Przygody Plastusia - Maria Kownacka

Kup ebooka

8.53 zł
6.99 zł (8,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na wsi jest wesoło

Nie wiem, czy wszystkie dzieci lubią podróżować - bo my z Tosią i Jackiem to bardzo lubimy!

Zaraz po Nowym Roku pojechaliśmy na wieś do jednej Tosinej siostry ciotecznej, Hani.

Pojechał piórnik, no i ja, ma się rozumieć, bo Tosia miała tam odrabiać lekcje zadane na po świętach, a bez nas nie dałaby rady.

Jechaliśmy najpierw tramwajem, potem koleją, potem autobusem, a wreszcie końmi.

W tramwaju, pociągu i autobusie cały czas wyglądaliśmy przez okno.

To bardzo zabawne patrzeć, jak za oknem drzewa, domy, ludzie, płoty - wszystko miga i ucieka do tyłu!

Tylko jak był tunel, zrobiło się czarno i trzeba było odejść od okna.

A kiedyśmy wreszcie dostali się na sanie, to siedzieliśmy na przednim siedzeniu przy tatusiu Hani. Janczarki dzwoniły wesoło i raźno: dryń... dryń... dryń!

Jacek powoził - trzymał lejce, a ja mu pomagałem.

Na wsi jest ślicznie i wesoło! Domy nie takie ogromne jak w Warszawie, ale jest za to dużo nieba, drzew, śniegu, a jak świeci słońce, to cały dzień biega się po dworze i fika koziołki z saneczek w puch śniegowy.

Są też tam bardzo dziwne zwierzęta z rogami - nazywają się krowy i kozy i dają mleko do wiaderek. Jeszcze takich rogatych zwierząt nie widziałem. Jedna koza beczała, trzęsła brodą i chciała mnie połknąć, ale Tosia nie dała.

A w osobnej zagrodzie znowu chrząkają takie śmieszne tłuściochy - jeszcze grubsze od gumy-myszki - na krótkich nogach, z ogonkiem jak sznurek, zawiązanym w pętelkę! One się nazywają - świnie.

Żywych jeszcze nigdy nie widziałem, ale w szkole dzieci nieraz je lepiły z plasteliny i robiły z żołędzi.

Pocieszne też są białe gęsi w żółtych łapciach i czarne indyki w czerwonych kapturkach, z koralami pod szyją.

Ale najbardziej ze wszystkiego to mi się podobał taki mały teatr za oknem. Akurat jak dla mnie i dla gumy-myszki! Ma on dach ze świerkowych gałązek, podparty kołkami, ale skaczą w nim i podrygują wcale nie kukiełki, jak u nas w szkole, tylko - ptaki! Najwięcej przylatuje wróbli, moich dobrych znajomków z Warszawy.

Gwałtu narobią zawsze i naśmiecą dookoła, że aż strach!

Hania wcale nie lubi, jak przylatują te zabijaki.

Ale co za radość i przedstawienie, kiedy przylecą sikorki!

Chyba nawet w cyrku takich sztuk nie potrafią!

Sikorka, przyczepiona mocno pazurami do patyka, potrafi z niego coś wyjadać, wisząc do góry nogami, i oprócz tego kręci się razem z tym patykiem jak bąk w kółeczko.

Istne cuda!

Żołędziowa czapeczka

- Popatrz, gumo-myszko - powiadam - jakie one, te sikory, mają prześliczne szafirowe bereciki!

Guma-myszka zerknęła na sikorki i aż usiadła z przejęcia.

- Ach, Plastusiu, Plastusiu, Tosia musi ci zrobić taką czapeczkę! Zobaczysz, jak ci będzie w niej pięknie!

"Rzeczywiście - myślę sobie - mama zrobiła Tosi czerwoną czapkę z włóczki, żeby miała na saneczki, a Jackowi zieloną na narty; sikory do wyprawiania sztuk za oknem mają szafirowe, a ja, Plastuś, nie mam mieć żadnej?! Zawsze tylko tą łysą głową mam świecić? Przecież teraz zima! Ja też jeżdżę z dziećmi na nartach i na sankach - i czapkę muszę mieć koniecznie!"

Usiadłem sobie przy piórniku - czekam na Tosię i myślę sobie, jak by ją ładnie poprosić o czapkę; a tu jej jak nie ma, tak nie ma!

- Dokąd ona poszła, ta Tośka, beze mnie?

Guma-myszka piszczy mi nad uchem:

- A może ona już wyjechała, ta nasza Tosia?

- Nie przeszkadzaj, piszczko, bo ja sobie właśnie układam, jak Tosię poprosić o czapkę!

- No i już ułożyłeś?

- Ułożyłem! Posłuchaj.

Tosiu, zima to nie żarty!

Plastuś czapki chce na narty!

Ulituj się odrobinę,

daj mi czapkę na łysinę!

- Och, jak ty to pięknie ułożyłeś! - zapiszczała guma-myszka. - Na pewno czapkę dostaniesz!

W tej samej chwili drzwi się otworzyły i wbiegły do pokoju Tosia i Hania, obie zaróżowione i uśmiechnięte. Już się wyprostowałem i nawet usta otworzyłem, żeby powiedzieć swój wierszyk, a tu nagle Tosia podbiega do mnie i woła:

- Plastusiu kochany, mam dla ciebie niespodziankę! O, widzisz?! - i wyjmuje z kieszeni kożuszka pełną garść jakichś małych, szarych miseczek.

- Czy wiesz, co to jest takiego? To żołędziowe miseczki! Wiesz, w każdej takiej miseczce siedziała sobie żołądź, ale ją posadzili do ziemi i wyrośnie z niej dąb - takie wielkie, zielone drzewo! I to drzewo znowu będzie rodziło żołędzie!

- Ja znam żołędzie! - przypomniałem sobie. - W szkole robiliśmy z nich świnki!

- A te miseczki po żołędziach dała nam jedna dziewczynka i wiesz, co z nich zrobimy? Dla ciebie czapeczkę! Nie możesz chodzić z gołą głową w taki mróz!

Aż mnie zamroczyło z radości - usiadłem, a guma-myszka pisnęła:

- Ojejej! Plastusiu, co będzie z wierszykiem?

A Tosia i Hania już mi przymierzały po kolei żołędziowe miseczki.

- Patrz, wygląda zupełnie jak narciarz z tym chwościkiem na czubku!

- Ta czapeczka najlepsza! Mocno siedzi na głowie!

- No, przejrzyj się, Plastusiu, w stalówce!

Przejrzałem się i aż podskoczyłem z radości. Wyglądałem wspaniale i tak zadzierżyście, że aż wszyscy z piórnika nosy powysadzali, żeby mnie zobaczyć.

- No, teraz, Plastusiu, będziesz mógł z nami biegać po dworze! - zawołała Hania.

- A podobno, jeśli ktoś nosi czapkę z żołędziowej miseczki, ten rozumie, co mówią drzewa i zwierzęta - ale nie wiem, czy to prawda - powiedziała Tosia.

- No i co teraz będzie z tym wierszykiem? - lamentowała guma-myszka.

- Nic, wpiszemy go do pamiętnika. Już ona taka zawsze, ta moja Tosia! Wszystko zawsze zrobi, co trzeba, zanim ją zdążę poprosić.

Przygoda w ptasiej gospodzie

I znowu nastał piękny, słoneczny dzień.

Siedzę sobie na oknie, w mojej ślicznej, żołędziowej czapce, przy mnie stoi piórnik, a okno jest uchylone, żeby było świeże powietrze w mieszkaniu. Za szybą uwijają się ptaki wokoło swojej gospody; bo to wcale nie jest teatrzyk, tylko karmnik - to, co stoi za oknem!

Hania wymiotła ptasią gospodę, nasypała tam kaszy i różnych nasion i poszła z Tosią na saneczki.

Spróbowałem tych nasion. Wziąłem do ust, ale czym prędzej wyplułem. Brrr! - twarde, suche, cierpkie! Za nic nie chciałbym tego jeść! Dziwne gusty mają te ptaszyska. Ale jeżeli im to smakuje, to niech sobie jedzą!

Właśnie do gospody zleciały wróble - młócą kaszę, że aż pryska na wszystkie strony. A gwałtu! A ćwierkaniny! Aż pióro wytknęło stalówkę z piórnika, żeby zobaczyć, co się dzieje.

- Zamiast się gapić - powiadam do niego grzecznie - lepiej byś to wszystko ładnie opisało, co się za oknem dzieje!

Ale pióro bardzo się obruszyło i zgrzytnęło stalówką:

- Pióro pisać poradzi, gdy je Tosia prowadzi!

- Żebyś było mądre pióro, tobyś samo pisało - ale rozumu masz za mało!

My się tu sprzeczamy na dobre, guma-myszka nie wie, jak nas godzić, aż tu nagle - frrr! nasze wróble rozsypały się na wszystkie strony, jakby je kto z przetaka wysypał! A do gospody wpadł duży, pstry jak pajac ptak - z dziobiskiem jak nasz najgrubszy ołówek i z czerwoną czapką na głowie. Poznałem go od razu z obrazka w książce i wołam:

- Dzięciole! Dzięciole! Skąd masz czapkę na czole? Dzięciole, czy wiesz, ja mam czapkę też! - I poklepałem się po głowie.

Ale on ani myśli odpowiadać, tylko dalejże grzmoci dziobem po karmniku, a siemię konopne łyka całym gardłem!

A tu tymczasem wróble i sikory gwałt robią na brzozie.

Ćwirrr! Ćwirrr! Dzięciole, rozbójniku!

Zjesz nam konopie w karmniku!

Niech się stąd dzięcioł wyniesie!

Ma szyszek - ćwirrr-ćwirrr - dość w lesie!

Ale dzięcioł nic a nic sobie z tego nie robi. Połknął wszystkie konopie, do ostatniego ziarnka, potem podziobał - łup-cup-cup! - deski karmnika, z góry, z dołu, jakby chciał sprawdzić, czy mocne, krzyknął bojowo:

- Kik!... Kik!... - i furrrknął w las.

Ledwo dzięcioł się wyniósł, a tu nie wiadomo skąd sfrunęły znowu do ptasiej gospody zabawne, czubate sikorki, mało co większe od gumy-myszki, i dalejże po gospodzie się uwijać!

Zapatrzyliśmy się z piórem i gumą na to widowisko, a tu nagle - hop! wskakuje lekuchno na parapet Maciek, tutejszy kot.

Oczy mu się świecą, sierść najeżona; podkrada się i cichutko łapą otwiera uchylone okno.

Krzyknąłem ile siły:

- Maciek! A psssik! Poszedł stąd! Wynocha!

Ale on wcale nie zwraca na mnie uwagi i już się wkrada na murek za oknem - jeszcze jeden skok i porwie wesolutką sikorkę z czubkiem!

Niedoczekanie! Niewiele myśląc - cap! ja kota za ogon!

- Stój, łotrzyku jeden! Ani kroku dalej!

Ale on, wstrętne kocisko, tylko fajtnął ogonem, a ja jak wystrzelony z procy przeleciałem mu nad głową i - siuuup! - runąłem w dół, gdzieś bardzo nisko i głęboko, i utknąłem głową w czymś mokrym, zimnym i sypkim jak piasek.

To był śnieg.

Zdążyłem tylko usłyszeć, jak guma-myszka pisnęła przeraźliwie, pióro zgrzytnęło stalówką, a sikorki furknęły z gospody.

"Dobrze chociaż, że ten rozbójnik sikorek nie złapał!" - pomyślałem sobie na pociechę i pomacałem się po głowie. Żołędziowa czapka siedziała na niej mocno!

"Pewno dzięki tej czapce ocalałem i nie rozbiłem sobie głowy" - pomyślałem, i to dodało mi sił.

Zacząłem grzebać się w śniegu jak w stercie puchu.

To wszystko wcale nie było takie zabawne, ale kto ma mocny żołędziowy hełm na głowie, ten zawsze sobie poradzi!

Smok mnie porywa

Ten śnieg to ładnie wygląda z okna i przyjemnie jeździć po nim na sankach, ale tak wpaść w niego głową, jak mnie się przydarzyło, to nikomu nie życzę!

Gramolę ja się z tego białego puchu, jak tylko mogę, ale co się rękami podeprę, to - buch! utykam nosem w śnieg jeszcze głębiej! Co wierzgnę nogami, to czuję, że grzęznę coraz bardziej. Chcę krzyczeć ratunku - a tu śnieg mi zapycha usta i gardło!

Jak długo tak wojowałem ze śniegiem - sam nie wiem.

Wtem usłyszałem gdzieś wysoko nad głową brzęk otwieranego okna (na pewno tego, z którego wypadłem!) i głos Haninej mamy:

- Haniu, Tosiu! Wracajcie do domu! Już się ściemnia! Dość tego saneczkowania!

A potem dziewczynki przeszły tuż-tuż koło mnie.

Słyszałem, jak Tosia mówiła do Hani:

- Wiesz, szkoda, że Plastusia nie wzięłam na saneczki - on tak się lubi wozić!

- E, jeszcze by zginął w śniegu! - odpowiedziała Hania.

Poderwałem się i chcę krzyczeć co siły: "Tosiu, ja naprawdę zginąłem! Ratuj mnie!".

Ale tylko śniegu się nałykałem i nic więcej.

Dziewczynki minęły mnie, a sanki zatoczyły się za nimi i otarły o mój bok. I byłyby pojechały dalej, ale ja w ostatniej chwili chwyciłem się kurczowo umykającej płozy i - wiuuu! wydostałem się nareszcie z tego przeklętego dołka, który sam rozrobiłem, wiercąc się w śniegu.

Myślę sobie:

"No, Plastusiu, jesteś uratowany!".

Ale dziewczynki szły bardzo prędko, a płoza była taka śliska, że mi się wymknęła z rąk - i przepadła ta ostatnia deska ratunku!

Zostałem sam w koleinie po saneczkach, a tu już coraz ciemniej i zimniej!

"No, Plastusiu - pomyślałem - nie najlepiej z tobą, ale masz duże uszy, to je trzymaj do góry, bo zginiesz na dobre!"

A tymczasem zza lasu wyszedł księżyc - okrągły, złoty... tylko mu sznureczek doprawić i byłby z niego śliczny balonik.

Myślę sobie:

"Księżyc przyświeca jak latarnia - trzeba się wybrać na własną rękę w drogę, inaczej będzie ze mną źle!".

Ruszam więc przed siebie, ale nogi grzęzną aż po kolana.

Żeby tak mieć narty, jak chłopcy, toby było co innego!

Patrzę, a tu o parę kroków ode mnie leży sobie na śniegu kilka wiórów, jakimi tutaj rozpalają ogień w piecu.

- Ej, wiórki! Będą z was takie narty, że to ha! - zawołałem i brnę, jak tylko mogę najprędzej, ale - kuśtyk... kuśtyk!... ciągle się zapadam.

A wtem - co to? Co się dzieje?

Jakiś cień zasłonił światło księżyca i nagle coś ostrego wbiło mi się w kubraczek.

Poczułem, że ulatuję w powietrze.

- Tooosiu! Gwałtu-rety! Smok mnie porwał! - krzyknąłem przeraźliwie.

Nade mną unosiły się dwa ciemne skrzydła. Mało widziałem, bo coś miękkiego zasłaniało mi oczy.

Myślę sobie:

"Może to smok, a może samolot?".

Ale przecież samolot by warczał, a tu nic nie słychać - taki ten lot cichutki! Tajemnicze skrzydła smoka czy samolotu - kołem, kołem, jak karuzela otoczyły ze mną kilka razy cały dom Hani.

Raz przemknąłem nawet tuż obok ptasiej gospody - w oknie stała Tosia i zaglądała smutnie do piórnika.

- Tosiu! Tosiu! - krzyknąłem! - Ja tu latam! Smok mnie porwał!

Ale wiatr szumiał w gałęziach i Tosia nie słyszała.

Tylko mnie się wydawało, że słychać w tym szumie żałosny pisk gumy-myszki.