BYŁOBY wam trudno zrozumieć przygody Piotrusia Pana,
gdybyście nie wiedzieli, jak wygląda Park Leśny. Park ten jest
olbrzymi i leży w pobliżu bardzo wielkiego miasta, w którem mieszka
król. Prawie codziennie chodzimy z Daniem do parku i Danio jest
wprost oszołomiony, mnóstwem wrażeń, jakich tam doznaje. Nigdy
jeszcze żadne dziecko nie zwiedziło całego parku za jednym razem,
bo malcy w wieku Dania muszą sypiać od dwunastej do pierwszej w
południe, i dlatego trzeba spieszyć z powrotem do domu. Gdyby
jednak wasze mamy nie przestrzegały tak koniecznie tego spania od
dwunastej do pierwszej w południe, to może moglibyście zwiedzić
cały Park Leśny w jednym i tym samym dniu.
Przed Parkiem ciągnie się nieskończenie długi sznur
dorożek, nad któremi wasze piastunki mają taką władzę, że skoro
palec do góry podniosą, dorożka staje, a wtedy dzieci przechodzą
swobodnie na drugą stronę ulicy i zatrzymują się przed wielką,
żelazną bramą. Bram w parku jest kilka, ale zwykle wchodzi się tą
pierwszą. U wejścia można zamienić parę słów z "panią od
baloników". Pani ta, z takiem natężeniem, całą swą przysadzistą
postacią przyciska stołek do bruku chodnika, a plecy do żelaznego
ogrodzenia parku, że twarz jej jest czerwona, jak burak. Ostrożność
ta jest bardzo wskazaną, bo gdyby choć na chwilkę puściła się
sztachet i stołka, baloniki, które trzyma w ręku, uniosłyby ją w
powietrze. I tak się nawet stało któregoś dnia, bo gdyśmy o zwykłej
godzinie przyszli do parku, zastaliśmy pod bramą "nową panią od
baloników". Widocznie ta dawniejsza, gruba, oderwała się od
sztachet i baloniki uniosły ją w górę. Danio bardzo żałował, że nie
był przy tem, bo skoro już wogóle miało się stać takie
nieszczęście, byłby przynajmniej chciał je widzieć na własne oczy. Leśny park jest prześlicznym ogrodem, w którym rosną
miliony i setki najpiękniejszych drzew. Zaraz za bramą zaczyna się
Gaj figowy, ale każdy umyka stąd czemprędzej, bo tutaj bawią się
tylko dzieci, które z nikim "zadawać się" nie chcą, bo są zanadto
dobrze wychowane. Danio i inni bohaterowie w jego wieku, nazywają
je pogardliwie "małpkami". Dzieci te chodzą postrojone, jak
laleczki z wystawy sklepowej, mówią pocichutku i używają
wyszukanych wyrazów, jak ludzie dorośli. Nudzą się przytem ciągle,
bo w nic się bawić nie umieją. Zdarza się jednak, że i najlepiej
wytresowana małpa zbuntuje się w zwierzyńcu, przesadzi strzegące ją
mury i ucieknie w świat daleki. Takim buntowniczym duchem była
Marynka Grey, o której dowiecie się więcej, kiedy dojdziemy do
bramy, ochrzczonej jej imieniem. Ta mała Marynka jest jedyną
"małpką", której wspomnienie przechowało się w Leśnym parku. Teraz przechodzimy na Dużą drogę. Różnica między nią, a
innemi drogami jest prawie taka, jak między wami a waszym ojcem.
Danio nie może się nadziwić, że droga ta jest z początku wązka, a
potem rozszerza się i rozszerza, dopóki się nie stanie zupełnie
szeroką drogą. Danio twierdzi, że droga ta jest ojcem wszystkich
ścieżek i ścieżynek parku i wyrysował nawet obrazek, który mu się
ogromnie podoba. Na tym obrazku Duża droga wiezie w dziecinnym
wózku małą dróżkę na spacer. I na tej drodze spotkać można tylko
bardzo porządne towarzystwo. Dzieci bawią się tu zawsze pod okiem
dorosłych, którzy pilnują, żeby nie zamoczyły nóżek w wilgotnej
trawie i stawiają je do kąta za to, że są "uparciuchami" albo
"mazgajami". Wyraz "mazgaj" oznacza kogoś, kto płacze o byle co, n.
p. o to, że go niania nie chce wziąć na ręce, albo że mu palec z
buzi wyjęto. Z dwojga złego, lepiej już być "uparciuchem", bo tyle
najmilszych rzeczy jest zabronionych na świecie, że warto od czasu
do czasu popróbować, czyby się jednak nie dało postawić na swojem. Gdybyśmy się zatrzymywali przy każdym placu, przez który
przechodzi Duża droga, stracilibyśmy tyle czasu, że musielibyśmy
wracać do domu, nie obejrzawszy ani jednej części wszystkich rzeczy
godnych widzenia w Parku Leśnym. Zwrócę wam więc tutaj tylko uwagę
na drzewo Mundzia Helwett'a - pod którym ów Mundzio bawiąc się
pewnego razu, zgubił jednego centa, a po chwili szukania odnalazł
dwa! Od tego pamiętnego zdarzenia cała ziemia dokoła drzewa jest
rozgrzebana i zryta rydelkami młodocianych "poszukiwaczy złota".
Nieco dalej wznosi się drewniana budka, w której zabarykadował się
mały książę Henryś. Mały książę "mazgaił się" przez całe trzy dni,
bez żadnego powodu, i za karę przyprowadzono go do Parku leśnego w
sukience jego siostrzyczki. Henryś nie mógł znieść takiej hańby. Na
Dużej drodze wydarł się z rąk bony, zamknął się w drewnianej budce
i nie dał się z niej wyprowadzić, póki mu nie oddano jego
bufiastych majteczek z dwiema kieszeniami. Nie będę was namawiał, żebyście się zbliżyli do Okrągłego
stawu, bo zanim doń dojdziecie, nianie wasze, które są okropnie
"tchórzliwe", odciągną was napewno w inną stronę i pokażą wam
ścieżkę, wiodącą do Dziecinnego pałacu. W pałacu tym mieszkała
samiuteńka jedna, w otoczeniu bardzo wielu lalek, najsławniejsza
dziewczynka z całego parku. Jeśli kto pociągnął za sznurek dzwonka,
wstawała zaraz z łóżka, o szóstej zaświecała światło i odmykała
drzwi w koszulce nocnej, a wszyscy wołali w uniesieniu: "Cześć
królowej! niech żyje królowa!" Dania jednak to najbardziej dziwi,
że taka mała dziewczynka wiedziała, gdzie są schowane zapałki. Teraz zastępuje nam drogę Wyścigowa góra. Zdarza się, że
dzieci wchodzą na nią bez zamiaru gonienia się lub ścigania. Ledwie
jednak stopy ich dotkną jej szczytu, taka ochota wzbiera się w nich
nagle, że zbiegają z góry, jakby im skrzydła wyrosły u ramion.
Zwykle zatrzymują się dopiero wówczas, kiedy już tak daleko
odbiegły od starszych, że nie wiedzą, jak trafić do nich. Ale na
szczęście jest tu druga drewniana budka, w której siedzi dozorca.
Budka ta nazywa się "domkiem znajdków", bo jak się tylko dziecko
zgubi, idzie do dozorcy i mówi mu, że się zgubiło, a dozorca je
zaraz znajduje. Na Górze wyścigowej zabawy i gonitwy nie ustają
nigdy, bo nawet w dni zimne i wietrzne, kiedy dzieciom wychodzić z
domu nie wolno, zamiast nich bawią się tu i ścigają zżółkłe,
jesienne liście. Opanowane szałem gonitwy, bez końca wirują tu i
gonią się, a nikt na świecie nie może im dorównać w lekkości i
chyżości. Z Wyścigowej Góry widzimy, jak na dłoni, bramę Marynki
Grey, o której przyrzekłem wam więcej opowiedzieć. Była to ładna,
mała dziewczynka, która codzień o tej samej godzinie zjawiała się w
parku, w towarzystwie dwóch piastunek, albo jednej mamy i jednej
piastunki. Marynka była zawsze ślicznie ubrana, wszystkim "małpkom"
mówiła "pa", i bawiła się tylko swoją własną piłeczką, którą
raczyła rzucać na ziemię i kazała podnosić piastunce. I raptem, ta
grzeczna, ta ślicznie ubrana i "wzorowo" wychowana Marynka,
zmieniła się w najniegrzeczniejsze stworzenie. Chcąc dowieść, że
jest naprawdę niegrzeczną, rozwiązała najpierw sznurowadła
trzewiczków i wywiesiła język na cztery strony świata. Potem zdarła
z siebie szarfę jedwabną, zmięła ją i podeptała nogami, pobiegła do
kałuży i skakała po błocie, póki niem nie obryzgała strojnej swojej
sukienki. Potem przelazła przez płot i narobiła jeszcze wiele
innych głupstw, na których zakończenie zrzuciła z nóżek oba
zabłocone trzewiczki i cisnęła je daleko poza siebie. Wreszcie
ochlapana błotem, rozczochrana i w pończoszkach tylko, pomknęła ku
bramie, ochrzczonej teraz jej imieniem, wypadła na ulicę i byłaby z
pewnością zginęła w tłumie, gdyby biegnąca za nią matka nie porwała
jej na ręce i nie zaniosła do doróżki, która zbuntowaną małpkę
odwiozła do domu. Stało się to dawno temu i Danio tylko z imienia
zna Marynkę Grey. Na lewo od Dużej drogi ciągnie się Aleja dzidziusiów.
Pełno tu dziecinnych wózków i maleństw zaledwie raczkujących, -
wprost trudno przejść, nie natknąwszy się na jakieś niemowlę, co
wywołuje natychmiast okrzyki grozy i oburzenia nianiek. Tu jest
także przejście ku mleczarni, gdzie w prawdziwych rondlach gotuje
się mleko i gdzie kwiatki kasztanów spadają wprost do waszych
szklanek. Tu piją mleko także zwyczajne dzieci i do ich szklanek
sypią się kwiatki kasztanów, tak samo jak i do waszych. Teraz rzucimy okiem na studnię z basenem. Kiedy do tego
basenu wpadł Jurek Śmiały, tyle było w nim wody, że się przelewała
przez brzegi. Jurek był pieszczochem swojej matki i ze względu na
to, że matka jego była wdową, pozwalał jej nawet przy ludziach brać
się czasem pod ramię. Jurka ogarniała nieraz niepohamowana żądza
przygód. Wtedy najchętniej bawił się z kominiarzem Smoluchem.
Pewnego razu, kiedy jak zwykle bawili się koło studni, Jurek Śmiały
wpadł do basenu i byłby się utopił, ale Smoluch dał nurka w wodę i
wydobył go na wierzch. I co najdziwniejsze, że woda tak doskonale
zmyła sadzę z twarzy Smolucha, że kiedy z niej wyszedł, wszyscy
odrazu poznali, że Smoluch jest ojcem Jurka, którego wszyscy
uważali za zaginionego. Od tego czasu Jurek nigdy już nie pozwalał
swojej matce, aby go brała pod ramię. Pomiędzy studnią i Okrągłym stawem leży boisko
przeznaczone dla zwolenników "cricket'a". Tylko, że do prawdziwej
gry nie przychodzi prawie nigdy, bo podzielenie dzieci na partye
zabiera za wiele czasu. Każde z dzieci chce grę prowadzić, a kiedy
po wielu wysiłkach udało się nareszcie wszystkich pogodzić i dwóch
partnerów rozpoczyna grę, okazuje się, że reszta dzieci już
postanowiła bawić się w coś innego. Na tem boisku grają w
"cricket'a" chłopcy i dziewczynki. Chłopcy używają w grze
drewnianej pałki, a dziewczynkom pomagają rakiety i guwernantki.
Nie dziw więc, że nigdy nie grają porządnie, a jeślibyś chciał
podpatrzeć ich rozpaczliwe wysiłki, doleciałyby cię z boiska
najdziwniejsze odgłosy. Z tego powodu zdarzyła się raz nawet bardzo
niemiła historya. Kilka dziewczynek wyzwało do walki "w piłkę"
Dania i pewne rozwichrzone stworzonko (na imię jej było Anielcia)
zrobiło tyle dobrych punktów, że... albo nie, wolę pominąć
milczeniem tę niefortunną przygodę i zaprowadzić was do Okrągłego
stawu, który jest duszą całego parku. Staw jest okrągły, bo leży w samym środku Parku Leśnego, a
kto raz stanął nad jego brzegiem, napewno nie zechce kroku postąpić
dalej. Tu widzi się chłopców, puszczających na wodę tak ogromne
żaglowce, że dla przewiezienia ich do parku, muszą używać taczek
albo wózków dziecinnych. Uważaliście pewnie, że w parku bardzo dużo
małych dzieci ma wykrzywione nóżki. Nie może być inaczej, skoro
bracia i kuzynkowie zabierają ich wózki na swoje rzeczy, a bobięta
muszą dreptać do domu piechotą. Każdy z was marzył zapewne o posiadaniu żaglowej łodzi na
własność, i oto wujaszek spełnił wreszcie wasze życzenie. Ach,
wielka to przyjemność przywlec taki statek do parku i rozprawiać o
nim głośno z innymi chłopcami, którzy nie mają tak zacnego
wujaszka. Ale po paru występach, wolicie zostawić wasz wspaniały
statek w domu, bo wkrótce spostrzegacie, że żaden, choćby
najkosztowniejszy statek, nie może się nawet równać ze "statkiem z
patyka". Szczególną cechą tego statku jest jego dziwne podobieństwo
do kawałka patyka, przywiązanego na końcu sznurka. Podobieństwo to
jednak trwa, dopóki statek nie zostanie puszczony na wodę. Bo skoro
tylko zacznie się ślizgać po powierzchni stawu, właściciel idący
wzdłuż brzegu i dzierżący w ręku sznurek, widzi natychmiast tłumy
majtków, uwijających się na pokładzie, widzi żagle wzdęte
majestatycznie i płynie, płynie dniem i nocą hen, ku cichej,
bezpiecznej przystani, zupełnie niedostępnej kosztownym, sklepowym
statkom. Noc zapada szybko, ale nieustraszony żaglowiec wypływa na
pełne morze; żagle jego wzdymają się i trzepią na wietrze i płynie
wciąż przed siebie, ponad zatopionemi miastami, coraz to
natrafiając na rozbójników morskich, z którymi mężna załoga musi
staczać dzikie walki. Wreszcie po długiej, mozolnej podróży, statek
twój zarzuca kotwicę na koralowych rafach.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.