Przyjęcie - Natasha Brown

Kup ebooka

31.90 zł
25.52 zł (25,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Już do­brze

Mu­sisz z tym skoń­czyć, po­wie­działa.

Z czym, prze­cież nic nie ro­bimy. Miała ochotę go po­pra­wić. Nie było żad­nego my. Był on, pod­miot, i ona, przed­miot, ale po­wie­dział tylko słu­chaj, nie ma sensu się pod­nie­cać głu­po­tami.

-

Czę­sto sia­dała w ostat­niej ka­bi­nie dam­skiej to­a­lety i ga­piła się na drzwi. Po­tra­fiła tam prze­sie­dzieć całą prze­rwę, cze­ka­jąc, aż uda jej się wy­srać, roz­pła­kać albo ze­brać w so­bie na tyle, by wró­cić do biurka.

Wi­dział ją przy biurku ze swo­jego ga­bi­netu i re­gu­lar­nie wy­bie­rał jej nu­mer, żeby sko­men­to­wać to, co wi­dzi (i co o tym my­śli): włosy (sza­lone), skórę (eg­zo­tyczną), bluzkę (w któ­rej le­dwo miesz­czą jej się piersi).

Wy­da­wał jej drobne po­le­ce­nia przez te­le­fon. To było bar­dziej upo­ka­rza­jące niż więk­sze rze­czy, które przy­szły póź­niej. A jed­nak pod­no­siła zszy­wacz wy­soko, zgod­nie ze wska­zówką. Wy­pi­jała dusz­kiem szklankę wody. Wy­plu­wała gumę na rękę.

-

Po­szła na lunch z ko­le­gami z pracy. Była to szóstka męż­czyzn w róż­nym wieku, o róż­nych syl­wet­kach i tem­pe­ra­men­tach. Za­mó­wili ni­giri z wo­ło­winą i w cza­sie po­siłku raz po raz na­wią­zy­wali do jej po­zy­cji w fir­mie, rzu­ca­jąc nie­ja­sne alu­zje i oskar­ży­ciel­skie kon­sta­ta­cje.

Je­den ze star­szych, gruby fa­cet z si­wie­ją­cym za­ro­stem wo­kół ró­żo­wych warg, odło­żył wi­de­lec, by wy­ra­zić się wprost. Za­czął po­woli: wie, no prze­cież wie, że ona nie jest ty­pem osoby, która by to wy­ko­rzy­sty­wała. Za­milkł dla efektu, de­lek­tu­jąc się oka­zją do po­wie­dze­nia dziew­czy­nie, jak jest. Ale! Ale sama musi przy­znać, że ma le­piej od niego i od reszty przy tym stole. Chyba mo­głaby to przy­znać, prawda?

Uśmiech­nął się sze­roko, roz­ło­żył ra­miona i wy­god­nie roz­parł się na krze­śle. Po­zo­stali ga­pili się na nią, część po­ta­ki­wała. Się­gnął po wi­de­lec i wpa­ko­wał do ust ko­lejną por­cję su­ro­wego mięsa.

-

Jego ga­bi­net miał trzy prze­szklone ściany. Po obu stro­nach cią­gnęły się rzędy biu­rek, ni­czym ga­le­ria w te­atrze. Ona tkwiła po­środku sceny. Mó­wił do niej na sie­dząco, mocno oży­wiony.

Wcze­śniej li­czył, że za­chowa się doj­rzale, do­ceni jego wy­siłki. Wstał i prze­cho­dząc obok, otarł się o nią lekko, choć miał mnó­stwo miej­sca, bo ga­bi­net był duży. Po­winna my­śleć per­spek­ty­wicz­nie, za­sta­no­wić się nad swoją przy­szło­ścią i nad tym, ile tu zna­czy jego słowo. Mó­wiąc to, otwo­rzył drzwi.

-

Nic się nie stało, po­my­ślała, jak każ­dego ranka. A po­tem jesz­cze raz, za­pi­na­jąc bluzkę i wkła­da­jąc w uszy ma­leń­kie kol­czyki. I znów, zwi­ja­jąc włosy w schludny kok. Nie uma­lo­wała się, wy­gła­dziła wą­ską, szarą spód­nicę.

Po­wta­rzała to so­bie, je­dząc, choć za­po­mniała, jak się sma­kuje i łyka. Pró­bo­wała gryźć. Nic się nie stało. Wark­nęła, że nic jej nie jest, po­tem już ła­god­niej ro­zej­rzała się po sa­lo­nie. Za­py­tała matkę, jak jej mi­nął dzień.

-

Ko­la­cja po pracy, zgo­dziła się na nią. Przed wej­ściem do re­stau­ra­cji chwy­cił ją za ra­miona, wpił się w nią war­gami.

-

Pa­trzyła na jego drga­jące po­wieki, gdy na­pie­rał i trą­cał ję­zy­kiem jej ję­zyk. Wy­obra­żała so­bie wła­sne ciało, skrzy­żo­wane ra­miona, nogi uło­żone równo w skrzyni. On się od­su­nął, par­sk­nął krót­kim śmie­chem, po­tem spoj­rzał na nią z góry. Do­tknął jej ręki, pal­ców, twa­rzy. Już do­brze, po­wie­dział. Już do­brze, do­brze.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki