Rozdział 2
Na wyprawę
- Zaspaliście, żołnierzu. Dzień dobry! - Ciocia rozpala w piecu.
- Yhm. - Przeciągam się w fotelu, w którym odpadłem kilka godzin temu. W pierwszej chwili jestem zdezorientowany i muszę sobie przypomnieć, gdzie się znajduję. Rano zazwyczaj milczę więcej niż zwykle. I nie chodzi o zły humor, chociaż tak to może wyglądać.
Siku robimy na zewnątrz - usłyszałem wczoraj zaraz po przyjściu, więc wychodzę na dwór, gdzie od razu przeszywa mnie zimno. Widzę, że szczyty gór zniknęły, a chmury siedzą na nich jak berety. Niebo jest szare i niskie, wiatrak się nie kręci i dopiero teraz słychać, jak tu cicho. Nie wiem, czy kiedykolwiek słyszałem takie nic na tak ogromnej przestrzeni. Poza drzewami jeszcze czegoś mi tu brakuje. No tak. Ptaki nie śpiewają.
- Tu miało być dużo ptaków - zauważam po powrocie do chatki.
- I jest ich mnóstwo, tylko dobrze się maskują. Ale śpiewający jest tylko jeden, fakt. - Ciocia nalewa wodę z wiadra do czajnika i ustawia na blacie kubki. - Nazywa się śnieguła i wygląda jak puchaty, biały wróbel. Zbudowałam tu dla nich budkę pod dachem, ale w tym roku nie zrobiły gniazda. Są bardzo nieśmiałe, potrzebują spokoju, a ja tu całą wiosnę i lato robię małe remonty na zewnątrz.
- A inne ptaki są?
- Jeszcze będziesz przed nimi uciekał! Wczoraj przejeżdżaliśmy koło gniazd edredonów, ale ich nie zauważyłeś, bo leżą na ziemi i zlewają się z kolorem tundry. Pokażę ci dzisiaj w drodze do miasta. Trzeba ci kupić wodery.
- To idziemy jednak na tę wyprawę?!
- Od rana biję się z myślami, czy to dobra decyzja, ale skoro masz ochotę mi towarzyszyć, to... Te niedźwiedzie chyba nas potrzebują.
- Taaaak! - Aż podskakuję z radości.
- Ale potem ty będziesz się tłumaczył mamie.
- Spokojnie. Mam na nią sposoby.
Nie pytam o szczegóły, bo wygląda na to, że ciocia ma wszystko pod kontrolą.
Woda w czajniku bulgocze, a my przygotowujemy śniadanie. Kiedy ciocia zaczyna mieszać ciasto na naleśniki, zastanawiam się, czy to przypadek, czy po prostu potrafi czytać innym w myślach.
Podrzucając na patelni pierwszy, tłumaczy mi, że ruszamy w góry, po drodze są rzeki i będziemy spać w namiocie. Byłem wiele razy w górach, ale nigdy nie schodziłem ze szlaku. W prognozie pogody dla Spitsbergenu zapowiadają mniej wiatru, wzrost zachmurzenia i temperaturę nie wyższą niż sześć stopni. Ciocia oddycha z ulgą na wieść o braku opadów, a mnie na myśl o deszczu przyspiesza przemiana materii.
- Ja chyba muszę... wiesz gdzie.
- I słusznie, chodź, zrobię ci przeszkolenie.
Wychodzimy z chatki i przechodzimy po drewnianym podeście do osobnego domku. Ciocia otwiera drzwi kopniakiem i stajemy przed białym pojemnikiem z klapą, na którym miga zielone światełko. Wygląda jak zwykły sedes, tylko szumi.
- To jest właśnie Kopciuszek! - mówi, jakby mnie przedstawiała przyjacielowi.
Po otwarciu klapy ukazuje się metalowe wnętrze, a ja odruchowo się cofam. Ciocia tymczasem zdejmuje z półki papierową torebkę w kształcie czapki malarskiej, zakłada ją sobie na głowę, a dopiero potem wyjaśnia:
- Tę torebkę wkładasz do środka, siadasz, załatwiasz sprawę, zamykasz klapę i naciskasz ten guzik. Torebka spada i zaczyna się spalać, a przez komin unosi się dym. Genialne, co?
Nie odpowiadam, bo w zasadzie nie wiem, co powiedzieć. Zostaję sam i wyglądam przez małe okienko na wielką dolinę. Wszystko rzeczywiście działa, jak należy, ale po naciśnięciu guzika już nie sprawdzam, czy torebka spadła na dno, tylko wybiegam na zewnątrz, nie oglądając się za siebie.
Dzisiaj z ulgą zauważam, że wertepy na drodze do Longyearbyen już wcale nie przeszkadzają mojemu żołądkowi. Jedziemy równą czterdziestką, ale w połowie drogi musimy się zatrzymać, bo tuż przed nami przechodzi stado gęsi.
- Bernikle przylatują tu w maju i najpierw bardzo dużo jedzą. - Ciocia wyłącza silnik, bo stado zatrzymuje się na środku i ani myśli iść dalej. - Cały teren wygląda wtedy jak sitko, bo dziobią wszystko, co jest do jedzenia. Teraz już pojawiają się pisklęta, ale za miesiąc zaczną się pierwsze przeloty i to jest dopiero frajda.
- Ciociu, nikt już nie mówi "frajda"... - wzdycham. - A co się właściwie takiego dzieje? - dopytuję się jednak, bo trochę mnie te gęsi zaciekawiły.
- Pisklęta, które uczą się latać, są bardzo pocieszne. Widać, że się denerwują, kiedy im nie wychodzi, popisują się przed innymi i robią to wszystko na naszych oczach. Arktyczne ptaki żyją w ciągłym pośpiechu, bo lato jest krótkie, a one muszą zdążyć wychować młode i odlecieć przed zimą. A zima, wiesz, mimo że dopiero się skończyła, może przyjść już za dwa miesiące.
Wreszcie stado rusza. I choć na drodze zostaje ostatnia niezdecydowana gęś, na powrót uruchomiony silnik hondy skłania ją, by biegiem dołączyła do reszty. Jedziemy powoli i zaraz za zakrętem znowu się zatrzymujemy. Tym razem koło psiarni. Teraz stoi tu sporo samochodów, psy szczekają, skaczą albo gonią się po wybiegu. Rosie by się tu podobało, myślę, mimo że żaden z nich nie jest labradorem jak ona. Rosa ma dwa lata i co rano staram się z nią wychodzić na spacer. Tylko czasem nie mogę się dobudzić i wychodzi tata. No dobrze, zwykle wychodzi tata, ale ja wyprowadzam ją po szkole i robimy rundkę po okolicy. OK, czasem po prostu wypuszczam ją do ogrodu. Mamy też kotkę Szprotkę, ale ona wyprowadza się sama. Była u nas przed Rosą i na początku nie mogła uwierzyć, że sprowadziliśmy do domu tego potwora. Teraz, po dwóch latach, są przyjaciółmi, nawet razem śpią.
Koło psiarni pachnie bardzo nieładnie, a mówiąc szczerze: śmierdzi. To chyba pierwszy raz od wczoraj, że czuję jakiś zapach na zewnątrz. W Todalen nic nie pachnie.
- A teraz patrz pod nogi. - Ciocia łapie mnie za ramię. Między kojcami a drogą dopiero teraz widzę na ziemi ptaki w gniazdach. Jedne się rozglądają, drugie śpią z głowami na grzbietach.
- Ale sobie znalazły miejscówkę! - mówię zdumiony.
- Edredony gniazdują koło psiarni, bo tu czują się bezpiecznie. Popatrz, samice są prawie niewidoczne w terenie, te czarno-białe to samce.
- Z czego są te gniazda?
- Głównie z puchu, który sobie same wydziobują z piersi, więc pisklęta mają ciepło jak pod pierzyną.
- A nie boją się ludzi?
- Ludzi boją się mniej niż lisów, bo my im przynajmniej nie wykradamy jaj i piskląt.
W tym momencie unoszą się skrzydła jednej z wysiadujących, wychyla się z nich dziób, a potem puchata główka. Kaczka zagarnia skrzydłami pisklę, żeby siedziało w spokoju, ale ono co chwila wysuwa łebek w innym miejscu. W końcu się poddaje i już nie próbuje uciekać, a ptasia mama przymyka oczy. Kucamy przy gniazdach, żeby się im poprzyglądać. Tkwimy tam tak długo, aż cierpną nam nogi. To niesamowite, że kaczki nie ruszają się ani o krok, mimo przejeżdżających samochodów, ciężarówki z węglem i kilku osób, które też chcą je zobaczyć z bliska.
Szkoda, że kosy w Polsce nie są takie cierpliwe. Ja z ptaków najbardziej lubię właśnie kosy. Zdarza mi się ich nasłuchiwać, gdy przebudzę się przed świtem. Mama mówi, że umiem gwizdać tak dobrze jak one i gdyby była kosem, toby przylatywała co rano na mój parapet.
Nasze zegarki tymczasem pokazują jedenastą i ciocia zarządza odwrót. Musimy jeszcze zrobić zakupy i przygotować się do drogi. Pierwszy raz będę niósł mój plecak sam, ale podobno ma nie być cięższy niż ten we wtorki, gdy mam siedem lekcji.
Wjeżdżamy do miasta i parkujemy na placu przed supermarketem, który nazywa się Svalbardbutikken. Na parkingu ciocia spotyka kilkoro znajomych. Przedstawiają się, ale natychmiast zapominam ich imiona. Są zresztą tak zaabsorbowani rozmową, że myślę, że ledwo co mnie zauważyli.
- Słyszeliście? - zagaja ciocia. - Wczoraj znaleźli czwartego niedźwiedzia, tam po drugiej stronie doliny. Wszystkie zostały zabite w ciągu ostatniego miesiąca. Pierwszy jakieś sto kilometrów stąd na południe, drugi przy lodowcu niecałe czterdzieści kilometrów od miasta, trzeci na brzegu niedaleko Grumantbyen, to przecież tuż za rogiem. I teraz ten - tak blisko Longyearbyen, że prawie niemożliwe, że nikt tego nie zauważył.
- Tak, wszyscy o tym mówią - odpowiada gość z rudą brodą. - Ale nikt nie chce się tym zająć. Jakby się zmówili. - Ciekawe, kogo ma na myśli, zastanawiam się. Mieszkańców? Policjantów? - Słyszałem nawet jednego, co mówił, że to dobrze, bo niedźwiedzie zagrażają mieszkańcom i im ich mniej, tym lepiej.
- Co za bzdury! To raczej ludzi tutaj jest za dużo - wykrzykuje ciocia.
- Wczoraj dzwoniłam do Jensa i powiedział, że nic się nie stanie do jutra i zbadają to w godzinach pracy, chociaż wiadomo, że może padać i zmyć ślady - dodaje bardzo wysoka pani w szarej czapce w paski. - Co to za policjant? Przecież tu nic się nie dzieje, nie jest przepracowany.
A więc miałem rację, chodzi o to, że policja nic nie robi w sprawie zabitych niedźwiedzi.
- Swoją drogą, ktoś musiał wiedzieć, że miejscowy helikopter jest zepsuty i że nie będą ich szukać z powietrza - zauważa ciocia. - Szkoda gadać. Samemu trzeba ruszać w teren, bo nam wkrótce tylko te miśki tutaj zostaną. - Wskazuje na wejście do sklepu, gdzie stoi wypchany niedźwiedź polarny. Drugiego widzę na wystawie sklepu z pamiątkami. - Akurat idziemy z Danielem na północ, może się czegoś dowiemy, może coś zauważymy, bo przecież tamci nie mogli się rozpłynąć w powietrzu. Gdzieś na pewno mają łódź, musieli zostawić jakiś ślad. Widzieliście Birgera?
- Wybierał się na Vindodden w ten weekend, chyba jeszcze nie wrócił - rzuca na pożegnanie ten rudy.
Po wejściu do sklepu jak zwykle pchany niewidzialną siłą wędruję między półki ze słodyczami. Ciocia odciąga mnie w stronę paczek z jedzeniem, które wyglądają jak saszetki dla kota, tylko są twarde i trochę większe.
- Wybierz, co będziesz jadł. - Podaje i tłumaczy, co jest napisane na opakowaniach. - Makaron ze szpinakiem, ryż z soczewicą, bigos wegetariański albo kasza z warzywami. Z zup porowa, brokułowa i pomidorówka.
- To jest dobre? - Krzywię się. Poza pomidorową nic mnie nie przekonuje.
- W trasie wszystko jest dobre.
- I jak to się je?
- To jest zwykłe jedzenie, tylko wysuszone. Gotujesz wodę i zalewasz tu, do kreski. Czekasz kilka minut i masz obiad jak w domu. I nawet tego w myślach nie porównuj do chińskiej zupki, bo nie mają ze sobą nic wspólnego.
Nie wiem, wszystko brzmi jak koszmar dwunastolatka. Ryż odpada, makaron jeszcze by uszedł, ale ten szpinak go przekreśla, kasza to taki ryż w przebraniu. Wybieram sześć pomidorowych i sześć bigosów. Ciocia dorzuca do tego dziesięć opakowań owsianki z malinami, bo i tak nie ma wyboru. Ja szybko wracam do półki, gdzie leżą żelki w kształcie niedźwiedzi, i jak gdyby nigdy nic wrzucam do koszyka dwa opakowania. Dokładamy jeszcze dziesięć czekolad i jakieś cukierki, które podobno nie są specjalnie smaczne, co nas uchroni przed ich natychmiastowym zjedzeniem.
- To teraz jeszcze tylko wodery i możemy wracać - mówi ciocia, odchodząc od kasy.
Pakuje torbę do bagażnika i trzaska nim kilka razy, żeby się zamknął. Fajne auto, nie ma co, oceniam w myślach. Na parkingu co rusz zatrzymują się samochody, a każdy ma czarną rejestrację z żółtymi numerami. Dorośli się zagadują, a dzieciaki jeżdżą na hulajnogach. Żałuję, że nie wziąłem swojej, bo ma dobre resory i tu na pewno by się sprawdziła. Jak na jakieś dwa tysiące mieszkańców na ulicy jest bardzo dużo ludzi. Ciekawe, że większość z nich jest stara i ma błękitne kurtki. Robią zdjęcia wszystkiemu i sobie nawzajem. Pytam ciocię, czy mieszkańcy Longyearbyen noszą specjalne uniformy. Okropnie ją to pytanie rozśmiesza.
- Widziałeś ten statek w porcie po drodze z lotniska? Nazywa się Fram, ma na pokładzie dwustu pasażerów i właśnie ich wypuścili do miasta. Takich statków latem przypływa tu coraz więcej. Największy nazywa się Mein Schiff i zabiera cztery tysiące ludzi, dwa razy więcej, niż mieszka w mieście. My go nazywamy za przeproszeniem "Men Shit", a pasażerów szarańczą, bo przypływają, wykupują wszystko w sklepach, depczą rośliny, chodzą środkiem drogi i zostawiają po sobie tylko śmieci.
- Ale czemu oni mają jednakowe kurtki? - dociekam.
- To jest trochę jak w przedszkolu. Żeby się nie zgubili i żeby dało się ich wyłapać w tłumie albo w terenie.
- Ale my w przedszkolu nie chodziliśmy w jednakowych kurtkach.
- Bo się trzymaliście za rączki, a im nie wypada.
- Wy ich chyba nie lubicie, co?
- Niespecjalnie, chociaż w ogóle ich nie znamy. - Omijamy grupę zdezorientowanych staruszków. - Wiesz, to pewnie są w większości mili ludzie, ale w grupie dzieje się z nimi coś dziwnego. Mam wrażenie, że przestają myśleć i traktują nasze miasto jak dekorację przygotowaną na swój przyjazd.
- Dekorację? - dopytuję.
- No, wchodzą czasem do domów, pytają, czy mogą skorzystać z toalety albo dostać kawę. Nieraz słyszałam takie historie od znajomych, którzy mieszkają w centrum. I robią zdjęcia bez pozwolenia. Albo zadają te niemożliwe pytania.
- Jakie na przykład?
- Gdzie jest rezerwat niedźwiedzi, bo chcieliby zobaczyć. Albo o której godzinie wschodzi to drugie słońce, które świeci podczas dnia polarnego. Turyści czasem tracą głowę i zapominają, że tylko przypłynęli na drugą półkulę, a nie polecieli w kosmos.
- W sumie to ty też na początku byłaś turystką... - zauważam.
- Jasne. I rozumiem, czemu ci nowi są zagubieni. Pierwszy raz przyleciałam tu sama i nic nie wiedziałam o tej wyspie. Ale na wielki statek nigdy bym nie wsiadła. Wiesz, że jeden taki zużywa trzydzieści ton paliwa na dobę? To jakby trzynaście tysięcy samochodów nagle przyjechało do tego miasta. Nasza honda przy tym to rzeczywiście resorak.
Dojeżdżamy pod sklep, na którego wystawie stoi manekin w wełnianym wdzianku i kaloszach. Po chwili okazuje się, że nie ma woderów dla dzieci, ale świetnie pasują na mnie damskie. Szczerze mówiąc, nie robi mi to różnicy. Moja mama na przykład lubi nosić męskie koszule. Dlaczego ja miałbym nie nosić damskich butów? Ciocia prosi też sprzedawcę o dwa naboje do prymusa, a ja szybko pojmuję, że to nie chodzi o mnie i moje tegoroczne świadectwo, tylko o kuchenkę do gotowania tych suchych bigosów. No dobra, nie jestem prymusem. Ale rodzice mi zawsze powtarzają, że od stopni ważniejsze jest to, żebym miał w życiu pasję. Jeszcze swojej nie znalazłem, ale mam dopiero dwanaście lat.
- No to mamy wszystko, króliczku. - Ciocia puszcza do mnie oko. - Zostawmy to miasto z jego wielkimi statkami i zobaczmy prawdziwy Spitsbergen. Ale żebyś nie czuł się tak zupełnie wyjątkowy, muszę ci zrobić zdjęcie pod znakiem, pod którym fotografuje się każdy rasowy turysta.
- Czy ja tego chcę?
- Oczywiście! Wyślemy rodzicom.
Tuż za psiarnią rzeczywiście stoi znak, którego wcześniej nie zauważyłem: trójkątny ostrzegawczy z niedźwiedziem. Podpis: Gjelder hele Svalbard, czyli "obowiązuje na całym Svalbardzie", archipelagu, którego największą wyspą jest Spitsbergen.
- I niedźwiedzie rzeczywiście tu przychodzą? - chcę wiedzieć, podchodząc do znaku.
- Zdarza się.
- A do twojej chatki też mogą przyjść?
- Raz jeden tylko przechodził, ale nic się nie bój, przez te duże okna wszystkich widać z daleka i do Kopciuszka nikt ci nie wejdzie - mówi ze śmiechem. - A teraz nie zagaduj, robię zdjęcie!
Ustawiam się w pozie bohatera i unoszę kąciki ust. Nie rozumiem, dlaczego do zdjęć zawsze trzeba się uśmiechać. Gdybym miał poważną minę, mama od razu by zadzwoniła z pytaniem, co się dzieje. A nic się nie dzieje. Po prostu gdybym mógł wybierać, nie szczerzyłbym się teraz do aparatu, mimo że jestem zachwycony.
- No, bardzo ładnie, jeszcze raz. O. Teraz super. Od razu wyślę. - Wysyła. - A wiesz, jaka jest historia związana z tym znakiem? No bo zobacz, wszędzie na świecie tego typu znaki mają jasne tło i czarne zwierzę. I tu kiedyś było tak samo, ale mieszkańcy w końcu zaprotestowali, że jak to, przecież niedźwiedź jest biały i trzeba zmienić. I dlatego jest biały na czarnym tle.
- A ty widziałaś niedźwiedzia?
- Tak, dotychczas dwanaście. Z czego tylko jednego na tyle blisko, że sam na mnie spojrzał.
- I bałaś się wtedy?
- No jasne.
Dojeżdżamy do końca drogi, samochód zostawiamy na poboczu jak poprzednio i znowu idziemy przez tundrę. Dzwoni telefon, a ja od razu poznaję, że ciocia rozmawia z mamą, bo zaczyna się chichrać.
- No naprawdę, zjadł i jeszcze mówił, że mu smakuje. - Dociera do mnie urywek rozmowy. - Daniel, mama nie wierzy, że zjadłeś ryż z gotowaną rybą! Czekaj, dam nas na głośnomówiący.
- Cześć, Danusiu! - "Danusiu", no nie mogę... Umawialiśmy się już na jedenaste urodziny, że toleruję tylko "Danielka". - Jaki zadowolony jesteś na tym zdjęciu. Słyszałam, że apetyt ci dopisuje! Nie marzniesz?
- Nie bardzo - odpowiadam, bo nie lubię rozmawiać przez telefon.
- Wszystko dobrze?
- Tak. - No co będę teraz opowiadał, przecież tyle się wydarzyło. Zamiast tego pytam: - Jak Rosa i Szprotka?
- Dobrze, dobrze, tęsknią. My też tęsknimy. Jesteś grzeczny? - To ostatnie to taki nasz rodzinny żart.
- Jak zawsze!
- Jasne!
- Tak, dziecko na medal, nie marudzi - wtrąca ciocia.
- Ty, to weź go przetrzymaj jeszcze z tydzień dłużej, może zacznie jeść warzywa, co? - śmieje się mama.
Nikt nie czeka na moją odpowiedź, a ja chciałem tylko powiedzieć, że nie mam nic przeciwko pozostaniu tu dłużej. Ciocia tymczasem opowiada mamie o naszym planie. Dzisiaj ruszamy i przez najbliższe dni będziemy poza zasięgiem. Nic nie wspomina o niedźwiedziach i szajce kłusowników. Znowu rozmawiają na słuchawkach, więc nie wiem, co mama mówi, ale domyślam się, że trochę się niepokoi. Jak gadamy z chłopakami z klasy, to wychodzi na to, że chyba wszystkie mamy tak mają, co zrobić. Na do widzenia ciocia daje mi jeszcze telefon, a mama mówi, że mnie kocha.
- Też cię kocham - odpowiadam. - Szkoda, że nie idziesz z nami.
Przez kolejną godzinę pakujemy plecaki. Cięższe rzeczy do cioci, lżejsze do mnie. Do niej idą: namiot, cztery grube patyki z metalowymi zakończeniami, linki i metalowe pojemniki, suszone owoce, jedzenie w torebkach, zestaw do gotowania, sztućce, apteczka, telefon satelitarny, śpiwór z dmuchanym materacem i ubrania na zmianę, w tym wodery. Ja biorę swój śpiwór i materac, jedzenie i moje ubrania. Każde z nas dostaje po butelce wody i termosie z herbatą oraz słodycze, które upychamy w bocznych kieszeniach. Wykradam jeden z tych rzekomo niedobrych cukierków. Rzeczywiście paskudny. Przykleja się do podniebienia i muszę go zeskrobać paznokciem. Ciocia przytwierdza do swojego plecaka jeszcze dwa kijki do chodzenia po górach, bo podobno przydadzą nam się przy przekraczaniu rzeki. Umiem pływać, ale widziałem na filmach, że jeśli się wpadnie w nurt, to nic nie pomoże, a na końcu rzeki zazwyczaj jest wodospad. Na myśl o tym pędzę jeszcze raz odwiedzić Kopciuszka.
- A teraz najważniejsze. - Ciocia stoi ze strzelbą w ręce, kiedy wracam do chaty. - To jest mauzer, którego bierzemy ze sobą na wszelki wypadek, gdybyśmy spotkali ciekawskiego niedźwiedzia i musieli go odstraszyć. Tylko ja go dotykam, ty nie wchodzisz nigdy przed lufę, nie zbliżasz się, jest dla ciebie niewidoczny. I od teraz będzie jak na prawdziwej wyprawie, że ufasz przewodnikowi, dobrze?
- Dobrze. A czy przewodnik może mnie z tej okazji już nie nazywać króliczkiem?
Mina cioci świadczy o tym, że nie jest to takie oczywiste.
Wychodząc z chatki, zamykamy drzwi tylko na klamkę, a ja już nawet nie pytam, dlaczego nie na klucz. Mówię, że fajnie byłoby nie musieć pamiętać o alarmie w domu albo nie zapinać roweru za każdym razem, kiedy go zostawiam pod sklepem. Ciocia na to opowiada, że gdy kupowała tu rower i poprosiła o zabezpieczenie, sprzedawca powiedział, że nie mają niczego takiego, i prawie się obraził.
Ruszamy w głąb doliny, którą było widać z okien. Wszystko wydaje się bliżej niż w rzeczywistości. Z daleka trudno określić, czy coś jest duże, czy małe, bo nie ma z czym porównać. Jeśli ktoś widzi mnie teraz z daleka, być może pomyśli, że to dorosły z plecakiem, nie dziecko. Mam już 158 centymetrów wzrostu, ale nadal sięgam cioci tylko do ramion. Są z mamą tego samego wzrostu i obie mają w zwyczaju opierać brodę o czubek mojej głowy. Odkąd przyleciałem, ciocia zrobiła to już trzy razy. Idziemy dobrym tempem. Zatrzymujemy się dopiero wtedy, gdy pod stopami pojawia się coraz więcej małych różowych kwiatków na zielonych kępkach.
- To lepnica bezłodygowa - wyjaśnia ciocia.
- Brzmi jak jakaś choroba! - wzdrygam się.
- Inaczej mówi się na nią kwitnący mech. Już lepiej, co?
- A czemu ma kwiaty tylko z jednej strony?
- Bo jest naturalnym kompasem i kwitnie od południa. Gdybyśmy podczas dnia polarnego nagle się zgubili, wskaże nam właściwy kierunek świata.
- Czyli teraz kierujemy się na północ.
- Na północny zachód. Trzeba brać poprawkę na precyzję kwiatów.
- Ciociu - pytam po jakimś czasie. - A jak to jest z tymi niedźwiedziami? Można do nich strzelać czy nie? Bo idziesz z tą strzelbą jak na wojnę.
- Można strzelać tylko w samoobronie, gdyby misiek nas zaatakował - odpowiada i poprawia pasek od mauzera, który wpija się jej w ramię. - Problem w tym, że my często sami nie wiemy, czy to atak, czy tylko ciekawość. Ci, którzy mieszkają tu dłużej ode mnie, zawsze powtarzają, że niedźwiedzie tak naprawdę unikają ludzi i atakują ich tylko wtedy, kiedy mają wyraźny powód.
- Czyli gdybyśmy teraz spotkali niedźwiedzia, to do niego strzelisz?
- Tylko jeśli będzie chciał cię pożreć - śmieje się i poprawia czapkę, która jej się zsunęła na oczy.
- Ej, serio pytam.
- Nie wiem, Daniel. Gdyby coś nam zagrażało z jego strony, to pewnie bym strzeliła, ale najpierw w powietrze. To zazwyczaj pomaga i miśki uciekają od samego huku. Zresztą o tej porze roku zazwyczaj pojawiają się bliżej brzegu, a my, jak sam widzisz, wędrujemy doliną.
Właściwie nie jestem pewien, czy mnie ta rozmowa uspokoiła, ale chociaż wiem trochę więcej. Na szczęście teren jest rozległy i wszystko widać z dużej odległości. Stąpamy po kamieniach i mchu. Nie ma tu żadnych wydeptanych ścieżek ani oznaczeń szlaków. Nie jest specjalnie mokro, zresztą z daleka widać, gdzie grunt może być grząski. Ciocia jest oczami wyprawy, wie, czego wypatrywać. Najpierw kierujemy się na drugą stronę doliny, gdzie mają leżeć te zignorowane przez policjanta ślady po niedźwiedziu.
Miejsce zbrodni jest widoczne z daleka, bo krążą nad nim ptaki. Niedźwiedź nie jest duży, widać mięśnie i kości w kałuży zaschniętej krwi. Leży skulony, jakby spał. Nie patrzę mu w oczy, bo to jednak trochę straszne. Nigdy nie widziałem martwego zwierzęcia takich rozmiarów. No dobra, zerkam tylko raz. Mętne oczy patrzą na mnie z obdartej ze skóry głowy, więc szybko odwracam wzrok i staram się myśleć o czymś innym. Niby wiem, że martwe zwierzę to widok w przyrodzie naturalny, a mimo to... czuję się jakoś nieswojo.
Zamiast na ciele niedźwiedzia skupiam się na jego otoczeniu. Od miejsca zbrodni odchodzą ślady płóz - rozpoznaję je z łatwością. Są też ślady butów, ale niewyraźne. Wokół walają się skrawki mięsa. Ciocia mówi do siebie, coś notuje w wyjętym z plecaka zeszycie. I nagle się schyla. Zaciekawiony podchodzę do niej. Na ziemi obok wnętrzności leży coś, co wygląda jak kawałek szmaty. Ciocia trąca to kijkiem, nabija na ostrą końcówkę i podnosi na wysokość oczu.
- Ha! - wykrzykuje po krótkiej chwili przyglądania się.
- Co?
- Rękawiczka.
Rzeczywiście, i ja rozpoznaję dokładnie pięć palców. Rękawiczka jest mała i ciemna od zaschniętej krwi, więc nie wiadomo, jakiego jest koloru. Przy przegubie ma wzorek w gwiazdki, tylko tyle można dostrzec.
- A jednak zostawili ślad - szepcze ciocia z zadowoleniem, przymierzając znalezisko do swojej dłoni. - I wygląda, że wśród nich jest kobieta. Albo dziecko.
- Dziecko?
- W Norwegii polują całe rodziny, wiesz przecież.
- No wiem, wiem, ale to mnie zawsze przerażało - wzdrygam się.
- Ciesz się, że twój tatuś przyjechał do Polski i nie każe ci oprawiać saren i zajęcy.
Cieszę się. Nie wyobrażam sobie mojej mamy i mojego taty na polowaniu. Rodzice w ogóle nie jedzą mięsa poza rybami, bo uważają, że mamy dość innego pożywienia. Dyskutują o tym z dziadkami, kiedy podobno nie słyszę, bo tamci są przekonani, że dziecko powinno jeść mięso. Ja tam nie mam zdania. Jak częstują, to zjadam parówkę albo hamburgera.
- I co teraz zrobimy? - pytam ciocię.
- Zabieramy dowód rzeczowy i ruszamy dalej.
- W filmach zawsze ostrzegają, żeby nie ruszać niczego na miejscu zbrodni, zanim przyjedzie prokurator.
- A ty nie jesteś za młody na oglądanie kryminałów?
- To zależy, którego rodzica zapytasz.
- No tak, może nie nosisz tatusiowi strzelby, ale widać, że i tak cię nie oszczędza. Norweskie dzieci od samego początku oswaja się ze śmiercią i potem niczego się nie boją.
Bo ja wiem. Wielu rzeczy się boję i tata mówi, żebym nie wstydził się do tego przyznawać.
- To co z tym prokuratorem? - zmieniam temat.
- My tu nawet porządnego policjanta nie mamy, a co dopiero prokuratora. Może przyleci ze stałego lądu, ale znając realia, pewnie nikogo nie wyślą, bo zaczęły się wakacje i każdy już myśli o podróżach do ciepłych krajów, a nie ekspedycjach na biegun. Zabieram ten dowód na własną odpowiedzialność.
Zdejmuje plecak i przywiązuje znalezisko do dolnych troków. Ja tymczasem wyciągam telefon i pstrykam parę zdjęć rękawiczki i miejsca zbrodni. Jeszcze nie wiem, do czego miałyby mi się przydać, ale skoro tak zawsze robią detektywi na filmach, to musi to mieć sens. Zaraz potem nad truchło zlatują się ptaki.
Idziemy dalej, krwawy kawałek wełny przymocowany do cioci plecaka majta się przy każdym ruchu, a mnie nie opuszcza wrażenie, że gdzieś już kiedyś widziałem podobną rękawiczkę.