Przyjaciel wesołego diabła - Kornel Makuszyński

Kup ebooka

26.99 zł
22.13 zł (19,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prze­dziwną hi­sto­rię, którą w tej książce opo­wiemy, sły­sza­łem od pew­nego bar­dzo sta­rego czło­wieka; jemu opo­wie­dział ją jego oj­ciec, jego ojcu jego dziad, jego dzia­dowi jego pra­dziad, jego pra­dzia­dowi jego pra­pra­dziad, jego pra­pra­dzia­dowi jego pra­pra­pra­dziad, a temu pra­pra­pra­dzia­dowi opo­wie­dział ją nie­znany czło­wiek, który miał wtedy sto sie­dem­dzie­siąt trzy lata i brodę z do­stoj­nej sta­ro­ści tak po­tężną, ze ją przed nim nio­sło dwu­na­stu pa­choł­ków, tak jak dwu­na­stu pa­ziów nie­sie ogon kró­lew­skiego płasz­cza. Ja­sna tedy jest sprawa, że jest to hi­sto­ria sę­dziwa i gdyby cu­dow­nym opo­wie­ściom ro­sły z wie­kiem srebrne brody, opo­wieść, którą mamy za­miar opo­wie­dzieć, dźwi­ga­łaby brodę rów­nie wspa­niałą, jak ów sta­rzec. Tak się jed­nak dzieje na tym Bo­żym świe­cie, że to, co kie­dy­kol­wiek było piękne, choćby to było przed pię­cioma ty­sią­cami lat, po­zo­staje piękne na za­wsze, a czas nie ma do tego przy­stępu; dla­tego po­ezja, z pięk­nych naj­pięk­niej­sza, na­ro­dzona wtedy, kiedy Pan Bóg świat stwo­rzył, nie sta­rzeje się ni­gdy i kwit­nie za­wsze bia­łym, ra­do­snym, wio­sen­nym kwie­ciem. Wiel­kie zgi­nęły na­rody, w gruz le­gły mia­sta po­tężne, wiel­kie pań­stwa przy­sy­pał szary po­piół nie­pa­mięci, ale nie zgi­nęło to, co albo wy­ryte na ka­mie­niu, albo za­pi­sane w księ­gach, albo w ży­wym sło­wie po­da­wane było z ust do ust i z serca do serca, opo­wie­ści o wszyst­kim, co było u tych dawno umar­łych: wspa­niałe, bo­ha­ter­skie, szla­chetne lub pełne wiel­kiego cier­pie­nia. Piękno jest wieczne, piękno umie­rać nie może. I po nas zo­sta­nie to tylko na wie­czy­ste czasy, co duch pięk­nego, a myśl na­sza wspa­nia­łego do­kona.

Dawne, sę­dziwe opo­wie­ści roz­po­wia­dają za­zwy­czaj o pięk­nych ser­cach i wznio­słych du­szach, które wśród przy­gód nad­zwy­czaj­nych oka­zy­wały swoją sło­dycz lub po­tęgę. Wszyst­kim tym opo­wie­ściom i baj­kom ślicz­nym na­leży wie­rzyć ca­łym ser­cem. Wszyst­kie bajki są praw­dziwe i mu­siały się zda­rzyć kie­dyś, kie­dyś, kiedy wszy­scy lu­dzie na świe­cie byli jako dzieci. Ja wie­rzę we wszyst­kie. Są ta­kie nad­zwy­czajne hi­sto­rie, które wła­snymi oglą­da­łem oczyma, cho­ciaż działy się przed lat ty­sią­cem, są ta­kie, o któ­rych od in­nych sły­sza­łem i też w nie wie­rzę głę­boko, ba są tak prze­dziw­nie piękne, naj­pięk­niej­sze na świe­cie.

Ta nie­by­wała hi­sto­ria, którą opo­wiem w tej książce, zda­rzyła się praw­dzi­wie. Świad­ko­wie jej dawno po­marli, lecz cóż z tego? Lu­dzie opo­wia­dali ją lu­dziom, ptaki pta­kom, drzewa drze­wom; sę­dziwa smutna noc opo­wie­działa ją mło­demu po­ran­kowi, a po­ra­nek, kiedy prze­żył swój dzień, opo­wie­dział ją ci­chemu wie­czo­rowi; stary księ­życ, nie­bie­ski włó­częga, opo­wia­dał ją nie­po­li­czo­nej dzie­ciarni gwiazd, które dla­tego mru­gają tak z wiel­kiego po­dziwu; wiatr opo­wia­dał ją wo­dzie, a rzeki szem­rzące mo­rzu wiel­kiemu. Dla­tego cały świat pełny jest bajki.

Nie wiem, gdzie i kiedy stało się to wszystko; przed nami roz­kwita sło­neczny dzień, lecz poza nami leży ocean mroku, nie­zmierny i mgłami za­snuty; uto­nęły w nim dłu­gie wieki, jak­żeż więc na tym ogro­mie zna­leźć te dnie, w któ­rych się to wszystko działo? Działo się bar­dzo dawno. A gdzie? To wiem z pew­no­ścią, że za­częło się gdzieś na pol­skiej ziemi, bo serce tego chłopca, który w tej opo­wie­ści naj­wal­niej­szy bie­rze udział, jest prze­dziw­nie pol­skie: mężne i czy­ste. Poza tym nie­zmier­nie go uko­cha­łem. Ni­czego to wpraw­dzie nie do­wo­dzi, a jed­nak ja­koś tak mi się wy­daje, że nie przy­lgnąłby mi tak do du­szy, gdyby nie z mo­jej po­cho­dził ziemi. Pewny je­stem przeto, że to było pol­skie chło­pię. Pa­mię­ta­cie, przy­ja­ciele moi mło­dzi, tych dwóch obe­rwań­ców, Jacka i Placka, co ukra­dli księ­życ, o któ­rych w po­przed­niej mo­jej opo­wie­dzia­łem książce? Mia­łem do nich żal za ich nie­cne po­stępki i dłu­giego po­trzeba było czasu, za­nim się da­łem udo­bru­chać. Wiele mi te śmieszne nic­po­nie na­psuły krwi i wiele mia­łem z nimi utra­pień, choć to też byli Po­lacy. Ten zaś chło­pak, który w tej książce się ukaże, bar­dzo mi przy­padł do serca. Cza­sem za­krę­ciła mi się w oczach łza. To­też o nic ni­kogo nie pro­szę, tylko o odro­binę mi­ło­ści dla niego.

Czas już jed­nak roz­po­cząć jego nie­zwy­kłą hi­sto­rię:

Roz­dział pierw­szy

który we­soło się za­czyna, a smutno się koń­czy

Słońce z krwa­wym ża­lem na twa­rzy za­cho­dziło tego dnia, na świe­cie bo­wiem była wio­sna, pach­nąca i roz­kwie­cona. Za­pa­dał wie­czór słodki, tak pięk­no­ścią swoją roz­rzew­niony, że z oczów jego pa­dały bry­lan­towe łzy rosy. Nad po­lami i wer­te­pami, nad krętą drogą, wi­jącą się jak burz­liwy stru­mień to w tę, to w ową stronę, pod­nio­sły się cięż­kie, białe mgły i snuły się le­niwo, jak ogromna gro­mada bia­łych krów, które wiatr wy­pę­dził na pa­stwi­sko, na trawy i bu­rzany. Nad da­le­kimi gó­rami, wśród któ­rych ro­dzą się wi­chry i gdzie się burz­liwe lę­gną chmury, za­sre­brzył się mło­dziutki księ­życ, mło­dzie­nia­szek śliczny, nieco blady z lęku, bo sam był na ogrom­nym nie­bie, z któ­rego są­czył się mrok.

Wie­czór uczy­nił się pełny po­światy i widny, bo noc nie zdą­żyła jesz­cze wy­pić wszyst­kiej dzien­nej ja­sno­ści, co się roz­pacz­li­wie chwy­tała ga­łęzi drzew, jak srebrna, po­wiewna pa­ję­czyna. Cie­pło było i aż duszno od za­pa­chów nie­po­li­czo­nych ziemi szczę­śli­wej, buj­nej i bo­ga­tej. Wo­nią dy­miło każde drzewo, a każdy krzew śnie­ży­stego głogu był jak ka­dziel­nica. Pach­niały wody wo­nią le­niwą, roz­ma­rza­jącą żaby i po­bu­dza­jącą je do tak po­tęż­nych gło­sów ra­do­ści, że wiatr, mu­zy­kant prze­dziwny, wpa­dał znie­cier­pli­wiony w lasy ocze­re­tów i pło­szył ża­bie chóry.

Wśród tych gło­sów i wśród tych za­pa­chów zdą­żał krętą, le­d­wie wy­ty­czoną na pust­ko­wiu drogą, sa­motny po­dróżny. Był to czło­wiek srebr­nego już wieku, bo włosy miał sre­brzy­ste. Przy­brany w strój po­ważny, w spło­wiałe i wy­ru­działe ak­sa­mity, żad­nej nie miał przy so­bie broni i od razu czy­nił po­zór mę­drca, tym bar­dziej, że twarz miał prze­dziw­nie szla­chetną, z wy­ra­zem słod­kiej do­broci; źró­dło jej było w oczach ra­do­snych, za­ra­zem i by­strych, i pa­trzą­cych tak nie­win­nie, jak gdyby oczyma tymi pa­trzyło dziecko. Taki to był czło­wiek, na któ­rego wi­dok każdy od­krywa głowę, aby jego uczcić i tę szla­chet­ność, co w ca­łej jego była po­staci bied­nie przy­bra­nej, lecz god­nej bi­sio­rów i pur­pury.

Je­chał on na ogrom­nym ko­niu, tak dzi­wacz­nym, że na jego wi­dok wszyst­kie ko­nie świata zdu­mia­łyby się zdu­mie­niem wiel­kim, wa­żąc w by­strym koń­skim ro­zu­mie, czy można by bez po­myłki na­zwać ko­niem to wiel­kie ciel­sko, po­kryte skórą nie­pew­nej ma­ści, jak gdyby wy­pło­wiałą, za­koń­czoną z jed­nej strony ol­brzy­mim łbem, smutno opusz­czo­nym ku ziemi, z dru­giej bez­wło­sym ki­ku­tem ogona. Ogon ten, któ­rym smętny ten koń da­wał od czasu do czasu znak, że się w nim jesz­cze tuła ja­kaś resztka ży­cia, był je­dyną, cho­ciaż co­kol­wiek za­nie­dbaną ozdobą za­cnego czwo­ro­noga, przez igraszkę losu spo­krew­nio­nego z Bu­ce­fa­łem Alek­san­dra Ma­ce­doń­skiego. Stą­pał on z nad­zwy­czajną po­wagą, dźwi­ga­jąc do­bro­tli­wego mę­drca i kilka po­kaź­nych to­bo­łów, sztywno sta­wia­jąc spra­co­wane nogi, po­tęż­nie u na­sady ko­pyt ko­smate.

Pan jego pa­trzył ja­snym spoj­rze­niem w za­snutą cie­niami da­le­kość wie­czoru, ru­mak zaś utkwił nie­ru­chomy wzrok w zie­mię, śmier­tel­nie obo­jętny na wszystko, co się działo do­okoła. Ta­kie spra­wiał wra­że­nie, że albo głę­boko o czymś roz­my­śla, albo też, że on sam dawno już zdechł, a te­raz drogą stąpa jego upiór, wy­pło­wiały koń­ski duch z wy­ły­sia­łym od nad­mier­nych zmar­twień ogo­nem.

W pew­nej chwili, kiedy się ku nim zbli­żył ciemny las - nie można bo­wiem po­wie­dzieć, że ten me­lan­cho­lijny bach­mat zdo­łał się zbli­żyć ku la­sowi - czło­wiek ze srebr­nymi wło­sami i ze sło­dy­czą w twa­rzy pod­niósł wzrok ku gwiaz­dom i rzekł ci­chym, do­bro­tli­wym gło­sem:

- Późno już, luby mój Hu­ra­ga­nie, czy nie mógł­byś się po­śpie­szyć?

Wspa­nia­łym, a tak burz­li­wie lot­nym imie­niem na­zwany, ru­mak przy­jął tę uwagę bez drgnie­nia, z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem, jak gdyby nie chciał prze­ry­wać swo­ich ta­jem­nych roz­my­ślań. Uśmiech­nął się tedy jego pan, przy­wy­kły wi­dać do zwy­cza­jów swo­jego czwo­ro­noga i roz­po­czął dłuż­szą prze­mowę, usi­łu­jącą z po­mocą roz­sąd­nych ar­gu­men­tów tra­fić do wiel­kiego koń­skiego ro­zumu, mie­sza­jąc w nie i ta­kie słowa, które po­winny po­ru­szyć i serce.

- Trzy­dzie­ści już lat no­sisz mnie, miły Hu­ra­ga­nie, i przez trzy­dzie­ści lat nie­po­ję­tym od­zna­czasz się upo­rem. Czy ci uczy­ni­łem co złego? Czy ude­rzyła cię kiedy moja ręka? Po­wiedz, za­przecz, je­śli mo­żesz i je­śli nie je­steś nie­wdzięcz­ni­kiem! A wi­dzisz, że nie mo­żesz... Pro­szę cię, jak kogo do­brego, a ty wciąż swoje... Wiem, że je­steś zmę­czony, ale i ja też utru­dzi­łem się nad­mier­nie. Kiedy ty od­po­czy­wa­łeś, ja roz­pra­wia­łem z mę­dr­cami, co nie jest sprawą lekką. Czym prę­dzej tedy chciał­bym być w domu, czego za­pewne i ty pra­gniesz. Rosa pada co­raz gęst­sza, a to nic do­brego na na­sze stare ko­ści. Po­śpiesz się, do­bry Hu­ra­ga­nie! Ach, na­resz­cie! Wi­dzę, że się przy­go­to­wu­jesz do szyb­kiego biegu!

Ru­mak ani przez chwilę jedną nie miał tak wspa­nia­łego za­miaru, śmier­tel­nie sła­bym ru­chem rzew­nego ogona da­jąc znać je­dy­nie, że nie jest czuły ani na po­chleb­stwa, ani na bu­dze­nie w nim am­bi­cji.

Do­stojny jeź­dziec spoj­rzał z roz­pa­czą w niebo, aby gwiazdy i ro­gaty księ­życ we­zwać na świa­dec­two, że wy­czer­pał aniel­ską cier­pli­wość; groź­nie zmarsz­czył czoło i usi­łu­jąc głos na­peł­nić gnie­wem, rzekł:

- Wi­dzę, złe stwo­rze­nie, wi­dzę, nie­wdzięczny ko­niu, że do­bro­cią nie można za­je­chać na to­bie da­leko. Mo­głem się tego po to­bie spo­dzie­wać! Nie warto być do­brym. Już mi dawno ra­dzili do­brzy lu­dzie, abym cię sprze­dał, albo wy­pro­wa­dził do ciem­nego lasu i po­zo­sta­wił wil­kom na pa­stwę. O, cze­muż tego nie uczy­ni­łem! Ale ni­gdy nie jest za późno... Sły­szysz? Ni­gdy nie jest za późno! Ach, drżysz z lęku i trwogi!

Ru­mak, stą­pa­jąc mia­rowo, z roz­pacz­li­wym spo­ko­jem, nie po­ru­szył na­wet uchem.

- Ach, tak - mó­wił gło­śno jeź­dziec - my­ślisz, że żar­tuję? My­lisz się, zły Hu­ra­ga­nie. Już ju­tro roz­sta­niemy się na za­wsze, a te­raz... Czy wiesz, co uczy­nię te­raz? Ze­rwę kol­cza­stą ga­łąź i będę cię sma­gał do krwi... Może zresztą nie do krwi, ale cię będę sma­gał, je­śli na­tych­miast nie ru­szysz cwa­łem... Nie wi­dzę ni­g­dzie cier­nio­wej ga­łęzi, ale zwy­czajna też wy­star­czy. Ho! ho! Na­wet ude­rze­nie ręką też mocno boli, a ja mam po­tęż­nie silne ręce. Je­śli więc nie umarło w to­bie serce z prze­stra­chu, ru­szaj, a żywo!

Sę­dziwy Hu­ra­gan tym ra­zem mach­nął imi­ta­cją ogona na znak, że wy­słu­chał prze­mowy swo­jego pana, ale nie ma wcale za­miaru zwra­ca­nia ja­kiej­kol­wiek uwagi na strasz­liwe jego groźby.

Nie­szczę­sny jeź­dziec zmę­czył się wi­dać wy­my­śla­niem tor­tur dla swo­jego ru­maka, syna wia­tru, wnuka na­wał­nicy i po­ciotka bu­rzy, rzekł bo­wiem ci­cho:

- O, mą­dry ty je­steś, choć zły i choć masz serce sza­tana. Wiesz, że nie ukrzyw­dził­bym mu­chy, więc się za­pewne śmie­jesz ze mnie w pie­kiel­nej du­szy. Od­wróć głowę i spoj­rzyj mi w oczy! Wiem, że tego nie uczy­nisz, bo nie masz od­wagi. A zresztą nie mów do mnie, bo ci nie od­po­wiem... Leź, leź, jak mu­cha po smole... Bę­dziesz po­tem stę­kał, kiedy ci nocny chłód wle­zie w ko­ści, ale ja cię nie po­ża­łuję... Och, ja­kie zimno wieje od gór!

Mó­wiąc to, roz­chy­lił płaszcz i poły jego rzu­cił tak poza sie­bie, aby nimi okryć grzbiet nie­wdzięcz­nego bach­mata, który czyn tak wspa­niały z rów­nie nie­zmą­co­nym przy­jął spo­ko­jem, prze­ko­nany za­pewne, że gdyby lu­nęła ulewa, pan jego cał­ko­wi­cie płaszcz z sie­bie zdej­mie, aby przy­kryć ko­nia, któ­remu strasz­li­wymi gro­ził mę­kami.

Zdą­żali tak z upartą po­wol­no­ścią w stronę, w któ­rej się sre­brzył ro­gaty księ­życ, ku ja­kimś da­le­kim gó­rom, ku ja­kie­muś osie­dlu. Wi­dać, że po­dróżny chciał tam do­trzeć przed­tem, za­nim noc zu­peł­nie owład­nie zie­mią, dla­tego też na roz­ma­ite spo­soby pra­gnął za­chę­cić do po­śpie­chu dzi­wacz­nego swo­jego ko­nia, że się to jed­nak na nic nie zdało, bo szla­chetne to zwie­rzę do­szedł­szy do bar­dzo sę­dzi­wego koń­skiego wieku, z nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem wiel­kiego fi­lo­zofa zdą­żało omdle­wa­ją­cym kro­kiem ku swo­jemu prze­zna­cze­niu. Pan jego jed­nak co­raz by­strzej wpa­try­wał się w gma­twa­ninę cie­niów, w peł­za­jące bez­sze­lest­nie wil­gotne mroki i co­raz czę­ściej pod­no­sił wzrok ku niebu, na któ­rym ktoś, jak siewca wspa­niały, siał złote gwiazdy jak ziarno w skiby pie­rza­stych chmur, prze­ora­nych wia­trem. Nie było lęku w czy­stym sercu tego do­stoj­nego czło­wieka; by­strą je­dy­nie cie­ka­wość miał w spoj­rze­niu, kiedy nim go­nił wę­dru­jące po po­wie­trzu śmi­głe nie­to­pe­rze lub cięż­kie, wiel­kie pu­cha­cze. Cza­sem jed­nak dreszcz prze­bie­gał po jego skó­rze, kiedy wy­soko po­nad gę­stwiną chasz­czów prze­la­ty­wał ogromny cień, ma­jący kształt ludzki; wtedy na krótką chwilę roz­le­gał się przej­mu­jący chi­chot i pie­kielny ja­kiś śmiech, po­mie­szany z roz­dzie­ra­ją­cym be­cze­niem, przy­po­mi­na­ją­cym bek ko­zła; rza­dziej znów ła­ma­nym lo­tem, to wzno­szą­cym się ku gó­rze, to opa­da­ją­cym ku do­łowi, jak gdyby le­ciał ptak po­strze­lony, le­ciała przez po­wie­trze głowa ludzka, wy­raź­nie pło­ną­cymi pa­trząca oczyma i wy­da­jąca w szyb­kim prze­lo­cie głos prze­ni­kliwy i przej­mu­jący, do szcze­ka­nia po­dobny.

- Dia­bło­wie i cza­row­nice roz­po­czy­nają już swoje harce! - mó­wił do sie­bie szep­tem jeź­dziec i że­gnał się zna­kiem krzyża.

Mimo woli ude­rzał no­gami ko­nia po wy­dę­tym brzu­chu, in­nego jed­nak nie wy­wo­łu­jąc skutku po­nad nie­znaczne dud­nie­nie, jak gdyby kto w pu­stą i brzu­chatą ude­rzał beczkę; ani la­ta­jące czar­cie głowy, ani cza­row­nice, har­cu­jące na wie­trze, nie mo­gły tego mi­łego zwie­rzaka wy­pro­wa­dzić ze spo­koj­nej rów­no­wagi. Rów­nie małe wra­że­nie czy­niły na nim dziwne i nie­spo­dziane głosy, wy­try­sku­jące to tu, to ów­dzie z gę­stwiny albo nio­sące się przez ci­chość wie­czoru, przez bez­droża, gwizdy, skom­le­nia, syki prze­cią­głe i ja­do­wite, pełne gniewu war­koty, nie­cier­pliwe bul­go­ta­nia albo roz­dzie­ra­jące jęki jakby z obo­la­łych ran krwawo się są­czące. Siwy jeź­dziec słu­chał ich bez zdu­mie­nia, je­dy­nie drgnąw­szy cza­sem, kiedy się pustka na­peł­niła nie­spo­dzia­nie wiel­kim gło­sem, jak gdyby roz­pacz­li­wej skargi, do­by­wa­ją­cej się chyba spod ziemi, ży­wej du­szy bo­wiem nie można było do­strzec do­koła.

- Na­tura prze­dziw­nymi roz­ma­wia gło­sami - mó­wił mę­drzec sam do sie­bie - wszystko żyje i wszystko cierpi.

Zdaje się, że w tej chwili od­ma­wiał bez­gło­śnie mo­dli­twę za wszyst­kich cier­pią­cych na ogrom­nym świe­cie, bo spoj­rze­nie, pełne sło­dy­czy, zwró­cił ku gwiaz­dom, a na ustach jego drżały nie­wy­po­wie­dziane słowa. Już oczu od gwiazd nie od­wró­cił, lecz błą­dził wśród nich mą­drym i do­brym uśmie­chem i niby je li­czył, jak pa­sterz o zmroku li­czy swoje owce. Za­po­mniał wi­dać, że sie­dzi na koń­skim grzbie­cie i że wę­druje pust­ko­wiem, jak gdyby po zwa­łach mroku wy­do­stał się na niebo i błą­dził po nim ci­cho ra­do­sny i szczę­śliwy, nie za­uwa­żył bo­wiem, że jego ru­mak, jak gdyby na­głe po­wziąw­szy po­sta­no­wie­nie, przy­sta­nął i tkwił w nie­ru­cho­mo­ści jak po­mnik gra­ni­towy na wła­snej mo­gile. Można było wpraw­dzie nie do­strzec nie­znacz­nej róż­nicy po­mię­dzy po­wol­nym ru­chem dziar­skiego bach­mata a jego cał­ko­witą nie­ru­cho­mo­ścią; gdyby jed­nak jeź­dziec nie był pa­trzył w niebo, lecz na boki, byłby prze­cież mógł doj­rzeć, że drzewa i krzaki sta­nęły nie­ru­chomo, do­tąd zaś z mi­zer­nym tru­dem usu­wały się w tył, co było nie­zbi­tym do­wo­dem, że koń po­suwa się na­przód. Szla­chetny jeź­dziec mu­siał za­pewne wy­czy­tać w gwiaz­dach, że jego bach­mat do­pu­ścił się zła­ma­nia pa­nu­ją­cej w koń­skim ro­dzie dys­cy­pliny i przy­sta­nął w środku drogi, więc po­wró­ciw­szy na zie­mię z nie­bie­skich roz­ło­gów, z nie­sły­cha­nym za­wo­łał zdu­mie­niem:

- Coś uczy­nił, Hu­ra­ga­nie?

Strasz­liwy Hu­ra­gan stał bez ru­chu i bez od­po­wie­dzi, za­mie­niony w ci­szę, jak gdyby z jego imie­nia ktoś wszyst­kie wy­pu­ścił wi­chry.

Mę­drzec za­nie­po­koił się.

- Czy cię, miły ko­niku, do­tknęły moje nie­winne znie­wagi? - mó­wił do­bro­tli­wie - czy może co ci do­lega? Ach, a może je­steś zbyt umę­czony? Je­śli tak, zejdę z twego grzbietu i pójdę pie­chotą, bo do domu i tak już nie­da­leko.

Hu­ra­gan żad­nego z sie­bie nie wy­dał głosu w tej za­pewne my­śli, że je­śli przy­sta­nął w dro­dze, w ta­kim ra­zie ma ja­kiś słuszny po­wód, nie przy­stoi bo­wiem ko­niowi w jego wieku czy­nić co­kol­wiek bez­myśl­nie i z uro­je­nia; pra­gnąc zaś do­bremu o so­bie mnie­ma­niu dać wy­raz oczy­wi­sty i bar­dzo szcze­gólny, spu­ścił łeb jesz­cze ni­żej, za­czem do­ko­nał rze­czy nie­by­wa­łej i wręcz sza­lo­nej, gdyż mi­zerną resztką ogona wio­nął tak roz­pacz­li­wie, że zdo­łał nim do­tknąć na­kra­pia­nej swo­jej skóry. Skut­kiem tego nie­po­ję­tego wy­siłku nie był wpraw­dzie huk gromu, tylko lek­kie kla­śnię­cie, na­gły jed­nak ryk lwa nie byłby tak po­ra­ził zdu­mio­nego mę­drca, jak to ogo­nia­ste obłą­ka­nie jego mą­drego ko­nia.

Mu­siało ci się przy­da­rzyć coś strasz­li­wego! - za­wo­łał, zna­jąc wspa­niałą roz­trop­ność swo­jego to­wa­rzy­sza.

Spoj­rzał by­stro w mrok, uniósł się w strze­mio­nach i uj­rzał tuż przed po­chy­lo­nym łbem Hu­ra­gana nie­kształtne cze­goś za­rysy.

- Co to być może? - mó­wił, zła­żąc szybko z koń­skiego grzbietu.

Drżą­cymi rę­koma skrze­sał ognia i od­piąw­szy od tro­ków że­la­zną la­tar­nię, na­peł­nił ją wkrótce bied­nym mi­go­tli­wym świa­teł­kiem; po­chy­lił się ku ziemi i gło­śno za­krzyk­nął: na dro­dze le­żała ubogo odziana ko­bieta, jakby moc­nym zdjęta snem, do piersi tu­ląca ma­lut­kie dziecko.

Mę­drzec przy­klęk­nął i po­sta­wiw­szy la­tar­nię na ziemi, rzekł ci­cho:

- Czy się wam przy­go­dziło nie­szczę­ście?

Ko­bieta nie od­po­wia­dała.

W nim serce ude­rzyło gwał­tow­nie; ujął ją za rękę i za­krzyk­nął zdu­szo­nym gło­sem:

- Chry­ste Pa­nie!

Ręka była zimna. Spoj­rzał na jej twarz: była biała i wil­gotna, może od noc­nej rosy, a może od łez, wy­pła­ka­nych już po śmierci nad nie­dolą dziecka, które spało słodko na jej sercu już na wieki ci­chym. Tu­liła dziecko do sie­bie tak mocno, że do­bry czło­wiek z tru­dem je od­jął od tej matki wier­nej, po­wa­lo­nej przez ja­kiś trud i ja­kąś mękę na nie­zna­nej pu­stej dro­dze; bose nogi miała w ra­nach, więc szła kę­dyś z da­leka, a nikt nie wie, do­kąd? Głód mu­siał iść jej śla­dem jak pies, gdyż twarz jej była śmier­tel­nie smutna i wy­nędz­niała. Mę­drzec pa­trzył na nią wzro­kiem zmą­co­nym przez łzy i mó­wił ci­cho:

- O do­bra, nie­szczę­śliwa matko! Mu­sisz tu zo­stać, ale śpij spo­koj­nie... Two­jemu dzie­cię­ciu nikt krzywdy nie uczyni... Bóg mi je ze­słał, po­kor­nemu bie­da­czy­nie, więc je za­biorę, a kie­dyś mu po­wiem, żeś je trzy­mała w ob­ję­ciach, prze­ciw śmierci bro­niąc... Twoja du­sza krąży za­pewne w po­bliżu jak wil­czyca, aby jesz­cze raz, gdyby tak było trzeba, umrzeć w jego obro­nie... Patrz, patrz! O dzie­ciń­stwo aniel­skie! Śmierć jest przy nim, do­koła noc i stra­chy, a ono przez sen się uśmie­cha...

Przy­tu­lił je ostroż­nie do piersi i pa­trzył roz­rzew­niony; uło­żył po­tem na tra­wie, a sam przy świe­tle la­tarni rę­kami i ostrą ga­łę­zią po­czął ko­pać grób w mięk­kiej, pulch­nej ziemi. Niebo za­ró­żo­wiło się na wid­no­kręgu, gwiazdy zbla­dły i świt po­czął śpie­wać pta­szę­cymi gło­sami, kiedy on ostat­kiem sił dźwi­gnął nie­szczę­śliwą ko­bietę i w świę­tej uło­żył ją ziemi.

Oczy miał pełne łez, kiedy tu­ląc jed­nym ra­mie­niem śpiące dziecko, z nie­zmier­nym tru­dem wspiął się na grzbiet ko­nia.

- Pójdź, sie­roto - rzekł - u do­brego je­steś czło­wieka. A ty, po­czciwy Hu­ra­ga­nie, nie gnie­waj się, że ci przy­było cię­żaru. Odro­binka to jest i okru­szyna... Tylko moje serce stało się cięż­sze, bo wi­działo nie­dolę i śmierć... Straszna to była noc, ale już słońce wsta­nie nie­długo... Ru­szaj, Hu­ra­ga­nie, a ja­koś...

Nie skoń­czył swo­ich słów od nad­mier­nego zdu­mie­nia, Hu­ra­gan bo­wiem, jak gdyby od­ro­dzony, pod­niósł łeb, za­rżał do­no­śnie i po­mknął cwa­łem.

- Co czy­nisz, sza­lony ko­niu! - za­krzyk­nął do­bry czło­wiek i w na­głym lęku przy­ci­snął dziecko do piersi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki