Skandal w Bohemii
1
Dla Sherlocka Holmesa jest ona zawsze "tą kobietą". Rzadko słyszałem,
żeby wspominał ją, używając innego określenia. W jego oczach góruje ona
nad całą swoją płcią. Nie oznacza to jednak, by czuł cokolwiek do Ireny
Adler. Wszystkie emocje, a szczególnie ta jedna zwana miłością, wydają
się obmierzłe jego chłodnemu, precyzyjnemu i wspaniale zrównoważonemu
umysłowi. Był dla mnie zawsze najbardziej udoskonaloną maszyną do
rozumowania i obserwacji, jaką kiedykolwiek stworzył świat, a zostając
kochankiem, ustawiłby się w fałszywym świetle. Nigdy nie mówił o namiętnościach inaczej niż z kpiną i szyderstwem. Było to wspaniałe dla
obserwatora, doskonałe do usunięcia zasłony ukrywającej motywy i działania mężczyzn. Przeszkolony myśliciel nie mógł dopuścić, aby
uczucia wdarły się do jego wewnętrznego i uregulowanego życia, gdyż to
oznaczałoby wprowadzenie czynnika dekoncentracji, który mógłby rzucić
cień na wyniki pracy umysłu. Drobina piasku we wrażliwym przyrządzie lub
drobne zarysowanie na potężnych soczewkach stanowiłyby w jego przypadku
podobne zakłócenie co silna emocja. Zapewne tylko ta jedyna kobieta
mogła mu być przeznaczona. A tą kobietą była zmarła Irena Adler, osoba o wątpliwej konduicie.
Ostatnio nie spotykałem się często z Holmesem. Moje małżeństwo nieco nas
od siebie odsunęło. Byłem w pełni szczęśliwy i wszystkie moje poczynania
koncentrowały się na ognisku domowym, które udało mi się stworzyć. Cała
moja uwaga była poświęcona pełnieniu funkcji pana domu, podczas gdy
Holmes, który negatywnie wyrażał się o każdej formie spółki i podkreślał
niezależność ducha, pozostał we wspólnie wynajętym przez nas mieszkaniu
na Baker Street. Zakopany w książkach przeżywał następujące po sobie
tygodnie bądź to z przewagą kokainy, bądź ambicji, wykazując się to
sennością narkotykową, to przypływem gwałtownej energii i wyostrzonym
umysłem. Nadal był głęboko pochłonięty badaniem zbrodni i wykorzystywał
wspaniały dar i niezwykłe zdolności obserwacji, śledząc wątki i wyjaśniając tajemnice, umorzone przez policję jako beznadziejne. Od
czasu do czasu słyszałem jakieś luźne opowieści o jego wyczynach: o wezwaniu go do Odessy w sprawie morderstwa Trepoffa, o wykryciu
okoliczności niezwykłej tragedii braci Atkinson w Trincomalee i wreszcie
o uwieńczonej sukcesem misji, którą dyskretnie zorganizował dla rodziny
rządzącej w Holandii. Poza tymi przejawami jego działań, o których
czytałem podobnie jak wszyscy czytelnicy codziennej prasy, niewiele
wiedziałem o moim byłym przyjacielu i towarzyszu.
Pewnej nocy - było to 20 marca 1888 - wracałem od pacjenta (powróciłem
do mojej praktyki zawodowej), kiedy trasa zmusiła mnie do przejazdu
przez Baker Street. Przejeżdżając obok dobrze utrwalonych w mojej
pamięci drzwi, które zawsze będą wiązać się w moim umyśle ze
wspomnieniami z okresu mego narzeczeństwa i makabrycznymi wydarzeniami
opisanymi w Studium w szkarłacie, poczułem gwałtowne pragnienie
ponownego spotkania się z Holmesem. Chciałem też dowiedzieć się, jak
wykorzystuje swoje nadzwyczajne talenty. Mieszkanie było jasno
oświetlone. Patrząc w górę, ujrzałem wysoką, szczupłą postać
przechadzającą się tam i z powrotem na tle zasłoniętych żaluzji. Chodził
szybko po pokoju z głową zwieszoną na piersi i rękami założonymi z tyłu.
Dla mnie, znającego jego każdy nastrój i zwyczaj, to zachowanie wyraźnie
wyjaśniało sytuację - znów pracował. Wydostał się ze zwidów i omamów
narkotykowych i znów był na tropie jakiejś zbrodni. Zadzwoniłem i wprowadzono mnie do pokoju, którego współużytkownikiem byłem w przeszłości.
Jego zachowanie nie było wylewne. Rzadko tak się zdarzało. Myślę jednak,
że był zadowolony, że mnie znów widzi. Nie mówiąc prawie słowa, ale
uśmiechając się lekko, wskazał dłonią fotel, przesunął w moim kierunku
pudełko cygar i zaoferował zawartość stojącej w rogu szafki z alkoholami. Potem stanął przed kominkiem i obejrzał mnie w swój
wyjątkowy, introspektywny sposób.
- Małżeństwo ci służy - zauważył. - Myślę, Watsonie, że przytyłeś ze
cztery kilogramy od czasu, gdy ostatnio się widzieliśmy.
- Trzy! - sprostowałem.
- Rzeczywiście, powinienem był lepiej to rozważyć. Nieco więcej, chyba,
Watsonie. Jak widzę, znów powróciłeś do praktyki. Nie powiedziałeś mi,
że zamierzasz znów założyć na siebie to jarzmo.
- W takim razie skąd o tym wiesz?
- Skąd wiem? Widzę i dedukuję. Zauważyłem, że ostatnio bardzo zmokłeś i że masz niedbałą i niestaranną służącą.
- Mój drogi Holmesie - powiedziałem - to już za dużo. Gdybyś żył kilka
wieków temu, na pewno spłonąłbyś na stosie. To prawda, że w czwartek
odbyłem spacer po wsi i wróciłem do domu strasznie zmoczony, ale
zmieniłem od tego czasu ubranie i zupełnie nie rozumiem, jak mogłeś to
wydedukować. A co do Mary Jane - jest nienaprawialna i żona dała jej
wypowiedzenie. Nie wiem, jak do tego doszedłeś.
Cicho zachichotał i zatarł swoje długie, nerwowe dłonie.
- To łatwizna - powiedział - oczy mówią mi, że na wewnętrznej stronie
lewego buta, w miejscu gdzie odbija się światło ognia, skóra jest
uszkodzona sześcioma prawie równoległymi nacięciami. Oczywiście zostało
to spowodowane przez kogoś, kto bardzo niestarannie szorował krawędzie
podeszwy, aby usunąć z niej zaschnięte błoto. Stąd, jak sam rozumiesz,
wynika moja podwójna dedukcja, że byłeś na dworze w czasie obrzydliwej
pogody, a twoja służąca jest szczególnie marnego gatunku, gdyż niszczy
ci buty. Co do twojej praktyki, jeżeli dżentelmen wchodzi do mojego
pokoju, pachnąc jodoformem ze śladem czarnego azotanu srebra na prawym
palcu wskazującym i odstającym miejscem po prawej stronie kapelusza,
skąd wyciąga swój stetoskop, musiałbym być naprawdę tępy, gdybym nie
domyślił się, że jest on praktykującym medykiem.
Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, widząc łatwość, z jaką objaśnił
swój proces myślenia.
- Kiedy słyszę twoje rozumowanie - zauważyłem - wydaje mi się zawsze, że
jest to śmiesznie proste, że mógłbym z łatwością sam to wymyślić,
chociaż przy każdym udanym przypadku twojej dedukcji jestem
skonsternowany, zanim zaczniesz mówić. A przecież mój wzrok jest równie
dobry jak twój.
- Całkowicie się zgadza - odpowiedział, zapalając papierosa i rzucając
się na fotel. - Widzisz, ale nie rejestrujesz. Różnica jest oczywista.
Dla przykładu: często widywałeś schody, które prowadzą z holu do tego
pokoju?
- Tak.
- Jak często?
- No cóż, setki razy.
- A ile ich jest?
- Ile? Nie mam pojęcia!
- Zgadza się. Nie odnotowałeś tego, chociaż je często widywałeś. To jest
właśnie ta różnica. A ja wiem, że jest ich siedemnaście, ponieważ nie
tylko je widziałem, ale zarejestrowałem. A przy okazji, ponieważ jesteś
zainteresowany moją pracą i na tyle dobry, aby odnotować kronikę,
opisując kilka z moich doświadczeń, być może zainteresuje cię to. -
Rzucił w moim kierunku kartkę grubego różowego papieru, która leżała
otwarta na stole. - Otrzymałem to w ostatniej poczcie - powiedział. -
Przeczytaj głośno - polecił.
List nie był opatrzony datą, nie zawierał też ani podpisu, ani adresu.
- Dziś wieczorem za kwadrans dwudziesta - czytałem - pewien dżentelmen
odwiedzi Pana w celu skonsultowania się w bardzo poważnej sprawie.
Pańskie ostatnie usługi wyświadczone jednej z europejskich rodzin
królewskich wykazały, że jest Pan człowiekiem, któremu można bezpiecznie
zaufać w sprawach wielkiej wagi, których znaczenia nie można przecenić.
Sprawozdanie na temat Pana mamy otrzymane z różnych miejsc. Spotkamy się
więc w Pańskiej siedzibie o wskazanej godzinie i proszę, niech pan się
nie zdziwi, jeżeli Pański gość stawi się z maską na twarzy.
- To rzeczywiście tajemnicza sprawa - zdziwiłem się. - Co to może
znaczyć?
- Nie mam jeszcze żadnych informacji. Jak wiesz, moim zdaniem,
teoretyzowanie przed uzyskaniem informacji stanowi podstawowy błąd. Ktoś
bez sensu zaczyna przekręcać fakty, żeby dostosować je do swojej teorii,
a przecież to teorie powinny pasować do faktów. Niczego nie mamy oprócz
samego listu. A co z niego dedukujesz?
Starannie obejrzałem pismo i papier, na którym je napisano.
- Człowiek, który to napisał, jest prawdopodobnie zamożny - zauważyłem,
starając się naśladować procesy umysłowe mojego towarzysza. - Ten papier
nie mógł kosztować mniej niż pół korony za opakowanie. Jest nadzwyczaj
solidny i sztywny.
- Nadzwyczaj to jest właściwe słowo - powiedział Holmes. - Na pewno nie
jest to angielski papier. Przytrzymaj go pod światło!
Zrobiłem to i zobaczyłem wielkie "E" z małym "g" i dużym "P" oraz duże
"G" z małym "t" utkane w fakturze papieru.
- Co z tego rozumiesz? - spytał Holmes.
- Nazwę producenta, bez wątpienia, albo raczej jego monogram.
- Absolutnie nie. "G" z małym "t" to skrót od "Gesellschaft", co po
niemiecku oznacza spółkę. Jest to skrót zwyczajowy tak jak po angielsku
"Co". "P" oczywiście zastępuje słowo "Papier". A jeżeli chodzi o "Eg",
spójrzmy na nasz Continental Gazetteer. - Wyciągnął ciężki brązowy tom
z półki. - "Eglow", "Eglonitz" - o, oto mamy, "Egria". Jest to kraina w państwie, gdzie językiem urzędowym jest niemiecki - w Bohemii, niedaleko
Carlsbad. "Niezwykłe miejsce, które było sceną zgonu Wallensteina,
słynące również z licznych fabryk szkła i papieru". No i widzisz, mój
doktorku, co teraz powiemy na ten temat? - Jego oczy rzucały iskry, a z ust wydmuchał wielką, triumfalną chmurę dymu.
- Papier został wyprodukowany w Bohemii - powiedziałem.
- Zgadza się, dokładnie. A człowiek, który napisał ten list, jest
Niemcem. Czy widzisz szczególną konstrukcję zdania - "To sprawozdanie na
temat Pana mamy otrzymane z różnych miejsc". - Francuz lub Rosjanin tak
by nie napisał. To jest konstrukcja niemiecka, gdyż to Niemcy tak
niedelikatnie postępują z czasownikami. W związku z tym pozostaje
jedynie ujawnienie, czego chce ten Niemiec, który pisze na papierze
pochodzącym z Bohemii i woli nosić maskę, niż ujawnić twarz. A oto i on
właśnie, jeżeli się nie mylę, co rozstrzygnie wszystkie nasze
wątpliwości.
Gdy mówił te słowa, usłyszałem stukot kopyt końskich i hamowanie kół
przy krawężniku, po czym usłyszeliśmy energiczny dzwonek. Holmes
zagwizdał.
- Para koni, sądząc po dźwięku - powiedział. - Tak - kontynuował,
wyglądając przez okno. - Przyjemny mały powozik i para pięknotek. Sto
pięćdziesiąt gwinei za sztukę. W tej sprawie są duże pieniądze,
Watsonie, chociaż na razie to wszystko, co mogę powiedzieć.
- Myślę, że lepiej, żebym sobie poszedł, Holmesie.
- Nie ma mowy, doktorku. Pozostań tu, gdzie siedzisz. Będę zgubiony bez
mego Boswella. A ta sprawa wygląda obiecująco. Jest ciekawie. Szkoda
byłoby jej nie poznać.
- Ale twój klient...
- Nie przejmuj się. Mogę potrzebować twojej pomocy. Podobnie jak on.
Właśnie nadchodzi. Siedź na tym fotelu, doktorku, i wykaż się maksymalną
uwagą.
Wolne i ciężkie kroki, które usłyszałem na schodach i półpiętrze,
zatrzymały się przed drzwiami. Następnie usłyszałem głośne i autorytatywne pukanie.
- Proszę wejść! - powiedział Holmes.
Wszedł mężczyzna, który miał co najmniej metr dziewięćdziesiąt pięć
wzrostu, z klatką piersiową i kończynami Herkulesa. Jego strój
nadmiernie podkreślał bogactwo, co w Anglii jest traktowane jako przejaw
złego gustu. Ciężkie mankiety z karakułów były naszyte na rękawach i z przodu dwurzędowego płaszcza, a na ramionach miał ciemnoniebieską
narzutę wyłożoną jedwabiem płomienistego koloru i zamocowaną na szyi
broszą z pojedynczym płonącym berylem. Botki, które sięgały mu do połowy
łydki, były wykończone u góry bogatym, brązowym futrem, uzupełniając
wrażenie barbarzyńskiego bogactwa, sugerowanego zresztą całym jego
wyglądem. W jednej ręce trzymał kapelusz z szerokim rondem, natomiast
górną część twarzy, aż do kości policzkowych, miał zasłoniętą czarną
maską czarodzieja, którą wyraźnie włożył przed chwilą, gdyż jego druga
ręka była jeszcze podniesiona do góry, gdy wchodził. Na podstawie dolnej
części twarzy można było wnosić o jego silnym charakterze: miał wydatną
wargę i długi prosty podbródek, sugerujący zdecydowanie posunięte do
uporu.
- Czy otrzymał pan mój liścik? - spytał głębokim, chrapliwym głosem z silnym niemieckim akcentem. - Poinformowałem pana, że go odwiedzę. -
Patrzył to na jednego, to na drugiego z nas, jak gdyby nie był pewny, do
kogo ma się zwracać.
- Proszę zająć miejsce - zaprosił Holmes. - To mój przyjaciel i kolega
doktor Watson, który jest na tyle szlachetny, że często pomaga mi w prowadzeniu spraw. Z kim mam zaszczyt?
- Może pan zwracać się do mnie hrabio von Kramm. Jestem szlachcicem z Bohemii. Rozumiem, że ten dżentelmen jest człowiekiem honoru i dyskrecji
i mogę powierzyć mu kwestię największej wagi. Jeżeli nie, wolałbym
porozmawiać z panem na osobności.
Wstałem, aby odejść, ale Holmes chwycił mnie za nadgarstek i pchnął z powrotem na fotel.
- Albo obaj, albo żaden - zarządził. - W obecności tego dżentelmena może
pan powiedzieć wszystko to, co mi pan wyjawi.
Hrabia wzruszył swymi szerokimi ramionami.
- W takim razie muszę zacząć - powiedział - prosząc obu panów o dochowanie absolutnej tajemnicy przez dwa lata. Po upływie tego czasu
sprawa nie będzie miała żadnego znaczenia. Nie będzie przesadą, jeżeli
powiem, że kwestia jest takiej wagi, że może mieć wpływ na historię
Europy.
- Obiecuję - powiedział Holmes.
- I ja.
- Proszę wybaczyć tę maskę - kontynuował nasz dziwny gość. - Dostojna
osoba, która mnie zatrudnia, pragnie, aby jej przedstawiciel pozostał
wam nieznany i mogę od razu wyznać, że tytuł, jaki przybrałem, jest
jedynie pseudonimem.
- Byłem tego świadom - sucho skwitował Holmes.
- Okoliczności są niezmiernie delikatne i należy przedsięwziąć wszelkie
środki ostrożności, aby nie doszło do wielkiego skandalu i poważnej
kompromitacji jednej z rządzących rodzin. Mówiąc prościej, sprawa
dotyczy wielkiej rodziny Ormstein, potomków królów Bohemii.
- Byłem świadom także tego - zamruczał Holmes, rozsiadając się w fotelu
i zamykając oczy.
Nasz gość spoglądał z pewnym zdziwieniem na ospałą postać mężczyzny na
wpół leżącego w fotelu, który bez wątpienia został mu zareklamowany jako
najbardziej dociekliwy umysł i najbardziej energiczny agent śledczy w Europie.
Holmes powoli otworzył oczy i spojrzał niecierpliwie na swego
gigantycznego rozmówcę.
- Gdyby wasza wysokość zechciał łaskawie opisać swoją sprawę, łatwiej mi
będzie udzielić waszej wysokości rady.
Mężczyzna zerwał się z krzesła i zaczął nerwowo chodzić tam i z powrotem
po pokoju z niekontrolowanym zdenerwowaniem. Następnie z gestem
desperacji zerwał z twarzy maskę i rzucił ją na ziemię.
- Ma pan rację! - wykrzyknął. - Jestem królem! Dlaczego miałbym starać
się to ukryć?
- No właśnie, dlaczego? - zamruczał Holmes. - Wasza wysokość jeszcze nie
zaczął mówić, kiedy uświadomiłem sobie, że mam do czynienia z Wilhelmem
Gottsreichem Sigismondem von Ormstein, wielkim księciem Cassel-Felstein
i spadkobiercą króla Bohemii.
- Ale zapewne jest pan w stanie zrozumieć - powiedział nasz dziwny gość,
ponownie siadając i przyczesując włosy nad wysokim, jasnym czołem - jest
pan w stanie zrozumieć, że nie jestem przyzwyczajony do załatwiania
takich spraw osobiście. Jednakże sprawa jest tak delikatnej natury, że
nie mogłem powierzyć jej żadnemu agentowi, dając mu tym samym władzę nad
sobą. Dlatego przybyłem incognito z Pragi, aby skonsultować się z panem.
- W takim razie proszę, niechaj pan się konsultuje - zachęcił Holmes,
ponownie zamykając oczy.
- Fakty, pokrótce, wyglądają następująco: około pięciu lat temu podczas
przedłużonego pobytu w Warszawie zawarłem znajomość ze słynną
awanturnicą Ireną Adler. Nazwisko jest bez wątpienia panu znane.
- Sprawdź w wykazie moich znajomych, doktorze - zamruczał Holmes, nie
otwierając oczu. Wiele lat temu przyjął system odnotowywania wszystkich
danych dotyczących ludzi i rzeczy, tak więc trudno było podać nazwisko
jakiejś osoby, o której nie miałby żadnej informacji. W tym przypadku
przekonałem się, że jej biografia znajdowała się pomiędzy biografiami
pewnego rabina żydowskiego i kamerdynera, który napisał monografię na
temat ryb z głębin oceanów.
- Niech no pomyślę! - Holmes analizował swoje notatki. - O tak! Urodzona
w New Jersey w 1858. Kontralt, hm! La Scala, hm! Primadonna Opery
Cesarskiej w Warszawie - tak! Porzuciła scenę operową, hm! Mieszka w Londynie - coś takiego! Wasza wysokość, jak rozumiem, zaplątał się w znajomość z tą młodą osobą, napisał do niej kilka kompromitujących
listów i teraz pragnie je odzyskać.
- Dokładnie tak. Ale jak...
- Czy zostało zawarte potajemne małżeństwo?
- Nie!
- Nie ma żadnych prawnych dokumentów lub zaświadczeń?
- Nie.
- W takim razie czegoś mi tu brakuje! Jeżeli ta młoda osoba przedstawiła
jakieś dokumenty w celu szantażowania, w jaki sposób może udowodnić ich
wiarygodność?
- Charakter pisma.
- E tam! To może być fałszerstwo!
- Mój prywatny papier listowy.
- Ukradziony.
- Moja własna pieczęć.
- Podrobiona.
- Moje zdjęcie.
- Kupione.
- Ale na tej fotografii jesteśmy oboje.
- O do licha! To okropne! Wasza królewska mość naprawdę popełnił
niedyskrecję.
- Byłem szalony, niespełna rozumu.
- Skompromitował się pan w poważny sposób.
- Ale w owych czasach byłem zaledwie księciem korony. Byłem bardzo
młody. Zresztą dzisiaj mam dopiero trzydzieści lat.
- Fotografię należy odzyskać.
- Próbowaliśmy, ale bez skutku.
- Wasza królewska mość musi zapłacić. Trzeba ją wykupić.
- Nie chce jej sprzedać!
- To należy ją ukraść.
- Poczyniono już pięciokrotne starania. Dwukrotnie włamywacze przeze
mnie opłacani przeszukali jej dom. Raz ukradliśmy podczas podróży jej
bagaż. Dwa razy została zatrzymana. Nie osiągnięto żadnego wyniku.
- Żadnego śladu tego zdjęcia?
- Zupełnie nic, absolutnie żadnego.
Holmes zaśmiał się.
- To niezły problem! - powiedział.
- Bardzo poważny dla mnie! - Król zwrócił się do niego z wyrzutem.
- Rzeczywiście, bardzo. A co ona zamierza uzyskać dzięki temu zdjęciu?
- Chce mnie zrujnować!
- W jaki sposób?
- Mam się żenić.
- Słyszałem o tym.
- Z Klotyldą Lothman von Saxe-Meningen, młodszą córką króla Skandynawii.
Być może wiecie, panowie, jak bardzo ściśle ta rodzina trzyma się zasad,
a moja narzeczona to przykład największej subtelności. Cień wątpliwości
co do mojej konduity zniweczy całkowicie ten projekt.
- A Irena Adler?
- Grozi, że wyśle im tę fotografię. I to zrobi. Wiem, że to zrobi. Nie
znacie jej, ona ma stalowe nerwy. Ma twarz najpiękniejszej z kobiet, a umysł najbardziej zdecydowanego mężczyzny. Aby uniemożliwić mi
poślubienie innej, posunie się do ostateczności.
- Jest pan pewien, że jeszcze jej nie wysłała?
- Jestem pewien.
- Skąd ta pewność?
- Powiedziała, że wyśle zdjęcie w dniu, kiedy zostaną publicznie
ogłoszone zaręczyny, a to ma nastąpić w przyszły poniedziałek.
- Aha, więc mamy jeszcze trzy dni - powiedział Holmes, ziewając. - To
bardzo korzystne, ponieważ mam jedną czy dwie ważne sprawy, którymi
muszę się najpierw zająć. Wasza wysokość oczywiście pozostanie na razie
w Londynie?
- Oczywiście. Znajdzie mnie pan w Langham pod nazwiskiem hrabiego von
Kramma.
- W takim razie napiszę do pana słówko na temat postępu naszego
śledztwa.
- Bardzo proszę, niech pan to zrobi. Będę bardzo niespokojny.
- W takim razie dobrze, a co do pieniędzy?
- Ma pan carte blanche.
- Absolutnie?
- Powiem panu, że jestem gotów oddać jedną z prowincji mego królestwa,
aby odzyskać tę fotografię.
- A na bieżące wydatki?
Król wyjął spod płaszcza ciężką torbę ze skóry wielbłądziej i położył ją
na stole.
- Jest tutaj trzysta funtów w złocie i siedemset w banknotach.
Holmes wypisał pokwitowanie na arkuszu papieru listowego i wręczył
królowi.
- A adres owej pani? - zapytał.
- Briony Lodge, Serpentine Avenue, St Johns Wood.
Holmes zanotował.
- Jeszcze jedno pytanie - uzupełnił. - Czy fotografia była oprawiona?
- Tak.
- W takim razie dobranoc, wasza królewska mość. Ufam, że wkrótce będę
miał dla pana dobre wiadomości.
- Dobranoc, Watsonie - dodał, gdy koła królewskiego powozu potoczyły się
w dół ulicą. - Gdybyś zechciał pojawić się tu jutro po południu o trzeciej, z przyjemnością pogawędzę z tobą na temat tej sprawy.
2
Punktualnie o trzeciej byłem znów na Baker Street, ale Holmes jeszcze
nie powrócił. Gospodyni poinformowała mnie, że wyszedł z domu krótko po
ósmej rano. Usiadłem obok kominka z zamiarem czekania, niezależnie jak
długo mogłoby to być. To śledztwo bardzo mnie zainteresowało, gdyż -
aczkolwiek nie otaczały go żadne ponure i dziwne cechy, które zazwyczaj
wiązały się ze zbrodniami odnotowywanymi w mojej kronice - jednakże
charakter tej sprawy i niezmiernie dostojna postać naszego klienta
nadawały jej wyjątkowego zabarwienia. I w rzeczy samej, poza charakterem
śledztwa, które prowadził teraz mój przyjaciel, było także coś w jego
mistrzowskim pojmowaniu całej sytuacji i błyskotliwym, jednoznacznym
rozumowaniu, co dawało wielką przyjemność. Cieszyłem się, obserwując,
jak wykonuje pracę, śledząc jego subtelne metody, korzystając z których
rozwikływał najbardziej skomplikowane tajemnice. Byłem tak
przyzwyczajony do sukcesu, jakim zawsze kończyło się każde z jego
dochodzeń, że możliwość nieuwieńczenia sprawy pozytywnym rezultatem
nawet nie przychodziła mi do głowy.
Była prawie czwarta, kiedy otwarły się drzwi i stangret z kompletnie
pijaną miną, niechlujny, ze zmierzwionymi bokobrodami, zarumienioną
twarzą i w brudnej odzieży wszedł do pokoju. Mimo że przywykłem już do
zadziwiających umiejętności przebierania się mojego przyjaciela,
musiałem spojrzeć trzykrotnie, zanim przekonałem się, że to rzeczywiście
on. Z ukłonem znikł w sypialni, skąd wyłonił się ponownie po pięciu
minutach ubrany w tweedowe ubranie, godny szacunku jak zwykle. Włożył
ręce do kieszeni, wyciągnął nogi przed kominkiem i śmiał się serdecznie
przez kilka minut.
- No cóż, naprawdę! - wykrzyknął, a następnie znów roześmiał się i nie
mógł przestać się śmiać, aż osłabły i bezradny musiał położyć się na
oparciu fotela.
- Co się stało?
- To jest niezmiernie śmieszne. Jestem pewien, że nigdy w życiu nie
zgadniesz, co robiłem całe rano i co właśnie skończyłem.
- Nie mogę sobie tego wyobrazić. Przypuszczam, że obserwowałeś zwyczaje,
a być może także dom tej panny Ireny Adler.
- Zgadza się, ale następstwa były raczej niezwykłe. Opowiem ci.
Wyszedłem z domu nieco po ósmej jako stangret, który utracił pracę.
Wśród wszelkiego rodzaju dorożkarzy jest wspaniała współpraca i wolnomularstwo. Zostań jednym z nich, a natychmiast przekonasz się, jak
można liczyć na ich pomoc. Wkrótce znalazłem Briony Lodge. Jest to
dwupiętrowa willa - klejnocik z ogrodem z tyłu, ale wybudowana w przednim rzędzie, bezpośrednio przy ulicy. Kołatka na drzwiach w kształcie cherubina, dobrze urządzony obszerny salonik z długimi oknami
prawie do samej podłogi i tymi groteskowymi angielskimi zamknięciami,
które nawet dziecko umie otworzyć. Z tyłu nie ma nic nadzwyczajnego, z wyjątkiem tego, że do okna w przejściu można sięgnąć z górnej części
dorożki. Obszedłem dom naokoło i zbadałem dokładnie z każdej strony, ale
nie odnotowałem niczego interesującego.
Następnie udałem się w dół ulicy i, jak oczekiwałem, przekonałem się, że
w uliczce, która biegnie obok ściany ogrodu, znajduje się stajnia.
Pomogłem stajennym czyścić konie i w zamian otrzymałem dwa pensy,
szklaneczkę czegoś mocniejszego, dwie porcje tytoniu i tyle informacji,
ile zapragnąłem na temat panny Adler, nie mówiąc już o kilku innych
osobach z sąsiedztwa, którymi w najmniejszym stopniu nie byłem
zainteresowany, ale których biografii byłem także zmuszony wysłuchać.
- No i cóż tam z Ireną Adler?
- Zawróciła w głowie wszystkim mężczyznom w tej okolicy. Jest
najsmakowitszym kąskiem na tej planecie. Tak mówią ludzie zatrudnieni w stajni. Żyje spokojnie, śpiewa na koncertach, codziennie o piątej
wyjeżdża powozem i wraca punktualnie o siódmej na kolację. Rzadko
wychodzi o innych porach, z wyjątkiem dni, w których śpiewa. Jest tylko
jeden mężczyzna, który ją odwiedza, co zdarza się jednak często. Jest
ciemnowłosy, przystojny i rzuca się w oczy, zaś bywa u niej co najmniej
raz dziennie, a często dwukrotnie. Nazywa się Godfrey Norton, mieszka w Inner Temple. Widzisz, jak korzystnie być dorożkarzem, aby zyskać
zaufanie innych! Wielokrotnie wieźli go do domu z Serpentine i wszystko
o nim wiedzą. Kiedy wysłuchałem wszystkich tych opowieści, zacząłem
chodzić tam i z powrotem w pobliżu Briony Lodge i przemyśliwać plan
kampanii.
Godfrey Norton stanowi bez wątpienia istotny element w całej tej
sprawie. To prawnik. Brzmi to groźnie. Jakie stosunki ich łączą i jaki
jest cel jego powtarzających się odwiedzin? Czy ona jest jego klientką,
przyjaciółką czy kochanką? Jeżeli klientką, prawdopodobnie poruczyła
fotografię jego opiece. Jeżeli kochanką, byłoby to mniej prawdopodobne.
Od rozstrzygnięcia tej kwestii zależało, czy mam kontynuować moją pracę
w Briony Lodge, czy może zwrócić uwagę na siedzibę tego dżentelmena w Tempie. Był to delikatny punkt, który poszerzał pole mojego śledztwa.
Obawiam się, że zanudziłem cię tymi detalami, ale chcę, żebyś
przeanalizował je, aby zrozumieć sytuację.
- Śledzę pilnie twoje słowa - odpowiedziałem.
- Nadal rozważałem kwestię, kiedy do Briony Lodge podjechała dorożka, z której wyskoczył jakiś dżentelmen. Był to niezwykle przystojny mężczyzna
z orlim nosem i wąsami, wyraźnie ten, o którym dopiero co usłyszałem.
Zdawał się być w wielkim pośpiechu, krzyknął do dorożkarza, że ma
poczekać i przebiegł obok stojącej w drzwiach służącej z miną człowieka,
który czuje się tu jak u siebie w domu.
Był w środku około pół godziny i dostrzegłem go w oknach saloniku, jak
chodził tam i z powrotem, mówiąc coś w podnieceniu i machając rękoma.
Jej nie widziałem. Wreszcie wyłonił się z powrotem i tym razem był
jeszcze bardziej podniecony niż przedtem. Kiedy wsiadł do dorożki,
wyciągnął z kieszeni złoty zegarek, spojrzał na niego i wykrzyknął:
"Jedźcie co koń wyskoczy! Najpierw do Gross & Hankey's na Regent
Street, a następnie do kościoła St Monica w Edgeware Road. Dam wam pół
gwinei, jeżeli załatwimy to w ciągu dwudziestu minut". Ruszyli i zastanawiałem się właśnie, czy nie powinienem udać się za nimi, kiedy w uliczkę wjechało ładne małe lando ze stangretem z porozpinanymi
guzikami, krawatem zwieszającym się z ucha i niespiętymi elementami
uprzęży. Zaledwie lando zatrzymało się, a ona wypadła z holu i do niego
wskoczyła. Udało mi się rzucić na nią jedno spojrzenie i stwierdzić, że
jest to urocza kobieta o twarzy, dla której niejeden byłby gotów umrzeć.
"Kościół św. Moniki, John! - wykrzyknęła. - I pół suwerena, jeżeli
dotrzesz tam w ciągu dwudziestu minut".
Było to coś wspaniałego i nie mogłem stracić tego z oczu, Watsonie.
Zastanawiałem się właśnie, czy mam biec za nimi, czy wskoczyć z tyłu do
landa, kiedy ulicą nadjechała dorożka. Woźnica spojrzał z powątpiewaniem
na moje obszarpane ubranie, ale wskoczyłem do dorożki, zanim mógł się
sprzeciwić. "Kościół św. Moniki - powiedziałem - i pół suwerena, jeżeli
dotrze pan tam w dwadzieścia minut". Była dwunasta za dwadzieścia pięć i oczywiście było jasne, co się szykuje.
Moja dorożka pędziła - nie przypuszczam, żebym kiedykolwiek jechał
szybciej - ale oni dotarli tam przede mną. Dorożka i lando z parującymi
końmi stały przed bramą wejściową, kiedy płaciłem dorożkarzowi i wszedłem pośpiesznie do kościoła. W środku nie było żywej duszy, z wyjątkiem dwóch osób, które śledziłem i zdziwionego księdza, który
zdawał się prowadzić z nimi jakąś dyskusję. Wszyscy troje stali przed
ołtarzem. Przeszedłem powoli boczną nawą jako jedyny wierny w kościele.
Nagle, ku memu zdziwieniu, cała trójka przy ołtarzu zwróciła się w moją
stronę i Godfrey Norton podbiegł do mnie pędem.
- Dzięki Bogu! - wykrzyknął. - Taki ktoś wystarczy. Proszę, przyjdźcie!
Proszę, podejdźcie!
- O co chodzi? - spytałem.
- Proszę, dobry człowieku, chodźcie, to zajmie najwyżej trzy minuty, a w przeciwnym wypadku cała ceremonia będzie nieważna.
Zostałem na poły zaciągnięty do ołtarza i zanim zrozumiałem, co się
dzieje, powtarzałem już odpowiedzi, które szeptano mi do ucha i składałem zapewnienia w sprawach, o których nie miałem zielonego
pojęcia, pomagając w związaniu Ireny Adler węzłem małżeńskim z Godfreyem
Nortonem, kawalerem. Wszystko to odbyło się w ciągu jednej chwili, a już
dziękowali mi - dżentelmen z jednej strony, a dama z drugiej - podczas
gdy ksiądz uśmiechał się do mnie z przodu. Była to najbardziej
groteskowa sytuacja, w jakiej się kiedykolwiek znalazłem i na myśl o tym
nie mogłem opanować śmiechu. Zdaje się, że w ich uprawnieniu do zawarcia
związku małżeńskiego były jakieś braki formalne i dlatego ksiądz
absolutnie odmówił udzielenia im ślubu bez świadka. Moje szczęśliwe
pojawienie się uratowało pana młodego przed koniecznością szukania kogoś
innego na ulicy. Panna młoda dała mi suwerena i mam zamiar nosić go na
łańcuchu od zegarka, aby upamiętnić tę okazję.
- To bardzo nieoczekiwany zwrot sprawy - zdziwiłem się. - I co teraz?
- Cóż, doszedłem do wniosku, że moje plany są poważnie zagrożone.
Wyglądało to tak, jak gdyby para miała zamiar udać się w natychmiastową
podróż, a więc musiałem podjąć szybkie i energiczne kroki. Przy bramie
kościoła jednakże rozdzielili się. On udał się z powrotem do Temple, a ona do swego domu. "Pojadę do parku jak zwykle o piątej" - powiedziała,
opuszczając go. Nie usłyszałem nic więcej. Rozjechali się w różnych
kierunkach, a ja wziąłem się za moje przygotowania.
- A mianowicie jakie?
- Trochę zimnej wołowiny i szklankę piwa - odpowiedział, dzwoniąc. -
Byłem zbyt zajęty, aby myśleć o jedzeniu i będę jeszcze bardziej zajęty
dziś wieczorem. Przy okazji, doktorku, będę potrzebował twojej pomocy.
- Będę zachwycony.
- Nie masz nic przeciwko temu, że będziemy naruszać prawo?
- Absolutnie nie.
- Nie boisz się też, że możemy zostać aresztowani?
- Nie, gdy chodzi o słuszną sprawę.
- Sprawa jest wyborna!
- W takim razie możesz na mnie liczyć.
- Byłem pewny, że mogę na ciebie liczyć.
- Powiedz jednakże, czego po mnie oczekujesz?
- Kiedy pani Turner wniesie tacę z posiłkiem, wszystko objaśnię. Teraz -
powiedział, zwracając się łakomie w kierunku prostego posiłku, który
przyniosła gospodyni - muszę omawiać to w trakcie jedzenia, gdyż nie mam
wiele czasu. Jest prawie piąta, za dwie godziny musimy być na miejscu.
Panna, lub raczej pani Irena, powraca z przejażdżki o siódmej. Musimy
być w Briony Lodge, aby ją tam spotkać.
- I co wtedy?
- Musisz mi to zostawić. Już wiem, co ma się zdarzyć. Jest tylko jeden
punkt, co do którego muszę nalegać. Nie wtrącaj się, obojętnie, co się
stanie. Czy rozumiesz?
- Mam być neutralny?
- Nie masz zupełnie nic robić. Prawdopodobnie będą pewne nieprzyjemne
okoliczności, ale do nich się nie mieszaj. Doprowadzę do tego, że
zostanę wprowadzony do domu. Cztery lub pięć minut później zostanie
otwarte okno w salonie, masz ustawić się bezpośrednio pod nim.
- Tak.
- Masz mnie obserwować, gdyż będę widoczny.
- Tak.
- I kiedy podniosę rękę w ten sposób, wrzucisz do pokoju coś, co ci dam
i w tym samym czasie zaczniesz krzyczeć "pali się". Czy wszystko
rozumiesz?
- Całkowicie.
- To nie jest nic nadzwyczajnego - stwierdził, wyciągając z kieszeni
długie zawiniątko w kształcie cygara - to zwykła rakieta dymna
hydraulika, która z obu stron ma zamknięcie i która sama się zapala.
Twoje zadanie ogranicza się do tego, co powiedziałem. Kiedy zaczniesz
krzyczeć, że się pali, przechodnie będą ci wtórować. Wtedy odejdź dalej
i zaczekaj na rogu ulicy, a ja przyłączę się wkrótce do ciebie. Mam
nadzieję, że wszystko jest jasne?
- Mam pozostać neutralny, podejść blisko do okna, przyglądać się tobie,
a na sygnał rzucić ten przedmiot, potem wszcząć alarm z powodu pożaru i zaczekać na ciebie na rogu ulicy.
- Zgadza się.
- W takim razie oświadczam, że możesz całkowicie na mnie polegać.
- Doskonale, myślę, że pora, żebym poszedł przygotować się do nowej
roli, jaką mam do odegrania.
Znikł w sypialni i powrócił kilka minut później jako miły, dobroduszny
ksiądz. Miał szeroki, czarny kapelusz, wypchane spodnie, białą koloratkę
i miły uśmiech, a także ogólny wyraz dobrodusznego zaciekawienia.
Wszystkie te cechy nadawałyby się idealnie dla Johna Hare. Sprawa nie
polegała tylko na tym, że Holmes zmienił swoje ubranie. Jego wyraz
twarzy, maniery i cała dusza zdawały się zmieniać wraz z przebraniem do
nowej roli. Scena teatralna utraciła wspaniałego aktora, podobnie
zresztą jak nauka, tracąc wybitnego myśliciela, gdy został specjalistą w sprawach zbrodni.
Kwadrans po szóstej wyszliśmy z Baker Street, a gdy znaleźliśmy się na
Serpentine Avenue, brakowało jeszcze dziesięciu minut do wyznaczonej
godziny. Było już mroczno i zapalano lampy, gdy chodziliśmy tam i z powrotem przed Briony Lodge, czekając na powrót lokatorki. Dom był taki,
jak wyobraziłem go sobie na podstawie opisu Sherlocka Holmesa, ale
miejsce zdawało się być mniej sekretne, niż oczekiwałem. Wręcz
przeciwnie - jak na małą uliczkę w spokojnym sąsiedztwie - było
niezwykle ożywione. Na rogu stała grupa nędznie ubranych mężczyzn,
którzy palili papierosy i śmiali się, obok człowiek z ostrzałką oferował
ostrzenie nożyc, dwóch strażników flirtowało z pielęgniarką, a kilku
dobrze ubranych młodych mężczyzn spacerowało tam i z powrotem z cygarami
w ustach.
- Widzisz - zauważył Holmes, kiedy spacerowaliśmy przed domem - ten
związek małżeński raczej ułatwia sprawę. Fotografia staje się w tej
chwili bronią obosieczną. Istnieje prawdopodobieństwo, że ona będzie
bała się pokazać ją panu Godfreyowi Nortonowi, podobnie jak nasz klient
nie chce, aby spoczął na niej wzrok księżniczki. Teraz powstaje pytanie,
gdzie możemy znaleźć tę fotografię?
- No, naprawdę, gdzie?
- Zupełnie nieprawdopodobne, żeby nosiła ją ze sobą. Jest to fotografia
oprawiona, zbyt duża, żeby ją łatwo ukryć pod damską suknią. Pani Adler
wie też, że król może kazać ją zatrzymać i przeszukać. Podjęto już dwie
próby, możemy więc uznać, że nie nosi jej przy sobie.
- W takim razie gdzie ją przechowuje?
- U swojego bankiera lub prawnika? Takie są dwie możliwości, ale myślę,
że żadna z nich tu się nie sprawdzi. Kobiety ze swojej natury starają
się ukrywać sekrety i lubią robić to na własną rękę. Dlaczegóż miałaby
przekazać tę fotografię komuś obcemu? Na pewno może zaufać samej sobie,
ale nie ma gwarancji, czy ktoś nie wywrze pośredniego lub politycznego
wpływu na takiego człowieka biznesu. Ponadto pamiętaj, że zdecydowała
się użyć fotografii za kilka dni, musi więc znajdować się ona w miejscu
łatwo dostępnym. Na pewno jest w jej własnym domu.
- Ale już dwukrotnie tam się włamano!
- Ee tam! Nie wiedzieli, jak szukać.
- A ty jak chcesz ją znaleźć?
- Nie będę szukał.
- W takim razie co masz zamiar zrobić?
- Zmuszę ją, żeby mi ją pokazała.
- Ale ona odmówi.
- Nie będzie w stanie. Słyszę turkot kół. To jej powóz. Teraz spełnij co
do joty moje rozkazy!
Gdy to mówił, zza rogu alei pojawił się blask bocznych lamp powozu. Było
to małe, eleganckie lando, które z turkotem zatrzymało się przed bramą
Briony Lodge. Kiedy stanęło, jeden z mężczyzn stojących na rogu rzucił
się, aby otworzyć drzwi z nadzieją, że zarobi miedziaka, ale został
odepchnięty przez innego z nierobów, który podskoczył do powozu z tym
samym zamiarem. Wybuchła gwałtowna sprzeczka, którą spotęgowała reakcja
dwóch strażników. Wzięli oni stronę jednego z nierobów, zaś człowiek
ostrzący noże z równą gorliwością przyłączył się do drugiej strony. Ktoś
kogoś uderzył i w jednym momencie dama, która wysiadła ze swego powozu,
stała się centrum spięcia wśród zarumienionych walczących mężczyzn,
którzy dziko okładali się pięściami i laskami. Holmes wpadł w tłum, aby
ją ochronić, ale kiedy dotarł do niej, wydał okrzyk i upadł na ziemię, a po jego twarzy płynęła krew. Na widok tego upadku strażnicy i nieroby
rozpierzchli się. Jacyś dobrze ubrani przechodnie, którzy przyglądali
się bójce, nie uczestnicząc w niej, pośpieszyli, aby pomóc damie i zająć
się okaleczonym mężczyzną. Irena Adler, którą będę nadal tak nazywać,
pośpiesznie poszła po schodach, ale stanęła na ich szczycie, prezentując
swą postać na tle świateł w holu, i zerknęła z powrotem na ulicę.
- Czy ten nieszczęsny dżentelmen odniósł poważne obrażenia? - spytała.
- Nie żyje! - krzyknęło kilka głosów.
- Nie, nie, jeszcze żyje! - sprzeciwił się ktoś inny.
- Ale umrze, zanim dotrze do szpitala!
- To dzielny człowiek - powiedziała jakaś kobieta.
- Ukradliby pani torebkę i zegarek, gdyby nie on, to był gang i to
bezlitosny! Och, oddycha!
- Nie może tak leżeć na ulicy - czy możemy go wnieść do środka, proszę
pani?
- Oczywiście. Wnieście go do saloniku, mamy tutaj wygodną sofę. Tędy
proszę!
Powoli, uroczyście wniesiono go do Briony Lodge i położono w głównym
pokoju, a ja nadal obserwowałem rozwój wydarzeń z mojego stanowiska przy
oknie. Zapalono lampy, ale zasłony nie zostały zaciągnięte, więc
widziałem Holmesa leżącego na kanapie. Nie wiem, czy miał wyrzuty
sumienia z powodu roli, jaką odgrywał w tej chwili, za to ja nigdy nie
czułem się tak zawstydzony jak w momencie, gdy zobaczyłem, jak ta piękna
osoba, przeciwko której konspirowałem, z gracją i serdecznością opiekuje
się rzekomym rannym. Jednakże rozumiałem, że popełniłbym największą
nielojalność wobec Holmesa, gdybym teraz wycofał się z roli, którą mi
powierzył. Kazałem więc zamilknąć wyrzutom sumienia i wyciągnąłem
rakietę dymną z kieszeni.
- W końcu - pomyślałem - nie mamy zamiaru zrobić jej krzywdy, jedynie
nie dopuszczamy, aby to ona kogoś skrzywdziła.
Holmes usiadł na kanapie i zauważyłem, że wykonuje gesty człowieka,
któremu brak powietrza. Jakaś służąca rzuciła się do okna i je otwarła.
W tej samej chwili zobaczyłem, jak Holmes podnosi rękę i na ten sygnał
rzuciłem rakietę do pokoju z krzykiem "pali się!". Ledwo wydałem z siebie ten dźwięk, kiedy cały tłum widzów - dobrze ubranych i źle
ubranych dżentelmenów, stajennych i służących - podchwycił moje
ostrzeżenie, krzycząc "pali się!", "pożar!". Gęste chmury dymu
wydobywały się z pokoju przez otwarte okno. Zauważyłem pędzące postacie
i moment później usłyszałem głos Holmesa, zapewniającego, że to fałszywy
alarm. Uciekając przez wrzeszczący tłum, pośpieszyłem na róg ulicy i dziesięć minut później z radością ujrzałem obok siebie mego przyjaciela,
po czym razem uciekliśmy z tego miejsca kompletnego chaosu. Szliśmy
szybko w ciszy przez kilka minut, aż zeszliśmy w dół jednej ze
spokojnych uliczek, które prowadzą bezpośrednio do Edgeware Road.
- Doskonale sobie poradziłeś, doktorku - zauważył. - Nikt nie zrobiłby
tego lepiej. Fantastycznie!
- Czy masz fotografię?
- Wiem, gdzie się znajduje.
- Jak się dowiedziałeś?
- Pokazała mi, jak przewidywałem.
- Zupełnie tego nie rozumiem.
- Nie chcę robić z tego tajemnicy - powiedział, śmiejąc się. - Sprawa
była perfekcyjnie prosta. Oczywiście wiedziałeś, że wszyscy obecni na
ulicy to moi ludzie? Wszystkich zaangażowałem na ten wieczór.
- Oczywiście, że to odgadłem.
- Potem, kiedy zaczęła się kłótnia, miałem w dłoni małą, czerwoną farbę.
Rzuciłem się do przodu, upadłem, przycisnąłem dłoń do twarzy i stąd
pochodził ten wzbudzający współczucie obraz. To stary trik.
- To też odgadłem.
- Następnie wnieśli mnie do środka. Musiała mnie przyjąć. Cóż innego
mogła zrobić? I wniesiono mnie do saloniku, który jest tym właśnie
pokojem, w którym - jak podejrzewałem - ukryto fotografię. Znajduje się
pomiędzy tym pokojem i jej sypialnią. Zdecydowałem się to sprawdzić.
Położyli mnie na kanapie, zasugerowałem, że brak mi tchu, więc musieli
otworzyć okno i wtedy nadeszła twoja szansa.
- W jaki sposób ci to pomogło?
- To było bardzo ważne. Kiedy kobieta widzi, że jej dom staje w płomieniach, instynkt podpowiada jej, że musi pośpiesznie ratować rzecz,
która ma dla niej największą wartość. Jest to impuls, którego nie da się
pokonać i nieraz już go wykorzystałem. Było to dla mnie bardzo przydatne
w przypadku skandalu Darlingtona, podobnie jak w sprawie Arnsworth
Castle. Matka łapie wtedy swoje dzieciątko, panna chwyta klejnoty.
Zdawałem sobie sprawę, że nasza dama w domu nie ma niczego, co byłoby
dla niej cenniejsze niż przedmiot, którego poszukujemy. Na pewno rzuci
się, aby go ratować. Alarm pożarowy został doskonale odegrany, dym i krzyki wystarczyłyby, aby wstrząsnąć stalowymi nerwami. Pięknie
zareagowała. Fotografia jest we wnęce za przesuwnym panelem, tuż powyżej
prawego sznura od dzwonka. Irena Adler znalazła się tam w jednym
momencie i zauważyłem zdjęcie, kiedy prawie je stamtąd wyrwała. Kiedy
krzyknąłem, że to fałszywy alarm, odłożyła je z powrotem na miejsce,
spojrzała na dymną rakietę, wypadła z pokoju i więcej już jej nie
widziałem. Wstałem i, przepraszając, uciekłem z jej domu. Zawahałem się,
czy spróbować zabezpieczyć natychmiast tę fotografię, ale dorożkarz
wszedł do środka i patrzył na mnie podejrzliwie, więc uznałem, że
bezpieczniej będzie poczekać, nadmierny pośpiech mógłby wszystko
zrujnować.
- A teraz? - spytałem.
- Nasze śledztwo jest praktycznie zakończone. Jutro złożę jej wizytę
wraz z królem i oczywiście z tobą, jeżeli zechcesz. Wprowadzą nas do
salonu, gdzie każą poczekać na damę. Ale jest bardzo prawdopodobne, że
kiedy się pojawi, nie znajdzie już ani nas, ani fotografii. Być może
satysfakcję jego królewskiej wysokości sprawi fakt, że odzyska ją
własnymi rękoma.
- Kiedy ją odwiedzisz?
- Jutro o ósmej rano. O tej porze nie będzie jeszcze na nogach, tak więc
będziemy mieli otwartą drogę. Musimy się spieszyć, ponieważ to
małżeństwo może oznaczać całkowitą zmianę w jej życiu i zwyczajach.
Bezzwłocznie wysyłam telegram do króla.
Dotarliśmy na Baker Street i zatrzymaliśmy się przy drzwiach. Holmes
przeszukiwał kieszenie, aby znaleźć klucz, kiedy ktoś przechodząc,
powiedział:
- Dobranoc, panie Sherlocku Holmes.
O tej porze na chodniku było kilka osób, ale pozdrowienie nadeszło od
szczupłego młodzieńca w surducie, który pośpiesznie przeszedł obok nas.
- Już słyszałem gdzieś ten głos - powiedział Holmes, patrząc w oświetloną ulicę. - Teraz zastanawiam się, kto to, do diabła, może być.
3
Spałem tej nocy na Baker Street i konsumowaliśmy naszą ranną kawę z grzanką, kiedy król Bohemii wpadł do pokoju.
- Naprawdę pan ją przechwycił?! - krzyknął, chwytając Sherlocka Holmesa
za ramiona i patrząc z nadzieją w jego twarz.
- Jeszcze nie.
- Ale ma pan nadzieję?
- Mam nadzieję.
- W takim razie chodźmy! Nie mogę się doczekać!
- Musimy mieć dorożkę.
- Nie, mój powóz czeka.
- W takim razie to uprości sprawę. - Zeszliśmy i wyruszyliśmy jeszcze
raz do Briony Lodge.
- Irena Adler wyszła za mąż - zauważył Holmes.
- Za mąż? Kiedy?
- Wczoraj.
- Za kogo?
- Za angielskiego prawnika o nazwisku Norton.
- Ale to niemożliwe, żeby go kochała!
- Mam nadzieję, że tak.
- A dlaczego ma pan nadzieję?
- Ponieważ to oszczędziłoby waszej królewskiej mości wszelkich obaw co
do przyszłości. Jeżeli ta dama kocha swego męża, nie kocha waszej
królewskiej wysokości, jeżeli nie kocha pana, w takim razie nie ma już
powodu, aby mieszać się w pana plany matrymonialne.
- To prawda. A mimo to, cóż! Żałuję, że nie należy do mego stanu! Cóż to
byłaby za królowa! - Popadł w ponure milczenie, którego nie przerwał, aż
dotarliśmy do Serpentine Avenue.
Drzwi Briony Lodge były otwarte, a na schodach stała starsza kobieta.
Patrzyła na nas sardonicznym wzrokiem, kiedy wysiadaliśmy z powozu.
- Pan Sherlock Holmes, jak przypuszczam - powiedziała.
- Tak, to ja - odpowiedział mój towarzysz, patrząc na nią pytającym i raczej zaszokowanym spojrzeniem.
- Rzeczywiście! Moja pani uprzedziła mnie, że prawdopodobnie pan się
wkrótce stawi. Wyjechała dziś rano ze swoim mężem pociągiem o piątej
piętnaście z Charing Cross, udając się na kontynent.
- Co?! - Sherlock Holmes zachwiał się do tyłu i aż pobladł ze smutku i zdziwienia. - Czy mam rozumieć, że wyjechała z Anglii?
- I nie ma zamiaru nigdy tu powrócić!
- A papiery?! - spytał chrapliwie król i dodał: - Wszystko stracone.
- Zobaczymy - odepchnąwszy służącą, Holmes wpadł do salonu, a za nim
król i ja. Meble były porozrzucane na wszystkie strony, usunięto półki,
wysunięto szuflady, jak gdyby dama w pośpiechu wszystkie je przeszukała,
zanim zdecydowała o ucieczce. Holmes podbiegł do taśmy dzwonka, odsunął
małą, wysuwaną pokrywkę, włożył do środka dłoń, wyciągnął zdjęcie oraz
list. Zdjęcie przedstawiało Irenę Adler w wieczorowej sukni, a list był
zaadresowany do "Jaśnie Wielmożnego Sherlocka Holmesa - nie wydawać,
dopóki się nie stawi". Mój przyjaciel rozdarł kopertę i wszyscy trzej
przeczytaliśmy list razem. Został opatrzony datą poprzedniego wieczoru i miał następującą treść:
Mój drogi Panie Sherlocku Holmes.
Naprawdę rozegrał Pan to wspaniale, całkowicie uwierzyłam w Pana
przedstawienie. Dopiero po alarmie pożarowym nabrałam podejrzeń, ale
kiedy zorientowałam się, że ujawniłam skrytkę, zaczęłam zastanawiać się.
Ostrzegano mnie przed Panem kilka miesięcy wcześniej. Powiedziano mi, że
jeżeli król zaangażuje agenta, będzie nim z pewnością Pan i dano mi
Pański adres. A mimo to dzięki swym sztuczkom zdołał Pan zmusić mnie do
wyjawienia prawdy, którą chciał Pan poznać. Gdy nabrałam podejrzeń, nie
mogłam pomyśleć źle o takim miłym, starym księdzu, ale wie Pan, szkolono
mnie samą na aktorkę. Przebranie za mężczyznę nie jest dla mnie niczym
nowym, często korzystam ze swobody, jaką to mi daje. Wysłałam Johna -
dorożkarza, aby Pana śledził, pobiegłam po schodach, przebrałam się w męski strój do spaceru i zeszłam na dół w momencie, kiedy Pan odchodził.
Cóż, poszłam za Panem aż do drzwi Pańskiego mieszkania i w ten sposób
upewniłam się, że jestem rzeczywiście przedmiotem zainteresowania
słynnego Sherlocka Holmesa. Wtedy dość nierozsądnie powiedziałam Panu
"dobranoc" i wyruszyłam do Temple na spotkanie z moim mężem. Oboje
uznaliśmy, że najlepszą metodą będzie ucieczka, skoro jestem ścigana
przez tak wspaniałego antagonistę, tak więc kiedy pojawi się Pan tutaj
jutro, gniazdko będzie puste. Co do fotografii, Pański klient może być
spokojny. Kocham i jestem kochana przez mężczyznę dużo lepszego niż on.
Król może teraz robić, co zechce bez żadnych problemów ze strony osoby,
którą tak okrutnie skrzywdził. Zachowuję to zdjęcie jedynie dla
zabezpieczenia - jako broń, która zawsze będzie mnie chronić przed
ewentualnymi krokami, jakie on mógłby podjąć w przyszłości. Zostawiam w zamian fotografię, którą być może zechce zatrzymać.
I pozostaję, drogi Panie Sherlocku Holmes, z wyrazami szacunku
Irena Norton, z domu Adler.
- Cóż za kobieta, och, cóż za kobieta! - krzyknął król Bohemii, kiedy
wszyscy trzej przeczytaliśmy ten list. - Czyż nie mówiłem wam, jak
błyskotliwą i rezolutną jest osobą? Czyż nie byłaby z niej wspaniała
królowa? Czyż to nie szkoda, że nie jest odpowiedniego dla mnie stanu?!
- Z tego, co dowiedziałem się o tej damie, wydaje się ona być stanu
bardzo różniącego się od stanu jego królewskiej mości - powiedział
chłodno Holmes. - Przepraszam, że nie zdołałem doprowadzić sprawy do
bardziej udanego zakończenia.
- Wręcz przeciwnie, mój drogi panie - wykrzyknął król - to największy
sukces, jaki mógł pan osiągnąć! Wiem, że ona nigdy nie złamie danego
słowa. Fotografia jest teraz równie bezpieczna, jak gdyby znalazła się w ogniu.
- Cieszę się, że słyszę te słowa z ust waszej królewskiej mości.
- Jestem bardzo zobowiązany wobec pana. Proszę podać, w jaki sposób mogę
pana wynagrodzić. Ten pierścień? - zdjął pierścień ze szmaragdowym wężem
i zaoferował go na otwartej dłoni.
- Wasza królewska mość ma coś, co ceniłbym bardziej - powiedział Holmes.
- Wystarczy, żeby pan powiedział.
- Tę fotografię!
Król spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Fotografię Ireny?! - krzyknął. - Oczywiście, jeżeli pan sobie życzy.
- Dziękuję, wasza królewska mość. A ponieważ nic więcej już nie mamy do
zrobienia, mam zaszczyt życzyć panu udanego ranka. - Pochylił się i odwrócił, nie zauważywszy dłoni, którą król do niego wyciągnął. Razem
udaliśmy się do mieszkania na Baker Street. I oto w taki sposób skandal,
który groził królestwu Bohemii, został zażegnany, zaś wspaniale
opracowane plany pana Sherlocka Holmesa zostały zniweczone przez sprytną
kobietę. Bardzo bawił go spryt kobiet, ale ostatnio jakby poniechał
kąśliwych uwag na ten temat, a kiedy mówi o Irenie Adler, albo kiedy
powołuje się na jej fotografię, zawsze stosuje zaszczytny tytuł - "ta
kobieta".