1.
Do Gujany
Ameryka Południowa to siedlisko niektórych najdziwniejszych, najsympatyczniejszych i najstraszniejszych zwierząt na świecie. Niewiele może być stworzeń bardziej nieprawdopodobnych od leniwca zwisającego do góry łapami z gałęzi wysokich drzew lasu deszczowego i spędzającego życie w stanie bezgłośnego, powolnego ruchu. Niewiele może być zwierząt dziwaczniejszych od zamieszkującego sawannę mrówkojada wielkiego z absurdalnie nieproporcjonalną anatomią, ogonem wydłużonym niczym kosmaty transparent i szczękami wyciągniętymi na kształt zakrzywionej, bezzębnej rury. Z drugiej strony piękne ptaki widuje się tak często, że aż stają się nieomal czymś zwyczajnym - krzykliwie ubarwione ary trzepoczą w całym lesie, a ich wspaniałe upierzenie tworzy niestosowny kontrast z wydawanymi przez nie szorstkimi, maniakalnymi wrzaskami; podobne drobnym klejnotom kolibry śmigają od jednego kwiatu do drugiego, sącząc nektar, a ich opalizujące pióra mienią się w locie wszystkimi barwami tęczy.
Wiele południowoamerykańskich zwierząt napawa fascynacją zrodzoną z odrazy. W rzekach roi się od ławic drapieżnych ryb2, które tylko czekają, by rozdzierać zębami ciało każdego zwierzęcia, które pomiędzy nie wpadnie. Nietoperze wampiry, w Europie wytwory legend, lecz smutna rzeczywistość w Ameryce Południowej, wylatują nocami ze swoich leśnych kryjówek, żeby wysysać krew z bydła oraz ludzi.
Od chwili, gdy podczas pierwszej zoologicznej wyprawy poszukiwawczej odwiedziliśmy Afrykę, nie miałem wątpliwości, że jako cel drugiej ekspedycji wybierzemy Amerykę Południową. Ale który obszar tak rozległego i zróżnicowanego kontynentu należało odwiedzić? Ostatecznie nasz wybór padł na Gujanę (wówczas Gujanę Brytyjską), jedyny kraj należący do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów na całym kontynencie południowoamerykańskim. Jack Lester, Charles Lagus i ja byliśmy razem w Afryce i w tym samym gronie mieliśmy teraz wyruszyć ponownie w towarzystwie Tima Vinalla, jednego z opiekunów z londyńskiego zoo. Obecnie do jego obowiązków należało zajmowanie się zwierzętami kopytnymi, ale w trakcie długiej kariery pracownika ogrodu zoologicznego opiekował się wieloma innymi grupami stworzeń. Miał wykonywać katorżnicze i niewdzięczne zadanie - tkwić w naszej założonej na wybrzeżu bazie i troszczyć się o zwierzęta, które schwytamy i przyprowadzimy.
Tak więc w marcu 1955 roku wylądowaliśmy w Georgetown, stolicy kraju. Po trzech dniach spędzonych na zdobywaniu zezwoleń, czyszczeniu kamer, rejestrowaniu sprzętu w urzędzie celnym, kupowaniu garnków i patelni, żywności i hamaków - aż korciło nas, żeby rozpocząć już poszukiwania w głębi kraju. Uzgodniliśmy przybliżony plan działania. Na podstawie mapy ustaliliśmy, że większość terytorium Gujany pokrywa tropikalny las deszczowy, rozciągający się ku północy do Orinoko, a na południu sięgający dorzecza Amazonki. Natomiast w południowo-zachodniej części kraju lasy rzedły i ustępowały miejsca pofałdowanym, porośniętym trawą sawannom, a wzdłuż wybrzeża ciągnął się pas ziemi uprawnej, gdzie pola ryżowe i plantacje trzciny cukrowej przeplatały się z mokradłami i zatoczkami. Jeśli mieliśmy zebrać reprezentatywną kolekcję gujańskiej fauny, musieliśmy odwiedzić każdy z tych obszarów, gdyż na wszystkich żyją stworzenia niewystępujące nigdzie indziej. Nie mieliśmy jednak większego pojęcia, dokąd powinniśmy się udać w każdym z tych rejonów i w jakiej kolejności je odwiedzać, aż trzeciego wieczoru zaprosili nas na kolację trzej panowie, którzy mogli nam udzielić rad z pozycji ekspertów. Bill Seggar piastował funkcję naczelnika dystryktu i zarządzał odległymi, porośniętymi lasem terenami w pobliżu wysuniętej daleko na zachód granicy kraju; Tiny McTurk miał ranczo na sawannie Rupununi; Cennydd Jones zaś jako lekarz opiekujący się rdzenną ludnością indiańską odwiedził już każdy zakątek kolonii. Przesiedzieliśmy aż do wczesnych godzin nad ranem, oglądając zdjęcia i filmy, ślęcząc nad mapami i w podnieceniu gryzmoląc notatki. Kiedy wreszcie rozstaliśmy się z gospodarzami, uzgodniliśmy szczegółowy plan kampanii - postanowiliśmy najpierw odwiedzić sawanny, następnie tereny leśne, a na końcu mokradła na wybrzeżu.
Następnego ranka poszliśmy do biura Airways, żeby zapytać o możliwość transportu.
- Cztery miejsca do Rupununi, proszę pana? - upewnił się urzędnik. - Oczywiście. Samolot odlatuje jutro.
Charles Lagus z żółwiem matamata
Kiedy Jack, Tim, Charles i ja wspinaliśmy się na pokład samolotu, który miał zabrać nas na miejsce, odczuwaliśmy ogromne podniecenie. Żaden z nas nie spodziewał się jednak, jak szybko serce zacznie mu podchodzić do gardła. Nasz pilot, pułkownik Williams, przecierał szlaki lotnictwu w Gujanie na terenach pokrytych buszem i głównie jego odwadze oraz pomysłowości zawdzięczano dostęp do wielu co odleglejszych części kraju. Przy starcie przekonaliśmy się, że technika pilotażu pułkownika bardzo różni się od sposobu latania pilota, z którym przylecieliśmy z Londynu do Georgetown. Nasz transportowiec typu Dakota z hukiem silników mknął wzdłuż pasa startowego; palmy na skraju lądowiska majaczyły coraz bliżej, aż wreszcie pomyślałem, że coś jest nie tak z maszyną i nie możemy oderwać się od ziemi. W ostatniej chwili unieśliśmy się w powietrze, mijając w stromym wzlocie drzewa palmowe zaledwie o parę metrów. Poszarzali na twarzy jak jeden mąż, spojrzeliśmy po sobie i gdy już wykrzyczeliśmy sobie do uszu nasze wątpliwości i obawy, przeszedłem do przedniej części maszyny, żeby spytać pułkownika Williamsa, co się stało.
- Gdy się lata nad buszem - ryknął kątem ust, wduszając niedopałek papierosa do cynowej popielniczki, przybitej do deski rozdzielczej - gdy się lata nad buszem, najniebezpieczniejszy moment, moim zdaniem, to start. Jeśli jeden silnik zawiedzie, kiedy jest najbardziej potrzebny, ląduje się awaryjnie w lesie, gdzie nie ma co liczyć na pomoc. Zawsze staram się uzyskać na ziemi taką prędkość, żeby starczyło mi rozpędu do poderwania się w ogóle bez silników. No co, chłopcze, strach was obleciał?
Pospiesznie zapewniłem go, że żaden z nas ani trochę się nie zaniepokoił; zaciekawiła nas tylko technika pilotażu. Pułkownik Williams odchrząknął, zmienił okulary z krótką ogniskową, które włożył na czas startu, na okulary do dali, a my rozsiedliśmy się wygodnie przed dalszą częścią lotu.
Pod nami rozciągał się las niczym aksamitny zielony koc rozpościerający się jak okiem sięgnąć we wszystkich kierunkach. Z wolna zaczął wznosić się przed nami, w miarę jak zbliżaliśmy się do ogromnego stoku. Pułkownik Williams leciał dalej bez zmiany wysokości, aż ujrzeliśmy las tak blisko, że dostrzegaliśmy polatujące nad drzewami papugi. A kiedy stok został za nami, las zaczął zmieniać charakter. Pojawiły się małe wysepki łąk i po krótkim czasie lecieliśmy już nad rozległymi, otwartymi równinami pożyłkowanymi srebrnymi nitkami potoków i upstrzonymi drobnymi, białymi kopcami gniazd termitów. Zmniejszyliśmy pułap lotu, okrążyliśmy małe skupisko białych budynków i zaczęliśmy podchodzić do lądowania na miejscowym pasie startowym - tym eufemizmem określam pas sawanny różniący się od otoczenia chyba tylko brakiem kopców termitów. Pułkownik elegancko posadził maszynę i pokołował wyboistą trasą w stronę grupki ludzi czekających na przybycie samolotu. Przedarliśmy się przez stosy ładunku przymocowane do pokładu dakoty i wyskoczyliśmy z maszyny, mrugając oczami w oślepiającym słońcu.
Wesoły, opalony na brąz mężczyzna w koszuli i sombrerze odłączył się od gapiów i wyszedł nam na spotkanie. Był to Teddy Melville, nasz gospodarz. Pochodził ze słynnej rodziny. Jego ojciec jako jeden z pierwszych Europejczyków osiedlił się na Rupununi i zaczął hodować bydło, które teraz pasło się, luźno rozproszone, na całym obszarze dystryktu. Przybył tu na przełomie XIX i XX wieku i ożenił się z dwiema dziewczynami z plemienia Wapishana, a każda z nich urodziła mu pięcioro dzieci. Owa dziesiątka mężczyzn i kobiet zajmowała obecnie niemal wszystkie ważne stanowiska w dystrykcie; byli wśród nich hodowcy, sklepikarze, strażnicy rządowi i myśliwi. Wkrótce przekonaliśmy się, że bez względu na to, dokąd się udamy na północnych sawannach, jeśli jakiś mężczyzna nie nosi nazwiska Melville, to najprawdopodobniej wżenił się w tę rodzinę.
Miasto Lethem, w którym wylądowaliśmy, składało się z kilku białych budynków z betonu, bezładnie rozrzuconych po obu stronach lotniska. Największy z nich i jedyny piętrowy był pensjonatem Teddy'ego - zwyczajny, prostokątny dom z werandą i oknami pozbawionymi szyb, uświetniony nazwą Lethem Hotel. Około kilometra na prawo, na szczycie niskiego wzgórza, znajdował się dom komisarza dystryktu, urząd pocztowy, sklep i nieduży szpital. Od nich aż do hotelu ciągnęła się pokryta czerwonym pyłem droga, biegnąca dalej obok rozlatujących się budynków gospodarczych aż na wyschnięte pustkowie, pokryte kopcami termitów i karłowatymi krzakami. Około trzydziestu kilometrów dalej, wyrastając raptownie z równiny, wznosił się postrzępioną linią łańcuch górski, wskutek drgającego w upale powietrza widoczny jedynie w postaci popielatobłękitnej sylwetki na tle olśniewającego nieba.
Wszyscy mieszkańcy terenów leżących w promieniu wielu kilometrów wokół Lethem przybyli na spotkanie samolotu, który przywiózł wyczekiwane od dawna towary oraz dostarczaną regularnie co tydzień pocztę. Tak więc dni przylotów zawsze stanowiły ważne wydarzenia towarzyskie, a hotel zapełniał się ranczerami i ich żonami, przyjeżdżającymi nawet z odległych dystryktów. Przybysze zostawali tam po odlocie samolotu, żeby wymieniać się nowinami i plotkami.
Po wieczornym posiłku z jadalni wyniesiono gołe stoły z drewna i ponownie ustawiono długie drewniane ławy. Harold, syn Teddy'ego, zaczął szykować projektor filmowy i ekran. Bar stopniowo pustoszał, a zapełniały się ławy. Kowboje z plemienia Wapishana, nazywani tu vaqueros, o granatowoczarnych włosach, opaleni na brąz i bosi, wchodzili gromadnie do środka, płacąc przy wejściu za wstęp. Powietrze wypełniały obrzydliwie cuchnący tytoniowy dym oraz pełne wyczekiwania pogawędki po zgaszeniu świateł.
Seans rozpoczął się od kronik filmowych, w których rozsądnie nie wyświetlano dat. Po nich pokazano hollywoodzki western o pionierskich czasach na Dzikim Zachodzie, gdzie mężni biali Amerykanie w przekonujący sposób kładli pokotem liczne rzesze nikczemnych czerwonoskórych. Można by pomyśleć, że był to niezbyt taktownie wybrany repertuar, ale widzowie z plemienia Wapishana z beznamiętnym wyrazem twarzy przyglądali się eksterminacji swoich północnoamerykańskich kuzynów. Niejaką trudność sprawiało śledzenie fabuły, i to nie tylko dlatego, że długie sekwencje filmu, zużyte w wieloletnim okresie eksploatacji kopii, zostały powycinane - można też wątpić, czy rolki taśmy wyświetlano we właściwej kolejności. Oto tragiczna i piękna amerykańska dziewczyna, barbarzyńsko zamordowana przez Indian w trzeciej rolce filmu, w piątej pojawiła się ponownie w miłosnej scenie z bohaterem. Jednakże Wapishana tworzyli przychylną widownię, a tego rodzaju drobne szczegóły nie psuły im oczywistej radości z wielkich scen batalistycznych, wzbudzających entuzjastyczny aplauz. Podsunąłem Haroldowi Melville'owi myśl, że taki film to dość dziwaczny wybór, on jednak zapewnił, iż westerny cieszą się zdecydowanie największą popularnością z prezentowanych tu gatunków filmowych. Z pewnością można dać wiarę, że hollywoodzkie burleski wyświetlane miejscowym widzom wydawałyby się jeszcze większym nonsensem.
Po seansie poszliśmy na górę do naszego pokoju. Stały w nim dwa łóżka wyposażone w moskitiery. Dwaj z nas oczywiście musieli spać w hamakach, a Charles i ja wystąpiliśmy o ten przywilej. Była to bowiem dla nas upragniona okazja, odkąd tylko nabyliśmy hamaki w Georgetown. Roztaczając wokół siebie aurę profesjonalistów, rozpięliśmy je na hakach przymocowanych do ścian. Jednak rezultaty naszych działań, z czego zdaliśmy sobie sprawę po kilkutygodniowych doświadczeniach, były beznadziejnie amatorskie. Podciągnęliśmy hamaki o wiele za wysoko i przywiązaliśmy niezmiernie wymyślnymi węzłami, których rozplątanie rankiem miało nam zabrać sporo czasu. Tymczasem Jack i Tim beznamiętnie ulokowali się w łóżkach.
Następnego ranka nie można było mieć wątpliwości co do tego, która para wygodniej spędziła noc. Charles i ja przysięgaliśmy, że spaliśmy jak kłody i nocowanie w hamakach stało się naszą drugą naturą. To jednak niezupełnie było prawdą, bowiem żaden z nas nie nauczył się jeszcze prostej techniki leżenia na ukos w południowoamerykańskim hamaku bez drążków. Przez większość nocy próbowałem się ułożyć wzdłuż osi hamaka, a w rezultacie miałem stopy wyżej niż głowę i ciało wygięte w łuk. Nie mogłem się obrócić bez nadwerężenia sobie pleców, a rano czułem się tak, że miałem wrażenie, iż doznam trwałego skrzywienia kręgosłupa.
Po śniadaniu przyszedł Teddy Melville z wieścią, że liczna grupa Wapishana rozpoczęła połów ryb w pobliskim jeziorze tradycyjną metodą zatruwania wody. Istniała szansa, że w trakcie tego procederu natkną się na inne zwierzęta, które mogą nas zainteresować, więc Teddy zasugerował, żebyśmy się tam przejechali i rzucili okiem. Podjęliśmy ten trop i wyruszyliśmy przez sawannę. Niewiele przeszkód mogło nas powstrzymać w drodze w dowolnie wybrane miejsce. Tu i tam płynęły kręte strumienie, ale łatwo można było ich uniknąć; mogliśmy je dostrzec ze znacznej odległości, gdyż ich brzegi okalały krzewy oraz drzewa palmowe. W innych miejscach przeszkodę mogły stanowić jedynie kępy skarłowaciałych krzewów z rodziny dławiszowatych oraz termitiery - wysokie, szaleńczo strzeliste wieże, czasem stojące samotnie, a niekiedy w grupach tak gęstych, że wydawało się nam, iż przejeżdżamy przez gigantyczny cmentarz. Kilka dobrze ubitych dróg poprzez sawannę łączyło jedno ranczo z kolejnymi, lecz jezioro, które mieliśmy odwiedzić, leżało na uboczu, więc Teddy wkrótce porzucił główny szlak i zaczął kluczyć po wybojach między krzewami i termitierami, nie trzymając się szlaku, lecz po prostu polegając na swoim wyczuciu kierunku. Niebawem ujrzeliśmy na horyzoncie pas drzew, wyznaczający położenie jeziora, do którego zdążaliśmy.
Po przybyciu na miejsce dostrzegliśmy, że długa odnoga jeziora została przegrodzona barykadą z palików. Do wody w tej odnodze Wapishana wrzucali pokruszone liany zebrane w miejscach odległych o wiele kilometrów - w górach Kanuku. Wszędzie naokoło stali rybacy z przyszykowanymi łukami i strzałami, czekając, aż ryby oszołomione trującymi sokami z lian wypłyną na powierzchnię. Jedni Wapishana uczepili się gałęzi drzew, zwieszających się ponad brzegiem jeziora, inni przysiedli na specjalnie wybudowanych w wodzie platformach, kolejni stali na małych, zaimprowizowanych tratwach, a jeszcze inni patrolowali akwen, pływając tam i z powrotem w czółnach dłubankach. Na polanie nad brzegiem kobiety roznieciły ogniska i rozwiesiły hamaki, a teraz siedziały w oczekiwaniu na przyniesione przez mężczyzn ryby, żeby je oprawiać i wędzić; jednak na razie nic jeszcze nie złapano, więc zaczynały się niecierpliwić. Mówiły pogardliwie, że mężczyźni są głupi - odgrodzili tamą za dużą część jeziora i zebrali w lesie za mało lian, więc trucizna jest za słaba, żeby podziałać na ryby. Trzy dni ciężkiej pracy przy budowaniu tamy i platform poszły na marne. Teddy, który pomówił z kobietami w języku wapishana, usłyszał od nich wszystkie powyższe informacje oraz wieść, że jedna z kobiet widziała norę w brzegu po drugiej stronie jeziora, zajętą - według jej relacji - przez jakieś duże zwierzę. Nie była pewna, co to za stworzenie; mogła to być anakonda albo kajman.
Kajman należy do tej samej grupy gadów, co krokodyl i aligator, a dla laika wszystkie trzy gatunki zwierząt wyglądają bardzo podobnie. Jednakże w oczach Jacka prezentowały się bardzo odmiennie i choć wszystkie trzy spotyka się w obu Amerykach, każdy z nich ma odrębne siedlisko. Według jego słów tu, na sawannie Rupununi, można było się spodziewać kajmana czarnego, największego przedstawiciela swojej grupy gatunków, osiągającego podobno długość ciała do sześciu metrów. Jack przyznał, że miałby ochotę na "ładnego, dużego kajmana", ale jeśli już o tym mowa, to z chęcią złapałby pokaźną anakondę. Skoro zatem zwierzę w norze mogło się okazać jednym lub drugim, uważał, że naprawdę powinniśmy spróbować je schwytać. Wsiedliśmy wszyscy do czółen i powiosłowaliśmy przez jezioro z jedną z kobiet jako przewodniczką.
Po zbadaniu terenu przekonaliśmy się, że znajdują się tam dwie nory, mniejsza i większa, i są one ze sobą połączone, gdyż kij wepchnięty do mniejszej wywoływał rozpryski wody u ujścia drugiej. Zabarykadowaliśmy palikami mniejszą norę. Żeby nie dopuścić do ucieczki nieznanego stworzenia z większej nory, a przy tym pozostawić mu dość miejsca, by się wyłoniło na zewnątrz i dało się złapać, wycięliśmy na brzegu młode drzewka i wetknęliśmy je głęboko w muliste dno jeziora, tworząc półkolistą palisadę wokół wejścia. Nie dostrzegliśmy jeszcze naszej zdobyczy i żadne poszturchiwanie przez mniejszy otwór nie skłoniło jej do wyjścia, więc postanowiliśmy poszerzyć dużą norę, przekopując się przez torfowaty brzeg jeziora. Powoli usuwaliśmy grunt tworzący sklepienie tunelu, nagle brzeg aż zatrząsł się od podziemnego ryku, którego żadną miarą nie mógł wydać wąż.
Strzelanie do ryb
Wykopywanie kajmana z nory
Ostrożnie zaglądając do mrocznej nory przez drążki palisady, ledwie rozpoznałem na wpół zanurzony w mulistej wodzie duży, żółty kieł. Osaczyliśmy kajmana, i to - jeśli oceniać po wielkości zęba - bardzo dużego.
Kajman dysponuje dwoma rodzajami broni ofensywnej. Pierwszym są oczywiście olbrzymie szczęki, drugim - obdarzony ogromną siłą ogon. Każdym z nich zwierzę może spowodować bardzo poważne obrażenia, lecz na szczęście osobnik, z którym mieliśmy do czynienia, zajmował w norze taką pozycję, że musieliśmy zwracać uwagę tylko na jeden koniec jego ciała naraz. Uchwyciwszy chwilowy błysk jego zęba, wiedziałem, który koniec ciała kajmana jest najbardziej wysunięty ku górze. Jack brodził w błotnistej wodzie w polu ogrodzonym palikami, starając się odgadnąć, w jakiej pozycji leży kajman i jak najlepiej poradzić sobie z zadaniem schwytania go. Wydało mi się, że gdyby zwierz postanowił raptownie wypaść z nory, Jack musiałby bardzo szybko stamtąd wyskoczyć, by nie stracić nogi. Co do mnie, miałem wrażenie, że i tak jestem dość blisko niebezpiecznej strefy, stojąc po uda w wodach jeziora i sterując czółnem z Charlesem pływającym w dostatecznej odległości, by wyraźnie sfilmować przebieg wydarzeń. Byłem całkiem pewien, że gdyby kajman rzucił się na Jacka, zrobiłby to z takim rozpędem, iż powaliłby naszą lichą palisadę, a podczas gdy Jack mógłby wyskoczyć na brzeg, ja musiałbym przebyć w bród kilka metrów, żeby znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Nie miałem zaś wątpliwości, że w tak głębokiej wodzie kajman poruszałby się szybciej ode mnie. Z takiego czy innego powodu - pewnie moje zdenerwowanie objawiło się wyraźniej, niż sądziłem - wydało mi się, że nie zdołam utrzymać czółna na tyle nieruchomo, by umożliwić pracę Charlesowi. Kiedy szczególnie gwałtownie szarpnąłem łodzią, nieomal wyrzucając go razem z kamerą do wody, Charles uznał, że sprzętowi mniej będzie grozić zamoknięcie, jeśli stanie obok mnie w jeziorze.
Tymczasem Teddy pożyczył od jednego z Indian Wapishana rzemienne lasso i razem z Jackiem, klęcząc na brzegu, kołysali nim przed nosem kajmana w nadziei, że może rzuci się naprzód w stronę Charlesa i moją i wetknie przy tym łeb prosto w pętlę. Zwierz ryczał i uderzał o ściany tunelu tak gwałtownie, że cały brzeg aż się trząsł, lecz nader rozsądnie nie chciał wysunąć się ani trochę dalej. Zatem Jack jeszcze bardziej rozkopał brzeg.
Do tego czasu już około dwudziestu miejscowych obserwowało przebieg wydarzeń, podsuwając nam rady. Nie mogli pojąć faktu, że chcemy schwytać zwierzę żywcem, nie czyniąc mu krzywdy. Oni zaś woleliby załatwić się z nim tu i teraz przy użyciu noży.
Jack i Teddy zdołali wreszcie za pomocą dwóch rozwidlonych kijków, którymi przytrzymywali szeroko rozłożoną pętlę, założyć lasso na czarny pysk kajmana. To wyraźnie rozwścieczyło zwierza, który - wiercąc się i rycząc - strząsnął z siebie pętlę. Trzy razy łowcy zakładali lasso i trzykrotnie kajman je zrzucał. Nadeszła pora na czwartą próbę. Jack powoli przysuwał kijkami pętlę do łba kajmana. Raptem, zanim gad zdał sobie sprawę, co się dzieje, zaciągnął pętlę i niebezpieczeństwo ze strony szczęk zwierzęcia zostało zażegnane.
Teraz musieliśmy się strzec ciosów olbrzymiego ogona. Sytuacja zaczęła wyglądać bardziej alarmująco z miejsca, w którym staliśmy z Charlesem, ponieważ Teddy - zacisnąwszy dla bezpieczeństwa kolejną pętlę na szczękach kajmana - polecił, by Wapishana wyrwali z dna palisadę. Po chwili nic oprócz otwartej wody nie dzieliło już mnie i Charlesa od kajmana, który spoczywał ze swoim długim łbem wysuniętym z nory, wpatrując się w nas gniewnie żółtymi, nieruchomymi ślepiami. Jack zeskoczył z brzegu do wody wprost przed wylotem nory, dzierżąc długą tyczkę wyciętą z młodego drzewka. Pochyliwszy się, wepchnął tyczkę w głąb tunelu wzdłuż łuskowatego grzbietu gada i, sięgając do wnętrza, umocował ją półsztykiem3 zawiązanym wokół tyczki i pod oślizgłymi pachami zwierzęcia. Teddy dołączył do niego i centymetr po centymetrze wyciągali kajmana z nory, w miarę jego wyłaniania się wiążąc półsztyki wokół jego ciała i mocując go nimi do tyczki. Tylne łapy, nasada ogona i wreszcie sam ogon zostały bezpiecznie przywiązane i spętany zwierz legł u naszych stóp, chlupocząc błotnistą wodą rozlewającą się wokół szczęk. Miał tylko trzy metry długości.
Trzeba było teraz przewieźć naszą zdobycz przez jezioro do ciężarówki. Przywiązaliśmy przedni koniec tyczki do rufy czółna i, holując kajmana, powiosłowaliśmy z powrotem do obozowiska kobiet.
Wapishana pod nadzorem Jacka pomogli nam załadować kajmana na ciężarówkę. Następnie Jack metodycznie, po kolei, sprawdził więzy, czy się nie przetarły. Kobiety, nie mając ryb do wędzenia, zebrały się wokół ciężarówki, przyglądały się naszej zdobyczy i starały się dociec, dlaczego, u licha, komukolwiek mogło zależeć na tak niebezpiecznym szkodniku.
Ruszyliśmy w drogę powrotną przez sawannę. Charles i ja siedzieliśmy po obu stronach kajmana ze stopami w odległości piętnastu centymetrów od jego szczęk, mając nadzieję, że sporządzone z rzemienia lassa są tak mocne, za jakie uchodzą. Byliśmy rozradowani schwytaniem tak imponującego stworzenia na tak wczesnym etapie wyprawy. Jack reagował mniej entuzjastycznie.
- Nieźle - stwierdził - jak na początek.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
Wstęp
KSIĘGA PIERWSZA. Zoologiczne poszukiwania w Gujanie