Przygody podmiotu - Błażej Gębura

Kup ebooka

14.05 zł
11.66 zł (11,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ślub

Zaproszenia się nie spodziewałem, ale być może w świecie istniała jakaś tajemna równowaga i właśnie rekompensowano mi wszystkie te ceremonie, na których nikt nie chciał mnie widzieć. Tymczasem pociąg wjeżdżał w puste rejony. Oczywiście, jeśli nie liczyć budynków, które jakby nie mogąc się zdecydować, zastygały w formie pośredniej pomiędzy domkiem mieszkalnym a siedzibą małego przedsiębiorstwa. Wszystko zdawało się tu czekać na jakieś decydujące słowo. Nawet gołębie, które chybotały się na linii wysokiego napięcia.

Miałem wrażenie, że to ostatnie w niewytłumaczalny sposób udziela się również mnie. Z tego względu obracałem w myślach nazwę miejscowości, ale ona (podobnie jak cały skład) drgała konwulsyjnie i w efekcie niczego nie wywnioskowałem. Kolejne podejście spełzło na niczym, bo tym razem słowo zjeżyło się jak kot, w obawie przed moją ciekawością. Źródło tej ogólnej nerwowości pozostawało niejasne, a przecież nie dojechałem jeszcze na miejsce. Czego się spodziewać na samym ślubie, skoro byłem zupełnie sam? Zabrakło mi czasu, żeby dobrze się nad tym zastanowić.

Lokalne niebo ujawniło się; szare i nieokreślone. Na jego tle biegłem teraz przez place i ulice miasteczka, zwodzony przez mieszkańców topograficznie nieprecyzyjnymi wskazówkami. Wieża kościelna to pojawiała się na ułamek sekundy, to nikła w gąszczu słupów elektrycznych. Zwątpiłem w to, że będę na czas. I właśnie wtedy dostrzegłem murowane ogrodzenie, chroniące w swym obrębie odświętnie ubranych ludzi. Wpatrywali się w dwie, czarno-białe figurki przy ołtarzu, które recytowały krótką formułę. Używając jej jak pieczątki, podstemplowały właśnie nowy stan rzeczy. Stało się.

**

Ktoś, dawny znajomy, moknął jako czarna postać w niespodziewanym deszczu. Zauważyłem tę scenę w ostatnim momencie, z perspektywy tylnego siedzenia. Samochód szybko się oddalał, więc nie mogłem odgadnąć, czy rozmyta twarz wyrażała żal, że się nie zatrzymaliśmy, czy tylko zwykłe zaskoczenie spowodowane nagłym załamaniem pogody. Pomyślałem, że powinienem coś zrobić, ale było już za późno. Ociekająca wodą figurka właśnie zniknęła za najbliższym zakrętem.

Jasne, że sytuacja w środku też była do pewnego stopnia niewygodna: wracać z ludźmi, których słabo się zna, a do tego spostrzec, że stosunki pomiędzy nimi są mocno napięte. Obawiałem się, że pojazd rozleci się od ich sprzecznych oczekiwań. Każde z nich patrzyło w inną stronę, uznając za dobry wybór te zjazdy z autostrady, których nie dało się pogodzić. Z tego powodu byłem zmuszony podtrzymywać rozmowę, która - mimo znacznych wysiłków - rwała się jak kawałek przesiąkniętego wodą papieru. Rozluźniłem się trochę, gdy wymienialiśmy niezobowiązujące uwagi na temat uroczystości a za oknami miejska zabudowa dawała o sobie znać coraz częściej.

Ja jednak uporczywie myślałem o ludziach-figurkach zebranych przed kościołem. Była to dość spora kolekcja, ale każdy z gości został wykonany z dbałością o detal, w skali jeden do jednego, choć w dość ograniczonej palecie kolorów. Film drogi za szybą osiągnął napisy końcowe; dojechaliśmy na miejsce. Spojrzałem na współtowarzyszy podróży i zrozumiałem swój błąd. Oni też stanowili część tej potężnej plamy barwnej. Nie należało jej lekceważyć. Pod żadnym pozorem.

Darmowy fragment