Przygoda pierwsza
Pierwszy dzień w szkole to ważne przeżycie, więc poszedłem wcześniej spać. Rano jak zwykle mamusia przyniosła mi do łóżeczka szklankę ciepłego mleka. Wstałem, przeciągnąłem się i duszkiem je wypiłem. Potem ubrałem się, umyłem i szybko zszedłem po schodach do kuchni. Zjadłem z apetytem pyszne śniadanko. Wtem rozległ się dźwięk dzwonka i usłyszałem znajome:
- Miau, miau, miau... W drzwiach stała kotka Lola. - Dzień dobry! - powiedziała i dygnęła z gracją. - Czy jest Mruczuś? - zapytała.
- Oczywiście, że jestem - odparłem uradowany.
- Wiesz, że dzisiaj pierwszy dzień w szkole i trzeba wyjść wcześniej, żeby się nie spóźnić? - przypomniała.
- Tak, wiem - powiedziałem i chwyciwszy tornister wyszedłem z nią śpiesznie do szkoły. Po drodze spotkaliśmy naszego kumpla Fafika. We trójkę podążaliśmy dalej.
- Ciekawe, co będzie w szkole - zagadnął Fafik.
- Będziemy się uczyć ciekawych i mądrych rzeczy - powiedziała wyniośle Lola.
- E... tam, ważne, żeby w piłkę można było pograć - westchnąłem.
- Właśnie, właśnie! - podchwycił nieśmiało Fafik. Słyszałem, że w szkole jest fajne boisko !
Przeszliśmy uważnie przez zebrę i wkrótce już byliśmy w szkole. Była ona ładna i nowoczesna. Odnowiona i przystosowana dla niepełnosprawnych zwierzątek. Na dachu widniała szerokopasmowa antena satelitarna.
Pani Gąska posadziła nas według kolejności alfabetycznej. Ja siedzę z Lolą w pierwszej ławce od okna, Fafik i Ziarenko w środkowej, a Sreberko i Grzebyk w ławce przy drzwiach. Tasiek i Bodek w drugiej pod oknem, a Sprytek i Chrumka w ostatniej koło drzwi.
Po skończonych lekcjach zostaliśmy jeszcze chwilę w klasie. Wtem przeciąg zatrzasnął drzwi tak mocno, że wypadła klamka. Nie mogliśmy wyjść.
- Co teraz będzie z nami? - zaczęła płakać Chrumka. Ja nie mogę wyskoczyć przez okno, bo jestem za ciężka i złamię nogę!
- A my jesteśmy za małe, nawet nie potrafimy frunąć na parapet - skarżyły się żałośnie kurczaki.
- Pewnie będziemy tu nocować - zaczął mazać się Tasiek.
- Trzeba coś zrobić - powiedziałem. Siądźmy i zastanówmy się chwilę.
Mogę zaszczekać, żeby ktoś usłyszał i przyszedł - zaproponował Fafik.
- Nie, to nic nie da. Narobisz tylko hałasu. W budynku nie ma już nikogo - rzekłem.
- A może wszyscy razem będziemy napierać na drzwi i wyważymy je? - radził Bodek.
- Warto spróbować - przytaknąłem.
Uformowaliśmy się w gromadę i z całych sił uderzyliśmy w drzwi.
Niestety, ani drgnęły. Naparliśmy jeszcze raz i znowu nic.
Usiedliśmy smutni i zrezygnowani.
- Nie zdążymy na obiad i jak będziemy tu spać? - martwił się Sreberko. Wtem zadzwoniła komórka Bodka. Tylko on miał komórkę.
"Jego tata jest mechanikiem, na pewno nam pomoże" - przemknęło nam przez myśl.
- Jesteśmy uratowani! - Z radości - zaczęliśmy krzyczeć.
- Szybko dzwoń po tatę - ponaglał Bodka Sprytek.
Poprzednie zdenerwowanie zniknęło i wszystkim zrobiło się wesoło.
- Lepiej pooglądajmy nowe książki, szybciej minie czas - zaproponował Grzebyk.
Po niedługim czasie w drzwiach ukazał się tata Bodka.
- No smyki! Możecie już iść do domu - oznajmił. - Ja jeszcze chwilę zostanę i naprawię klamkę!
- Dziękujemy - zawołaliśmy chórem i szybko ruszyliśmy w stronę domu.