Przyjaciel z dzieciństwa - Sarah MacLean

-
Proszę czekać

Strona redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Katarzyna Pietruszka

Korekta

Halina Lisińska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

? Alan Ayers

Tytuł oryginału

A Rogue By Any Other Name

Copyright ? 2012 by Sarah Trabucchi

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright ? 2012 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4419-8

Warszawa 2012. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował

Zima 1821, Londyn

Zima 1821, Londyn

Ta ósemka karo go zrujnowała.

Gdyby była to szóstka, mógłby się uratować. Gdyby była to siódemka, może by odszedł, zachowując swoje trzy folwarki...

Ale to była ósemka karo.

Młody markiz Bourne patrzył, jak karta przelatuje nad miękkim zielonym suknem stolika i ląduje obok siódemki trefl, leżącej wyzywająco licem do góry. Oczy same mu się przymknęły, a w pomieszczeniu w jednej chwili zabrakło powietrza. Ten moment był nie do wytrzymania.

Vingt et deux.

O jeden więcej niż vingt et un, na które postawił.

Koniuszkiem palca wstrzymał ruch karty. W pokoju dał się słyszeć zbiorowy jęk. Widzowie patrzyli, jak przed ich oczyma rozgrywa się scena dramatu - ku rozkoszy i uldze tych, co sami o włos uniknęli katastrofy.

Po czym wybuchł gwar.

- Wszystko postawił?

- Wszystko, co nie należy do ordynacji.

- Za młody, aby wiedział, co robi!

- Wystarczająco dorosły. A teraz już z pewnością zmieni się z chłopca w mężczyznę.

- Naprawdę wszystko stracił?

- Wszystko.

Podniósł powieki i utkwił wzrok w zimnych szarych tęczówkach siedzącego naprzeciwko mężczyzny. Znał to lodowate spojrzenie przez całe swoje życie. Wicehrabia Langford był przyjacielem i sąsiadem ojca, wybranym przez zmarłego markiza Bourne, by pełnił funkcję prawnego opiekuna jego jedynego syna i dziedzica. Po śmierci rodziców to Langford chronił majątek markizeta Bourne, powiększył dziesięciokrotnie jego dzierżawy, zapewnił mu finansową pomyślność.

Po czym mu ją odebrał.

Sąsiad? Tak. Ale nigdy przyjaciel.

Poczucie zdrady przeniknęło go żywym ogniem.

- Zrobił to pan z rozmysłem. - Po raz pierwszy w ciągu dwudziestu jeden lat życia wychwycił uchem młodzieńcze brzmienie swego głosu. Co za żenada.

Jego przeciwnik bez śladu emocji na twarzy podniósł leżący pośrodku stołu kwit zastawny. Bourne o mało nie skrzywił się na widok własnego podpisu, nagryzmolonego na białej karcie - dowodu, że stracił wszystko. Wysiłkiem woli zachował kamienną twarz.

- To była twoja decyzja. Sam zdecydowałeś, że stawiasz więcej, niż byłeś gotów stracić.

Został ograny. Langford nieustannie naciskał, popychał go coraz dalej, pozwalał mu wygrywać tak długo, aż młokos nie potrafił już sobie wyobrazić, że może przegrać. Podniósł wzrok.

- A pan zdecydował, że to ode mnie wygra - powiedział, niemal dławiąc się z gniewu i żalu.

- Gdyby nie ja, nie byłoby nic do wygrania - odparł po prostu jego przeciwnik.

- Ojcze... - Thomas Alles, syn wicehrabiego i najlepszy przyjaciel Bourne'a, postąpił krok naprzód. Głos drżał mu z oburzenia. - Nie rób tego.

Langford zignorował syna. Nieśpiesznie złożył papier, wstał i zmierzył Bourne'a chłodnym spojrzeniem.

- Powinieneś mi podziękować, że w tak młodym wieku otrzymałeś ode mnie tak cenną lekcję. Niestety, nie masz teraz nic oprócz ubrania na grzbiecie i ogołoconego z mebli domu.

Spojrzał na stos monet na stoliku - przypomnienie jego dzisiejszych wygranych.

- Zostawię ci trochę pieniędzy, co ty na to? Powiedzmy, jako pożegnalny podarunek. A zresztą, co by powiedział twój ojciec, gdybym zostawił cię bez niczego?

Bourne zerwał się, gwałtownie odsuwając krzesło.

- Nie jest pan godzien, by mówić o moim ojcu!

Langford uniósł brew na ten niekontrolowany wybuch. Pozwolił, by przez długą chwilę trwało milczenie.

- Wiesz - odezwał się wreszcie - chyba jednak zabiorę pieniądze. I twoje członkostwo w tym klubie. Pora, żebyś opuścił to miejsce.

Bourne spłonął gwałtownym rumieńcem. Jego członkostwo w klubie. Jego ziemię, jego służbę, jego konie, jego ubrania, wszystko. Wszystko oprócz domu, paru akrów gruntu oraz tytułu.

Tytułu, okrytego obecnie niesławą.

Wicehrabia uśmiechnął się drwiąco jednym kącikiem ust i cisnął w stronę Bourne'a złotą gwineę. W jaskrawym świetle karcianego pokoju White'a moneta zakreśliła w powietrzu lśniący łuk. Bourne odruchowo wyciągnął rękę i złapał pieniążek.

- Wydaj go rozumnie, chłopcze. To ostatni, jaki ode mnie otrzymałeś.

- Ojcze - spróbował znowu Tommy.

Langford się odwrócił.

- Ani słowa więcej. Nie będziesz żebrał za niego.

Starszy przyjaciel zwrócił na Bourne'a smutne spojrzenie i uniósł ręce w geście bezradności. Tommy potrzebował ojca. Potrzebował jego pieniędzy i wsparcia.

Rzeczy, których Bourne już nie miał.

Nienawiść zapłonęła w nim na mgnienie i zgasła, zastąpiona przez chłodną determinację. Włożył monetę do kieszeni i odwrócił się plecami do ludzi swego stanu, do swego klubu, swego świata, do życia, jakie dotąd znał.

I właśnie wtedy poprzysiągł zemstę.

1

1

Początek stycznia 1831

Nie drgnął, gdy drzwi do prywatnego pokoju otworzyły się za nim cicho i zamknęły.

Stał w ciemności. Jego sylwetka lewie się odznaczała na tle witrażowego okna, wychodzącego na główną salę najelegantszego londyńskiego salonu gry. Z poziomu klubu okno wyglądało jak olśniewające dzieło sztuki - ogromna tafla szkła przedstawiająca upadek Lucyfera. Połyskujący barwami, nadnaturalnej wielkości anioł - czterokrotnie większy od przeciętnego mężczyzny - przybył do tej jaskini hazardu, ciśnięty w ciemne zakątki Londynu przez niebiańskie zastępy.

Upadły Anioł...

Miał przypominać - nie tylko o nazwie klubu, ale i o ryzyku, jakie podejmowali ci, którzy tu trafiali. Wszedłszy, kładli swe kwity zastawne na zielonym suknie, brali do ręki kości, patrzyli, jak wiruje koło ruletki, a podsycone pokusą kolory zlewają się w tęczową mgłę.

A gdy Anioł, jak zawsze, zwyciężał, okno przypominało tym, którzy przegrali, jak głęboki jest ich upadek.

Wzrok Bourne'a padł na stolik do pikiety w odległym krańcu parteru.

- Croix chce podwyższyć stawkę.

Kierownik stołów nie ruszył się ze swego miejsca w drzwiach prowadzących do apartamentu właścicieli.

- Tak.

- Jest winien więcej, niż kiedykolwiek będzie w stanie zwrócić.

- Tak.

Bourne odwrócił głowę i spojrzał w pogrążone w cieniu oczy swego najbardziej zaufanego pracownika.

- Co zamierza postawić w zamian?

- Dwieście akrów w Walii.

Bourne popatrzył na lorda, o którym mówili. Kręcił się nerwowo, spocony, czekając na rozstrzygnięcie.

- Zwiększ mu stawkę. A kiedy przegra, dopilnuj, żeby wyszedł. Jego członkostwo jest nieważne.

Rzadko kwestionowano jego decyzje, a już nigdy nie robili tego pracownicy Upadłego Anioła. Kierownik stołów ruszył ku drzwiom równie cicho, jak niedawno wszedł. Zanim opuścił pomieszczenie, Bourne rzekł:

- Justin.

Cisza.

- Najpierw ziemia.

Jedynie ciche szczęknięcie drzwi przypomniało, że ten człowiek w ogóle tu przed chwilą był.

Za moment pojawił się w polu widzenia piętro niżej. Bourne patrzył, jak kierownik stołów daje znak krupierowi - i książę przegrał. Jeszcze raz.

I jeszcze.

I jeszcze raz.

Są tacy, którzy tego nie rozumieją.

Ci, co nigdy nie grali. Co nigdy nie poczuli rozkoszy zwycięstwa. Co nigdy nie łamali się ze sobą o jeszcze jedną rundę, jeszcze jeden strzał - dopóki nie trafią setki, tysiąca, dziesięciu tysięcy.

Ci, co nie znają kuszącego, euforycznego, nieporównywalnego z niczym poczucia, że stół jest gorący, że noc należy do nich, że wraz z jedną jedyną kartą wszystko może się odmienić.

Oni nigdy nie zrozumieją, co trzymało w fotelu księcia Croix i sprawiało, że stawiał znowu, i znowu, z dziką pasją, dopóki nie stracił wszystkiego. Jeszcze raz. Tak jakby nic, co stawiał, nigdy do niego nie należało.

Bourne rozumiał doskonale.

Justin podszedł do zrujnowanego nieszczęśnika i szepnął mu coś dyskretnie do ucha. Książę zerwał się na nogi i zachwiał. Ze zmarszczonym czołem, pełen gniewu, wstydu i poczucia zniewagi, rzucił się ku kierownikowi stołów.

Błąd.

Bourne nie słyszał, co tamten powiedział. Nie potrzebował. Słyszał to już setki razy - i setki razy obserwował, jak mężczyźni tracą najpierw pieniądze, a potem panowanie nad sobą. Jak wściekają się na Anioła. Na niego.

Obserwował, jak Justin postępuje krok naprzód z dłońmi uniesionymi w powszechnie zrozumiałym geście ostrzeżenia. Jak jego wargi poruszają się w chybionej próbie uspokojenia nieszczęśnika. Patrzył, jak inni gracze zaczynają zwracać uwagę na incydent. Podobnie jak Temple, potężnie zbudowany partner Bourne'a, który ruszył w kierunku zamieszania, gotów do walki.

Bourne drgnął. Wyciągnął rękę i szarpnął uchwyt, uruchamiający skomplikowany system bloków i dźwigni, które włączały ukryty pod stolikiem do pikiety dzwonek. Powiadamiał w ten sposób krupiera, że Temple nie będzie walczył tego wieczoru.

Będzie walczył on, Bourne.

Krupier jednym słowem powstrzymał potężnego Temple'a i głową wskazał mu ścianę, skąd patrzyli Bourne i Lucyfer, każdy gotów do konfrontacji z tym, co nieuchronne.

Wzrok Temple'a padł na szybę. Skinąwszy głową, poprowadził księcia poprzez zalegające parter tłumy.

Bourne zszedł z góry, z apartamentu właścicieli, by spotkać się z nimi w niewielkim przedpokoju, na uboczu głównego pomieszczenia klubu. Kiedy otworzył drzwi i wszedł, Croix klął niczym marynarz. Okrążył Bourne'a, patrząc na niego zmrużonymi z nienawiści oczami.

- Ty łajdaku... Nie możesz mi tego zrobić! Nie możesz zabrać tego, co moje!

Bourne wsparł się plecami o grube dębowe drzwi i założył ręce na piersi.

- Kopiesz sobie grób, Croix. Idź do domu. I ciesz się, że nie zabrałem ci więcej, niż wynosi moja należność.

Croix rzucił się ku niemu na oślep, bez namysłu. Bourne zareagował błyskawicznie, ze zręcznością, jaką mało kto u niego podejrzewał: chwycił ramię księcia, ścisnął i wykręcił mu obie ręce, przyciskając przeciwnika twarzą do drzwi.

- Zastanów się dwa razy, zanim zrobisz następny ruch - powiedział, potrząsnąwszy raz i drugi jego chudym ciałem. - Czuję, że nie jestem już tak wspaniałomyślny jak przed chwilą.

- Chcę się widzieć z Chase'em - wybełkotał tamten niewyraźnie.

- Nie. Zobaczysz się z nami.

- Byłem członkiem Anioła od samego początku. Jesteście mi dłużni. On jest mi dłużny.

- Przeciwnie, to ty jesteś dłużny nam.

- Włożyłem w to miejsce dość pieniędzy...

- Co za hojność. Czy mamy poprosić o książkę i sprawdzić, ile wciąż jesteś winien? - Croix zesztywniał. - Ach, widzę, że zaczynasz rozumieć. Ziemia jest teraz nasza. Rano wyślesz do dzierżawców swojego prawnika z aktem przeniesienia tytułu własności, inaczej sam cię poszukam. Czy to jasne? - Nie czekając na odpowiedź, puścił przeciwnika i odstąpił. - Wynoś się.

Croix odwrócił głowę. W oczach miał panikę.

- Zatrzymaj ziemię, Bourne. Ale nie zabieraj mi członkostwa! Wszystko, tylko nie to! Lada moment się ożenię. Jej posag pokryje moje przegrane, nawet z nawiązką. Nie zabieraj mi członkostwa!

Bourne nie cierpiał tego jękliwego błagania, podskórnego lęku, przebijającego przez słowa. Wiedział, że Croix nie potrafi się oprzeć popędowi gry. Pokusie zwycięstwa.

Gdyby miał w sobie choćby źdźbło współczucia, żal by mu było niczego niepodejrzewającej dziewczyny.

Ale współczucie nie było cechą, na której posiadaniu by mu zależało.

Croix zwrócił szeroko rozwarte oczy na Temple'a.

- Temple... Proszę!

Temple założył potężne ramiona na szerokiej piersi i uniósł czarną brew.

- Z takim posagiem na pewno z radością cię powitają w jednym z niższych kręgów piekła.

Jasne, że tak. Dolne piekło - pełne oszustów i morderców - z otwartymi ramionami powita tę ludzką wesz i jej upiorne szczęście.

- Do diabła z piekłem! - warknął Croix. - Co ludzie sobie pomyślą? Ile to będzie kosztowało? Zapłacę podwójnie... potrójnie. Ona ma mnóstwo pieniędzy...

Bourne był, skromnie to ujmując, człowiekiem interesu.

- Ożenisz się i spłacisz długi z odsetkami, to przywrócimy ci członkostwo - rzekł.

- A co mam robić do tego czasu? - w tonie księcia zabrzmiał nieprzyjemny jęk.

- Może by tak spróbować wstrzemięźliwości? - podsunął niedbale Temple.

Croix niemal zgłupiał z radości, dostrzegając szansę na negocjacje.

- I kto to mówi... Wszyscy znają twoje sprawki.

Temple zesztywniał.

- A mianowicie? - W jego głosie była pogróżka.

Strach odebrał księciu resztę rozumu. Wymierzył Temple'owi cios. Ten chwycił zaciśniętą pięść przeciwnika w nadnaturalnej wielkości dłoń i przyciągnął do siebie jego wątłe ciało.

- A mianowicie? - spytał ze złowrogim naciskiem.

Croix zaczął kwilić jak niemowlę.

- Nic, nic... Przepraszam. Nie wiem, co mówię. Nie rób mi krzywdy, proszę, nie zabijaj mnie... Już wychodzę. Natychmiast. N-nie rób mi krzywdy!

Temple westchnął.

- Nie wart jesteś mojego wysiłku. - Puścił księcia.

- Wynoś się - powtórzył Bourne. - Zanim uznam, że wart jesteś mojego.

Croix wybiegł jak zdmuchnięty.

Bourne patrzył przez chwilę w ślad za nim, po czym wygładził kamizelkę i obciągnął surdut.

- Mało się nie zsikał, kiedy go złapałeś.

- Nie on pierwszy. - Temple wyciągnął się w niskim fotelu i wyciągnąwszy przed siebie nogi w długich, okrywających kolana cholewach, założył jedną na drugą. - Ciekawe, ile czasu ci to zabierze.

Bourne dotknął wystających spod rękawów białych lnianych mankietów, upewniając się, że półcalowy pasek tkaniny jest nienagannie równy, po czym przeniósł z powrotem uwagę na wspólnika.

- Co? - spytał, udając, że nie rozumie pytania.

- Przywrócenie ubrania do nienagannego wyglądu. - Jeden kącik ust Temple'a uniósł się w drwiącym uśmieszku. - Jesteś niczym kobieta.

Bourne zmierzył kolosa wzrokiem.

- Kobieta z nadzwyczajnym prawym sierpowym.

Uśmieszek Temple'a zmienił się w szeroki uśmiech, uwydatniając nos, złamany i zrośnięty w trzech miejscach.

- Chyba nie sugerujesz na poważnie, że mógłbyś mnie pokonać w walce wręcz?

Bourne oceniał w pobliskim lustrze stan krawata.

- Sugeruję dokładnie to.

- Czy mogę cię zaprosić na ring?

- W każdej chwili.

- Nikt nie pójdzie na ring - dało się słyszeć za nimi. - Na pewno nie z Temple'em. - Bourne i Temple odwrócili się: w ukrytych drzwiach w odległym krańcu sali stał Chase, trzeci wspólnik Upadłego Anioła.

Temple roześmiał się i spojrzał na Bourne'a.

- Widzisz? Chase wie, że nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem.

Chase nalał sobie whisky ze stojącej w pobliskim kredensie karafki.

- To nie ma nic wspólnego z Bourne'em, Temple. Jesteś zbudowany niczym kamienna forteca. Nikt nie może być dla ciebie przeciwnikiem. Z wyjątkiem mnie, oczywiście - dodał z krzywym uśmieszkiem.

Temple odchylił się na oparcie fotela.

- Kiedykolwiek zechcesz spotkać się ze mną na ringu, natychmiast dostosuję mój plan dnia.

Chase zwrócił się do Bourne'a:

- Zrobiłeś z Croix nędzarza.

Bourne przespacerował się po pokoju.

- Tak - odparł. - Zupełnie jakbym odebrał dziecku słodycze.

- Pięć lat jestem w tym interesie, a wciąż zaskakują mnie ci ludzie oraz ich słabość.

- To nie słabość. To choroba. Żądza zwycięstwa jest jak gorączka.

Chase uniósł brwi, zaskoczony tym porównaniem.

- Temple ma słuszność. Przypominasz kobietę.

Temple ryknął śmiechem i dźwignął z fotela potężne ciało.

- Muszę iść na dół.

Chase patrzył, jak Temple przemierza pokój, kierując się ku drzwiom.

- Ominęła cię dziś rozróba?

Pokręcił głową.

- Bourne mi ją wyszarpnął.

- Jeszcze się okaże. Nie wszystko stracone.

- Miejmy nadzieję.

Temple wyszedł, zdecydowanie zamykając za sobą drzwi. Chase nalał drugi kieliszek whisky i podszedł z nim do Bourne'a, który stał przy kominku, nieruchomo patrząc w ogień. Ten wziął kieliszek i upił duży łyk złocistego płynu. Jak rozkosznie pali gardło i przełyk...

- Mam dla ciebie nowiny. - Chase dostrzegł napięcie na twarzy wspólnika. - Na temat Langforda.

Bourne od dziewięciu lat czekał na tę chwilę. Na to, co usłyszy zaraz z ust Chase'a, cokolwiek by to miało być. Od dziewięciu lat czekał na wiadomości o człowieku, który odarł go z przeszłości, z rodowych praw.

Z własnej historii.

Ze wszystkiego.

Tamtego wieczoru Langford odebrał mu cały majątek: ziemię, pieniądze, wszystko oprócz pustego dworu i paru akrów gruntu w środku dużego majątku - Falconwell. Patrząc, jak to wszystko wysuwa mu się z rąk, Bourne nie rozumiał motywów swego prawnego opiekuna. Nie znał przyjemności przekształcania skromnego majątku w bujną, kwitnącą posiadłość; nie pojmował, jakie to by było bolesne przekazać go zwykłemu chłopcu.

A dziś, po blisko dziesięciu latach, już go to nie obchodziło.

Pragnął zemsty.

Zemsty, na którą czekał tak długo.

Odbudował swoją fortunę - choć zajęło mu to dziewięć lat - a nawet ją podwoił. Dochody, jakie przynosił Upadły Anioł, wraz z paroma nadzwyczaj korzystnymi inwestycjami dały mu możność stworzenia nowego majątku, który mógł rywalizować z najwytworniejszymi w kraju.

Nigdy jednak nie był w stanie odzyskać tego, który stracił. Langford trzymał wszystko żelazną ręką i nie miał ochoty sprzedawać, bez względu na wysokość oferowanej sumy, bez względu na pozycję i potęgę oferenta. A oferentami byli naprawdę ludzie potężni.

Tak było do chwili obecnej.

- Mów.

- To skomplikowane.

Bourne z powrotem zwrócił twarz do kominka.

- Jak zawsze.

Pracował każdego dnia, gromadząc fortunę. Ale przecież nie robił tego dla swych posiadłości w Walii, Szkocji, Devonshire, Londynie.

Robił to ze względu na Falconwell.

Tysiąc akrów bujnej zieleni, które stanowiły niegdyś chlubę markizatu Bourne. Ziemia, którą jego ojciec i dziadek, i pradziadek zgromadzili wokół rezydencji, która przechodziła z pokolenia na pokolenie, od jednego markiza do kolejnego.

- No? - Zanim Chase wymówił choć słowo, Bourne zobaczył odpowiedź w jego oczach i zaklął soczyście. - Co on z tym zrobił?

Chase się zawahał.

- Jeśli mi to uniemożliwi, zabiję go.

Tak jak powinien był zrobić dziewięć lat temu.

- Bourne...

- O nie! - Pięść przecięła powietrze. - Czekałem na to dziewięć lat. Zabrał mi wszystko. Wszystko! Nie wiesz, nie rozumiesz...

Chase odnalazł oczami jego wzrok.

- Wiem i rozumiem.

Bourne zamilkł. W tych słowach była prawda. To Chase podał mu niegdyś rękę w najgorszych chwilach. To Chase zabrał go do siebie, oczyścił z błota, dał mu pracę. Uratował go.

A przynajmniej starał się uratować.

- Bourne - zaczął Chase. W jego głosie była ostrożność. - To już nie jest jego.

Poczuł, jak lęgnie się w nim przerażenie.

- Jak to: nie jest jego? Co przez to rozumiesz?

- Langford nie jest już właścicielem gruntów w Surrey.

Pokręcił głową, jakby zmuszając się do tego, by zrozumieć.

- A kto jest właścicielem?

- Markiz Needham-Dolby.

Pradawny obraz ożył w pamięci na dźwięk tego nazwiska: krępy mężczyzna, ze strzelbą w ręce, idzie przez błotniste pole w Surrey, ciągnąc za sobą stadko dziewczynek, od małej do zupełnie maleńkiej. Ta, co szła na czele, miała poważne błękitne spojrzenie, jakiego Bourne nigdy przedtem ani potem u nikogo nie widział.

Sąsiedzi z czasów jego dzieciństwa, trzecia rodzina w trójcy świętej parostwa Surrey.

- Needham ma moją ziemię? Jak to się stało?

- Jak na ironię: wygrał w karty.

Bourne nie dostrzegał w tym fakcie nic śmiesznego. Myśl, że Falconwell znowu... zostało lekkomyślnie użyte jako zastaw w karcianej grze, a następnie przegrane, raczej go zdenerwowała.

- Przywieź go tutaj. Needham gra w écarté. Falconwell będzie moje.

Chase odchylił się do tyłu, zaskoczony.

- Będziesz grał o Falconwell?

Odpowiedź była natychmiastowa.

- Zrobię wszystko, aby je odzyskać.

- Wszystko?

Bourne z miejsca stał się podejrzliwy.

- Czy wiesz coś, o czym nie wiem?

Brwi Chase'a się uniosły.

- Skąd ci to przyszło do głowy?

- Zawsze wiesz więcej niż ja. I czerpiesz z tego satysfakcję.

- Po prostu baczniej obserwuję.

Bourne zacisnął zęby.

- Wszystko jedno, mów.

Założyciel Upadłego Anioła udawał, że interesuje go jakiś pyłek na rękawie.

- Ziemia, która wchodziła kiedyś w skład Falconwell...

- Moja ziemia.

Chase zignorował ten wtręt.

- Nie możesz jej tak po prostu odzyskać.

- Dlaczego?

Chase się zawahał.

- Bo została związana z... z czymś innym.

Bourne'a ogarnęła nienawiść. Blisko dziesięć lat na to czekał - na chwilę, gdy w końcu przyłączy folwark Falconwell do swych posiadłości...

- Z czym?

- Raczej: z kim.

- Nie mam nastroju do twoich zagadek.

- Needham ogłosił, że dawne grunty Falconwell mają być włączone do posagu jego najstarszej córki.

Bourne osłupiał.

- Penelopy?

- Znasz tę damę?

- Lata minęły, odkąd widziałem ją ostatni raz... prawie dwadzieścia.

Szesnaście. Była tam, kiedy jako piętnastolatek, po śmierci i pogrzebie rodziców, opuszczał Surrey, przeniesiony w nowy, obcy świat, gdzie nie miał żadnej rodziny. Patrzyła, jak wsiada do powozu, i odprowadzała go nieruchomym spojrzeniem, gdy pojazd toczył się długim duktem, wyprowadzającym z Falconwell.

Dopiero gdy skręcił na trakt, odwróciła wzrok.

Wiedział o tym, bo on także nie spuszczał z niej wzroku.

Była jego przyjaciółką.

W czasach, gdy wierzył jeszcze w przyjaźń...

Była także najstarszą córką podwójnego markiza, który miał więcej pieniędzy, niż człowiek jest w stanie wydać przez całe życie. Nie było racji, dla której miałaby tak długo pozostawać w staropanieństwie. Powinna być dotąd zamężna i sprawować pieczę nad stadkiem młodych arystokratów.

- Po co Penelopie w posagu Falconwell? Czemu dotąd nie wyszła za mąż?

Chase westchnął.

- Wolałbym, żebyście wszyscy więcej interesowali się życiem towarzyskim w ogóle, a nie tylko naszym skromnym klubem.

- Nasz skromny klub liczy ponad pięć tysięcy członków. Każdy z nich ma dossier grube jak mój kciuk, a w nim pełno wiadomości. A to dzięki twoim wspólnikom.

- Niemniej jednak mam coś lepszego do roboty wieczorami niż edukować was na temat świata, w którym się urodziliście.

Bourne zmrużył oczy. Nigdy nie zauważył, by Chase spędzał wieczory inaczej niż samotnie.

- Coś lepszego? Co?

Chase zignorował pytanie i pociągnął kolejny łyk whisky.

- Przed laty lady Penelopa zrobiła najlepszą partię w sezonie.

- I?

- Do ślubu nie doszło, bo narzeczony ożenił się z inną... z miłości.

To była stara historia, którą Bourne słyszał mnóstwo razy. Nadal jednak czuł jakieś dziwne, nieznane wrażenie na myśl, że dziewczyna, którą pamiętał, mogła zostać zraniona przez zerwanie zaręczyn.

- Z miłości - prychnął kpiąco. - Raczej trafiła się ładniejsza i zamożniejsza. No i?

- Powiedziano mi, że od tego czasu miała paru konkurentów. Mimo to wciąż jest niezamężna. - Chase zdawał się tracić zainteresowanie tematem, bo westchnął ze znudzeniem, zanim dokończył: - Ale chyba już niedługo, skoro Falconwell ma osłodzić garnek miodu. Na wieść o Falconwell zaroi się od adoratorów.

- Skorzystają z szansy, aby pokazać, że są lepsi ode mnie.

- Prawdopodobnie. Nie jesteś wysoko notowany na liście faworytów.

- W ogóle nie ma mnie na liście faworytów. Ale i tak będę miał tę ziemię.

- Jesteś gotów na wszystko? Na wszystko, czego to będzie wymagało? - Chase sprawiał wrażenie rozbawionego.

Bourne dobrze rozumiał, co wspólnik ma na myśli.

Błysnął mu w wyobraźni obraz młodej, miłej Penelopy, skrajnego przeciwieństwa tego, kim był on sam. Kim się stał.

Odepchnął go. Dziewięć lat czekał na tę chwilę.

Na szansę odzyskania tego, co zostało stworzone z myślą o nim.

I co zostało mu przekazane w spadku.

Co stracił.

Nigdy dotąd nie był tak bliski jego odzyskania i nic mu w tym nie przeszkodzi.

- Na wszystko. - Wyprostował się i starannie wygładził surdut. - Jeśli razem z ziemią mam wziąć i żonę, niech będzie i tak.

Zatrzasnęły się za nim drzwi.

Chase wzniósł kieliszek i powiedział do pustego pokoju:

- Powinszować.

Koniec wersji demonstracyjnej