- Muszę wracać do pracy - mówię - więc zdzwonimy się jutro, dobrze?
Macy, ty i tak już powinnaś być w łóżku, mam rację?
- Eee... są wakacje?
Wracam tam, skąd przyszłam. Administrator kiwa na mnie głową.
- Muszę lecieć, ślicznotki. Porozmawiamy jutro, dobrze? Kocham was,
miśki!
- Szósta zasłona - przypomina mi administrator. - Zna pani drogę?
O tak. Zdecydowanie wiem, którędy iść.
Administrator otwiera drzwi, a ja wchodzę do pomieszczenia. Kierując się
w stronę szóstej zasłony, czuję dobrze połączenie zapachów - środka do
dezynfekcji, ludzkiego mięsa i alkoholu. Za jedną zasłoną jęczy
mężczyzna, za drugą krzyczy i awanturuje się - rzecz jasna, pijany.
Dochodzę do miejsca, gdzie stoi młoda policjantka.
- Pomoc społeczna? - pyta mnie.
- Tja, Safe Haven. Funkcjonariusz Gilford?
- To ja - funkcjonariuszka kiwa głową w kierunku kącika wydzielonego
zasłoną, a ja podążam za nią. - Jej mąż wykręcił jej niezły numer. Pobił
patelnią. Najwyraźniej nie smakowała mu kolacja, którą zrobiła. Nawet
nie poczekał, aż patelnia ostygnie. A potem to już klasyka gatunku -
przeszedł do rękoczynów.
Zrywam kontakt wzrokowy po słowach:
- Ale Brandi nie chce wnieść zarzutów.
- Zgadza się - funkcjonariuszka stara się zachować profesjonalizm, ale
każdy ma swoje granice. Gdy ktoś je przekracza, trudno jest ukryć odrazę
i rozczarowanie, bez względu na to, jak często ma się styczność z podobnymi sprawami.
- I ma córkę?
- Tak, Ashley. Słodka dziewczynka. Ma cztery latka.
To by się zgadzało. W mojej dokumentacji jest o niej wzmianka.
- A ten dupek nazywa się... Steven? - pytam.
- Aha, Steven Stratton.
Odsuwam zasłonę. Matka, Brandi, lat dwadzieścia dwa, siedzi na
szpitalnym łóżku ze śpiącą Ashley na kolanach. Dziewczynka, dzięki Bogu,
wygląda na nietkniętą. Prawe oko Brandi jest tak spuchnięte, że nie może
go otworzyć, a lewa strona jej twarzy została porządnie zabandażowana.
Ma też opatrzone prawe przedramię - w jej karcie jest napisane, że
próbowała ręką odeprzeć atak gorącą patelnią.
Brandi mierzy mnie wzrokiem, ze szczególnym uwzględnieniem
identyfikatora.
- Cześć, Brandi - mówię cicho, choć wątpię, by dziewczynka się obudziła.
- Jestem Vicky. Z Safe Haven. Chcesz zatrzymać się u nas na noc?
- Nie mogę... - odwraca wzrok i wolną ręką odgarnia kosmyk włosów za
ucho.
Nie może tam wrócić. Ani dziś. Ani jutro. Ani nigdy. Ale prawie
wszystkie to robią. On przeprosi. Zafunduje masę czułości. Sprawi, że
poczuje się szczęśliwa i kochana. Wtedy to ona zacznie się obwiniać i ulegnie złudnemu wrażeniu, że nie ma innego wyjścia. Innych opcji.
- Oczywiście to twoja decyzja, Brandi. Nasz obiekt nie jest zbyt duży.
Musiałybyście dzielić pokój. Do tego klimatyzacja jest do bani i cały
czas wysiada, więc jesteśmy zdani na wiatraki. Ale jest cicho i bezpiecznie. Mamy porządny system zabezpieczeń i strażnika. Może... może
tobie i Ashley przydałoby się trochę snu i spokoju?
Może dasz się namówić do spędzenia nocy w naszej placówce, żebym mogła
cię przekonać, że zostawienie w diabły tego psychola, skończonej mendy,
którą nazywasz mężem, jest najlepszym rozwiązaniem? Możemy zrobić dla
nich tak wiele, jeśli tylko nam na to pozwolą. Mogą zostać u nas do
dwóch tygodni. Możemy załatwić terapię i prawnika pro bono - by pomógł
im uzyskać zakaz zbliżania się i złożyć papiery rozwodowe. Możemy
znaleźć dla nich alternatywne miejsce zamieszkania. Ale muszą powiedzieć
"tak". Muszą nauczyć się o siebie walczyć.
6 Piątek, 15 lipca 2022 r.
6
Piątek, 15 lipca 2022 r.
Cóż, po raz kolejny stworzyłem w swojej głowie jakiś straszliwy
scenariusz, który nijak się miał do rzeczywistości. Było o niebo lepiej,
niż zakładałem.
Zacznijmy od tego, że nie miałem pewności, czy do naszego spotkania w ogóle dojdzie. Łatwo jest komuś powiedzieć: "Jasne, chodźmy na kawę", a potem odwołać w ostatniej chwili. Obiecać, że nadrobicie zaległości, po
czym się nie odzywać lub nie odpowiedzieć na otrzymany esemes. I nie
sposób wtedy dociec, czy było to celowe działanie, czy też jedna z tak
wielu rzeczy w życiu, która pomimo szczerych chęci nie dochodzi do
skutku i trudno kogokolwiek o cokolwiek obwiniać. Taka, którą kwitujesz
tekstem w stylu: "No trudno".
Wmówiłem więc sobie, że kiedy spotkaliśmy się w zeszłym tygodniu w klubie, tylko kurtuazyjnie zgodziłaś się pójść ze mną na kawę. Chciałaś
być miła. No bo co innego miałaś niby odpowiedzieć? Normalna sprawa:
najpierw powiedzieć komuś "tak", żeby się odczepił, a potem go olać.
Wykręcić się jakąś zręczną wymówką.
Ale nie. Ty tego nie zrobiłaś, Lauren. Naprawdę przyszłaś do Max's Café,
tak jak obiecałaś. W białym komplecie do tenisa i czapce z daszkiem, w której był otwór na twoje związane w kucyk włosy.
Do tego naprawdę byłaś ciekawa, co u mnie słychać. Oczywiście, był to
przejaw twoich dobrych manier i życzliwości, ale jakoś się tego nie
spodziewałem. A ja w odpowiedzi na zadawane przez ciebie pytania nie
kłamałem i nie koloryzowałem. Obiecałem sobie, że więcej cię nie
okłamię, Lauren, i nie zrobiłem tego.
Byłem też szczery, jeśli chodzi o Vicky. Zaczęło się od zwykłej
pogawędki. Takiej gadki szmatki: czym się zajmuję, jak długo jesteśmy
małżeństwem i ani się obejrzałem, jak zacząłem się przed tobą otwierać.
Opowiadać o dzieciństwie Vicky, jej dorastaniu w biedzie w Wirginii
Zachodniej, ucieczce z domu w wieku siedemnastu lat, uzależnieniu od
narkotyków i robieniu poniżających rzeczy, by móc się utrzymać. O tym,
że gdy się poznaliśmy, oboje byliśmy w rozsypce, ale każdy w inny
sposób. Tonęliśmy, ale jakoś pomogliśmy sobie nawzajem dopłynąć do
brzegu. Zaznaczyłem również, jak bardzo jestem dumny z Vicky i jak wiele
dla mnie znaczy. Nawet nie wiem, kiedy poczułem się na tyle swobodnie,
że zacząłem ci się zwierzać ze wszystkiego. Naprawdę ze WSZYSTKIEGO,
Lauren. Wyznałem, że bardzo kocham Vicky i zawsze będę, ale tak wiele
nas dzieli. Mieliśmy zupełnie inny start. Jakbyśmy szli z dwóch różnych
kierunków i nigdy nie spotkali się gdzieś pośrodku. Paplałem o tym, jak
wiele dla siebie znaczymy i że zrobilibyśmy dla siebie wszystko, ale
nasz związek "ewoluował", a raczej się wypalił. Nie było w nim już
ognia. Stwierdziłem, że obecnie bliżej nam do współlokatorów niż
małżonków. Staliśmy się dla siebie bardziej kumplami niż kochankami.
Kiedy skończyłem swój przydługi wywód, zaśmiałem się nerwowo.
- Rany, pewnie teraz żałujesz, że zapytałaś, co u mnie - powiedziałem. -
Przepraszam za tę brutalną szczerość.
Jednak nie zbyłaś tego żartem ani nie uciekłaś w popłochu. Nie, twoja
odpowiedź odmieniła moje życie.
- Jeśli cię to pocieszy - powiedziałaś - moje małżeństwo to kompletna
porażka.
Tak. Jeśli mam być szczery, to było bardzo pocieszające. I był to
właśnie jeden z wielu powodów, dla których nigdy nie przeczytasz tego
dziennika, Lauren. Nie chciałbym, żebyś wiedziała, jak bardzo pragnąłem
usłyszeć te słowa. Wiem, jak to brzmi, ale taka jest prawda. Liczyłem na
to, że powiesz mi coś w tym stylu. Dasz znać, że też jesteś
nieszczęśliwa w swoim małżeństwie.
Następne kilka godzin spędziliśmy na analizowaniu naszego życia
małżeńskiego pod każdym możliwym kątem. Czasem łatwiej jest to zrobić z nieznajomym niż z kimś bliskim. A może jeszcze lepiej z kimś, kogo
kiedyś kochało się bardziej niż kto kiedyś był ci bliski. Nawet jeśli
przez lata ta osoba stała się dla ciebie praktycznie obca.
A może nie ma co dorabiać do tego żadnej teorii i najzwyczajniej w świecie nadajemy na tych samych falach.
Nigdy nie przypuszczałem, że będę się tak dobrze bawił, opowiadając o tym, jak to moja żona już mnie nie kocha. Ale wiesz co? Te dwie godziny
spędzone w ogródku Max's Café same w sobie wydawały się nowym życiem.
Były jak narodziny czegoś niezwykłego. Obietnica czegoś wiecznego.
Tak, wiem. To był słaby tekst. Ckliwy i banalny. Ale co tam. Pieprzyć
to. I tak nikt nigdy tego nie przeczyta. Mogę walić oklepanymi tekstami
ile wlezie. Kiedy tylko zechcę. Zresztą kto nie myśli stereotypowo?
Czyja miłość nie jest oklepana? Ckliwa? Tylko boimy się o tym mówić na
głos. Ze strachu. Z obawy przed kompromitacją.
A potem ten pocałunek. Gdybym to ja miał wyjść z inicjatywą, zapewne
nigdy by do niego nie doszło; a raczej na pewno nie. Właśnie żegnaliśmy
się po "kawowym spotkaniu" (ostatecznie zjedliśmy też po kawałku ciasta
marchewkowego). Staliśmy obok twojego samochodu. Dwoje starych znajomych
nadrabiających zaległości i mówiących sobie "adieu".
Pochyliłaś się i pocałowałaś mnie delikatnie. Zupełnie się tego nie
spodziewałem. Nie byłem na to przygotowany. Do tego stopnia, że niewiele
brakowało, a nie zdążyłbym zamknąć ust (wtedy dopiero byłoby
niezręcznie). Twoje wargi złączyły się z moimi. Pocałunek trwał
wystarczająco długo, bym nie miał wątpliwości, że to nie przyjacielskie
cmoknięcie ani żaden platoniczny gest. Nic w stylu "świetnie się
bawiłam!".
O nie. Nic z tych rzeczy. Serce waliło mi jak młotem.
Spojrzałaś na mnie i powiedziałaś - może część naszych dialogów
sparafrazowałem, ale tych słów nigdy nie zapomnę - "Hej, chciałbyś się
ze mną jeszcze zobaczyć?".
Choć znałaś przecież odpowiedź.
7 Vicky
7
Vicky
Spotykam Rambo na parkingu Home Depot w Merrillville w Indianie. Nie
chciałam rozmawiać z nim ani przez telefon, ani przez mail. Musiałam to
zrobić osobiście. Poza tym mam niewiele czasu, bo umówiłam się z Simonem
na lunch. Muszę się sprężyć i wrócić do Chicago o odpowiedniej porze.
Wysiada ze swojego rzęchowatego chevroleta z teczką w ręku.
- Panienko Vicky - mówi.
Zawsze mnie tak nazywał, odkąd się tylko poznaliśmy. Pracowałam wtedy
jeszcze w "branży rozrywkowej", a on był policjantem. I moim klientem.
To było jeszcze przed przeprowadzką do Chicago, zanim poznałam Simona i wyszłam na prostą. Rambo był w porządku. Nigdy nie używał wobec mnie
przemocy. Nie zabawiał się na ostro. Poza tym zawsze mi płacił, a przecież jako glina mógł liczyć na "numerek" gratis. Zawsze uważałam, że
to między innymi dzięki niemu nie miałam problemów w związku ze swoją
profesją, choć nigdy wprost nie przyznał, że mnie chronił.
Tak naprawdę nazywa się Roger Rampkin, ale wszyscy mówią na niego Rambo.
Nie tylko ze względu na nazwisko. Przed wstąpieniem do policji w Indianapolis służył w armii. Co więcej, był z niego kawał chłopa. Był
tym typem gliniarza, przez którego zapewne niejeden podczas
przesłuchania narobił w gacie.
Przeszedł na emeryturę jakieś cztery lata temu i teraz dorabiał jako
prywatny detektyw i "ochroniarz", nieraz udowadniając mi, że jest wart
swojej ceny.
- Dobrze się panienka trzyma - mówi.
Chciałabym móc powiedzieć to samo o nim, jednak z Rambo czas nie obszedł
się zbyt łaskawie. Przybyło mu co najmniej dziesięć kilogramów, głównie
w obwodzie, ma worki pod oczami, a jego broda woła o pomstę do nieba.
Nie wygląda już jak policjant-złodupiec. Raczej jak świr prosto z buszu.
Biorę od niego teczkę i w zamian wręczam mu kopertę z gotówką.
- Bardzo dziękuję, sir - mówię.
Rambo wrzuca kopertę na przednie siedzenie przez otwarte okno samochodu
i zapala papierosa. Częstuje mnie, ale odmawiam. Rzuciłam palenie w komplecie ze wszystkim innym, chociaż z fajkami naprawdę niełatwo było
zerwać. Trudniej niż z kokainą.
- Powiedz mi, proszę, dlaczego? - pyta.
- Nigdy wcześniej nie pytałeś - rzucam w odpowiedzi.
Wypuszcza dym papierosowy z ust i mówi:
- Bo zawsze wiedziałem dlaczego. Ale kapuję. Wiem, do czego pijesz.
Do tego, że to nie jego sprawa.
- Grzeczny chłopiec - mówiąc to, macham teczką. Dopiero teraz zauważam,
jaka jest lekka. - Prawie nic tam nie ma.
- Zgadza się. Prawie nic tam nie ma.
- Opowiedz mi tak w skrócie, co tam znajdę. Najważniejsze informacje.
- Najważniejsza informacja jest taka... że prawie nic tam nie ma.
Zrobiłem jeszcze raz pełny research. Tak jak prosiłaś. Sprawdziłem,
gdzie tylko mogłem. Vicky Lanier urodziła się w Fairmont w Wirginii
Zachodniej. Chodziła do ogólniaka - Fairmont Senior High School.
Zniknęła w 2003 roku w wieku siedemnastu lat. Od tamtej pory słuch po
niej zaginął. Została uznana za zaginioną, ale tak naprawdę nie wiadomo,
czy uciekła z domu, czy została porwana, czy też zamordowana. Nie ma po
niej śladu w sieci. Żadnych kont w mediach społecznościowych. Nigdy nie
wypełniła zeznania podatkowego. Nie była aresztowana. Brak jej odcisków
palców w bazie. Nie poszła na studia. Nie otworzyła konta w żadnym
banku. Jakby w wieku siedemnastu lat zapadła się pod ziemię.
- OK, czyli nic nie przykuło twojej uwagi? Nie zapaliła ci się czerwona
lampka ostrzegawcza?
- Nie. Nic nie przykuło mojej uwagi. Żadnych czerwonych lampek.
- Czyli podsumowując - mówię - nadal mogę bez obaw przedstawiać się jako
Vicky Lanier?
- Tak, choć nigdy nie zrozumiem, dlaczego wybrałaś tożsamość kobiety,
która ma na imię tak samo jak ty.
Widać ma krótką pamięć. Zginam nogę, wysuwam stopę z buta i unoszę ją do
góry, by mógł zobaczyć tatuaż nad moją prawą kostką - małe czerwone
serduszko, którego górna część jest owinięta wstęgą z imieniem Vicky.
Błąd młodości. Durny pomysł szesnastolatki. Trudno byłoby mi się z niego
wytłumaczyć, gdybym chciała używać imienia Jane, Molly lub Gina.
- Aaa... no tak. Rzeczywiście. Uciekło mi to z głowy. Sporo czasu
minęło, odkąd...
Odkąd widziałeś mnie nago. Aj, Rambo... Rambo... wolałabym do tego nie
wracać. Staram się zostawić to za sobą. Właściwie to zostawiłam to za
sobą. A przynajmniej na tyle, na ile da się zostawić za sobą coś
takiego.
- Czyli nikt nie może stwierdzić, że nie jestem Vicky Lanier. Tak?
- Nikt nie może tego podważyć. Przynajmniej tak długo, jak długo
będziesz trzymać się historyjki, że odkąd uciekłaś z domu w Fairmont w wieku siedemnastu lat, żyjesz pod kamieniem. Płacisz za wszystko gotówką
i takie tam.
Smutne... moja historia niewiele różni się od tej przedstawionej przed
chwilą przez Rambo. Jednak to nie przypadek. Właśnie dlatego wybrałam
tożsamość Vicky Lanier. Sam Rambo powiedział mi: "Najlepsze kłamstwa to
te najbliższe prawdzie", a ten facet zdecydowanie znał się na rzeczy. W końcu był wtedy jeszcze policjantem i musiał wiedzieć, kiedy podejrzani
mówią prawdę, a kiedy mu wciskają kit. Nie mieszkałam w Wirginii
Zachodniej i nikt mnie nie porwał, ale opuściłam dom rodzinny w 2003
roku, mając siedemnaście lat. Więc kiedy poprosiłam Rambo o znalezienie
dla mnie nowej tożsamości, chciałam, by była to dziewczyna o imieniu
Vicky, która zaginęła jako siedemnastolatka. W roku 2003. Nie byłam
pewna, czy znajdzie się choć jedna osoba spełniająca wszystkie te
kryteria. Okazało się, że aż trzy nastolatki pasowały do podanego opisu,
co samo w sobie było dość niepokojące. Vicky Lanier z Fairmont była do
mnie najbardziej podobna, dlatego to właśnie ją wybrałam.
- Po prostu bądź ostrożna. I w razie czego nie daj sobie pobrać odcisków
palców - mówi Rambo - bo wtedy w bazie wyskoczy twoje prawdziwe
nazwisko.
No tak. Mądrala. Niby jaki mam na to wpływ?
Rambo przekrzywia głowę i mówi:
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że zapłaciłaś mi dwa
razy za to samo? Kiedy miałem ci znaleźć nową tożsamość, zanim
zaproponowałem Vicky Lanier, upewniłem się, że jest czysta.
- Mała aktualizacja researchu nie zaszkodzi - odpowiadam.
- Eee tam. Wiem, co się święci - mówi półgębkiem. - Spodziewasz się, że
ktoś będzie węszył. Szukał informacji o tobie. Spodziewasz się kłopotów.
Wpatruję się w niego ze zdawkowym uśmiechem.
- Zresztą nieważne - mówi. - Nie chcę wiedzieć.
Ma rację w obu kwestiach. Będą kłopoty i naprawdę nie chce wiedzieć.
8 Simon
8
Simon
Spotykam się z Vicky w chińskiej restauracji niedaleko uczelni. Często
pracuje cały dzień, więc kiedy akurat ma wolną chwilkę, staramy się
wyrwać na wspólny lunch. Szczególnie latem, kiedy mam luźny grafik.
Całuje mnie w policzek na przywitanie.
- Cześć, przystojniaczku - oblizuje palec i ściera mi szminkę z twarzy.
A potem siada w loży naprzeciwko mnie. - Jak tam twój koleżka,
Pierdziekan?
- O, nie. Nie zaczynajmy znowu tego tematu - mówię. - Co mam niby
zrobić? Postawić się? Zrobić mu na przekór? Napluć w twarz najbardziej
wpływowemu facetowi na uczelni?
- Sam zaczął. Pamiętaj, że to on napluł ci w twarz jako pierwszy.
Vicky (niech jej Bóg błogosławi) trzyma moją stronę. Walczy o mnie. Nie
podoba się jej, że Comstock zmusza mnie do rezygnacji z ubiegania się o stanowisko profesora. Potrafi nieźle się zagotować, gdy ktoś okazuje mi
brak szacunku. Strasznie mnie to w niej kręci. Sam nie wiem czemu.
- Simon, przecież nic takiego nie robisz. Aplikujesz tylko na stanowisko
profesora. Masz do tego takie samo prawo jak ten patafian z bogatym
tatusiem... Reid, czy jak mu tam... Kogo obchodzi, co o tym wszystkim
myśli pan dziekan Ciućmok?
- Comstock - śmieję się. - Facet, który jednym telefonem może pogrzebać
moją karierę? Chyba jednak trochę mnie obchodzi, co myśli.
Potrząsa głową. Jest zła i rozczarowana. Kocham tę kobietę i zawsze
będę. Nie kłamałem, kiedy pisałem to w swoim dzienniku. Problem polega
na tym, że ona nie odwzajemnia mojego uczucia. Lubi mnie i zależy jej na
mnie, ale nic więcej. Nie działam na nią w ten sposób. Dla mnie to jak
spuścić powietrze z balonu. Cała frajda gdzieś ulatuje. Być może Freud
miałby tutaj coś do powiedzenia o id i superego, ale nie jestem jednym z tych facetów, którzy lubią wyzwania. Nie pociąga mnie ktoś, kogo ja nie
pociągam.
Poznałem Vicky raptem sześć tygodni po tym, jak jej siostra popełniła
samobójstwo. Było w niej tyle złości. Smutku, rzecz jasna, też, ale
przede wszystkim złości. A ja byłem w stanie jej pomóc. Być może jedynie
to ją do mnie przyciągało. I na odwrót. Być może właśnie to przyciągało
mnie do niej. Niestety, serce nie pisze uzasadnień dla swoich decyzji.
- Wszyscy wiedzą, że zamierzasz złożyć wniosek, prawda? - dopytuje. -
Musisz jeszcze dosłać jakieś papiery, ale masz na to czas do któregoś
tam września, tak?
- Tak, tak i tak - mówię. - Ale nie będę aplikował.
Łapie mnie za rękę. Mogę sobie wmawiać, co tylko zechcę, ale to na mnie
działa.
- Simon, zasługujesz na ten awans. Jesteś jednym z najwybitniejszych
umysłów na tej uczelni. I kochasz swoją pracę. Jesteś do niej stworzony.
Nie mogę patrzeć, jak jakiś skończony bufon wkłada ci palucha w oko. I co? Masz nie reagować? Powiedzieć: "Ojej, dziękuję, panie dziekanie. Cóż
za zaszczyt. Może pan zrobić z drugim to samo?".
- Wiem, wiem. Ja też nie jestem zachwycony.
- To może łaskawie coś byś z tym zrobił? Niech chociaż obieca, że
następnym razem cię poprze.
- To tak... To tak nie działa.
- Niby dlaczego? - opada na poduszki, którymi wyłożone jest oparcie
loży. - Właśnie, że tak to działa. Sam mówiłeś, że ten facet to przede
wszystkim polityk. W takim razie dogadaj się z nim. Zawrzyjcie układ.
Tym razem odpuścisz, ale następnym on cię poprze.
Przewracam stronę menu. Nie dlatego, że nie wiem, co chcę zamówić.
Skupiam wzrok na menu, bo wiem, że Vicky ma rację. Powinienem coś
zrobić. Jednak, znając mnie, zapewne nic z tym nie zrobię. Dlatego nie
mogę spojrzeć jej w oczy.
- Wiesz, że masz jeszcze inne opcje, prawda? - mówi z delikatną nutką
szelmostwa w głosie.
Zerkam na nią znad menu.
- O nie, Vicky.
- Nawet nie wiesz, co chciałam...
- Domyślam się, co chciałaś powiedzieć i moja odpowiedź brzmi: "nie".
Kelner przynosi nam napoje - dla mnie wodę, a dla Vicky pinot grigio.
Udaje, że nie podsłuchiwał naszej rozmowy.
Vicky podnosi kieliszek i sączy swoje wino.
- Potwierdź, że mnie zrozumiałaś. Powiedz, że słyszałaś moje "nie".
Robi wielkie oczy.
- Dobrze, już dobrze. Słyszałam cię, słyszałam... - odpowiada.