Propozycja imperatora
Rzym, wiosna 306 r. n.e.
Przeraźliwie głośny łomot wyrwał go z koszmaru, który tej nocy znów żarł go we śnie. Do świtu było jeszcze daleko. Ktoś zaciekle walił w bramę monastyru.
Szeroko rozwarł oczy. Ciało zastygło w bezruchu, struchlałe nader znajomym lękiem. Nad łóżkiem kamienie półokrągłego sklepienia celi tonęły w czarnych i szarych odcieniach, pełnych okropnych wspomnień oraz niechętnie zanikających pozostałości snu. Przy oknie wątłe światło palącej się powoli gromnicy nie potrafiło samotnie rozproszyć mroków nocy czy posłużyć za namiastkę nadchodzącego dnia. Żałosny płomyk, zakładnik władz ciemności, dygotał zgodnie z wolą nocnych przeciągów – chwiejny i słaby.
Jak zwykle koszmar zostawił go spoconego i trzęsącego się z zimna. W większości sny bladną po przebudzeniu. Wielu z nich Bóg w swoim miłosierdziu nakazuje pierzchać w godzinach ciemności, żeby rozpacz nie pokonała rasy ludzkiej. Lecz ten sen nie dawał mu wytchnienia. Nieproszony koszmar nachodził go, co noc dręczył powracającym obrazem. Uchodząc ranem, zostawiał mu piekło odświeżonej pamięci.
Głośne łomotanie, groźne i niecierpliwe, rozległo się ponownie. Słyszał odgłosy ospałych służących, snujących się gdzieś poniżej. Na dziedzińcu klasztoru było już słychać nawoływania. Wartownicy wreszcie ocknęli się z ukradkowego snu. Oddźwięk stóp biegnących po kamiennej posadzce podwórka odbił się echem od sufitu celi.
Lodowate palce strachu ścisnęły jego wnętrzności.
Znów poczuł ramiona matki, ciepło, które z niej biło, gdy wtedy schyliła się nad nim, i jej znajomy, słodki zapach.
– Budź się, kochanie! – szeptała, stawiając go na nogi. – Mały Piotrze! – Ale coś było nie tak. Jej głos był naglący i zatrwożony. – Obudź się...
– Anna! Anna! – To głos jego ojca, ochrypły i zaniepokojony. – Zostaw dziecko...
– Nie!
Wielki strach ogarnął jego serce. Widział tę scenę tysiące razy w swych koszmarnych snach. Matka obróciła się do drzwi. W migającym świetle pochodni postać jego ojca wydawała się wyższa niż zwykle. Markus stał na czubkach palców przy wejściu do komnaty, w nocnym ubiorze, z krótką szablą rzymskiego legionisty ściśniętą w ręku. Przygotowany, wyczekujący.
– Nie zrobią chłopcu krzywdy! – krzyknął ojciec. Jego głos utonął w zgrzycie zbroi i łoskocie opancerzonych mężczyzn, biegnących na górę po schodach. – Anna! Zanim będzie za późno! Mamy przecież przyjaciół...
Lecz już było za późno. Żołnierze wpadli do pokoju. Chwyciły go szorstkie ręce i wyrwały z objęć matki. Usłyszał jej krzyk i krótki ryk gniewu ojca. Rozległy się odgłosy szermierki, wrzaski i przekleństwa. I krótki, bolesny skowyt rannego. Wtem znany mu głos spokojnie rozbrzmiał nad wrzawą:
– Nie marnujcie na niego szabli. Jak byk zaszczuty w ślepym zaułku desperacko skaleczy was swoją bronią. Odstąpcie!
Legioniści przylgnęli do murów sypialni. Zobaczył ojca, przykucniętego, opartego plecami o ścianę, z podniesioną w ręku szablą.
– Nie jest on nawet bykiem. – Głos stał się szydzący. – Jest bardziej kundlem z rynsztoka! Oficerowie cesarza, którzy nie składają mu należytego hołdu, to jedynie kundle wałęsające się po nocy! Jedynie kundle warczące na wysypisku. I tak też zdechną – jak kundle z rynsztoka! Dajcie, chłopcy, siatkę. Razem złowimy go jak kundla!
– To ty jesteś psem, Flawiuszu Waleriuszu! – Jego ojciec z trudem łapał oddech. – Miałem cię za przyjaciela! Towarzysza broni! Byliśmy razem, ty, ja i Anna! Te dni w Nikomedii! Dwór Dioklecjana! Kochaliśmy cię, Anna i ja!
– Zabrałeś mi ją! – powiedział ten drugi głosem raptem przepełnionym pasją. – Odmówiła mi! Sądziłeś, że zapomniałem? Sądziłeś, że przebaczyłem?
Mówca wystąpił z szeregu żołnierzy i z groźnym zamachem wydobył szablę.
Jego ojciec przeciwstawił się mu wyzywająco.
– Coś ty za człowiek? – wyrzucał mu. – Bywałeś na naszych zgromadzeniach! Złoty medalion na szyi syna! Jego święta bulla[1]! W kształcie ryby! Wszak tyś go dla niego zrobił! A złotnik Valerus ukrył w środku znak Chrystosa! Byłeś z nami, kiedy sam Euzebiusz go błogosławił! Widziałem. Spojrzałeś na wyryty symbol i zrobiłeś znak! A dziś jesteś tu! Z szablą w ręku! W moim domu! Wykonujesz teraz rozkazy człowieka, który mieni się fałszywym bogiem? Nasz imperator, Gaius Aurelius, samozwańczy nieśmiertelny! Dioklecjan, bóg! – Jego głos był pełen pogardy. – Ilu bogom przyrzekłbyś posłuszeństwo, Konstantynie? Któremu złożysz swoją zdradziecką przysięgę? Temu na niebie? Czy temu na Kapitolu?
– Ten medalion to podróbka – rzekł tamten. – A ty jesteś oszustem, Markusie! Krzywoprzysięzcą! Wziąłeś to, czego mieć nie możesz! I za ten grzech musisz zginąć!
– To umrę z chwałą, w Chrystosie! – jego ojciec rzucił wyzwanie całej komnacie. – Imperator wziąłby na własność święte księgi! Po co mu one? A ty? Masz ty w sobie jakąś odwagę? Jakieś resztki honoru? Jesteś gotów walczyć ze mną jak mężczyzna z mężczyzną?
Znajomy napastnik odwrócił twarz od przykucniętego adwersarza.
– Siatka! – zawołał do swych ludzi. – No, chłopcy, razem!
Żołnierze stęknęli z wysiłku. Siatka przeleciała w powietrzu i owinęła się dookoła osamotnionej postaci. Legioniści rzucili się na niego z triumfalnym rykiem. Ojciec zniknął w chmarze zbrojnych mężczyzn. Odgłosy walki trwały krótko. Dłuższe było gardłowe rzężenie śmiertelnie ugodzonego człowieka. Plama, ciemniejsza aniżeli kamienna posadzka komnaty, wypłynęła spod nóg napastników. Z niedowierzaniem utkwił oczy w sączącej się krwi. Wpatrywał się w nią, dopóki do jego świadomości nie przeniknęły nieustające krzyki matki. Leżała na podłodze, ręce i nogi miała rozpostarte. Obok stał tłum rozbawionych legionistów, z których jeden był rozkraczony na jej wijącym się ciele.
Człowiek o familiarnym głosie jakby czytał mu w myślach.
– Szkoda – powiedział lakonicznie. – Bawi żołnierzy. – Był młody, przyodziany w zbroję i hełm rzymskiego oficera, podobne do tych, jakie miał jego ojciec. Znał go. – Ci chrześcijanie są wyjątkowo usłużni! – Machnął nonszalancko ręką w kierunku swoich ludzi. – Otwórzcie okno.
W komnacie powiało zimnym marcowym powietrzem.
– Jeżeli już wszyscy skończyliście – zwrócił się do uzbrojonych mężczyzn – to pozwólcie, wyrzucimy śmieci. Wszyscy muszą zginąć! Chłopak może być ostatni. Wzięliście waszą nagrodę, fundowaną przez tę panią. Moja nagroda to medalion chłopca! Przeszukajcie dom! Chrześcijańskie zwoje muszą być znalezione! A jak je znajdziecie, to podpalcie budynek! Niech wszyscy wiedzą, co tu się stało! – Wyciągnął ręce w jego kierunku. – Podaj mi chłopaka, poderżnę mu gardło!
Uścisk trzymających go ramion złagodniał.
Wykorzystał tę drobną chwilę nieuwagi. Przekręcił maksymalnie głowę i ugryzł jeden z obcych palców. Jego wysiłek został wynagrodzony złośliwym przekleństwem w jakimś dziwnym, innym niż łaciński, języku. Szarpnął mocno i dał nura, schylając głowę poniżej splotu żołnierskich rąk. Inne ręce wyciągnęły się ku niemu, zatrzymywały go, chwytały go za koszulę. Ale poczuł mocne szturchnięcie, które go pchnęło poza ich chciwy zasięg. Coś ostrego, broń legionisty lub może ostra krawędź jego zbroi, rozdarło mu prawy policzek. Zlekceważył niespodziewane, bolesne ukłucie. W dzikiej desperacji rzucił się w kierunku drzwi, na czworakach, mieląc rekami po śliskiej, zakrwawionej podłodze. Nikt go nie zatrzymał. Nie było odgłosu pościgu.
Czmychnął w dół po dobrze sobie znanych schodach. Na samym dole ślizgiem wpadł do zbawiennej ciemności panującej w kuchni. Garnki i patelnie porozrzucane po podłodze spowolniły jego szalony pochód, lecz tylne drzwi kuchni stały otworem. Widział przez nie nocne niebo wypełnione gwiazdami. Uzupełniając brakujący oddech wielkimi łykami powietrza, wybiegł na oślep z domu, wypełniony rozpaczą i gniewem, z rękami zbroczonymi krwią ojca.
Leżący człowiek potrząsał głową, usiłując pozbyć się niemiłych wspomnień. Na dziedzińcu poniżej okna usłyszał stukot odsuwanej zapadki głównej bramy. Warta otwierała wrota klasztoru. Nienaoliwione zawiasy zazgrzytały szorstko. Trwoga ścisnęła mu jelita. "Znów po mnie przyszli" – pomyślał ponuro. Odłożył starannie koc, pod którym leżał, niechętny opuszczeniu tego ciepłego ukrycia. Kropla potu, czy może łza, spłynęła mu po policzku. Ostrożnie wytarł ją wierzchem dłoni. Mrugnęło mdłe światło świecy. Na ścianach celi cienie rozpoczęły chocholi taniec.
Ktoś zastukał nieśmiało do drzwi.
Co jest? Podniósł się z łoża i siadł na jego brzegu. Ręką sięgnął po czarną sutannę.
Otwierane drzwi zaskrzypiały. Jeden ze służących bojaźliwie wsadził głowę do celi.
– Wybacz, Wasza Świątobliwość – wymamrotał nieśmiało. – Markus Aureliusz Maksencjusz chce mieć widzenie. – Głos lokaja drżał, przepełniony zgrozą. – Jest tu osobiście, syn augusta, cesarza...
Zabrakło mu czasu na odpowiedź. Mężczyzna o postawie olbrzyma wtargnął do celi, brutalnie spychając służącego na bok. Przyodziany w długą purpurową pelerynę, stąpał władczym krokiem człowieka, przyzwyczajonego do bezwzględnego posłuszeństwa.
– To ty jesteś Sylwester? – Bez namiastki przywitania zażądał natychmiastowej odpowiedzi. – To ty jesteś biskupem sekty chrześcijańskiej tu, w Rzymie?
Młody kleryk wstał z łóżka, wdziewając pospiesznie sutannę.
– Zbytnio mnie nobilitujesz, panie! – Potrząsnął głową. – Nie ja! Jestem jedynie Sylwester, skromny kapłan, chrześcijanin. – Poczuł pełzający wzdłuż kręgosłupa dotyk strachu i powtarzający się ścisk w żołądku. – Jedynie pokorny kapłan – dodał szybko, pośpiechem kryjąc drżenie w głosie. – Biskupem nie jestem! To nie ja. Nie ma tu, panie, człowieka, którego szukasz.
– Wiem, kogo szukam! – wyrzucił z siebie Maksencjusz głosem nietolerującym sprzeciwu. – Nie zwódź mnie! – Z naganą pogroził mu palcem. – Mam swoich informatorów! Chrześcijanie nie są wyjątkiem. Donoszą jeden na drugiego! Frumentariusze, moi szpiedzy, są wszędzie, także u was. Dostarczają mi wszelkich nowin.
Sylwester wstrzymał oddech, widząc wzbierającą w synu augusta furię. Imperator zrobił się czerwony na twarzy i zaczął wykrzykiwać:
– Euzebiusz, ten z Cezarei! Wasz prorok! Główny sprzedawca zabobonów! Arcykapłan złudzeń! Tego bym chciał widzieć. Ale Stary Oszust zniknął. Z bezpiecznej odległości rękami innych prowadzi walkę o władzę nad rozumem i duszą ludzi. Boi się nadchodzącej burzy. Kiedy cesarze walczą, szary człowiek zostaje wessany w wir konfliktu. Staje się niczym! Cóż! Sami bogowie tracą orientację i zapominają o starych przymierzach. Niektórych obdarowują wariactwem, aby sami się zniszczyli. Innym wdziewają laur wielkości!
Młodzieniec zauważył, że wzburzenie Maksencjusza jakby opadło, bo zaczął on równym krokiem przemierzać celę tam i z powrotem.
– Ciemno tu – mruknął do siebie, nieco uspokojony i zajęty jakąś ważną myślą. – Tak, tak. Kto poprowadzi chrześcijan w nadchodzącym konflikcie? Wasi diakoni, Milcjades i ten drugi, Euzebiusz, są pełni jałowych słów i źle przygotowanych tez. Kłócą się, waśniom nie ma końca. Wywołują zamieszanie wśród pospólstwa. Grecy mieli stosowny lek na tak bezwartościowych filozofów. Kielich cykuty dla jednego i drugiego wnet doprowadziłby do całkowitego porozumienia!
Sylwester stężał, gdy Maksencjusz zarechotał głośno, pogardliwie.
– Marceli, którego wy, chrześcijanie, szanujecie jako biskupa, jest nim jeno z nazwy. Stary i chory, ma słabe ciało i złamanego ducha. Im bliżej mu do śmierci, tym bardziej kocha życie. Co więcej, jak mawiamy my, żołnierze, splamił swe łoże własnymi nieczystościami. Cały Rzym wie, że wykupił się od prześladowców za cenę tych ksiąg, które wy uznajecie za święte. – Gestem lekceważenia splunął na posadzkę. – No tak. Ale to nie pierwszy raz. Czy Euzebiusz, Stary Oszust, nie zachował się w ten sam sposób? Takie splądrowanie biblioteki Dioklecjana przez jej kustosza! Niektórzy twierdzą, że do dziś dnia nie wszytko zostało odzyskane! Sami bogowie wołają o pomstę!
Wspomnienia wróciły samowolnie, nieproszone. Sylwester widział, jakby z lotu ptaka, małego chłopca z zakrwawionymi rękami i tuniką splamioną krwią, biegnącego z desperacją przez szeroką łąkę, pokrytą białym szronem marcowego poranka. Biegł prosto w czerwoną tarczę wschodzącego porannego słońca, przebierając rękami i nogami w rozpaczliwym wysiłku. Za nim, przez puste, płaskie pastwisko, jakby go ścigał, podążał jego własny, długi cień. Chłopak czuł na policzku, w miejscu zadanej przez legionistę rany, usztywniający się strup, a pod nim gwałtownie pulsujące tętno. Daleko przed nim linia nagich, bezlistnych drzew stała w ostrym zarysie na tle zimowego nieba. Ich gołe, czarne gałęzie sięgały w górę jak rząd krzyży. Z tyłu, za nim, pojedynczy słup dymu wbijał się w niebo.
W celi zapanowała cisza. Syn imperatora zamilkł i przypatrywał się uważnie młodemu kapłanowi. Pomimo półcienia, jaki panował w pomieszczeniu, Maksencjusz zauważył przelotny, lękliwy grymas, który przez chwilę zagościł na twarzy mężczyzny w sutannie.
– Spokojnie – powiedział pojednawczym tonem. Podniósł otwartą dłoń w ekspansywnym geście pokoju. – Młody człowieku, nie przybyłem tu z groźbami. Wydalę jednego z tych mało skutecznych biskupów, a nawet obydwu. Mogą kontynuować swe puste debaty na bezludnej wyspie, daleko od Rzymu. Ile masz lat? Chwalą cię. Mówią, że jesteś oddanym diakonem wiary chrześcijańskiej. Nie sądziłem, że jesteś tak młody.
Kapłan niechętnie skinął głową na znak zgody.
– Więc czego szuka u Sylwestra, diakona chrześcijan, Markus Maksencjusz, syn imperatora Rzymian? – szepnął miękko. – Czym jest to, co go zmusza do przybycia w trzecim kwartale nocy, kiedy ulice Rzymu milkną, a wszyscy praworządni obywatele śpią?
Potężny człowiek parsknął głośno.
– Uważaj, co mówisz, kapłanie, aby ten twój bóg nie przyjął cię nader wcześnie w swoje progi. – Krzaczaste brwi władcy spotkały się nad krzywym spojrzeniem jego oczu. – Możesz mi pomóc! Potrzebuję wsparcia twego boga. Nie znam pokoju od czasu, kiedy Dioklecjan odebrał mi dziedzictwo. Moi bogowie mnie opuścili. Zawarli przymierze z Sewerem i Maximinem. Wraz z moim teściem, Galeriuszem, augustem Wschodu, knują i spiskują, jak mogą, ażeby nie dopuścić mnie do purpury. Sewer otrzymał zlecenie zabicia mnie! W tej chwili zbiera wojsko na Wschodzie! Niedługo wyruszy na podbój Rzymu.
Sylwester zauważył, że ton głosu imperatora uległ zmianie, wydawało się, że zaczął nabierać wątpliwości. Maksencjusz głuchymi krokami podszedł do okna, które wyglądało na wschód. Daleko na horyzoncie niebo budziło się słabym blaskiem, czerwienią świtania. Wytężył wzrok.
– Ot, skąd przyjdzie zagrożenie – rzucił i znów zamilkł. Ze zwartymi wargami i wysuniętą brodą nadal wyglądał przez otwór okienny. Jego nieruchoma postać, owinięta w płaszcz, przypominała ogromnego drapieżnego ptaka, zarysowanego własną czernią na tle szarzyzny zwiastującej nadejście dnia. Szukał w oddali odpowiednich ofiar. – Tylko Konstancjusz dotrzymuje słowa, na swój sposób. Tkwi w tej swojej kryjówce w Brytanii – dorzucił, jakby niechcący, nadal badając horyzont. – Ale jego syn to już co innego! – Zakręcił się gwałtownie na pięcie. – Już ja go znam! Konstantyn! Dwa razy mi się wyśliznął z sideł! Teraz czeka i kugluje, jak tu wystąpić przeciwko mnie! Augur tak stwierdził! Wnętrzności tak się ułożyły!
Młody kapłan wzdrygnął się, gdy syn cesarza uderzył jedną potężną pięścią o drugą.
– Lecz ja ich wszystkich zniszczę! Wszystkich moich przeciwników! I zniszczę również twoich chrześcijan, jeżeli staną przeciw mnie! – Uniósł obydwie ręce dłońmi w górę. Palce miał skrzywione jak grabieżne haki. – Tymi rękami zawładnę Imperium! – krzyknął. Twarz mu się zniekształciła w przypływie nagłej furii. – Nic mi nie stanie na przeszkodzie! – Wstrząsnął nim paroksyzm gniewu. – Zniszczę ich wszystkich! – Tyrada słów wypadła mu z ust. – Galeriusza! Sewera! Maximina! Konstancjusza! I jego szczeniaka, Konstantyna! – Roztwarły mu się wargi, obnażając zęby. Oblicze znów nabrało wyrazu drapieżnego ptaka dopadającego ofiary. – W szczególności Konstantyna! Zamarynuje jego głowę w słoiku! Wystawię ją na pokaz motłochowi! Będą wiedzieli, kto jest imperatorem!
Echo jego słów zanikło w pustej celi. Cały klasztor pogrążył się w nienaturalnej, pełnej napięcia ciszy.
Sylwestrowi wydawało się, że wyczuł gdzieś pod pokrywą milczenia bojaźliwe bicie serc wszystkich istnień żyjących w domu. Stłumione, oczekujące tętno rodziło się we wszystkich miejscach w budynku, gdzie żyjące stworzenia schowały się, drżąc ze strachu, oczekując wyniku tej rozmowy. Pulsująca cisza spływała ze ścian i sufitów, przepełniała celę swą obecnością, łączyła się z grzmotami jego własnego serca i wylewała się przez okna w pierwsze światło dnia wielką rzeką bezkresnej trwogi. Za oknem, przez które syn augusta wypatrywał niewidocznego najeźdźcy, młody kapłan widział, na murze dziedzińca, pierwsze nieśmiałe promienie słońca. Na jego oczach pięły się po ścianie, stawały się coraz jaśniejsze. Lecz w celi ciemność śmierci wciąż stała przy nim.
– Dominus et deus...[2] – wykrztusił do siebie szeptem. Słowa wypłynęły z niego w wyczekującą ciszę bardziej jak łagodny oddech aniżeli świadomie wymówiony zwrot.
Ale Maksencjusz usłyszał i zrozumiał.
– Pan i bóg, rzeczywiście – rzekł prawie przepraszającym tonem, głosem już spokojniejszym. – Chcesz mnie czcić jako boga? – Odwrócił się, szeleszcząc płaszczem, i znów wyjrzał przez okno. – Jeżeli potwierdzisz, to będę zawiedziony. Nie przybyłem tu domagać się czegokolwiek czy grozić. Zabijanie chrześcijan nic mi nie da. – Urwał wywód i znów zmarszczył brwi, czekając na odpowiedź.
Ale Sylwester milczał.
– Nowy dzień świta nad Rzymem! – Skinął ręką w kierunku świata poza oknem. – Świta wojna, w której psy z jednego miotu będą się żarły i rozrywały nawzajem! Gdzie wojska spod tego samego sztandaru zderzą się wśród potoków krwi! Wojna taka, jakiej świat nie widział, gdzie brat stanie zbrojny przeciwko bratu... – Brakło mu słów. Przerwał.
Nikt mu nie odpowiedział.
– Nie jest mi potrzebny twój bóg – stwierdził po chwili. – Mimo wszystko mam wystarczająco dużo własnych. – Zatrzymał się, jakby zastanawiając się nad doborem słów. – Potrzebuję mocnego wodza chrześcijan – rzekł ostrożnie, a słowa z trudem opuszczały jego gardło. – Muszę mieć chrześcijan po mojej stronie w nadchodzącej wojnie. Chcę, żebyś ich poprowadził. Chcę, żebyś przekonał tych twoich chrześcijan, że Maksencjusz pomnoży ich swobody. Zwróci ich nieruchomości. Zrekompensuje rabunki Galeriusza. – Wabiący, podstępny uśmiech pofałdował mu twarz. – Ale żebyście otrzymali te przywileje, Maksencjusz musi być cesarzem w Rzymie.
Młodszemu mężczyźnie stanęła przed oczyma Mila, jego narzeczona. Leżała tak, jak ją widział po raz ostatni, skręcona na piasku areny amfiteatru. Choć siła upadku zniekształciła jej ciało, to twarz, unieruchomiona śmiercią, niosła wyraz błogiego spokoju. Ręce złożyła w ostatniej modlitwie, czerwone złoto pierścienia zaręczynowego błyszczało na jej palcu. Potok gniewu rozsadził mu piersi, a wściekłość ogarnęła zmysły. Pomimo lęku wobec samozwańczego imperatora nie mógł się powstrzymać.
– Tysiące zginęły! – rozpaczliwy krzyk zarzutu wyrwał mu się mimowolnie z ust. – Poddani męczarniom bezpodstawnie! Pożerani przez dzikie zwierzęta, krzyżowani, paleni, łamani! Tysiące innych katowanych w kopalniach! – Głos jego stał się piskliwym wrzaskiem. – A ty do mnie przychodzisz z wymaganiami?!
– Wielu ci powie, że odzywanie się w taki sposób do cesarza nie jest mądre – łagodnie zauważył starszy. – Jednak masz wystarczające powody, by czuć się urażonym, muszę to przyznać. Widzę na twej twarzy szramę, która może ma swą historię. Sam byłem świadkiem twego cudownego ocalenia na arenie Amfiteatru Flawiuszów[3]. Przykro mi z powodu śmierci twego ojca w amfiteatrze. Ale znieważył cesarza. Własnymi czynami zapracował na swój los.
– Nie był moim ojcem! – ostro przeciwstawił się Sylwester. – Tylu zginęło...
Postawny mężczyzna wzruszył ramionami.
– Umarli, już umarli. Nie ma ich z nami. Nie sprawiają nam kłopotów. Jedynie żyjący domagają się uwagi.
Celę rozjaśniło w pełni światło nowego dnia. Czerwony krąg słońca wyjrzał znad muru dziedzińca. Razem z napływem światła napięcie zniknęło z komnaty. Sylwester poczuł w powietrzu wpływającym przez okno pospolity zapach dymu drzewnego. Służące zaczęły się krzątać w klasztornej kuchni. Metalowy brzęk opuszczonego przypadkiem garnka odbił się w uszach. Ogień na paleniskach został wzniecony, lecz początkowo słabo się tlił, zimne kominy nie ciągnęły cierpkiego dymu. Wróciła do niego pamięć innego cierpkiego dymu – z innego dnia, z innego miejsca.
– Czy mogę siąść? – zapytał Maksencjusz, przerywając mu rozmyślania. – Przejdźmy do rzeczy. Może pozwolisz, że przedstawię ci pełniejsze wyjaśnienie powstałej sytuacji?
– Wybacz mi, panie – rzekł niepewnie diakon. – Jestem mało uprzejmym gospodarzem...
Lecz ten drugi nie pozwolił mu dalej się kajać.
– Proszę, pozwól mi wytłumaczyć... – nalegał.
Nagle zmienił ton na pojednawczy. Spoczął całym swym ciężarem na łóżku i sięgnął po kapłana, sadowiąc go obok siebie. Mężczyźni siedzieli przywarci jeden do drugiego, jak konfidenci w sekretnej, zbitej gromadzie.
– Widzisz, Dioklecjan, jeżeli wolno mi go wspomnieć, był godnym augustem maximusem[4]. Przywołał Rzym do porządku. Wdrożył reformę podatkową. Bił nową, dobrą monetę. Ustatkował ceny. Zreformował wojsko! Był człowiekiem mocnym. Nie myśl, że był tyranem. Względem was, chrześcijan, był tolerancyjny. I jak mu się odwdzięczyliście?
Młody kleryk wiedział, że Maksencjusz zatrzymał się albo dla efektu, albo chcąc sprawdzić jego reakcję. Mimo to siedział nieuruchomo na łóżku i nie odezwał się.
– Znasz odpowiedź, Sylwestrze, tak jak ja ją znam. – Syn augusta znów wstrzymał swój dyskurs i spojrzał rozmówcy prosto w oczy.
W zimnym porannym świetle diakon zauważył, że postawny człowiek posiadał niepospolitą urodę – niebieskie oczy, czarne włosy i brodę.
– W zamian za te przywileje wy, chrześcijanie, odmówiliście poddania się poborowi. – Maksencjusz zaczął bezlitośnie odliczać. – Odmówiliście uiszczania podatków. Wasi kapłani i mędrcy nagabywali o wolność dla niewolników! Biednym wygłaszaliście mowy o grzechach bogatych! A wasza starszyzna pokłóciła się, obrzucając się obelgami! Jedyne, co robili wspólnie, to znieważali państwowych bogów! A na dodatek okazało się, że Euzebiusz, bibliotekarz imperatora, jest królem chrześcijan! Stary Oszust okradał biblioteki świątyń i instytucji publicznych! Przywłaszczał sobie święte księgi! Mój drogi, Rzym był wystarczająco zgniły i bez pomocy chrześcijan. Dioklecjan miał mocne podstawy do wykluczenia waszej sekty. Oficerowie odmawiający wykonania rozkazów! Żołnierze odmawiający udziału w walkach! Gdyby ta tolerancja trwała trochę dłużej, to całe Imperium by się rozleciało!
Teraz Sylwester parsknął pogardliwie.
– Więc rozkazał chrześcijanom składanie ofiary sobie – jako bogowi! A ci, co odmówili, zostali zgładzeni! – Jak w koszmarnym śnie tej nocy widział znów śmierć swego ojca, rozszerzającą się plamę krwi, słyszał charczenie. – Mężczyźni, kobiety i dzieci! – krzyknął, nie mogąc powstrzymać porywu złości.
Maksencjusz zignorował jego wybuch.
– Słuchaj, kapłanie, dobrze wiesz, jakie korzyści twoja religia otrzymuje dzięki mej interwencji. Przetrzymuję Galeriusza daleko od Rzymu! Oby tak dalej! Na własnej twarzy odczułeś śmierdzący, gorący oddech lwów! Powiew jego gniewu na własnej skórze! – Posłał w kierunku Sylwestra pojednawcze spojrzenie. – Wylej sobie na głowę kubeł zimnej wody! To mój dekret cofnął prawo Dominus et deus, a nie jakieś rozporządzenie Galeriusza! Musisz podejść rzeczowo do tych spraw. Dla chrześcijan mogę być zbawicielem! Mam poparcie senatorów i pretorianów. Nie miłują oni Galeriusza i mają ku temu dobre powody. Przybędzie, to ześle na nich podatki, jakich nie widzieli od lat. A was pogoni na areny, tak jak to teraz robi u siebie! – Pobłażliwy uśmiech samozadowolenia zaświtał na jego twarzy. – Oczywiście kontrolowałem twoje listy do braci w Azji, a i ich korespondencję z tobą.
Sylwester wykrzywił twarz w udawanym wyrazie zaskoczenia. Dawno już zauważył naruszone pieczęcie.
– Dobrze są ci znane warunki, na których egzystują twoi współwyznawcy na Wschodzie, pod zaszczytnymi rządami naszego augusta. – Maksencjusz wstał, prostując swe kończyny. – Galeriusz! – westchnął z nienawiścią. – Wredny pastuch! – Podszedł do okna, jak gdyby chciał znów wyglądnąć, sprawdzić, czy nie widać nadchodzącego wroga. A po chwili znów zaczął chodzić swym długim krokiem tam i z powrotem wzdłuż celi. – Krótko mówiąc, nie kocha chrześcijan! Jego żelazna pięść sięgnie również po was tu, w Rzymie! Niepowstrzymany, niedługo stanie się władcą całego Zachodu, może poza Brytanią i Galią. Tu, w Rzymie, wróci stare. Wasza sekta znów będzie podlegała starym prawom.
Diakon powstrzymał westchnienie, a syn cesarza podparł się pod boki i kontynuował:
– Tak to wygląda! – Spojrzał w dół na siedzącego. – Ale to proste! Twój nieprzyjaciel jest moim nieprzyjacielem. Wynika z tego, że jestem twoim oczywistym sojusznikiem. Potrzebuję wsparcia chrześcijan. A wy musicie mnie wspierać! Inaczej spotkają was tortury i śmierć. Lub będziecie zmuszeni porzucić waszego boga i dołączyć do grona lapsi[5]. A jeśli mnie wesprzecie, to skorzystacie. Dam ci słowo, że w zamian za wsparcie zwrócę rzymskim chrześcijanom wszystko, co zostało zagrabione. A tobie wyścielę drogę do biskupstwa!
Sylwester trwał niewzruszony, kiedy tamten podszedł do drzwi.
– Nie mam nic więcej do powiedzenia. Przymierze! Powtórz to słowo Euzebiuszowi. Wytłumacz propozycję waszemu przywódcy. Jak tylko zdobędę władzę, wydam dekrety kończące prześladowania chrześcijan. Spodziewam się wdzięczności od waszej kongregacji. Ale spodziewam się również, że napiszesz do braci w Azji i Galii. Napiszesz im, że znajdą u Maksencjusza azyl i spokój, i możliwość swobodnego praktykowania chrześcijańskiej wiary. Napiszesz im, żeby siłą swych ramion sprzeciwili się panowaniu tyranów!
Trzasnął za sobą drzwiami.
Kiedy opuścił pomieszczenie, strach i rozprężenie, zmieszane razem, wtargnęły do celi jak prąd wody wypuszczony z rozerwanej tamy rzecznej. Sylwester rzucił się na łoże, szlochając, opętany wirem myśli. Prawą ręką szukał w fałdach sutanny złotego medalionu, który nosił na szyi od wczesnej młodości. Gdy go znalazł, wyciągnął mały krążek na światło dnia, głaszcząc z ulgą znajome kształty. Wystarczyło go lekko ścisnąć i sprężyna ustąpiła. Zamek odskoczył i medalion się otworzył, dzieląc się na dwie połowy. Jego wzrok napotkał dwie gładkie powierzchnie. Dotknął tej sztucznej, gipsowej, pod którą krył się święty znak Chi Rho. Euzebiusz obiecał: "Tym znakiem zwyciężymy". Tak powiedział. Zmieszanie opadało. Pamięć obietnicy go uspokoiła. Powtórzył ją:
– Tym znakiem zwyciężymy... Tym znakiem.
"Muszę porozmawiać z Euzebiuszem" – pomyślał.
Daleko wcześniej, w innym miejscu, mały chłopak biegł, dysząc, oślepiony wschodzącym słońcem. Wtedy miał na imię Piotr, ale na jego szyi wisiał ten sam złoty medalion. W wysiłku rękami mielił przestrzeń przed sobą, a wdychane w desperackich łykach powietrze wyrzucał kłębami pary, skrzepionej mrozem marcowego poranka. Było zimno. Miał na sobie jedynie tunikę, ale nie czuł chłodu. Z rąk złuszczała mu się zakrzepła krew ojca. Daleko za nim, w nieruchomym powietrzu, rozrastał się słup dymu, powoli wznosząc się ku blademu niebieskiemu niebu.
[1] Medalion noszony przez niepełnoletnich chłopców jako talizman.
[2] Dominus et deus (łac.) – Pan i bóg urodzony; tytuł używany przez władców rzymskich w okresie dominatu.
[3] Oficjalna nazwa Koloseum.
[4] Maximus (łac.) – element tytulatury cesarskiej w starożytnym Rzymie; tu: najwyższy, największy.
[5] Lapsi (łac.) – w starożytnym chrześcijaństwie "upadli", czyli ci, którzy wyparli się wiary podczas prześladowań. Encyklopedia PWN, http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/lapsi;3930590.html [dostęp: 23-07-2015].
Rozdział 1 – Skradzione rękopisy
Rzym, marzec 296 r. n.e.
Do majątku jego dziadka było sześć milia passus. Chłopak wiedział, że to tyle, bo ojciec mu tak powiedział, więc tak musiało być. Ale to była odległość wzdłuż utwardzonej drogi. Przez łąki było dalej. Lub bliżej, ale wydawało się dalej. Źdźbła trawy chwytały go za nogi, a krótka słoma ściernisk i ostre igły ostów, stwardniałe szronem, cięły jego bose stopy. Na początku biegł, na ile miał tchu, a później, sapiąc, szedł, dopóki nie odzyskał sił i nie poczuł napływu zimna. Wtedy znów puścił w ruch nogi. Słońce stało wysoko, grzejąc mu skroń, gdy zza zakrętu rzeczki wyłonił się upragniony, oczekiwany widok.
Z tyłu, za sobą, nie widział już słupa dymu.
Przerzucony przez rzeczkę, tuż za zakrętem, stał wiekowy, drewniany most. Najstarsi pracownicy folwarku nie pamiętali jego budowy. Na tyle szeroki, że mieściła się na nim największa furmanka, niewzruszony, wytrzymywał obciążenia kolejnych zbiorów. Co roku, kiedy budzące się wiosenne słońce gdzieś w odległych górach wyzwalało nagromadzone opady śniegów z całej zimy, zsyłając je jednym nabrzmiałym spływem do morza, przelewały się pod nim gwałtowne przejścia fal powodziowych. Pomimo wątłego wyglądu tkwił tam odwiecznie. Naokoło mostu pochylało się pięć rozłożystych wierzb. Były równie stare jak most, posadził je w tym miejscu jakiś nieznany przodek dziadka. Wierzby niczym siatką oplotły korzeniami nadbrzeża, tak mocno, że nawet pieniąca się, wiosenna woda nie była w stanie ich naruszyć. Latem ich płaczące korony dostarczały pracującym w polu upragnionego cienia, a gęste, zielone witki strzegły tajemniczych, szeleszczących kryjówek, właśnie takich, w jakich mali chłopcy uwielbiają się zaszywać podczas zabawy.
Dziś nie mógłby myśleć o zabawie. Gołe stopy krwawiły boleśnie. Co powiedziałaby matka? "O, kotku – zbeształaby go lekko – natychmiast ubierz sandały! Wychodzić na dwór bez obucia! To tylko dla niewolników i gladiatorów! Sandały! Natychmiast!"
Zdusił w sobie łkanie. Odgłos jego biegnących stóp zadudnił echem w pustce pomiędzy przęsłami mostu.
Po drugiej stronie rzeki, za dwoma stawami, stał przykucnięty dworek dziadka. Zbudowany z drewna, ze ścianami z otynkowanej wikliny pod słomianą strzechą i z krytą werandą na szerokości całego domu był tak samo wiekowy jak most i wierzby. Choć z upływem czasu wrósł w okoliczny pejzaż, w krajobrazie Italii był jednak czymś obcym. Cztery czy więcej pokoleń temu wznieśli go swoim sposobem niewolnicy z Brytanii – kiedyś powiedział mu o tym dziadek. Dobrze go wykonali. Jedyny nowoczesny dodatek to licząca trzy izby łaźnia, wybudowana rok temu. Pod czerwonymi dachówkami znajdowały się trzy pomieszczenia, caldarium, frigidarium i palarnia zasilająca hypokaustum. Była najlepsza i najnowocześniejsza, dar jego ojca dla teścia, dziękczynienie za ułatwienie awansu.
W obejściu nie było żywej duszy. Łzy zawodu stanęły mu w oczach. Gorycz wypełniła jego serce po brzegi, aż wydawało się, że pęknie ono z bólu.
Z krzykiem rozpaczy rzucił się wzdłuż dziedzińca w kierunku domostwa. W czasach zbiorów tłoczyły się tu furmanki, ale dziś obejście stało głuche i puste. Dopadł nierównych schodów i po omacku wspiął się na drewnianą werandę. Zatupotało odbiciem dziecięcych stóp o stare deski. Dziko dysząc, sięgnął po zapadkę drzwi wejściowych, lecz nim zdążył ją chwycić, dzwi same się otwarły. Ktoś wyszedł.
Struchlał. Przez chwilę nie rozpoznał zgarbionej postaci babci.
– Nana! – wykrztusił z ulga. Brakowało mu tchu i nagle nie mógł znaleźć słów.
– O! – Kobieta zaokrągliła usta w zaskoczeniu. – Co my tu mamy? Mały urwis, brudny i z trudnością łapiący powietrze! W tunice, bez sandałów, a to dopiero pierwszy tydzień marca! A to skaleczenie na policzku! I tak cię matka wypuściła? – Złapała go mocno za rękę i przyjrzała się jej. – A twoje ręce! Jakie brudne! – Raptem zamarła w bezruchu. Na jej twarzy zaświtał wyraz przerażenia. – Petrus! – krzyknęła zmienionym głosem. – Petrus! Chodź tu natychmiast! – Złapała chłopaka za szyję i wciągnęła do domu. – Co ty masz na rękach? I na tunice? – domagała się odpowiedzi. – Jakżeś się skaleczył? Petrus! Mężu! Gdzie ty jesteś? Co masz na rękach, dziecko?
– Krew! – wyszlochał chłopak głosem przeszytym jednocześnie trwogą i złością. – Nana, to krew taty! Nie czekali nawet chwili. – Pomimo obecności babci poczucie beznadziejności i przerażenia było nie do wytrzymania. Płakał, chlipał i pociągał nosem, całe ciało mu drżało. Ślina kapała z ust i dygotały ramiona. – Wszystkich zabili, nazwali go psem, a mamę wyrzucili przez okno... Słowa wydobywały się z jego gardła w nieuszeregowanej, pospiesznej mieszaninie szlochu, charkotu wciąganego powietrza, sylab zdławionych gniewem i płaczem. Był to jeden nieustający wyraz strachu i rozpaczy.
– Kochanie... – Babcia mocno przytuliła go do siebie. – O Jezus Chrystos Nazarenus, módl się za nami grzesznymi. Kto to zrobił? – zapytała, ale chłopak trząsł się jeszcze bardziej, bo wyczuwał kiełkujący w niej strach. Tulili się jedno do drugiego. – Co ci zrobili? Czy cię pobili? Módl się za nami, Matko Boska, módl się za nami...
– Flawia! – zagrzmiał basowy męski głos. – Co ty robisz?
– Chłopak... – zaczęła, jednak słowa zgasły jej w gardle.
– Widzę go. – Wysoka, szczupła postać dziadka stała nad nimi. – Kobieto! Uspokój się! Czy młodzieniec odniósł rany?
– Dziadzia! – Chłopak wciąż nie mógł powstrzymać łez. – Uciekłem! Ale zabili wszystkich! Wszystkich! Byli tam żołnierze. Tylu żołnierzy...
– No, to niedługo i tu będą – rzekł stary człowiek, smętnie głaszcząc siwą brodę. – Musimy ukryć dziecko.
– Petrus, Petrus, czy nie możemy po prostu uciec? Zaszyć się gdzieś na uboczu? – rozpaczliwie zawodziła kobieta. – W stajni stoją dobre konie. Ratujmy się ucieczką z tej nieludzkiej ziemi, z jej przeklętymi tyranami! Weźmiemy to, co da się unieść! Rok życia więcej? Daj Bóg nawet mniej – tydzień czy dzień!
– Wystarczy! – szorstko przerwał jej mąż i natychmiast żałował hardego tonu swej wypowiedzi. – Flawia! – rzekł zmiękczonym, czułym głosem. – Jesteśmy zbyt starzy, zbyt dobrze znani naszym prześladowcom, by zniknąć. A wydaje się, że wartość tego, co mamy, jest zbyt wielka, by zaniechali pościgu. Obawiałem się tego. Możemy błagać o łaskę u stóp imperatora, i kto wie, może jeszcze trochę pożyjemy. Ale musimy uratować dzieciaka. Nie wiedzą, gdzie uciekł. Musimy go ukryć w bezpiecznym miejscu. – Uśmiechnął się smutno do załzawionego chłopca. – Dziś staniesz się mężczyzną – powiedział łagodnie, głaszcząc go po głowie. – Widzę, że masz swą bullę. – Dotknął czubkiem palca złotego medalionu w kształcie ryby, który w jakiś cudowny sposób przetrwał całe zajście i dalej wisiał na złotym łańcuszku na szyi młodzieńca. – Da ci ochronę! – Zwrócił się do żony: – Wytrzyj mu krew z twarzy, kobieto! – Basowy głos miał w sobie barwę nieodwracalnej ostateczności, smutku i poddania się wyrokom losu, brzmiał jak puste echo zasuwanej na zawsze płyty grobowca. – Przestań wreszcie płakać! – Wziął małego za rękę. – Chodź ze mną!
We dwójkę wyszli w kierunku łaźni.
Daleko, na drodze od strony Rzymu, unosił się tuman kurzu. Szwadron konnicy, zbliżając się szybko, galopował w ich kierunku.
– Nie mamy czasu do stracenia – mruknął dziadek. Przebiegli ostatnie dziesięć kroków. – Tu jest palarnia. Zobacz, widzisz duże palenisko wpuszczone w ziemię? Drzewo jest zgromadzone, ułożone, ognisko przygotowane. Mamy na tyle szczęścia, że służący nie zdążył jeszcze podłożyć ognia. Patrz tam głębiej, za paleniskiem. Widzisz przejścia pomiędzy cegłami? – Nie czekając na odpowiedź, wepchnął chłopca w dół, do paleniska. – To jest hypokaustum. Przejścia prowadzą pod podłogą caldarium, najgorętszego pokoju w łaźni. Właź tam, w najdalszy i najciemniejszy kąt. Musisz trzymać się z dala od kominów, żeby dym cię nie dosięgnął. Nie wolno ci się udławić dymem czy zakaszleć, gdy wzniecę ogień na palenisku.
Zatrwożony młodzieniec spojrzał na dziadka niepewnie.
– Nie bój się. To będzie tylko małe ognisko. – Ale niepokój znów zawładnął chłopcem, strach pokazał się w jego oczach. Starzec poczuł jego dygotanie. Objął go ramieniem, próbując uspokoić. – Nie bój się! Będziesz bezpieczny! Zobaczą ogień i dalej nie będą sprawdzali. Szybciej, szybciej. Właź!
Malec kiwnął lękliwie głową i na czworakach wgramolił się przez otwór. W hypokaustum było ciemno. Tylko w niewielu miejscach, tam gdzie zaprawa była źle wykończona i nieszczelna czy też gdzie były specjalnie przebite na wylot otwory, pozwalające na dopływ zimnego powietrza, przebłyskiwało światło. Spojrzał wstecz. Ale w jasno oświetlonym półkolu otworu przewodu nie widział już dziadka. Zamiast starego człowieka dojrzał palące się tam małe ognisko. Widział i czuł cierpki biały dym.
Uciekając od czadu, przeczołgał się dalej, do jednego z kątów. Wysiłek został wynagrodzony. Zastał tam czystsze powietrze, gdyż przewody kominowe zaczęły ciągnąć to już ogrzane, a także dym w górę, w miejscu zaś, gdzie leżał, przez szczelinę wpadał do podziemia świeży, zimny powiew. Ledwo się ułożył, a usłyszał brzęk końskiej uprzęży i męskie głosy. Jeden z nich był mu znany. Poczucie beznadziei obezwładniło go.
– Pokaż się, stary dziadu! – odezwał się znany mu głos. Należał do młodego rzymskiego oficera, tego, który zamordował jego ojca.
Dreszcz grozy przebiegł przez jego ciało, znów się trząsł ze strachu. Cała jego świadomość nakazywała mu skulić się w kłębek, skurczyć się do jak najmniejszych rozmiarów, tak żeby go nikt nie zauważył, nikt nie znalazł. Ale słowa dziadka tkwiły mu ciągle w uszach. "Dziś staniesz się mężczyzną" – tak powiedział. Z wielkim trudem zapanował nad lękiem. A po chwili przystawił oko do szczeliny.
Gdy jego oczy oswoiły się z zewnętrznym światłem dnia, zobaczył, jak Petrus, przyodziany w togę senatorską z szerokim purpurowym pasem, wychodzi z dworku. Stanął naprzeciw przybyszów na środku obejścia, przed domostwem. Chłopak wyraźnie go widział przez mały otwór w murze. Tak samo wyraźnie widział Konstantyna stojącego w rozkroku przed szeregiem żołnierzy. Zbrojny oddział stał z dala za nim, trzymając stosowny dystans podyktowany szacunkiem. W świetle dnia zobaczył, że rzymski oficer było niskiego wzrostu, a dziadek go znacznie przewyższał.
– Dobry dzień, Flawiuszu Waleriuszu Konstantynie! Piękny dzień na odwiedziny – rześko oznajmił senator, kłaniając się na przywitanie. Jego głos rozbrzmiał donośnie i przyjaźnie wśród zabudowań folwarcznych, aż po miejsce, gdzie chłopak leżał w ukryciu. – Turma kawalerzystów to odpowiednia ochrona dla podróżujących wodzów w tych niebezpiecznych czasach, tak mi mówią! – Spojrzał ostentacyjnie na grupę żołnierzy stojących obok swych koni. – A tyś tu przybył z dwiema, jeżeli oczy mnie nie mylą. – Uśmiechnął się rozbrajająco do rzymskiego oficera. – Zbrojnie w odwiedziny – dodał jakby niechcący. – Takie formalności nie powinny istnieć pomiędzy przyjaciółmi. Serdecznie witamy! Mój dom jest twój, jak zawsze. Wstąp, zmyj kurz drogi ze stóp.
– Nie marnuj mojego czasu tymi uprzejmościami – zazgrzytał złowrogo Konstantyn, wydobywając szablę. – Ty i twoi chrześcijańscy pobratymcy mają coś, co ja chcę mieć. Rękopisy! Należą do Dioklecjana, ale twój zięć skradł je z biblioteki imperatora. Twoja córka miała zamysł wykorzystania mnie tak, jak to już raz zrobiła! Próbowała okupić życie słowami pełnymi miodu! Zatruty miód mi oferowała za cenę swego życia! Zdradziła ciebie, tak jak i mnie raz zdradziła! Wiem, że rękopisy są u ciebie! I nawet o nich nie pytaj! Oboje nie żyją!
Fala zimnego potu oblała leżącego chłopaka. Chciał krzyczeć, bić pięściami w mur. Ból ścisnął go swymi ciasnymi objęciami tak mocno, że wydało mu się, że na moment czas się zatrzymał. Na dworze dwaj wrogo nastawieni mężczyźni stali pośrodku dziedzińca, naprzeciw siebie, nieruchomo, w pozach jakby uchwyconych na ściennym malowidle. Wokoło nich, od niezliczonych pokoleń, spokojny rolniczy krajobraz spał zimowym snem, czekając na wiosenne wskrzeszenie. Na to, aż siewca, stąpając ciężkimi krokami wzdłuż bruzdy, rzuci ziemi garść nowego życia. Aż ziemia, wypieszczona słońcem, zazieleni się i wyda plony. Aż żniwną porą załadowane furmanki potoczą się, ciężko i opieszale, przepełnione dobrocią tej ziemi, a kończące się lato pochyli swe zbrązowiałe czoło nadchodzącej nieuchronnie zimie. I tak szare krótkie dni ponownie zrodzą te jasne, długie, w wiecznym, nienaruszonym cyklu śmierci i życia, zniszczenia i nieustającego odnowienia.
– Są więc razem z Bogiem i oczekują zmartwychwstania – rzekł Petrus spokojnie i powoli. – A ty mnie nie przestraszysz śmiercią. Albowiem byłeś jednym z nas. Znana ci jest obietnica Jesosa Chrystosa. Jak i również nie uzyskasz ode mnie rzeczy, których pragniesz. Niemniej mogę ci powiedzieć, że polecił mi Euzebiusz z Cezarei odzyskać je od imperatora augusta, gdyż nie należą one do niego. Chcesz posiąść święte księgi, wymuszone od Euzebiusza i Marcelego groźbami tortur i śmierci? Prawowitym posiadaczem jest Kościół Boży, nasza święta matka rodzicielka, co jest ci dobrze znane.
– Ty stary wariacie! – syknął Konstantyn. – Możesz mieć tyle zmartwychwstań, ile chcesz, nie mam nic przeciwko temu. Sądzisz, że byłem z tobą i Chrystosem? Sądzisz, że jestem takim głupcem, że oszołomił mnie ten stary pierdoła Euzebiusz? On nie potrafi trzymać języka za zębami. Zapewniałem mu bezpieczeństwo, bo był przydatny. Inaczej byłby już dawno zginął. Jak myślisz, kto go wywiózł z Rzymu, ratując przed złością Dioklecjana? No? Odpowiedz, jeżeli potrafisz!
Senator pozostał obojętny na urągania człowieka w zbroi.
– Ja chroniłem twego złodziejskiego Euzebiusza! – złorzeczył tamten. – Za pierwszym razem, gdy skradł te zwoje z biblioteki imperatora, ja je mu odebrałem i zwróciłem na miejsce. Tak, to właśnie ja! Naprawiłem szkodę i uratowałem mu życie, wsadzając go na pokład statku odpływającego do Tyru. Wysłałem go do przytulnej, bezpiecznej celi więziennej, gdzie nie mógł niczego nabroić! – Przerwał i przechylając głowę do tyłu, wyrzucił z siebie ryk ironicznego śmiechu. – Gdzie nie mógł niczego nabroić! Ha! Tak myślałem, zanim wrócił i znów wsadził swój gmerający nos w sprawy Rzymu! – Przyglądał się długo senatorowi, po czym dodał: – A teraz czyżby mądry, stary Petrus stał się narzędziem jego głupoty?
– Jestem rzymskim senatorem i chrześcijaninem – z godnością odparł Petrus, niewzruszonym głosem. – Nie żyjemy w czasach Waleriana. Prawie pięćdziesiąt lat współżyjemy w pokoju i harmonii. Możesz być synem cesarza, ale zamordowałeś moją córkę i jej męża. Za to cię rozliczę!
– Bardziej aniżeli sobie potrafisz wyobrazić, mój chrześcijański kumplu! – Konstantyn zaniósł się śmiechem. – O stawkę całego Imperium z samymi bogami grałbym w kości. – Skinieniem ręki przywołał jednego ze swej drużyny, który od razu przyskoczył i wręczył mu mały zwój rękopisu. – Zechce szanowny pan senator przeczytać? – zapytał, przeszywając go stalowym spojrzeniem. Petrus zaprzeczył kiwnięciem głowy. – Tak przypuszczałem. Wyręczę cię. – Rozwinął skrawek i podnosząc go do góry, zaczął deklamować donośnie, jak gdyby odczytywał wyrok: – "[...] że kościoły chrześcijan zostaną zrównane z ziemią, a święte ich księgi zniszczone ogniem. Także że wszyscy chrześcijanie na eksponowanych stanowiskach mają być z nich usunięci, a służących, jeżeli niezmiennie będą trwali w wierze, należy pozbawić wolności". I tak dalej. – Skręcił materiał ponownie w rulon i z grymasem zadowolenia na twarzy dodał: – Wczorajszy dekret Gajusza Aureliusza Waleriusza Dioklecjana!
Senator zbladł, zaskoczony.
– Coś nowego? – wykrzyknął Konstantyn triumfalnie. – A jednak! Senatorze Petrusie, mogę ci dać wybór – ciągnął szyderczo. – Widzisz, jaki jestem hojny! – Ściszył głos. – Możesz sobie zatrzymać te twoje drogocenne i świątobliwe pisma – rzekł szeptem konfidenta. – Być może one rzeczywiście należą do chrześcijan. A zmartwychwstanie możesz sobie odłożyć na później, nie będziesz musiał teraz z niego skorzystać. Chcę tylko jeden manuskrypt, który i tak nie jest rzeczą należącą do ciebie. Tylko jeden! Raport polowy dotyczący straceń. Mała sprawa, z Judei! Sprawozdanie z wykonania wyroku i z procesu Jeszui Galilejczyka! Nie, nie patrz na mnie z tym wyrazem niedowierzania na twarzy! Był poddany procesowi i stracony! Ukrzyżowany! Ten jełop Poncjusz Piłat rozpoczął wojnę rzymsko-żydowską. Wszyscy znamy tę historię. Zajęło to trochę lat, ale źle się skończyła dla żydowskiego narodu, który przestał istnieć, a skarbem ich świątyni do dziś opiekuje się Jupiter, na Kapitolu w Rzymie.
Senator otworzył usta, a Konstantyn, widząc, że ten chce mu przerwać, podniósł palec do swych warg.
– Zwój należy do imperatora. Wprawdzie Euzebiusz już raz wykradł go Dioklecjanowi, ale złapali go na gorącym uczynku, więc musiał go zwrócić jako cenę za życie. A teraz ukradliście go po raz drugi. Przyznasz mi rację. Prawdziwym właścicielem jest Dioklecjan. Oddaj manuskrypt! Wiem, że jest tu, w folwarku. Zdradziła cię twoja córka, Anna, tuż przed śmiercią. – Podrapał się w brodę, udając wielkie zamyślenie. – No tak. Możesz też wybrać się z wizytą do twojego boga, przedyskutować z nim sprawę. Będziesz miał tam towarzystwo, Anna i Markus już na ciebie czekają. A za chwilę wyślemy tam twoją Flawię, dołączy do ciebie. Zrobi to również twój skażony wnuk, jak go tylko znajdziemy.
W panującej ciszy oczy rzymskiego oficera przenikliwie penetrowały zabudowania folwarczne i wreszcie spoczęły na budynku łaźni, nad którym unosiła się cienka smuga dymu. Patrzącemu przez szczelinę chłopcu wydawało się, że te oczy, penetrując ceglane mury, widzą go i wbijają się w niego. Znów dygotał ze strachu. Tuż pod nim ciemniała na klepisku mała kałuża. Znienawidził siebie. Znienawidził swój strach, swą bezwładność, słabość własnego ciała. Ale najbardziej nienawidził rzymskich legionistów i ich dowódcy. Nienawiść zaczerniła mu serce.
W tej chwili drzwi domostwa gwałtownie się rozwarły. Dwójka legionistów wynurzyła się z cienia wnętrza, ciągnąc za sobą zakrwawioną bezkształtną masę. Zrzucili ją ze schodów. Leżała bez ruchu w kurzu dziedzińca, wydając ledwo słyszalne jęki. Petrus ruszył do przodu, ale Konstantyn go powstrzymał ostrzem szabli.
– Bitwy wygrywa lepsza strategia, mój chrześcijański druhu – rzekł beznamiętnie. – Ale ty nigdy żołnierzem nie byłeś, nieprawdaż? – Spojrzał na zmasakrowaną Flavię. – Wydaje się, że przesłuchanie twojej żony zakończyło się wcześniej aniżeli twoje. Podejrzewam, że nawet z sukcesem. – Odwrócił się tyłem do senatora. – Gdzie to jest? – zapytał legionistów.
– Nana! – szepnął chłopak bezgłośnie, nie wierząc własnym oczom. W obliczu cichego terroru opuściły go wszelkie nadzieje, a przygnębienie sięgnęło dna.
Petrus błyskawicznym ruchem ręki wyciągnął sztylet spod togi i rzucił się na rzymskiego oficera. Lecz Konstantyn był szybszy. Usłyszał szelest ubioru czy też szurnięcie nóg senatora po żwirowej nawierzchni dziedzińca. Jego odruch, wytrenowany w boju, znacznie przewyższał umiejętności starca. Obracając się na pięcie, odbił wzniesiony nóż gołą lewą ręką, a szablę, którą trzymał w prawej, wbił w brzuch napastnika.
Senator zesztywniał. W gardle mu zabulgotało. Padającemu na ziemię Konstantyn przekręcił szablę najpierw w lewo, a potem w prawo i wyciągnął ją z przeciętej jamy brzusznej z taką siłą, że jelita senatora wylały się przez otwór, wijąc się obok jego ciała jak krwawe, śliskie węgorze wypadające z rozerwanego worka. Młody oficer nachylił się nad dygoczącym człowiekiem. Wytarł broń o senatorską togę i jednym szarpnięciem odciął kawałek materiału. Owinął nim rękę w miejscu, gdzie ostrze sztyletu otwarło ranę długim przecięciem.
– Gdzie to jest? – powtórzył przez zaciśnięte zęby, ściskając ranną rękę. Jego drużyna stała, skostniała w bezruchu, oszołomiona niespodziewanymi zdarzeniami. Tkwili w miejscu, gapiąc się na dogorywającego w konwulsjach senatora. – Wy skurwysyny! – zaklął, widząc brak ich reakcji. – Głupki! Który z was następny do zarżnięcia? Gdzie są chrześcijańskie księgi?
– W słojach pod korzeniami wierzby, najbliżej mostu! – krzyknął jeden z przesłuchujących.
– No i dobrze – stwierdził Konstantyn, zawijając szczelniej materiał togi naokoło ręki. – Pierwsza dziesiątka – wrzucić ciała do domu. Podpalić! Jest drewniany, będzie się wesoło paliło. Druga dziesiątka – razem ze mną, do rzeczki. Wykopiemy własność imperatora!
– A co z bękartem?
Konstantyn ponownie skierował wzrok na łaźnię.
– Zapewne schował się gdzieś wśród chrześcijan w mieście. Wśród krewnych – rzekł. Bez mrugnięcia dalej penetrował wzrokiem budynek. – Kto wie, gdzie on może być? Ale mamy narzędzie do załatwienia tej sprawy! – machnął w powietrzu dekretem Dioklecjana. – Macie to gwarantowane jak syfa po wizycie w tanim burdelu! Nim minie tydzień, połowa chrześcijan uzna imperatora za boga! A reszta do końca miesiąca!