Przygoda w ptasiej gospodzie
I znowu nastał piękny, słoneczny dzień.
Siedzę sobie na oknie, w mojej ślicznej, żołędziowej czapce, przy mnie stoi piórnik, a okno jest uchylone, żeby było świeże powietrze w mieszkaniu. Za szybą uwijają się ptaki wokoło swojej gospody; bo to wcale nie jest teatrzyk, tylko karmnik - to, co stoi za oknem!
Hania wymiotła ptasią gospodę, nasypała tam kaszy i różnych nasion i poszła z Tosią na saneczki.
Spróbowałem tych nasion. Wziąłem do ust, ale czym prędzej wyplułem. Brrr! - twarde, suche, cierpkie! Za nic nie chciałbym tego jeść! Dziwne gusty mają te ptaszyska. Ale jeżeli im to smakuje, to niech sobie jedzą!
Właśnie do gospody zleciały wróble - młócą kaszę, że aż pryska na wszystkie strony. A gwałtu! A ćwierkaniny! Aż pióro wytknęło stalówkę z piórnika, żeby zobaczyć, co się dzieje.
- Zamiast się gapić - powiadam do niego grzecznie - lepiej byś to wszystko ładnie opisało, co się za oknem dzieje!
Ale pióro bardzo się obruszyło i zgrzytnęło stalówką:
- Pióro pisać poradzi, gdy je Tosia prowadzi!
- Żebyś było mądre pióro, tobyś samo pisało - ale rozumu masz za mało!
My się tu sprzeczamy na dobre, guma-myszka nie wie, jak nas godzić, aż tu nagle - frrr! nasze wróble rozsypały się na wszystkie strony, jakby je kto z przetaka wysypał! A do gospody wpadł duży, pstry jak pajac ptak - z dziobiskiem jak nasz najgrubszy ołówek i z czerwoną czapką na głowie. Poznałem go od razu z obrazka w książce i wołam:
- Dzięciole! Dzięciole! Skąd masz czapkę na czole? Dzięciole, czy wiesz, ja mam czapkę też! - I poklepałem się po głowie.
Ale on ani myśli odpowiadać, tylko dalejże grzmoci dziobem po karmniku, a siemię konopne łyka całym gardłem!
A tu tymczasem wróble i sikory gwałt robią na brzozie.
Ćwirrr! Ćwirrr! Dzięciole, rozbójniku!
Zjesz nam konopie w karmniku!
Niech się stąd dzięcioł wyniesie!
Ma szyszek - ćwirrr-ćwirrr - dość w lesie!
Ale dzięcioł nic a nic sobie z tego nie robi. Połknął wszystkie konopie, do ostatniego ziarnka, potem podziobał - łup-cup-cup! - deski karmnika, z góry, z dołu, jakby chciał sprawdzić, czy mocne, krzyknął bojowo:
- Kik!... Kik!... - i furrrknął w las.
Ledwo dzięcioł się wyniósł, a tu nie wiadomo skąd sfrunęły znowu do ptasiej gospody zabawne, czubate sikorki, mało co większe od gumy-myszki, i dalejże po gospodzie się uwijać!
Zapatrzyliśmy się z piórem i gumą na to widowisko, a tu nagle - hop! wskakuje lekuchno na parapet Maciek, tutejszy kot.
Oczy mu się świecą, sierść najeżona; podkrada się i cichutko łapą otwiera uchylone okno.
Krzyknąłem ile siły:
- Maciek! A psssik! Poszedł stąd! Wynocha!
Ale on wcale nie zwraca na mnie uwagi i już się wkrada na murek za oknem - jeszcze jeden skok i porwie wesolutką sikorkę z czubkiem!
Niedoczekanie! Niewiele myśląc - cap! ja kota za ogon!
- Stój, łotrzyku jeden! Ani kroku dalej!
Ale on, wstrętne kocisko, tylko fajtnął ogonem, a ja jak wystrzelony z procy przeleciałem mu nad głową i - siuuup! - runąłem w dół, gdzieś bardzo nisko i głęboko, i utknąłem głową w czymś mokrym, zimnym i sypkim jak piasek.
To był śnieg.
Zdążyłem tylko usłyszeć, jak guma-myszka pisnęła przeraźliwie, pióro zgrzytnęło stalówką, a sikorki furknęły z gospody.
"Dobrze chociaż, że ten rozbójnik sikorek nie złapał!" - pomyślałem sobie na pociechę i pomacałem się po głowie. Żołędziowa czapka siedziała na niej mocno!
"Pewno dzięki tej czapce ocalałem i nie rozbiłem sobie głowy" - pomyślałem, i to dodało mi sił.
Zacząłem grzebać się w śniegu jak w stercie puchu.
To wszystko wcale nie było takie zabawne, ale kto ma mocny żołędziowy hełm na głowie, ten zawsze sobie poradzi!