BOŻE NARODZENIE NA CZERWCOWYM WZGÓRZU
- No, wreszcie gotowe! - mówi Alva ostatniego wieczoru przed Wigilią. -
O, jaka jestem zmęczona, ale wszystko już jest przygotowane!
- Poza choinką - zauważa Lisabet. - Bo tata i mama ubiorą ją w nocy,
kiedy będziemy spały.
Madika milczy, ale aż kuli się w środku i przenika ją dreszcz, jak
zawsze, kiedy wszystko jest tak cudowne, że prawie nie można tego
wytrzymać.
Tak, teraz Boże Narodzenie może przybyć na Czerwcowe Wzgórze, wszystko
przygotowane, żeby je przyjąć. Każdy kąt jest wyszorowany do czysta, we
wszystkich oknach wiszą białe, świeżo wykrochmalowe firanki, w lichtarzach stoją świece, w kuchni jaśnieją nowe szmaciane dywaniki,
filiżanki błyszczą na ścianach, a pręt przy kuchennym piecu jest
owinięty kryzą z czerwonej i zielonej bibułki i wygląda bardzo
odświętnie.
W bawialni unosi się zapach hiacyntów, które mama wyhodowała akurat na
święta, i pachnie choinka. Zielona i świeża, czeka na chwilę, kiedy
zostanie ubrana.
- Jedzenia mamy tyle, że starczy chyba do następnego Bożego Narodzenia -
mówi Alva.
Madika i Lisabet uważają tak samo, były w piwnicy i widziały. Na dużym
rozkładanym stole rozpycha się bożonarodzeniowa szynka i salceson, i schab peklowany, i pasztet z wątróbek, i sałatka śledziowa, i klopsiki,
u powały wiszą rzędy podwędzanych kiełbasek i kiełbasy z siekanego
mięsa, napój z jałowca jest w dzbanku, sztokfisz ługowany w balii i sernik w brytfannie, wszystko gotowe. Bochenki pszennego i żytniego
chleba i szafranowe bułeczki leżą ułożone w stosy w skrzyni na chleb,
pierniczki i migdałowe muszelki, ciasteczka z płatków owsianych i faworki wypełniają puszki do przechowywania ciastek. Boże Narodzenie
może przybyć. A tej wojny, która toczy się gdzieś daleko w świecie, o której Madika opowiada wieczorami Lisabet, nie zauważa się ani trochę na
Czerwcowym Wzgórzu. Nawet wróble nie muszą głodować. Wieczorem tata
umieszcza na gałęziach jabłonek bożonarodzeniowe snopki, aby wróble, jak
się zbudzą, też wiedziały, że to Boże Narodzenie.
Alva przytaszczyła drewno, żeby go starczyło na wszystkie miłe
świąteczne chwile przy kominku, i odgarnęła śnieg, tak że porobiły się
zabawne wąskie dróżki do furtki i do drewutni, i do rzeki. Tak, także do
rzeki, bo stamtąd przychodzi Święty Mikołaj, a źle by było, gdyby nie
mógł się przedostać przez ten śnieg, uważają obie, i Madika, i Lisabet.
Ale w tym roku można iść wygodnie, w tym roku Święty Mikołaj nie będzie
miał kłopotu, rzeka jest przecież odśnieżona. Tore przejechał całą drogę
do domu aż z Jabłoniowego Wzgórza wtedy w niedzielę, kiedy odśnieżał dla
Madiki i Lisabet. Święty Mikołaj powinien być z tego zadowolony, gdy
przyjedzie swymi saniami jutro wieczorem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
LETNI DZIEŃ NA CZERWCOWYM WZGÓRZU
W dużym czerwonym domu nieopodal rzeki mieszka Madika. Mieszkają tam
także jej mama i tata, i mała siostrzyczka Elisabet, i czarny pudel
Sasso, i kotka Gosan. No i Alva. Madika i Elisabet mieszkają w dziecinnym pokoju, Alva w pokoiku dla służącej, Sasso w koszyku, a Gosan
przy piecu. Mama mieszka niemal w całym domu, tak samo jak tata, z wyjątkiem tych dni, kiedy jest w redakcji gazety i pisze, żeby ludzie
mieli co czytać.
Madika właściwie ma na imię Margareta. Ale kiedy była mała, nazywała
siebie Madiką. I chociaż teraz jest już duża, bo ma prawie siedem lat,
nadal wszyscy mówią na nią Madika. Tylko kiedy coś zbroi i należy ją
skarcić, staje się Margaretą. Dość często jest nazywana Margaretą. Do
Elisabet można się zwracać Lisabet, bo nie trzeba jej strofować. Ale
Madika ma ciągle jakieś zwariowane pomysły i nigdy nie myśli przed...
dopiero po... Wtedy żałuje i jest jej smutno. Bardzo chciałaby być miła i grzeczna, aż szkoda, że czasami jej się to nie udaje.
- Temu dziecku pomysły lęgną się w głowie szybciej, niż prosię zdąży
mrugnąć - mawia Linus-Ida, i to prawda.
Linus-Ida przychodzi w piątki robić pranie i szorować podłogi.
Dziś jest piątek i Madika siedzi na pomoście do prania nad rzeką i przygląda się, jak Linus-Ida płucze bieliznę. Madika jest zadowolona,
kieszeń fartuszka ma pełną słodkich żółtych śliwek i od czasu do czasu
zjada jedną. Stopy zanurzyła w wodzie, macha sobie nimi i śpiewa dla
Linus-Idy:
ABCD
kotka biegnié,
kotka biegnié, ojej,
bo nie kocha, nie kocha nikt jej!
EFGH
któż serce jej da,
któż serce jej da, ojej,
bo nie kocha, nie kocha nikt jej!
Tę piosenkę Madika wymyśliła prawie sama. Kawałek wzięła ze starego
elementarza mamy, a kawałek z piosenki, którą zwykle śpiewa Alva przy
zmywaniu naczyń. Madika uważa, że to jest piosenka dobra do śpiewania
także wtedy, kiedy się płucze bieliznę i zajada śliwki, ale Linus-Ida
jest innego zdania.
- A cóż to za wycie? - mówi. - Nie zna Madika jakichś ładnych piosenek?
- A dla mnie to jest ładna piosenka - odpowiada Madika. - Chociaż te, co
Ida śpiewa, są ładniejsze. Kochana Ido, zaśpiewaj tę o pociągu Jezusa do
nieba.
Ale Linus-Ida nie chce śpiewać, w każdym razie nie wtedy, kiedy płucze
bieliznę. I słusznie. Bo wprawdzie Madika bardzo pragnie posłuchać
piosenki o pociągu Jezusa do nieba, zawsze jednak doprowadza ją ona do
płaczu. Wystarczyło, że teraz tylko pomyślała o niej, a już zamilkła i jej oczy zaczęły podejrzanie błyszczeć. Piosenka jest taka smutna. Mowa
w niej o jednej małej dziewczynce, która myśli, że pociągiem może
pojechać do nieba i spotkać tam swoją mamę, która umarła... Nie, Madika
nie chce myśleć o tym właśnie teraz. Wszystkie piosenki Linus-Idy są
takie smutne. Mamusie tylko umierają i umierają, a tatusiowie nic, tylko
siedzą w knajpie i piją tak długo, aż dzieci w końcu także umierają.
Wtedy tatusiowie idą do domu i płaczą, i strasznie żałują, i przyrzekają, że nigdy więcej nie będą pić... ale jest już za późno!
Madika wzdycha, potem bierze jeszcze jedną śliwkę. O, jaka jest
szczęśliwa, że jej mama żyje i jest tam, w czerwonym domu! Każdego
wieczoru, kiedy już leży w łóżku po zmówieniu Ojcze nasz, Madika
odmawia dodatkową modlitwę, żeby Lisabet i ona sama, i mama, i tata, i Alva, i Linus-Ida, i Abbe Nilsson mogli pojechać do nieba wszyscy naraz.
Jasne, że najlepiej byłoby, według Madiki, żeby nigdy nie musieli tam
jechać, przecież tak miło jest tu, w domu. Ale oczywiście nie ośmiela
się prosić o to Pana Boga, mogłoby mu być przykro.
Linus-Ida uważa, że to dobrze, gdy ktoś płacze, słuchając jej piosenek.
- Proszę bardzo, Madika może posłuchać, jaki żałosny jest los biednych
dzieci. Żeby była wdzięczna, że sama ma tak dobrze jak perła w złocie.
Jasne, że Madika ma dobrze jak perła w złocie. Ma przecież mamę i tatę,
i Lisabet, i Alvę, i Linus-Idę, i Abbego Nilssona i mieszka na
Czerwcowym Wzgórzu. Nigdzie nie ma chyba ładniejszego miejsca. Gdyby
ktoś zapytał Madikę, jak ono wygląda, pewnie odpowiedziałaby tak:
- Och, to jest zwyczajny czerwony dom! W każdym razie sprawia wrażenie
zwykłego domu. Najprzyjemniej jest w kuchni. Lisabet i ja bawimy się w schowku na drewno, no i pomagamy Alvie, kiedy coś piecze. Zresztą nie,
najmilej to jest na strychu. Lisabet i ja bawimy się w chowanego, a czasami przebieramy się za kanibali i udajemy, że zjadamy ludzi. Na
werandzie też jest świetnie. Wyłazimy i włazimy przez okna i bawimy się,
że jesteśmy piratami, którzy schodzą ze statku i na niego wchodzą. Wokół
domu rośnie mnóstwo brzóz, na które ja się wdrapuję, ale Lisabet nie, bo
jest za mała, ma dopiero pięć lat. Czasami włażę też na dach drewutni.
Drewutnia, stolarnia, magiel i pralnia stoją koło płotu Nilssonów. Jeśli
siądzie się na dachu drewutni, można zaglądać do kuchni Nilssonów i jest
to bardzo zabawne. I jeśli się jeździ tam i z powrotem na maglownicy,
kiedy Alva i Linus-Ida maglują, to także jest zabawne. Ale i tak
najlepsza jest rzeka. Wolno nam przebywać na pomoście, bo woda nie jest
tam głęboka, ale trochę dalej jest już głęboko. Z drugiej strony domu
jest ulica, a wzdłuż niej rośnie żywopłot z bzów, tak że nikt nie może
zobaczyć, co robimy. Ale my za to możemy leżeć za żywopłotem i słuchać,
co mówią przechodzący ludzie. To świetne, prawda?
Tak mniej więcej mówi Madika, kiedy się ją pyta, jak wygląda Czerwcowe
Wzgórze.
I zdarza się naprawdę, że leży schowana za żywopłotem i słucha, o czym
mówią ludzie przechodzący obok.
Czasami słyszy:
- Spójrz tylko, jakie urocze dziecko!
Wtedy Madika wie, że zobaczyli Lisabet, która stoi w otwartej furtce i uśmiecha się całą buzią. Siebie samej Madika nie uważa za szczególnie
urocze dziecko, ale jest bardzo zadowolona, kiedy mówią tak o Lisabet.
Wszyscy twierdzą, Linus-Ida także, że Lisabet jest śliczna.
- Mówię to i powiadam, ona jest piękna, że aż strach - powtarza często
Linus-Ida.
- I dobra także - dodaje Madika i leciutko gryzie Lisabet w ramię. Wtedy
Lisabet śmieje się, zupełnie jakby Madika ją połaskotała. Prawie cała
Lisabet jest pulchniutka, gładziutka i miękka, ale ma małe ostre ząbki i gryzie Madikę w policzek całkiem mocno.
- A ty jesteś dobra jak ogórek - mówi i śmieje się jeszcze radośniej.
Madika wcale nie jest pulchniutka, gładziutka i miękka. Ale ma
sympatyczną, opaloną drobną twarzyczkę, szczere błękitne oczy i gęste
brązowe włosy. I jest wysoka, szczupła i zwinna jak kociak.
- Coś tu się poplątało, że ona jest dziewczynką - powtarza Linus-Ida. -
Mówię to i powiadam, ona miała być chłopcem, to jasne jak słońce.
Madika jest całkiem zadowolona ze swego wyglądu.
- Ja jestem podobna do taty. I to jest świetne. Bo wtedy na pewno
wyjdzie się za mąż.
Lisabet natychmiast staje się niespokojna. Pomyśleć, a jeśli ona nie
wyjdzie za mąż, jest przecież podobna do mamy, wszyscy to mówią. Nie
żeby tak bardzo obchodziło ją wyjście za mąż, ale jeśli Madika to zrobi,
to Lisabet chce także. Chce mieć wszystko dokładnie tak samo jak Madika.
- Jesteś jeszcze za mała, żeby o tym myśleć - mówi Madika i głaszcze
Lisabet po głowie. - Poczekaj, aż będziesz duża i zaczniesz chodzić do
szkoły, tak jak ja.
To niezupełnie prawda, że Madika zaczęła chodzić do szkoły, ale jest już
zapisana, a pozostał jeszcze tylko tydzień wakacji, tak więc jest prawie
uczennicą.
- Zresztą może ja wcale nie wyjdę za mąż - stwierdza Madika, żeby
pocieszyć Lisabet.
W głębi duszy nie do końca rozumie, co takiego zabawnego jest w wychodzeniu za mąż. Ale jeśli musi tak być, to wyjdzie za Abbego
Nilssona, to już postanowiła. Chociaż Abbe jeszcze o tym nie wie.
Linus-Ida skończyła płukać bieliznę, a Madika zjadła śliwki. Wtedy
nadchodzi Lisabet i gramoli się na pomost. Była na werandzie i bawiła
się z Gosan. Ale znudziło jej się, teraz chce wiedzieć, co zamierza
Madika.
- Madika - odzywa się Lisabet - co będziemy robić?
Co robić będziemy?
Z parą kotów popłyniemy
przez jezioro i wszędzie,
koci ogon sterem będzie
- odpowiada Madika. Tak właśnie się odpowiada, tak odpowiada zawsze
Abbe.
- Cha, cha, cha! Ja już to zrobiłam - mówi Lisabet. - Z Gosan... Trzymałam
ogon jak ster... Na werandzie!
- To cię stłukę - oświadcza Madika. - Jeśli ciągnęłaś Gosan za ogon, to
cię stłukę, przecież wiesz o tym.
- Wcale nie ciągnęłam - tłumaczy Lisabet. - Ja nie ciągnęłam ani
odrobinkę. Ja tylko trzymałam za ogon. To Gosan sama wyrywała się i strasznie ciągnęła.
Nawet Linus-Ida spogląda surowo na Lisabet.
- A to nie wie Lisabet, że aniołowie boscy płaczą w niebie, kiedy dzieci
są niedobre dla zwierząt?
- Cha, cha! Ale wtedy pada - odpowiada Lisabet. - A teraz nie pada.
Nie, teraz nie pada. Słońce rozlewa ciepły blask, a od strony klombu
dochodzi słodki zapach pachnącego groszku, trzmiele brzęczą tuż nad
trawą, a obok Czerwcowego Wzgórza płynie rzeka, leniwie i cicho. "Całym
ciałem czuje się, że jest lato" - myśli Madika i wymachuje nogami w wodzie.
- Mówię to i powiadam, ten upał to jakieś dziwy - stwierdza Linus-Ida i ociera pot z czoła. - To jakby płukać bieliznę w Nilu w Afryce, a nie w Szwecji.
Nic więcej Linus-Ida nie mówi, ale Madice już błysnęła pewna myśl. W jej
głowie przecież pomysły lęgną się szybciej, niż prosię zdąży mrugnąć.
- Lisabet, wiem, co zrobimy - mówi Madika. - Będziemy się bawić w Mojżesza w sitowiu.
Lisabet podskakuje z zachwytu.
- A ja będę Mojżeszem?
Linus-Ida śmieje się.
- Tak, to będzie śliczny Mojżesz.
Po chwili Linus-Ida idzie wieszać pranie, a Madika i Lisabet zostają
same nad brzegiem Nilu.
Wieczorami, kiedy lampka w pokoju dziecinnym jest zgaszona i wszędzie
panuje cisza, Madika zwykle opowiada coś Lisabet. Czasami opowiada o "duchach, mordercach i wojnie", choć wtedy Lisabet musi leżeć w łóżku
Madiki, ponieważ boi się słuchać takich historii. Ale czasami Madika
powtarza opowieści z Biblii, które usłyszała od Linus-Idy. Dlatego teraz
Lisabet wie, kto to był Mojżesz. Wie, że leżał w koszyku i wtedy
przyszła córka faraona, która była księżniczką egipską, i go znalazła.
Mojżesz w sitowiu! To będzie znakomita zabawa! Na brzegu rzeki stoi
pusta balia, świetnie się nada dla Mojżesza... Lisabet włazi do niej
natychmiast.
- Nie - protestuje Madika. - Ona nie może stać na lądzie, bo to nie
będzie Mojżesz w sitowiu. Wyłaź z balii, Lisabet!
Lisabet wychodzi posłusznie i Madika spycha balię na wodę. Balia jest
ciężka, ale Madika to silna dziewczynka. Nie ma wiele sitowia w rzece,
ale tuż za szczytową ścianą pralni rośnie duża kępa. Gdyby jej nie było,
to z pomostu Czerwcowego Wzgórza można by widzieć pomost Abbego
Nilssona, a tak to nie można. Zdaniem Madiki to wielka szkoda, ale
zdaniem mamy to dobrze. Mama uważa, że im mniej widać od Nilssonów, tym
lepiej, ale dlaczego, nikt nie wie. Po to się chyba ma oczy, żeby
widzieć, ile tylko się da. No ale teraz to akurat dobrze, że jest ta
kępa. W przeciwnym razie przecież nie byłoby żadnego sitowia, w którym
mógłby się znaleźć Mojżesz.
To nie takie proste zaciągnąć tam balię. Madika i Lisabet ciągną tak, że
są całe czerwone z wysiłku, w końcu jednak balia znajduje się w samym
środku kępy. Lisabet włazi natychmiast do balii i sadowi się wygodnie,
ale nagle patrzy niespokojnie.
- Madika, wiesz co? - pyta. - Całe majtki mam w wodzie.
- Ech, zaraz wyschną - odpowiada Madika. - Wyschną, jak cię uratuję.
- To ratuj mnie szybko - mówi Lisabet i Madika jej to przyrzeka.
Właściwie mogłaby zacząć od razu. Ale patrzy na swoją bawełnianą
sukienkę w paseczki. Niemożliwe, żeby tak była ubrana córka faraona.
- Zaczekaj chwilę, Lisabet! - woła Madika. - Zaraz wracam! Muszę tylko
powiedzieć coś mamie!
Ale mamy nie ma w domu, poszła na rynek, a Alva jest w piwnicy. Madika
musi więc sama wynaleźć sobie coś odpowiedniego na suknię księżniczki.
Rozgląda się dookoła. Na haczyku w sypialni wisi mamy szlafrok.
Jedwabny, jasnobłękitny. Madika wkłada go, och, jaki jest cudowny! Może
prawdziwa córka faraona miała właśnie taki, kiedy schodziła do rzeki
wtedy, dawno temu.
Może miała też welon na włosach... Madika szpera w bieliźniarce i znajduje
cieniutką białą firankę z kuchni, kładzie ją na głowę. Potem przygląda
się sobie w lustrze w sypialni. Jest tak piękna, że aż przenika ją
dreszcz. Tak, tak musiała wyglądać córka faraona.
Tymczasem Lisabet jest całkiem miło w balii, choć dość mokro. Wiatr
kołysze sitowiem tam i z powrotem, ważki latające między łodygami są
takie błękitne, a w wodzie dookoła balii pływają malutkie, malutkie
ukleje. Lisabet przygląda się im przechylona nad brzegiem balii.
Wtem zbliża się Madika, krocząc przez wodę w mamy szlafroku i przytrzymując go rękami. Lisabet także uznaje, że Madika wygląda
zupełnie jak córka faraona, i śmieje się radośnie. Zaczyna się prawdziwa
zabawa.
- Tu sobie leżysz, mały Mojżeszku? - odzywa się Madika.
- Aha, tu leżę - odpowiada Lisabet. - Mogę zostać twoim małym
chłopczykiem?
- Tak, możesz - wyraża zgodę Madika. - Ale najpierw uratuję cię z tej
balii. Kto cię w niej położył?
- Sama się położyłam - mówi Lisabet, ale Madika rzuca jej ostre
spojrzenie i szepcze:
- To uczyniła moja mama, żeby faraon mnie nie zabił.
Lisabet posłusznie powtarza.
- W takim razie jesteś chyba zadowolony, że możesz zostać u mnie, tak
pięknie ubranej?
- Tak, bardzo - zapewnia Lisabet.
- Ty także będziesz pięknie ubrany - obiecuje Madika. - Bo dostaniesz
nowe ubranie.
- I suche majtki - dodaje Lisabet. - Madika, wiesz co? Myślę, że w balii
jest dziura.
- Cicho! - strofuje ją Madika. - Wkrótce przypłyną krokodyle, wiesz,
Mojżeszku, a one zjadają dzieci. Najlepiej uratuję cię natychmiast.
- Apselutnie - mówi Lisabet.
Ale Madika szybko uświadamia sobie, że ratowanie dzieci z Nilu wcale nie
jest takie łatwe. Lisabet wisi jej na plecach jak kloc, a szlafrok
ciągle zsuwa się do wody.
- Dość dużo tu krokodyli - stęka Madika i zatacza się w kierunku brzegu.
- Myślę, że zaniosę cię do pomostu Nilssonów, bo jest bliżej.
- Tam stoi Abbe - oznajmia Lisabet.
Madika staje jak wryta.
- Co? - pyta. - Złaź, Lisabet, możesz iść sama.
Ale Lisabet protestuje:
- Jasne, że nie mogę, przecież jestem Mojżeszem.
I zaciska ramionka wokół szyi Madiki tak mocno, jak tylko potrafi.
- Ja się boję kroketilów - oświadcza.
- Tu nie ma żadnych krokodyli - mówi Madika. - Już się nie bawimy, złaź!
Ale Lisabet nie chce zejść, a wtedy Madika robi się zła. Lisabet jeszcze
mocniej zaciska rączki na jej szyi. Uwolnić się od nich nie byłoby dla
Madiki wcale takie trudne, gdyby nie mamy szlafrok. Madika musi
podtrzymywać go obiema rękami, bo ciągle zsuwa się do wody. Dlatego może
zrobić tylko kilka niewielkich, pełnych wściekłości podskoków, żeby
strącić z siebie Lisabet. Na pomoście Nilssonów stoi Abbe i ma niezłą
zabawę.
- Nie skacz prosto w Wielką Głębię - mówi i spluwa do wody.
Madika dobrze wie, że w jednym miejscu przy pomoście Nilssonów od razu
robi się głęboko. Ale teraz jest zła i chce tylko pozbyć się Lisabet.
Dlatego skacze i wierzga niczym dziki źrebak i nie patrzy wokół siebie.
- Ja się boję kroketi... - piszczy znów Lisabet.
Potem słychać tylko niewielki plusk. Madika i Lisabet zniknęły w Wielkiej Głębi.
Może pozostałyby tam, może nie byłoby już żadnych dziewczynek na
Czerwcowym Wzgórzu, gdyby przypadkiem Abbe nie stał tam, gdzie stał.
Z całkowitym spokojem podnosi bosak, który leży na pomoście, i wkłada go
do wody, w miejscu Wielkiej Głębi. I od razu czuje, że ma niezły połów.
Kiedy podrywa bosak, wiszą na nim mocno uczepione dwie małe mokre
dziewczynki. Szybko wdrapują się na pomost, a Lisabet wyje, jakby ją
ktoś obdzierał ze skóry.
- Cicho - uspokaja ją Madika. - Bądź wreszcie cicho, bo nigdy więcej nie
pozwolą nam bawić się nad rzeką.
- To dlaczego skoczyłaś ze mną w Wielką Głębię? - zawodzi Lisabet.
I wcale nie myśli tak zaraz przestać płakać, dopiero przecież zaczęła.
Ze złością spogląda na Madikę.
- Wszystko powiem mamie.
- Tego bym ci nie radził - mówi Abbe.
- Skarżypyta bez kopyta! - woła Madika.
Ale w tym momencie dociera do niej, że to mokre, co ma na sobie, to
przecież mamy szlafrok. Jak tylko mama go zobaczy, i tak wszystkiego się
domyśli, Lisabet nie musi nic mówić.
- Chodźcie, dostaniecie po obwarzanku - zaprasza Abbe.
Abbe jest cudowny nie tylko dlatego, że ma piętnaście lat i umie
wyławiać ludzi bosakiem, ale piecze też słodkie obwarzanki i sprzedaje
je na rynku. Właściwie to jego tata powinien piec obwarzanki, a mama
sprzedawać je na rynku, ale najczęściej Abbe sam musi zadbać o wszystko.
Madice bardzo jest żal Abbego. Abbe chce być marynarzem i pływać po
morzach, gdy sztorm szaleje. Wcale nie chce piec ciastek. Ale musi, bo
jego tata też wcale nie chce piec ciastek. Kiedy Linus-Ida śpiewa swoje
piosenki o biednych dzieciach i o tym, jak "ich ojcowie do knajpy tylko
ciągną", Madika czasami myśli, że to o wujku Nilssonie. Chociaż wujek
Nilsson tylko w soboty do knajpy ciągnie, ale i tak Abbe musi piec
obwarzanki przez cały tydzień, zamiast pływać w tym czasie po morzach,
gdy sztorm szaleje. Biedny Abbe!
Ale jeśli wpadło się w Wielką Głębię, słodki obwarzanek jest dokładnie
tym, czego potrzeba. Lisabet milknie. Gryzie obwarzanek i naburmuszona
przygląda się swojej mokrej sukience.
- Madika, powiedziałaś, że zaraz wyschnę, kiedy tylko mnie uratujesz...
Tak mówiłaś...
Kiedy mama chwilę później przychodzi do domu, znajduje swoje dwie małe
córeczki zupełnie suche, przebrane w kuchni u Alvy. Wsadziły Sassa do
schowka na drewno i bawią się, że jest on lwem cyrkowym. Madika
prezentuje go Alvie i Lisabet. Żeby przyglądać się cyrkowemu lwu, trzeba
zapłacić dwa öre. Oczywiście to nie są prawdziwe pieniądze, tylko guziki
od spodni.
- Bo to nie jest prawdziwy lew cyrkowy - mówi Lisabet - więc wystarczą
guziki od spodni.
Na dworze, na sznurze do wieszania bielizny, między jabłoniami Linus-Ida
powiesiła poszewki i ręczniki, a także dwie małe sukieneczki i niebieski
szlafrok.
Mama całuje Madikę i Lisabet, po czym zaczyna wyjmować z koszyka zakupy.
- Myślę, że ugotujemy dziś na obiad zupę - mówi do Alvy i wykłada na
stół pęczek marchwi, kalafior i por. - A na drugie zrobimy naleśniki.
Potem zwraca się do swoich córeczek:
- Coście robiły przez cały dzień?
W kuchni zapada cisza. Lisabet z przerażeniem patrzy na Madikę. A Madika
spuszcza oczy i wpatruje się w swój duży palec u nogi, jak gdyby nigdy
przedtem go nie widziała.
- No, co robiłyście? - pyta znów mama.
- Prałyśmy i płukały swoje ubrania - odpowiada Madika niechętnie. - I twój szlafrok też... to dobrze, prawda?
- Margareta! - mówi mama.
Na dworze w łagodnym letnim wietrze powiewa uprana bielizna, a od strony
Nilssonów dobiegają wesołe słowa:
Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal,
Gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal!
To Abbe sobie śpiewa, piekąc słodkie obwarzanki.
RICKARD
Madika zaczęła chodzić do szkoły i to jest bardzo przyjemne. Naprawdę
przyjemnie mieć elementarz oprawiony w ładny zielony papier z nalepką,
na której napisane jest: "Margareta - Klasa I". "Margareta", nie
"Madika", uczennica nie może przecież nazywać się "Madika". Przyjemnie
mieć łupkową tabliczkę i gąbkę przymocowaną na sznurku, i butelkę po
wodzie do włosów wypełnioną teraz zwykłą wodą, którą zmywa się
tabliczkę, żeby znów była czysta. Przyjemnie mieć rysik i piórnik, do
którego wkłada się rysik, i tornister, do którego wkłada się piórnik. A najlepsze ze wszystkiego... do elementarza dołączony jest kogut! I jeśli
się jest pilną uczennicą i odrabia zadane lekcje, można go lekko
nacisnąć, a wtedy ten kogut znosi pięcioörowe monetki, aż dźwięczą.
Tak, to naprawdę przyjemne chodzić do szkoły i już pierwszego dnia
Madika mówi z westchnieniem:
- Och, że też muszą być ferie świąteczne!
Co prawda pozostały do nich jeszcze cztery miesiące, ale zawsze!
Madika pokazuje elementarz, tabliczkę i piórnik Lisabet i mamie, i tacie, i Linus-Idzie, i Alvie, i Abbemu Nilssonowi. Pozwala Lisabet
kartkować elementarz i pisać troszkę na tabliczce, choć po wielu
przestrogach. Każdego ranka, kiedy Madika idzie do szkoły, Lisabet stoi
w przedsionku i też pragnie wyruszyć w drogę z takim wspaniałym
tornistrem na plecach. A potem czas się tak wlecze, zanim Madika wróci
do domu. A kiedy już wreszcie przyjdzie, to ma lekcje do odrobienia.
Siedzi w pokoju i czyta, tak że słychać w całym domu:
- I U O. I U O!
Lisabet nie rozumie, że tak długo trzeba czytać I U O, ale ona nie jest
przecież jeszcze uczennicą.
Tatuś każdego dnia przy obiedzie pyta:
- No, Madiko, jak ci idzie w szkole?
- Świetnie - odpowiada Madika. - Jestem najlepsza w klasie.
- A kto to mówi? - chce wiedzieć mama. - Ty czy pani?
- Obie tak uważamy - odpowiada Madika.
Mama i tata spoglądają na siebie zadowoleni. No, proszę! Zupełnie
niepotrzebnie tak się niepokoili. Szkoła potrafi zrobić człowieka nawet
z takiego urwipołcia jak Madika.
Ale mijają dni i Madika traci zapał do odrabiania lekcji. Mama musi jej
przypominać, że ma nauczyć się liczyć. I już nie słychać tak często I U O z pokoju dziecinnego. Dochodzi stamtąd tylko hałas, kiedy Madika i Lisabet skaczą po meblach i przewracają krzesła.
Pewnego dnia słychać jeszcze coś innego.
- Chodź, Adolfino, obejmij mnie - śpiewa Madika.
Mamie się to nie podoba.
- Fe, Madiko - mówi. - To taki głupi szlagier. Kto cię tego nauczył?
Mama nic nie wie! Nie wie, co mają Nilssonowie. Coś wspaniałego...
gramofon! Z wielką, wielką tubą. Wujek Nilsson gra Chodź, Adolfino
każdego dnia i tańczy z ciocią Nilsson. Wprawdzie gramofon strasznie
trzeszczy, buczy i szumi, ale mimo wszystko można zrozumieć, że to
Adolfina rozlega się z tuby.
Mama nie przepada za Nilssonami, zupełnie nie wiadomo dlaczego.
- No, Madiko - powtarza mama. - Kto nauczył cię tego głupiego kawałka?
Madika robi się czerwona.
- To... to Rickard - bąka. Bo nie chce powiedzieć, że nauczyła się u Nilssonów.
- Kto to jet Rickard? - pyta Lisabet.
- Rickard... to mój kolega z klasy - odpowiada Madika pospiesznie.
- Coś takiego! - mówi mama. - Ten chłopiec nie jest dla ciebie
odpowiednim towarzystwem.
Kilka dni później kogut z elementarza zniósł pięć öre dla Madiki,
chociaż, prawdę mówiąc, w ostatnim czasie nie uczyła się szczególnie
pilnie. Za pięć öre można kupić pięć mlecznych cukierków w małym
sklepiku tuż koło szkoły. Madika przyrzeka Lisabet, że da jej dwa
cukierki, i Lisabet cały dzień snuje się po domu, czekając na nie. A kiedy Madika wreszcie wraca ze szkoły, spotyka Lisabet już w sieni.
- Biedna Lisabet - mówi Madika. - Rickard zjadł twoje cukierki.
- Rickard powinien dostać lanie - oświadcza Lisabet i robi się smutna.
Tak, na pewno przydałoby się temu Rickardowi przemówić do rozumu. Bo to
wcale nie ostatni raz wpadł mu do głowy głupi pomysł.
Pewnego dnia Madika wróciła do domu w jednym kaloszu. Drugi gdzieś
przepadł. A to był taki ładny kalosz, czarny i lśniący, z czerwoną
podszewką.
- Gdzie masz drugi kalosz? - pyta mama.
- Rickard zabrał mi i wrzucił do kanału - odpowiada Madika.
- Rickard powinien dostać lanie - stwierdza Lisabet.
Mama jest zła na Rickarda.
- To prawdziwe nieszczęście, że macie w klasie takiego chłopca.
Doprawdy, muszę porozmawiać z panią.
Ale mama jest tak zajęta, że z planowanej rozmowy z panią nic nie
wychodzi. A Rickard nadal robi głupie kawały. Prawie każdego dnia jakiś
psikus.
Madika wraca z wielką plamą z atramentu na nowej sukience... naturalnie
Rickard! Pewnego dnia tabliczka Madiki pękła na samym środku... No, bo
Rickard cisnął nią o ścianę. Chciał sprawdzić, czy to jest mocna
tabliczka. Ale nie była. W każdym razie nie aż tak mocna.
W książce Madiki jest fotografia królowej, która dawno temu mieszkała w Szwecji. Któregoś dnia królowej wyrosła broda i wąsy.
- No coś takiego! Margareta, dlaczego mażesz w książce? - pyta mama
surowo.
- To nie ja - odpowiada Madika. - To ten Rickard.
- Rickard powinien dostać lanie - mówi Lisabet.
Madika każdego dnia przy obiedzie opowiada o okropnym Rickardzie i jego
sprawkach. Pani ma tyle z nim kłopotów, że się w głowie nie mieści.
Rickard hałasuje w czasie lekcji i prawie stale stoi w kącie.
- I wiecie - dodaje Madika - dziś zjadł mi gumkę.
- Zjadł gumkę? - zaniepokoiła się mama.
- Z tym chłopcem musi być coś nie w porządku - mówi tata.
- Rickard powinien dostać lanie - oświadcza Lisabet.
Pewnego dnia Madika wraca ze szkoły i ma zupełnie nową fryzurę. Znów
oczywiście ten Rickard. Pożyczył od Madiki nożyczki do prac ręcznych, a w drodze do domu uciął jej grzywkę. I to jaką grzywkę!
Ale tym razem cierpliwość mamy się wyczerpała.
- Jutro idę do szkoły porozmawiać z panią - mówi zdecydowanym tonem.
- Rickard powinien dostać... - zaczyna Lisabet.
- Cicho bądź! - krzyczy Madika z wściekłością. - Rickard nie może dostać
lania, bo już przestał chodzić do szkoły.
- Przestał? - pyta mama ze zdumieniem.
- Tak, on... nie chce już chodzić do szkoły - wyjaśnia Madika.
- Chce, nie chce! - irytuje się mama. - Co ty wygadujesz? Pewnie się
przeprowadza i zacznie chodzić do innej szkoły.
- Tak, może będzie chodził do innej szkoły i tam zjadał gumki - mówi
Lisabet z zadowoleniem.
Parę dni później ciocia Lotten obchodzi urodziny. Ciocia Lotten mieszka
w małym żółtym domku tuż przy szkole. Mama z obiema córeczkami idzie
złożyć jej życzenia.
Przed samym domkiem cioci Lotten spotykają panią ze szkoły. Mama
zatrzymuje się, mimo że Madika ciągnie ją za spódnicę. Madika wcale nie
chce rozmawiać z panią, ale chce tego mama.
- Jak tam nasza Margareta sprawuje się w szkole? - pyta mama.
Właściwie nie potrzebuje pytać. Madika powiedziała przecież, że idzie
świetnie. Mama uważa jednak, że byłoby miło, gdyby pani potwierdziła, że
Madika jest najlepsza w klasie.
Tymczasem pani mówi coś bardzo dziwnego:
- No, tak, z pewnością będzie lepiej, kiedy Margareta trochę przywyknie.
Niektóre dzieci mają kłopoty z przystosowaniem się do szkoły.
Na twarzy mamy pojawia się wyraz zamyślenia... Naprawdę pani uważa, że
Madika należy do tego rodzaju dzieci? To co ona musi sądzić o Rickardzie?
- Tak, choćby ten Rickard - mówi mama. - To prawdziwe szczęście, że
przestał chodzić do tej klasy. Na pewno to wielka ulga, kiedy można
pozbyć się takiego łobuziaka.
- Rickard? - pyta zdziwiona pani. - Nie mieliśmy chłopca o imieniu
Rickard.
- No, ale... - zaczyna mama. Szybko jednak milknie i ostro spogląda na
Madikę.
- Rickard powinien dostać lanie - oświadcza Lisabet.
Madika jest czerwona jak burak i wbija wzrok w swoje buty. Lanie,
powiedziała Lisabet! Ktoś na pewno dostanie lanie, tylko kto? Och, jaka
się czuje samotna, kiedy Rickard zniknął.
MADIKA i LISABET URZĄDZAJĄ WYCIECZKĘ
Nigdy więcej Madika nie opowiada o Rickardzie i Lisabet uważa, że jest o wiele nudniej. Nie rozumie, że Rickard zniknął całkowicie i nieodwołalnie. Zwłaszcza przy obiedzie Lisabet odczuwa jego brak. Czasem
więc mówi:
- Ciekawa jestem, jak Rickardowi idzie w nowej szkole?
Wtedy Madika świdruje ją wściekłym wzrokiem. Mama udaje, że nic nie
słyszała. Ale zdarza się, że tata śmieje się i leciutko pociąga Madikę
za włosy.
- Tak, tak, panno Świetnie, mogłabyś coś powiedzieć. Opowiedz, jak tam
ci idzie w szkole... bez Rickarda.
I Madika opowiada, że pani ma taki piękny mały złoty zegarek na długim
łańcuszku i że Mia ma pełno wszy we włosach, że chłopcy biją się na
podwórku szkolnym każdego dnia i że bardzo przyjemnie jest siedzieć na
korytarzu w czasie przerw i jeść kanapki.
- Z czym wy macie te kanapki, dzieci? - pyta Lisabet. Chce wszystko
wiedzieć o szkole.
- Z kiełbasą i z serem - odpowiada Madika.
Lisabet wzdycha. Pomyśleć, że są dzieci tak szczęśliwe! Mogą sobie
siedzieć na korytarzu i jeść kanapki z kiełbasą i serem, i mogą mieć
piórniki i łupkowe tabliczki, i tornistry. Ach, jak Lisabet żałuje, że
nie chodzi do szkoły!
Tata ciągle zadaje pytania. Następnego dnia przy obiedzie pyta znów:
- No, panno Świetnie, co było dziś w szkole?
Madika zastanawia się chwilę. Teraz, kiedy zabrakło Rickarda, nie ma tak
wiele do opowiadania.
- Mia ma tak dużo wszy, że łażą po ławce - mówi. - Chciałabym też mieć
kilka.
- Nie, dziękuję bardzo - protestuje mama.
Lisabet, która właśnie miała wepchnąć do buzi całą górę kartoflanego
purée, odkłada łyżkę.
- W mojej szkole - oznajmia triumfująco - w mojej szkole wszystkie
dzieci mają wszy we włosach.
- Ech - krzywi się Madika - ty przecież nie chodzisz do żadnej szkoły.
- Właśnie że chodzę - upiera się Lisabet.
Tatuś śmieje się.
- Ach, tak? Ty też masz szkołę? To pewnie ta sama, do której przeniósł
się Rickard, co?
Lisabet promienieje. Jaki wspaniały pomysł! Nie tylko sukienki i buty
może dziedziczyć po Madice, ale także Rickarda. Lisabet uśmiecha się
szeroko i kiwa głową.
- Tak, Rickard przyszedł do mojej szkoły i ma masę wszy na głowie -
zapewnia.
- Jaka ty jesteś dziecinna, Lisabet - mówi Madika.
Mijają tygodnie. Pewnej wrześniowej soboty Madika wpada ze szkoły jak
szalona z roziskrzonymi oczami.
- Mama w domu?! - krzyczy jak zwykle już od drzwi, a potem wyrzuca z siebie całkiem zdyszana: - Mama, jedziemy na wycieczkę... w środę... cała
szkoła! Najpierw pojedziemy pociągiem, a potem pójdziemy spory kawał
drogi, potem wejdziemy na górę i będziemy tam siedzieć i jeść kanapki, i oglądać widoki. O, jaka jestem szczęśliwa!
Nie może ustać w miejscu, z promienną buzią w podskokach podbiega do
mamy i zarzuca jej ręce na szyję. Tuż obok stoi Lisabet, ponura jak
chmura gradowa. Chwilę milczy, a potem oświadcza z naciskiem:
- W mojej szkole też mamy wycieczkę i pojedziemy pociągiem, i wejdziemy
na górę o wiele wyższą.
- Aha, to akurat coś dla was! - mówi z lekceważeniem Madika.
- Głupia jesteś! - krzyczy Lisabet, po czym rzuca się ku mamie i ukrywszy twarz na jej kolanach, zanosi się rozpaczliwym łkaniem.
- Ja też chcę mieć wycieczkę i siedzieć na górze, i jeść kanapki!
Wtedy Madice robi się żal Lisabet.
- Możemy sobie zrobić wycieczkę we dwie, tylko ty i ja - proponuje.
Lisabet płacze jeszcze chwileczkę, tak na wszelki wypadek, potem podnosi
oczy pełne łez.
- I siedzieć na górze? - pyta.
- Może - odpowiada Madika. - Jeśli znajdziemy jakąś.
- To bardzo miłe z twojej strony, Madiko - mówi mama. - Obie pójdziecie
na wycieczkę. To będzie przyjemne, prawda, Lisabet?
Mama uważa, że świetnie się składa, bo akurat dzisiaj oboje z tatą
zostali zaproszeni na wczesny obiad do Berglundów.
- Spakujemy kosz, który zabierzecie w jakieś miłe miejsce - mówi mama i głaszcze Lisabet po policzku.
- Na jakąś miłą górę - poprawia ją Lisabet.
Mama przynosi czerwony wiklinowy kosz, który stoi zwykle na półce w spiżarni, i wkłada do niego mnóstwo dobrych rzeczy: klopsiki, małe
kiełbaski, dwa ugotowane na twardo jajka, kawałek szarlotki, butelkę
mleka i dwie bułeczki z cynamonem.
- Tak dużo dobrych rzeczy mama i tata nie dostaną u Berglundów -
stwierdza Madika.
Mamie się spieszy. Nakłada kapelusz i płaszcz i jednocześnie napomina
Madikę:
- Nie idźcie za daleko i powiedz Alvie, dokąd się wybieracie.
A do Alvy mówi:
- Droga Alvo, uważaj na dzieci, kiedy mnie nie będzie.
- Dobrze, proszę pani, oczywiście, że będę uważać - odpowiada Alva.
I mama wychodzi.
Madika i Lisabet biorą koszyk. To dopiero będzie wycieczka!
- Gdzie jest jakaś góra? - dopytuje się Lisabet.
Madika stoi zamyślona na schodkach werandy. Akurat tu w pobliżu nie ma
żadnej góry, a mama mówiła, że nie wolno im iść daleko. Ale Madika nie
potrzebuje zastanawiać się zbyt długo, przecież w jej głowie pomysły
lęgną się szybciej, niż prosię zdoła mrugnąć. I teraz coś sobie
przypomniała. Przypomniała sobie historię, którą kiedyś czytała im mama.
Jest w niej mowa o tym, że kilkoro dzieci miało iść na wycieczkę,
zupełnie tak samo jak teraz Madika i Lisabet, i one też miały kosz,
tylko że pełen naleśników. Ale zamiast iść do lasu i tam sobie
posiedzieć, wdrapały się na dach chlewu, a wszystkie naleśniki spadły do
środka, prosto między świnie. To była śmieszna historia.
- Wiesz co, Lisabet - proponuje Madika. - Jakiejś góry to tu nie mamy,
ale możemy wleźć na dach drewutni.
Lisabet podskakuje.
- Zupełnie jak tamte dzieci - mówi radośnie. - Chociaż my nie mamy
żadnych naleśników.
- No i żadnych świń - dopowiada Madika. - Więc nic się nie stanie, nawet
jeśli kosz nam spadnie.
- A mama by nam pozwoliła? - pyta Lisabet.
Madika zastanawia się przez moment.
- Mama powiedziała, żebyśmy poszły w jakieś miłe miejsce, które nie jest
zbyt daleko. Dach drewutni jest miłym miejscem, to wiem na pewno, i ma
się stamtąd także widok. W środę też przecież będziemy mieli widoki.
W tej samej chwili mija je w pośpiechu Alva.
- Dokąd idziecie? - pyta. - Muszę to wiedzieć.
- Zupełnie niedaleko - odpowiada Madika. - Zostajemy w domu.
Lisabet chichoce.
- Zupełnie niedaleko. Bo my tylko...
- Cicho bądź! - przerywa jej Madika. - Powiedziałam przecież, że
zostajemy w domu.
Alva jest zadowolona. Może dalej prasować spokojnie.
Przy drewutni stoi drabina. Madika korzystała z niej wiele razy, żeby
wejść na dach. Zwykle balansuje potem na szczycie dachu, idąc aż do
pralni, bo Nilssonowie mają gruszę, której gałęzie zwieszają się nad
dachem pralni, a Madika lubi drobne, smaczne sierpniowe gruszki.
Lisabet także ma zwyczaj włazić na drabinę, ale tylko na te najniższe
szczeble. Teraz ma wejść na samą górę i usiąść na dachu. "To jest i cudowne, i straszne, ale tak pewnie jest z wycieczkami" - myśli Lisabet.
Madika włazi pierwsza i to ona niesie kosz. Mimo to idzie szybko i lekko. Lisabet wdrapuje się ostrożnie i im jest wyżej, tym trudniej jej
iść. W końcu sięgnęła nosem ponad szczyt dachu i widzi, że Madika siedzi
i wypakowuje wszystkie pyszności. Ale Lisabet już nie uważa, żeby dach
był szczególnie miłym miejscem. Nagle uświadamia sobie, że góra byłaby o wiele lepsza.
- Madika, wiesz co? - mówi. - Ja nie chcę wchodzić na ten dach.
- Nie marudź teraz, bo to nie będzie żadna wycieczka - strofuje ją
Madika. - Chodź, pomogę ci.
Lisabet tak się boi, że cała aż drży, ale Madika napręża się i ją
wciąga. W końcu Lisabet siedzi na dachu, choć cały czas biadoli:
- Ty nie masz dobrze w głowie, Madika, ty apselutnie nie masz dobrze w głowie.
Potem, kiedy siedzą już okrakiem na kalenicy z koszem ustawionym między
sobą, Lisabet zaczyna się to podobać.
- Patrz, mogę zajrzeć do kuchni Nilssonów - zachwyca się.
Madika kiwa głową z zadowoleniem.
- No, a nie mówiłam? Że ma się widok... można dokładnie zobaczyć, co robią
Nilssonowie. Wiele razy tak robiłam.
Dłuższą chwilę tak sobie siedzą i spoglądają na Nilssonów. Jak zwykle
Abbe stoi przy blasze do pieczenia. Cioci Nilsson nie widać, ale wujek
Nilsson leży na ławie w kuchni i śpi.
- Pewnie jest pijany - stwierdza Madika, bo taki zwykle bywa wujek
Nilsson w soboty.
Abbe spogląda w górę i spostrzega je. Natychmiast przerywa pracę.
Podchodzi do okna i zaczyna robić najstraszniejsze miny, tak że obie
krztuszą się ze śmiechu. Madika nie pojmuje, jak ktoś może tak
straszliwie się wykrzywiać. Bo tak w ogóle to Abbe jest ładny, zdaniem
Madiki; ma bardzo jasne włosy, jego oczy są jasnobłękitne, a usta
szerokie. Tak, Abbe jest ładny. Chociaż gdy marszczy twarz, jak akurat w tym momencie, wygląda jak troll i wcale nie jest ładny, ale za to taki
śmieszny, że można spaść z dachu, kiedy się na niego patrzy.
Po chwili Abbe wychodzi na dwór.
- Hej, wy, tam! - woła, patrząc na Madikę i Lisabet. - Na pewno wszystko
z wami w porządku?
- Aha! Wszystko z nami w najlepszym porządku - odpowiada Madika.
Nie może być nic wspanialszego, niż siedzieć na dachu drewutni i rozmawiać sobie z Abbem.
- Jesteśmy na wycieczce - wyjaśnia Lisabet dla pewności.
- No, to nawet widać - mówi Abbe. - Co tam macie w koszyku?
- Klopsiki i małe kiełbaski, i wiele dobrego - odpowiada Madika.
- Całkiem dużo dobrego - potwierdza Lisabet.
Abbe opiera się o płot, który dzieli Czerwcowe Wzgórze od Zacisza, tak
się nazywa dom Nilssonów. Stoi tam w milczeniu i wygląda, jakby się nad
czymś zastanawiał.
- Załóżmy się, co? - odzywa się w końcu. - Załóżmy się, że nie
potraficie wrzucić mi w usta klopsika, choćbyście się starały nie wiem
jak.
Madika i Lisabet wydają radosne okrzyki. Naprawdę tylko Abbe potrafi
wymyślić coś tak zabawnego!
- Cha, cha! Czekaj no tylko, to zobaczysz! - woła Madika i porywa z kosza klopsik. Celuje dokładnie i ciska go w kierunku otwartych ust
Abbego. Ale klopsik trafia go prosto w środek czoła. Potem toczy się po
ziemi i układa na posłaniu z żółtych jesiennych liści. Abbe podnosi go
błyskawicznie i wkłada do ust.
- A nie mówiłem? Nie umiecie celować, to widać.
- To dziwne - mówi Madika i rzuca następny klopsik. - Teraz zobaczysz!
Ale klopsik przelatuje tuż obok ucha Abbego i też toczy się po ziemi.
Abbe podnosi go i wsadza do ust.
- Tak, tak, to widać - mówi. - Wcale nie umiesz trafiać, Madika.
- Teraz ja - prosi Lisabet. - Ja też chcę rzucać klopsikami.
Rzuca jednego, wcale nie celując, i ten nie dolatuje nawet do płotu.
- Obie jesteście równie niezdarne - stwierdza Abbe.
Wsadza rękę obsypaną mąką między sztachety i przyciąga do siebie
klopsik.
Madika i Lisabet próbują znowu. Wiele jeszcze razy próbują, ale w końcu
Madika oświadcza:
- Już nie możemy rzucać, bo klopsiki się skończyły.
- Możliwe, że lepiej wam pójdzie z kiełbaskami - kusi Abbe. - One są
jakby lepiej wyważone, spróbujcie, zobaczymy.
Madika i Lisabet ochoczo sięgają po kiełbaski. Jeden raz Madika
wcelowała kiełbaską dokładnie między oczy Abbego, ale lepiej już się jej
nie udało.
- Zostały tylko dwie kiełbaski - mówi Madika. - A te musimy mieć dla
siebie.
- No, chyba nie sądzicie, że mam czas stać tak cały dzień tylko po to,
żebyście mogły ćwiczyć się w rzucaniu kiełbaskami - obrusza się Abbe. -
Cześć, maluchy, musicie skombinować sobie kogoś innego i na nim ćwiczyć.
Abbe znika w swojej kuchni.
- Teraz musimy być na wycieczce - odzywa się wtedy Lisabet.
To oznacza, że chce jeść.
I jedzą kiełbaski, które pozostały, i jajka, i szarlotkę, i bułeczki z cynamonem, a wszystko jest takie dobre. Wkrótce są najedzone, chociaż
celując w Abbego, wystrzelały klopsiki i prawie wszystkie kiełbaski.
Piją też mleko z butelki, ale Lisabet trzyma krzywo swój kubek i cieniutka biała strużka płynie w dół po dachówkach do rynny.
- Pomyśl, jakie zdziwione będą wróble, kiedy przylecą i zobaczą, że w rynnie jest mleko - śmieje się Madika.
- No, i zadowolone - przypuszcza Lisabet. - Co będziemy teraz robić,
Madika?
- Musimy zobaczyć więcej widoków, bo to właśnie robi się na wycieczkach
- zapewnia Madika.
- Naprawdę? - pyta Lisabet.
- Tak, pani tak mówiła i to będziemy robić w środę. Chociaż chłopcy
twierdzili, że gwiżdżą na widoki, chcą mieć tylko wesoło.
Ale Madika i Lisabet nie są takie jak chłopcy, patrzą na widoki, ile się
da. Nie tylko do kuchni Nilssonów, nie, obracają głowy na wszystkie
strony, dokładnie tak, jak się robi na wycieczce. Mogą widzieć stąd
rzekę, hen, aż do miejsca, gdzie skręca, i wierzby płaczące, których
gałęzie zwieszają się nad wodą, i wszystkie domy i ogrody wzdłuż brzegu
rzeki. Jest pięknie, liście na drzewach mienią się złotem i jesienną
czerwienią, a niebo nad nimi takie błękitne i czyste. Odchylają więc
głowy do tyłu i wpatrują się długo w niebo, żeby zobaczyć wszystkie
widoki, jakie tylko się da. Wtedy spostrzegają ptaka, który unosi się
wysoko, wysoko w górze.
- Pomyśl, jaki on ma widok - mówi Madika. - Och, jak ja chciałabym
latać.
- Ludzie nie mogą latać - stwierdza Lisabet.
- Mogą, w samolotach - wyjaśnia Madika.
Abbe opowiadał jej kiedyś o samolotach. Na wojnie są samoloty, ale tu w Szwecji też jest ich trochę. Madika dałaby wszystko za to, żeby zobaczyć
choć jeden. Ale Linus-Ida twierdzi, że to grzech latać.
- Mówię to i powiadam, gdyby Bóg chciał, żeby ludzie latali, toby ich
stworzył ptakami - mawia Linus-Ida.
Lisabet uważa, że samoloty to niezwykła rzecz, ale wie, że są jeszcze
przecież tacy, co mogą sami latać.
- Madika, wiesz co? - mówi. - Jon Blund, on może latać tylko z parasolem.
Madika prycha.
- Jakaś ty dziecinna, Lisabet.
Ale nagle Madika zaczyna rozmyślać. Abbe opowiadał, że na wojnie był
taki jeden, który ze swojego samolotu wyskoczył z ogromnym parasolem.
Jasne, że Madika rozumie, że nie można latać sobie dookoła tu i tam z parasolem jak Jon Blund, ale może się uda wyskoczyć na ziemię z samolotu. Albo... z jakiegoś innego miejsca!
Madika namyśla się. Dach drewutni to niezłe miejsce.
- Myślę, że spróbuję - odzywa się Madika.
- Co takiego? - chce wiedzieć Lisabet.
- Z parasolem - odpowiada Madika.
Kiedy do Lisabet dociera to, co Madika wymyśliła, zaczyna śmiać się tak,
że aż w niej bulgocze.
- Ty nie masz dobrze w głowie, Madika - mówi. - Będziemy się bawić, że
ty jesteś Jon Blund?
- Nie, wyobraź sobie, że nie będziemy - tłumaczy Madika. - Nie bądź
dziecinna. Będę udawała, że wyskakuję z samolotu, rozumiesz?
- Ty nie masz dobrze w głowie, Madika - powtarza znów Lisabet.
Teraz trzeba tylko przynieść z sieni duży parasol taty, tak żeby Alva
tego nie zauważyła. Bo nie jest całkiem pewne, czy Alva zna się na
lataniu z parasolem. Mogłaby zacząć robić jakieś trudności tylko
dlatego, że nigdy nie słyszała, jak to jest na wojnie.
Lisabet przestaje się śmiać, kiedy pojmuje, że ma zostać sama na dachu,
ale Madika pociesza ją:
- Ech, zaraz wracam. Przez ten czas możesz zaglądać do Nilssonów. Siedź
tylko bez ruchu, żebyś nie stoczyła się w dół.
I Madika znika z pola widzenia Lisabet, schodzi po drabinie.
Zagląda do kuchni. Alva prasuje, aż pot się z niej leje. Musi mocno
palić w piecu, żeby grzać żelazko. Dlatego, mimo otwartych okien, w kuchni jest gorąco jak w piekarniku.
Alva cieszy się, widząc Madikę.
- Jak to dobrze. Nie muszę wylatywać na dwór, żeby mieć was na oku. Jak
tam z wycieczką?
- Świetnie - mówi Madika.
- A gdzie Lisabet? - dopytuje się Alva.
- Ona została na... wycieczce - odpowiada Madika i wymyka się do sieni,
zanim Alva zdąży zapytać o coś jeszcze.
W stojaku na parasole stoi parasol taty. Madika zdążyła właśnie go
capnąć, kiedy Alva uchyla drzwi.
- Sasso jest z wami? - pyta.
- Nie - odpowiada Madika i próbuje schować parasol za plecami.
- To poleciał do miasta, jak zwykle. A po co ci ten parasol?
- Myślałam... jeśli zaczęłoby padać - mówi Madika.
- Padać! Dzisiaj! Nie, na pewno nie - oświadcza Alva. - Postaw parasol
na miejsce.
Madika robi się zła. Nie ma czasu stać tu i roztrząsać problem pogody,
kiedy za chwilę ma latać pierwszy raz w życiu.
- Trzeba mieć parasol na wycieczce - mówi rozgoryczona. - Pomyśl, jeśli
pogoda się zmieni...
- Aha, nie zmieni się, zanim wrócicie na werandę - śmieje się Alva. -
Chociaż, jeśli o mnie chodzi, weź sobie parasol. Ale uważaj, żeby wrócił
na miejsce, inaczej tata będzie zły.
- Tak, tak, tak - zgadza się Madika niecierpliwie i wybiega przez drzwi
werandy.
Wszędzie dookoła panuje niezwykła cisza. Można by przypuszczać, że na
całym Czerwcowym Wzgórzu nie ma żywego ducha. Zaraz odbędzie się
najwspanialszy lot, a tu nie ma nikogo, kto by go oglądał. Nikogo poza
Lisabet. Okno kuchenne Alvy wychodzi na zupełnie inną stronę. Abbe
zniknął gdzieś w Zaciszu. Wujek Nilsson leży ciągle na ławie i śpi.
Dlatego tylko Lisabet może być świadkiem tego, jak Madika poleci w taki
sposób, jak to robią na wojnie. Tylko Lisabet widzi, jak Madika staje na
samym końcu kalenicy i rozkłada duży, czarny parasol. Tylko Lisabet
widzi, jak wznosi go wysoko nad głową i szykuje się do skoku.
- Ty nie masz dobrze w głowie - odzywa się Lisabet. - Ty apselutnie nie
masz dobrze w głowie.
- E tam, to nie jest niebezpieczne - mówi Madika.
Choć widzi, że do ziemi jest całkiem spory kawałek. Ale jeśli można
skakać z parasolem z samolotu, który szybuje w powietrzu tysiąc metrów
wyżej, to tym bardziej powinno być to możliwe z dachu drewutni.
Stoi chwilę z uniesionym parasolem i próbuje naśladować dźwięki, jakie
wydaje samolot. Nauczył ją tego Abbe. Co prawda Abbe nigdy nie widział
ani nie słyszał samolotu, ale i tak wie, jaki dźwięk on wydaje. Abbe wie
wszystko.
- Prutt, prutt, prutt - mówi Madika.
- Oj! - krzyczy Lisabet.
Wtedy Madika leci. Robi krok prosto w powietrze. Potem słychać głuche
uderzenie o ziemię.
- Ale to szybko poszło! - woła Lisabet.
Podpełza na brzuchu do krawędzi dachu i zerka na Madikę. Ale Madika leży
zupełnie cicho twarzą do ziemi i nie odpowiada. Koło niej parasol, pręt
zakończony rączką jest złamany na pół.
- Co z tobą? - krzyczy Lisabet. - Nie żyjesz?
Nie ma odpowiedzi.
- Madika, powiedz, czy ty nie żyjesz?! - krzyczy przestraszona Lisabet.
Ale Madika nadal nie odpowiada. Wtedy Lisabet zaczyna zawodzić prosto w błękit nieba.
- Mama! - wyje. - Mama!
Wydaje jej się, że jest zupełnie samiuteńka na świecie. I w dodatku nie
może zejść z dachu. Kiedy tak krzyczy na całe gardło, wujek Nilsson
wystawia głowę przez okno.
- Co ty tam robisz na górze? I dlaczego tak piejesz?
- Madika nie żyje! - krzyczy Lisabet. - Ona nie żyje!
Wtedy wujek Nilsson szybko wyłazi przez okno i jednym skokiem przesadza
płot. Rzuca się na kolana w trawę obok Madiki i odwraca jej bladą twarz.
Na czole widać krew.
W tym samym momencie przybiega Alva. Kiedy widzi Madikę, staje jak wryta
i uderza w głośny lament.
- Na litość boską, co się stało?
Wujek Nilsson ponuro kiwa głową.
- To koniec - mówi głucho. - To koniec z małą Madiką z Czerwcowego
Wzgórza!
CAŁKIEM MIŁY SMUTNY DZIEŃ
Madika leży w łóżku z obandażowaną głową i nie wolno jej się ruszać.
- Tylko kiedy musisz wymiotować - mówi Lisabet. - Wtedy możesz
troszeczkę się ruszać.
Madika żyje i Lisabet cieszy się z tego. Madika ma tylko wstrząs mózgu,
a to nie jest tak bardzo niebezpieczne. Wymiotuje się od tego, ale nie
umiera, tak powiedział wujek Berglund, a on jest doktorem.
Straszne było zamieszanie na Czerwcowym Wzgórzu, kiedy Madika po swoim
locie leżała na ziemi i długą chwilę nie chciała się zbudzić! Mama
płakała i tata płakał, choć nie tak bardzo jak mama, i Alva płakała
jeszcze bardziej niż mama i tata razem.
- To moja wina! - lamentowała. - Ale czy mogłam się spodziewać, że ona
chciała parasol, żeby na nim latać?!
Teraz Madika leży sobie w łóżku i zupełnie nie pamięta, co czuła podczas
lotu. Trudno wprost wyrazić, jakie to okropne! Bo w ten sposób latała
całkiem na próżno. A na dodatek dostała tego nieszczęsnego wstrząsu
mózgu. Najmniej cztery dni musi leżeć w łóżku, tak orzekł wujek
Berglund.
Kiedy mama to powiedziała, z piersi Madiki wydarł się przejmujący krzyk:
- Cztery dni... to niemożliwe! W środę mamy wycieczkę i ja muszę...
- Niczego nie musisz - odpowiada mama. - Miałaś już taką wycieczkę, że
wystarczy.
Lisabet kiwa głową z aprobatą.
- Miałaś już wycieczkę, więc wystarczy! Teraz musisz tylko leżeć i wymiotować.
Wtedy zaczyna się Wielkie Trzęsienie Ziemi. Tata tak to nazywa, kiedy
Madika jest tak niesamowicie zła i zrozpaczona, jak tylko Madika może
być. Łzy tryskają z jej oczu i krzyczy tak, że rozlega się w całym domu:
- Ja chcę tam być! Muszę tam być! Wolałabym nie żyć!
Lisabet patrzy na nią z zainteresowaniem i próbuje ją pocieszyć:
- W mojej szkole to wszystkie dzieci mają wstrząsy mózgów i w ogóle nie
mogą chodzić na wycieczki.
Mama także próbuje uspokoić Madikę.
- Od płaczu będzie cię tylko bardziej bolała głowa.
- Gwiżdżę na to! - krzyczy Madika. - Wolałabym wcale nie żyć!
Wtedy mama spogląda zasmucona i wychodzi. W kuchni na dole Linus-Ida
pomaga Alvie przygotować mus jabłkowy. Kiedy słyszy te dzikie wrzaski,
idzie na górę do pokoju dziecinnego i surowo patrzy na Madikę.
- Mówię to i powiadam, teraz Madika odzywa się jak bezbożnica! Pomyśl o swym Stwórcy w czas twej młodości, napisane jest w Piśmie, i tak ona
powinna robić, a nie leżeć tu i życzyć sobie śmierci.
Ale Madika nie chce myśleć o niczym innym, tylko o wycieczce, krzyczy
więc do Linus-Idy:
- Zostaw mnie w spokoju!
Wtedy Linus-Ida kręci głową zmartwiona.
- Aha, to tak - mówi. - Zauważyłam, że znów, zdaje się, mamy tu
Sebastiana Nigge!
Sebastian Nigge oznacza zdaniem Linus-Idy coś najgorszego, co się może
zdarzyć. Przychodzi on zawsze wtedy, kiedy Madika i Lisabet nie są tak
grzeczne, jak Linus-Ida uważa, że powinny być. Można by przypuszczać, że
to Madika leży w łóżku i krzyczy, ale to nieprawda. W rzeczy samej jest
to Sebastian Nigge, a prawdziwa, grzeczna Madika siedzi sobie w kominie
póty, póki Sebastian Nigge nie raczy odejść.
- To byłoby prawdziwe nieszczęście, gdyby on chciał przyjść właśnie
dzisiaj - mówi Linus-Ida.
- Nie, ja uważam, że to dobrze - odpowiada Lisabet. - Bo wtedy to jego
będzie bolała głowa i to on będzie wymiotował, a Madika posiedzi sobie w kominie i będzie się świetnie bawić.
Ale Madika patrzy kwaśno na Lisabet i Linus-Idę. Historyjka o Sebastianie Nigge może jest dobra dla Lisabet, ona, Madika, jest za duża
na takie dziecinady.
- Dobrze, już dobrze, teraz niech się już uspokoi - mówi Linus-Ida. -
Niech Madika będzie zadowolona, że żyje, naprawdę mało brakowało, żeby
od tego latania się zabiła.
Ale Madika wcale nie jest zadowolona. Naciąga kołdrę na głowę i płacze.
I każdego ranka, kiedy się budzi, ma nadzieję, że stanie się cud: nagle
wejdzie mama i powie mniej więcej tak:
"Ech, co to jest mały wstrząs mózgu! Zresztą podobno taka wycieczka jest
nawet wskazana na wstrząs mózgu... Nie sądzisz, że mimo wszystko dałabyś
radę pojechać z nimi w środę?".
Ale mama nic takiego nie mówi. Uśmiecha się tylko, by dodać jej otuchy,
i gładzi Madikę po policzku.
- Nie martw się - mówi. - Może wymyślimy coś innego miłego.
Coś innego miłego! Jakby na świecie było coś bardziej miłego niż
wycieczka.
We wtorek wieczorem Madika prosi Boga, żeby jej pomógł. Leży pod kołdrą
i szepcze, żeby Lisabet tego nie słyszała:
- Kochany Boże, pomóż mi! Bo ja tak bardzo chcę być na tej wycieczce.
Zrób tak, żeby wujek Berglund zatelefonował do mamy i powiedział, że
jestem już zdrowa, bo przecież jestem. Ale pospiesz się, jeśli mamy
zdążyć wszystko przygotować. Będę miała ze sobą kanapki i czekoladę!
Alva musi wyprasować moją nową marynarską sukienkę. Więc powiedz wujkowi
Berglundowi, żeby zadzwonił teraz, natychmiast. Zrób to, kochany Panie
Boże, bo ja tak bardzo chcę być na tej wycieczce, amen!
Potem Madika leży i w napięciu nasłuchuje dzwonka telefonu. Ale słyszy
tylko Lisabet, która marudzi ze swego łóżka:
- Opowiedz o duchach, mordercach i wojnie!
Madika jednak nie chce opowiadać o niczym. Długą chwilę leży i nasłuchuje sygnału telefonu, a potem płacze pod kołdrą i usypia.
W środę rano budzi się wcześnie. Słońce świeci i niebo jest błękitne.
Jaki cudowny dzień dla wszystkich szczęśliwych uczniów, którzy nie mają
wstrząsu mózgu. Szybko spogląda na zegarek. Dochodzi ósma. Wkrótce
odjeżdża pociąg. Teraz wszyscy jej szkolni koledzy są już pewnie zebrani
na stacji. Niemal widzi, jak śmieją się i rozmawiają, i rzucają się do
przedziałów, i przepychają, żeby mieć miejsce przy oknie, i jest im
wesoło, kiedy czekają, żeby pociąg ruszył w drogę.
Madika patrzy z goryczą na zegar z kukułką, który wisi na ścianie nad
jej łóżkiem. Widzi, jak wskazówka minutowa porusza się, i słyszy, jak
zegar tyka coraz bliżej ósmej. Nagle wyskakuje kukułka i kuka. Szyderczo
kuka osiem razy, wtedy Madika zaczyna płakać, bo wie, że pociąg właśnie
odszedł.
Lisabet budzi się i od razu jest w dobrym humorze. Nie rozumie, jak
smutny to jest dzień, i śpiewa:
ABCD
kotka biegnié,
kotka biegnié, ojej,
bo nie kocha, nie kocha nikt jej!
Śpiewa dokładnie tak, jak nauczyła ją Madika. Ale Madika warczy:
- Cicho bądź, głupie dziecko, cicho bądź, cicho bądź!
- Ach, więc to tak! Mamy tu Sebastiana Nigge! - mówi Lisabet i czuje się
jak Linus-Ida.
Ale w tym momencie otwierają się drzwi i wchodzi mama. Przed sobą niesie
ładnie nakrytą tacę. Stoją na niej dwie duże, niebieskie filiżanki,
dzbanek z czekoladą i półmisek świeżych wafli.
Lisabet wytrzeszcza oczy.
- Czy to moje urodziny? - pyta.
- Nie - odpowiada mama. - Można chyba czasem zrobić sobie coś miłego bez
urodzin. Usiądź, Madiko, dostaniesz czekolady i wafli.
Madika wolno wysuwa głowę spod kołdry. Oczy ma mokre. Mama całuje ją w policzek, potem nalewa czekoladę i podaje wafle. Madika zaczyna jeść bez
słowa. W zupełnej ciszy wpycha w siebie jedno serce waflowe za drugim.
Oczywiście na jej rzęsach wiszą łzy i oczywiście jest to smutny dzień,
ale wafle i czekolada są całkiem dobre.
Lisabet też tak uważa.
- To smakuje jak w prawdziwe urodziny - oświadcza.
- Tak też myślałam - mówi mama, a potem wychodzi.
Lisabet wkrótce kończy jeść. Zlizuje cukier i tłuszcz z palców, potem
postanawia się ubrać. Kiedy jest prawie gotowa, na dole rozlega się
dzwonek u drzwi.
- To listonosz - mówi Lisabet. - Madika, chcesz, żebym zeszła i sprawdziła, czy jest coś dla nas?
Bardzo rzadko zdarza się, żeby coś przyszło pocztą do Lisabet i Madiki,
choć dla pewności każdego ranka zaglądają do skrzynki. Madika wzrusza
ramionami. To jest smutny dzień, dlaczego więc ma przyjść coś pocztą?
Lisabet rusza jednak na dół. Madika zostaje sama i może znów myśleć o wycieczce. Patrzy na zegar... podróż pociągiem już się skończyła. Teraz
wszyscy jej szkolni koledzy idą pewnie drogą i śpiewają. Ma ich przed
oczyma tak wyraźnie, para za parą; idą marszowym krokiem, zaraz będą u stóp góry, gdzie zjedzą kanapki. A ona leży i nigdy już nie spotka jej
nic miłego!
Nagle przybiega Lisabet zupełnie bez tchu.
- Ty nie masz dobrze w głowie, Madika! - woła. - Dostałaś trzy kartki i paczkę!
- Naprawdę? - pyta Madika i podniecona siada w łóżku.
Bo Madika i Lisabet zbierają pocztówki. Każda ma prawie pełny album.
Najpiękniejsze karty dostaje się, kiedy się ma urodziny i imieniny.
Czasami są na nich kwiaty, a czasami małe, słodkie kotki albo
szczeniaczki, a czasami pięknie ubrani brodaci panowie stoją i obejmują
panie w pięknych sukniach. Niektóre karty są błyszczące, te są
najpiękniejsze ze wszystkich. I teraz Madika dostała aż trzy takie karty
naraz, choć nie ma urodzin ani imienin, tylko wstrząs mózgu. Madika
różowieje na buzi, kiedy patrzy na karty. O, jakie są piękne! Na
pierwszej jest biały gołąb z czerwoną różą w dziobku, na drugiej różowy
anioł, zlatujący z ciemnoniebieskiego nieba pełnego błyszczących złotych
gwiazdek, a na trzeciej mały chłopczyk w aksamitnym ubranku trzyma w objęciach bukiet żółtych róż. Madika patrzy i wzdycha ze szczęścia, aż
ją zatyka, bo to są tak niebiańsko piękne kartki!
- Zobacz, od kogo one są - przypomina Lisabet i Madika szybko odwraca
kartki.
Na wszystkich trzech napisano drukowanymi literami: OD PRZYJACIELA.
- Co to wszystko ma znaczyć? - pyta Madika.
Kartki zwykle przychodzą od babci czy kuzynów, a nie od przyjaciela. To
coś całkiem nowego i dziwnego dostać kartki od kogoś nieznanego.
- Może to Abbe? - podsuwa Lisbet.
- Który przysyła trzy kartki? - pyta Madika. - Chyba jeszcze nie
zwariował zupełnie!
Jest tak zadowolona z kartek, że niemal zapomniała o paczce. Ale zaraz z pośpiechem zaczyna ją rozpakowywać.
W środku jest karton, a w kartonie cała masa błyszczącej bibułki. Madika
i Lisabet patrzą na siebie i aż drżą z podniecenia. Pod tym różowym
papierem może być przecież wszystko, a to takie wspaniałe uczucie, że
się nie wie, co tam jest. Madika nachyla się i wącha.
- Co to może być, jak myślisz?
Lisabet także wącha.
- Nie mam pojęcia.
- Uważasz, że powinnam zobaczyć? - pyta Madika.
- Apselutnie - odpowiada Lisabet zdecydowanie.
Bibułka szeleści pod żwawymi palcami Madiki. Lisbet wstrzymuje oddech.
Na samym wierzchu leży list. "Do Madiki od Babci" jest napisane na
kopercie. Ale babcia nie przysłała tylko listu, nie, naprawdę! Wewnątrz
leży mała, maleńka laleczka bobasek i maleńka wanienka, żeby kąpać w niej laleczkę, i maleńka butelka ze smoczkiem, żeby wydawało się, że
laleczka ssie, i maleńkie mydełko, którym laleczkę można myć. I jeszcze
torebka z perłami, z których można zrobić naszyjnik, i dwa małe zielone
pudełeczka ze ślicznymi obrazkami na wieczkach i różowymi serduszkami z cukru, i pięknymi pierścionkami w środku.
Oczy Lisabet stają się coraz bardziej okrągłe, kiedy widzi to wszystko,
co Madika dostała. Staje się coraz bardziej i bardziej zamyślona. W końcu wydaje ryk jak trąba jerychońska:
- Ja też chcę mieć wstrząs mózgu!
Wtedy Madika bierze pudełeczka, po jednym w każdą dłoń.
- Który chcesz? - pyta. - Wolisz pierścionek z czerwonym oczkiem czy
niebieskim?
- Z zielonym - odpowiada Lisabet.
- Głuptasie, przecież nie ma zielonego - mówi Madika.
- To ja chcę niebieski - mówi Lisabet. - O, jaka jesteś miła, Madika!
Madika także uważa, że jest miła. To bardzo przyjemne uczucie. I tak
przyjemnie nie być już smutną i przestać myśleć o wycieczce.
- Góra może być całkiem niezła - mówi do Lisabet. - Ale myślę, że
miałyśmy lepszy widok z dachu drewutni.
- Apselutnie - odpowiada Lisabet. - Bo mogłyśmy zajrzeć do kuchni
Nilssonów.
Madika i Lisabet nakładają pierścionki. Rozcapierzają palce i obie czują
się jak wytworne damy.
- Moje oczko wygląda jak kropla krwi - mówi Madika. - A twoje jak co
wygląda, Lisabet?
- Moje wygląda jak niebieskie - mówi Lisabet. - I takie właśnie jest.
Długą chwilę porównują pierścionki. Kładą ręce obok siebie i zastanawiają się, który piękniejszy. Madika uważa, że czerwone oczka są
najpiękniejsze, bo wyglądają jak krople krwi. Lisabet uważa, że
niebieskie są najpiękniejsze, bo są niebieskie.
- Oj, nie przeczytałam listu od babci - przypomina sobie nagle Madika i rozrywa żywo kopertę.
Babcia napisała dużymi drukowanymi literami, bo Madika umie czytać tylko
takie pismo. Lisabet nie pojmuje, jak Madika, patrząc na te kreski i znaczki w liście, może wykombinować, czego chce babcia.
- Naprawdę to potrafisz? - pyta.
Jasne, że Madika potrafi. Kiedy dojechała do końca listu, wie dokładnie,
czego chce babcia. Babcia chce, żeby Madika skończyła raz na zawsze
latać i żeby jedno z pudełeczek dała Lisabet, a także połowę pereł z torebki.
- Pomyśl, jaka jestem miła, Lisabet, że dałam ci pudełeczko, zanim
przeczytałam list - mówi Madika.
- Tak, byłaś wtedy miła - potwierdza Lisabet i zachłannie chwyta torebkę
z perłami. - Dawaj moje perły, zaraz zrobię naszyjnik.
Ale Madika wydziera jej z rąk torebkę.
- Zostaw - mówi. - Musisz poczekać, aż będę miała czas, żeby je
podzielić.
- Teraz masz czas - stwierdza Lisabet.
- Wyobraź sobie, że właśnie go nie mam - upiera się Madika.
Bierze karafkę, która stoi na stoliku przy łóżku, i nalewa sobie wody. I pije wolniutko małymi łyczkami, aż szklanka jest pusta. Wtedy bierze
różową bibułkę i zaczyna bardzo starannie ją składać. Składa i składa,
teraz każdy może zobaczyć, że ma co innego do roboty, niż liczyć perły.
Jednocześnie rozmyśla. Właściwie pudełeczko jest ładniejsze niż torebka
z perłami, a mimo to jakoś łatwiej było dać Lisabet pudełeczko, niż
dzielić się z nią perłami. Madika w głębi duszy czuje wyraźnie, że
chciałaby wszystkie perły zostawić sobie, ale wie, że jeśli Lisabet nie
dostanie trochę pereł, poleci do mamy i naskarży, i wtedy Madika i tak
będzie zmuszona je podzielić.
Wkłada bibułkę do kartonu tak starannie, jak tylko potrafi, potem
oznajmia z westchnieniem:
- Teraz mam czas.
Wysypuje perły na tacę i dzieli je sprawiedliwie na dwie kupki. Ale
zostaje duża żółta perła i tę daje Lisabet.
- Weź ją ty - mówi. Bo Madika nigdy nie jest skąpa dłużej niż jedną
krótką chwilkę.
Potem Madika i Lisabet robią sobie naszyjniki i są jeszcze bardziej
wytworne. Bawią się też laleczką i kąpią ją w maleńkiej wanience, i myją
maleńkim mydełkiem, które tak ślicznie pachnie. A potem robią jej
posłanie w pudełku od cygar i dają butelkę ze smoczkiem, żeby ssała.
- Właściwie jest to smutny dzień - mówi Madika. - Chociaż właściwie
jest to naprawdę miły dzień.
Lisabet jest tego samego zdania.
- Tak, to jest całkiem miły smutny dzień - potwierdza.
Ale w końcu Lisabet robi się nudno, chce wyjść.
- Muszę zrobić rundkę z Sassem - mówi i myk, już jej nie ma.
Bawić się samej nie jest miło. Madika nudzi się śmiertelnie i nie wie,
co robić. W tym momencie tata przychodzi na drugie śniadanie.
Niespodziewanie zagląda do pokoju dziecinnego.
- No, jak tam? - pyta.
- Świetnie! - odpowiada Madika. - Tylko nie mam co robić.
- Możesz sobie poczytać gazetę - mówi tata i wyciąga gazetę z kieszeni.
- A tu masz blok rysunkowy, narysuj coś ładnego. Dasz mi to, kiedy
przyjdę na obiad.
Madika nauczyła się czytać tak szybko, że pani jest zdumiona. Kiedy tata
wyszedł, posłusznie bierze gazetę. Ale nie bardzo rozumie, o czym tam
jest napisane. Najwięcej napisano o wojnie, no i są ogłoszenia o prosiętach i wołach do sprzedania, i o ludziach, którzy umarli, i o tych, co się zaręczyli, i o eleganckich płaszczach damskich i sukniach.
Jest też trochę o czymś innym, ale to wszystko jest takie nudne. Madika
zaczyna nieufnie czytać rubrykę "Z minionych czasów". Czy to może być
coś zabawnego? Madika nie wie, co znaczą "Minione czasy", ale szybko to
sobie uświadamia. Cały artykuł opowiada o tym, co ludzie robili w dawnych czasach. Biedni ludzie, jakie oni mieli smutne życie! Madika
wzdycha i odkłada gazetę. "Jakie to dziwne, że taki wesoły człowiek jak
tata robi taką nudną gazetę. To on jest redaktorem i decyduje, co
znajdzie się w gazecie, dlaczego więc nie wymyśli czegoś wesołego. Ale
może trudno pisać artykuły... Można by spróbować samej, wtedy będzie
wiadomo, jak to jest" - myśli Madika. I natychmiast postanawia zrobić
własną gazetę. Nie będzie ona naturalnie drukowana, ale napisana na
bloku rysunkowym, a tytuły można wyciąć z gazety taty, wtedy wszystko
będzie wyglądało bardziej prawdziwie.
Na tacy przed sobą kładzie blok rysunkowy, pióro, nożyczki, słoik kleju
i od razu zabiera się do roboty. U góry kartki wkleja tytuł: "Z minionych czasów", który wycięła z gazety taty. Teraz trzeba wymyślić
coś, co może być pod tym tytułem. Madika gryzie koniec pióra i namyśla
się, po chwili pisze:
Z MINIONYCH CZASÓW
JA CHCE OPOWIEDZIEĆ CO ROBIŁY DZIECI DAWNIEJ. BYŁY MIŁE DLA SWOICH MAMUŚ ALE KILKA BYŁO NIEGŻECZNYCH I NIE ZA BARDZO MIŁYCH. MIELI PROCE Z KAMIENIAMI ALE SZYPKO NAUCZYLI SIĘ STRZELAĆ Z DUBELTUWEK.
Potem Madika nie ma już sił pisać więcej o minionych czasach. Z gazety
taty wycina nowy tytuł: "Z teatru działań wojennych". Nakleja go na
następnej kartce wyrwanej z bloku, potem gryzie pióro i zastanawia się.
Po chwili pisze:
Z TEATRU DZIAŁAŃ WOJENNYCH
NA WOJNIE JEST STRASZNIE ŻOŁNIEŻE SA GŁODNI I SIEDZĄ W DOŁACH I MARZNĄ IM NOGI ALE JEDEN ŻOŁNIEŻ WYSKOCZYŁ Z PARASOLEM I NIE MIAŁ WSZCZĄSZ MUZGU I TO BYŁO Z SAMOLOTU.
W ten sposób Madika zakończyła pisanie o wojnie. Teraz przegląda gazetę
w poszukiwaniu nowego pomysłu. "Ogłoszenia"... pewnie też trzeba je
napisać, jeśli to ma być prawdziwa gazeta.
Ze szpalty "Zmarli" wycina tytuł i przykleja go na kolejnej kartce,
potem gryzie pióro i myśli. Myśli dłuższą chwilę, wreszcie kiwa z zadowoleniem głową i zaczyna pisać.
Kiedy ogłoszenie jest gotowe, rysuje wokół niego czarną ramkę. I ma już
dość robienia gazety, o wiele przyjemniej jest po prostu rysować. Rysuje
więc dla taty. Rysunek przedstawia ją samą lecącą z dachu drewutni i jest naprawdę dobry.
Tata dostaje go, kiedy przychodzi do domu na obiad. Też mu się podoba.
Madika siedzi przy stole razem ze wszystkimi, ma na sobie szlafrok.
Jechać na wycieczkę nie ma jeszcze sił, ale na zjedzenie musu z jarzyn i kisielu jabłkowego ma siły dość.
Nastał wieczór. Madika i Lisabet leżą już w łóżkach, wkrótce będą spały.
Ale jeszcze na chwilę przed zaśnięciem przychodzą mama i tata. Mama
opowiada o Królewiczu Kapelusiku, a tata pokazuje cienie na ścianie.
Lampa naftowa w pokoju dziecinnym rzuca łagodne światło, ale tata
zdejmuje klosz. Światło robi się silniejsze, a cienie wyraźne. Ruszają
się na ścianie, raz jest to rogaty kozioł, kiedy indziej tancerka, a przecież to tylko cienie rąk taty.
To przyjemnie, gdy mama i tata są razem w pokoju dziecinnym. Madika
chciałaby zatrzymać ich długo, długo. Ale w końcu mama mówi:
- No, teraz musicie już spać!
I patrzcie, Lisabet już zasnęła. Ale Madika tego wieczoru długo leży
bezsennie. Znów myśli o wycieczce. Co prawda już dawno się skończyła,
ale jednak! Pojutrze Madika pójdzie do szkoły i dobrze wie, o czym będą
rozmawiać wszyscy jej koledzy. Tylko o tym, jak miło, jak nadzwyczajnie
miło było na wycieczce. Ale nie Madika. Ach, dlaczego nie mogła być z nimi?
Tego wieczoru gwiazdy na niebie są takie duże. Przez szczelinę w rolecie
widzi ich mnóstwo. Są prawie tak samo piękne jak gwiazdy na jej kartce z aniołem. Próbuje je liczyć, ale nie najlepiej to idzie. Od liczenia
gwiazd człowiek robi się senny.
Całe Czerwcowe Wzgórze otoczone białymi brzozami nad spokojną w dole
rzeką pogrążone jest we śnie. W ciemnym domu śpią wszyscy z wyjątkiem
mamy. Wkrótce ona także położy się do snu, najpierw jednak idzie do
pokoju dziecinnego, żeby okryć swoje dziewczynki.
Mała lampka rzucająca zielonkawe światło świeci nad łóżeczkiem Lisabet,
która jak zwykle leży na brzuchu. Można dojrzeć jedynie brązowy karczek
i masę jasnych loków. Kiedy mama pochyla się nad nią, Lisabet mruczy
przez sen:
- Ty nie masz dobrze w głowie, Madika!
Potem mama podchodzi do swojej dużej dziewczynki.
Ale jej duża dziewczynka wygląda na taką maleńką, kiedy śpi. Maleńką i słodką, a jej rzęsy są czarne na tle policzków. Na podłodze koło łóżka
leży kartka. Mama podnosi ją i czyta w świetle lampy:
ZMARLI
JAK TO DOBRZE BO ZMARŁ NASZ NIEDOBRY I ZŁOSLIWY SEBASTIAN NIGGE
NIE CHCE BYĆ POGŻEBANY
W piątek rano Madika idzie do szkoły, niechętnie powłócząc nogami. Nie
chce tam iść i słuchać o wycieczce.
Dwadzieścia minut później wpada do domu jak burza. Biegnie, nie, leci
prosto do kuchni i śmiertelnie niemal przeraża mamę, która myśli, że
stało się coś strasznego, bo dlaczego Madika wpada do domu w środku
lekcji i wygląda tak dziko?
- Mama - dyszy Madika. - Mama... jedziemy na wycieczkę... teraz... dziś...
żadnej w środę... nie było. Pani spadła ze schodów, o, jaka jestem
szczęśliwa... miała też wstrząs mózgu... mam mieć czekoladę w termosie...
gdzie jest moja sukienka marynarska, szybko, mama... szybko!
Kiedy Linus-Ida chwilę później przychodzi na Czerwcowe Wzgórze robić
piątkowe sprzątanie, w furtce spotyka Madikę. Madikę w nowej sukience
marynarskiej i w czapce marynarskiej. Cała promienieje, a tornister
tańczy jej na plecach, bo wykonuje tak radosne podskoki.
- Jadę na wycieczkę! - woła Madika. - O, jaka jestem szczęśliwa!
- Coś takiego? - dziwi się Linus-Ida. - Czy to nie Madika leżała i krzyczała, że chce umrzeć? Dzisiaj to Madika inaczej śpiewa.
- Cha, cha - śmieje się Madika. - To Sebastian Nigge chciał umrzeć! I umarł. Napisano o tym w gazecie.
- W jakiej gazecie? - pyta Linus-Ida.
- Cha, cha! - śmieje się Madika. - Tego nie powiem.
Potem pędzi na wycieczkę. Będzie jechać pociągiem i siedzieć na górze, i jeść kanapki, nic dziwnego, że niemal bije od niej światło.
LISABET WSADZA SOBIE GROCH DO NOSA
Jest jesień i w każdy czwartek na Czerwcowym Wzgórzu jada się grochówkę.
Nie w każdy czwartek wprawdzie Lisabet wsadza sobie groch do nosa, ale
raz to się zdarza. Zawsze zostawia rzeczy tam, gdzie nie powinny być.
Klucz od służbówki wrzuca do skrzynki na listy, mamy pierścionek wciska
w swoją świnkę skarbonkę, tak że potem nie można go wydostać bez
rozbicia świnki, klamry od roweru taty udało jej się wepchnąć w pustą
butelkę. Ale nie robi tego złośliwie, po prostu chce tylko sprawdzić,
gdzie co wejdzie. To przyjemne uczucie wiedzieć, że różne rzeczy wchodzą
tam, gdzie nawet nie przypuszcza się, że mogą wejść. Teraz znajduje
groch na podłodze w kuchni i szybko wpycha go do nosa. Tylko żeby
zobaczyć, czy wejdzie. Wszedł. I to całkiem głęboko.
Po chwili Lisabet chce wyjąć groch. Próbuje wiele razy, ale groch nie
chce wyjść. Siedzi, gdzie siedział. Lisabet dłubie i dłubie, ale groch
się nie daje. Lisabet prosi o pomoc Madikę i Madika próbuje go wydostać.
Ale nic z tego. Groch nie chce wyjść.
- Może zapuścił tam korzenie - zastanawia się Madika. - Zobaczysz, jak
nagle z dziurki od nosa zacznie ci wyrastać łodyżka zakończona kwiatkiem
grochu... mam nadzieję, że to będzie pachnący groszek.
Wtedy Lisabet zaczyna ryczeć. Lubi pachnący groszek, ale chce, żeby rósł
w ogrodzie, a nie w jej nosie. Z głośnym krzykiem biegnie do mamy.
- Mama, ja mam groch w nosie, zabierz go! Ja go nie chcę mieć!
- O! - jęczy mama. - O!
Właśnie dziś ma straszną migrenę i chciałaby poleżeć na łóżku z zamkniętymi oczami, a nie wydłubywać groch z nosa Lisabet.
- Ja nie chcę go mieć! - krzyczy Lisabet. - Wyciągnij go!
Mama bierze szpilkę do włosów i delikatnie próbuje wyciągnąć ten okropny
groch. Szturcha go i szturcha, ale to nic nie pomaga. Groch siedzi,
gdzie siedział.
- Madiko, musisz zaprowadzić Lisabet do wujka Berglunda - stwierdza
mama. - On potrafi go wyciągnąć.
- Na pewno? - pyta Lisabet.
- Na pewno - odpowiada mama.
Potem kładzie się znów na łóżku. Głowa pęka jej z bólu.
- Chodź, Madika, musimy się spieszyć - mówi Lisabet.
Nie wie, ile czasu rośnie pachnący groszek, a to byłoby straszne, gdyby
wykiełkował właśnie wtedy, gdy znajdą się na ulicy. Lisabet boi się, że
ludzie będą się z niej śmiali.
Ale Madika ją pociesza. Jeśli to jest pachnący groszek, to nie takie
znów nieszczęście.
- Możesz go uciąć, tak że nikt nie zauważy, i wsadzić sobie w dziurkę od
guzika płaszcza - proponuje Madika.
A Lisabet nie należy do tych, co niepokoją się długo o taką drobnostkę
jak jakiś tam groch. Teraz idzie do doktora, groch siedzi spokojnie,
jakby go nie było, a przecież niecodziennie się zdarza, że może iść z Madiką do miasta.
- Będzie naprawdę bardzo przyjemnie - cieszy się Lisabet. - Chodź,
Madika!
Do wujka Berglunda jest daleko. Mieszka on przy dużym placu w środku
miasta, a Czerwcowe Wzgórze leży na peryferiach.
Madika trzyma Lisabet mocno za rękę. Mama byłaby zadowolona, gdyby
widziała, jak grzecznie idą.
- Ale ty masz głupie pomysły - mówi Madika i czuje się duża i mądra.
Całkowicie zapomniała, kto zwykle ma najwięcej głupich pomysłów w tej
rodzinie. Ale ponieważ uważa, że bardzo miło jest iść tak sobie do
miasta, więc Lisabet nie słyszy już więcej uwag.
Ulica zasłana jest suchymi liśćmi. Kiedy się je kopie, szeleszczą
przyjemnie. Madika i Lisabet brną przez kupki liści i kopią w nie ze
wszystkich sił. Wymachują przy tym rękami, buzie im czerwienieją.
Powietrze jest świeże i chłodne, wszystkie kwiaty w ogrodach sczerniały
i przekwitły. Na pociechę Lisabet... widać, że czas kwitnienia już minął,
nie będzie więc żadnego pachnącego groszku.
- Gdybyśmy wpadły tylko na chwileczkę do Linus-Idy - proponuje Madika -
to też zdążymy.
- Jasne, że zdążymy - zgadza się Lisabet. Tak dawno nie była u Linus-Idy, a groch może posiedzieć jeszcze chwilkę.
Madika i Lisabet lubią Linus-Idę, ale chyba jeszcze bardziej lubią jej
malutki domek. Jest to najmniejszy domek w mieście i tak niski, że
Linus-Ida ledwie może w nim stać wyprostowana. W środku znajduje się
tylko jeden mały pokoik i mała, malutka kuchnia, w której jest bardzo
ładnie. Linus-Ida ma w oknach kwiaty, a na ścianie nad łóżkiem dwa
cudowne, straszne obrazy, i ma też kominek, w którym zwykle piecze
jabłka dla Madiki i Lisabet. Dlatego też głupio byłoby nie wejść do
niej, kiedy i tak przechodzi się obok.
Madika i Lisabet właśnie miały zapukać do drzwi, kiedy spostrzegły w nich karteczkę. "Zaraz wracam" napisano na niej, a więc Linus-Idy nie ma
w domu. Na szczęście Madika i Lisabet nie spieszą się tak bardzo i mogą
poczekać. A drzwi nie są zamknięte, można więc wejść do środka.
Wyjątkowo miło jest u Linus-Idy. Dziewczynki grzeją się przy kominku i przyglądają strasznym obrazom wiszącym nad łóżkiem Linus-Idy. Jeden
przedstawia tryskającą ogniem górę. Madikę i Lisabet przechodzą ciarki,
kiedy widzą, jak nieszczęśni ludzie na obrazie uciekają przed rzeką
ognia. Jak to dobrze, że w Szwecji nie ma gór tryskających ogniem. Drugi
obraz jest równie straszny. Widać na nim mnóstwo mężczyzn, którzy topią
się w rzece. Są tak przerażeni i tak bardzo chcą wydostać się na brzeg,
ale rzeka pieni się dziko, chociaż wypływa tylko z małej butelki leżącej
na ziemi. "Ty także chcesz utonąć w rzece wódki?" napisano pod obrazem.
Madikę i Lisabet przechodzą dreszcze. Obie będą bardzo uważały, żeby nie
wpaść do rzeki wódki.
- To są najlepsze obrazy, jakie widziałam w życiu - mówi Madika.
- Apselutnie - potwierdza Lisabet.
Potem patrzą na fotografie Ester i Rut. To córki Linus-Idy. Fotografie
zostały przysłane z Ameryki. Tam właśnie mieszkają Ester i Rut. Są teraz
eleganckimi damami, mają przepiękne kwieciste suknie, a włosy upięte w ptasie gniazda. Ich fotografie stoją na komodzie Linus-Idy, ale one same
są w Chicago i nigdy nie wrócą do domu.
Obok komody wisi gitara Linus-Idy. Madika zaczyna lekko trącać palcami
struny, brzmi to cudownie. O, wszystko by dała za to, żeby umieć grać na
gitarze tak jak Linus-Ida.
Ale Lisabet nie obchodzi muzyka. Stoi przy oknie i wygląda, czy
przypadkiem nie ma czegoś interesującego na podwórku. No i jest. Są tam
dwie beczki na śmiecie i małe porośnięte trawą miejsce, i duże drzewo, a wokół podwórka stoją małe domki prawie takie same jak domek Linus-Idy.
Ale to wszystko nie jest oczywiście tak szczególnie interesujące.
Najbardziej interesująca jest rudowłosa dziewczynka, która siedzi na
kamiennych schodkach jednego z domków. To musi być Mattis, o której
opowiadała Linus-Ida, i Lisabet ma wielką ochotę z nią porozmawiać.
- Zaraz wracam - mówi do Madiki.
Ale Madika zdjęła gitarę i gra, tak że zapomina o całym świecie. Trąca
ciągle tę samą strunę i gitara ciągle wydaje ten sam ton, ale za każdym
razem Madika przymyka oczy i wsłuchuje się weń. Ma wrażenie, że ten
dźwięk dociera do głębi duszy, i cieszy ją to.
Lisabet jest już na podwórzu. A tam przed swoim domem siedzi ta Mattis.
W ręku ma nóż, struga nim kawałek drewna i udaje, że nie widzi Lisabet.
Lisabet podchodzi powoli i staje w odpowiedniej odległości, tak jak
należy. Stoi w milczeniu i czeka. Wtedy Mattis spogląda na nią.
- Smarkacz - rzuca krótko i zdecydowanie.
Potem znowu struga.
Lisabet robi się zła. Jeśli ktoś jest smarkaczem i powinien wytrzeć nos,
to jest nim Mattis.
- Sama jesteś smarkacz, brudasie! - odcina się Lisabet.
Oczywiście boi się, kiedy to mówi. Wprawdzie Mattis nie jest większa od
niej, ale robi wrażenie zdecydowanej na wszystko i dość niebezpiecznej.
- Chcesz, żebym wbiła w ciebie nóż? - pyta Mattis.
Na to Lisabet nie odpowiada. Wzdryga się tylko i cofa kilka kroków.
Potem pokazuje język. Mattis także pokazuje język, a po chwili mówi:
- Ja mam dwa króliki, fąflu jeden, a ty nie!
Lisabet nigdy nie słyszała słowa "fąfel", ale pojęła, że jeśli Mattis
mówi do niej "fąflu", to jest to coś obraźliwego, i Lisabet szybko
zapamiętuje dobre nowe słowo.
- Ja mam kota, co nazywa się Gosan, fąflu jeden, a ty nie - rzuca.
- Cha, cha! Kotów tu jest zatrzęsienie na nasze nieszczęście - śmieje
się Mattis. - Nie chcę mieć żadnego kota, nawet gdybyś mi go wcisnęła.
Przez chwilę panuje cisza. Mattis i Lisabet gapią się na siebie.
Wreszcie Mattis mówi:
- Ja byłam operowana na ślepą kiszkę i mam wielką bliznę na brzuchu,
fąflu jeden, a ty nie!
Teraz kolej na Lisabet. Myśli intensywnie. Nie ma nic, co można by
porównać do blizny na brzuchu? Ale, ale, ma oczywiście!
- Ja mam groch w nosie, fąflu jeden, a ty nie!
Ale Mattis śmieje się szyderczo:
- Grochu to mam tyle, że całą dziurkę w nosie mam pełną. Co w tym
takiego dziwnego?
Lisabet jest zakłopotana i mruczy do siebie samej:
- Jeśli wyrośnie pachnący groszek...
Bardzo cicho to mówi. Pachnący groszek, którego nie chce. Czym tu się
przechwalać?
Mattis tymczasem wyciera sobie nos rękawem bluzy... i kiedy Lisabet to
widzi, przychodzi jej niezła myśl do głowy.
- Wiesz co? - zaczyna. - Ty nie możesz mieć dziurki w nosie pełnej
grochu, bo ona jest już pełna smarków, smarkaczu jeden!
Wtedy Mattis robi się naprawdę zła.
- Ja ci dam za tego smarkacza! - krzyczy i rzuca się na Lisabet.
Lisabet wymachuje rękami i broni się najlepiej jak potrafi, ale Mattis
jest silna. Okłada Lisabet pięściami i popycha w kierunku ściany.
Lisabet krzyczy ze wszystkich sił:
- Madika! Madika!
Mając taką siostrę, Lisabet nie musi obrywać lania. Madika potrafi się
bić! Kiedy staje się zła - a o to nietrudno - nie wie prawie, co robi.
Rzuca się do walki, i to natychmiast. I nic nie pomaga, że mama ją
strofuje. "Małe dziewczynki nie powinny się bić" - mówi mama, ale Madika
zawsze przypomina sobie o tym, gdy jest za późno. Najczęściej wtedy
żałuje i postanawia nigdy już się nie bić. Ale żeby ktoś rzucał się na
jej młodszą siostrę, tego nie zniesie. I teraz wylatuje z domku niczym
podrażniona osa z gniazda. Nim Mattis zdążyła mrugnąć, dostała taki
cios, że upadła do tyłu.
- Fąflu jeden! - woła wtedy Lisabet.
Ale Mattis ma także siostrę.
- Mia! - krzyczy. - Mia!
I kto to wylatuje z następnego domku niczym podrażniona osa z gniazda,
jeśli nie Mia, koleżanka z klasy Madiki, ta, co ma tyle wszy we włosach.
Mattis, wściekle wrzeszcząc, pokazuje na Madikę.
- Ona tak mnie walnęła, że upadłam!
- Brudasie, to ty zaczęłaś! - próbuje wyjaśnić Lisabet, ale niewiele to
pomaga.
Madika i Mia są już w ogniu najdzikszej walki. Mia jest mała, żylasta i podstępna. Szczypie, drapie i wyrywa włosy. Madika tego nie robi, walczy
jak chłopak i są to rzetelne zapasy, a jest silna. Wkrótce Mia leży
plecami na ziemi i nie może drapać, bo Madika siedzi na niej i trzyma
mocno jej ręce.
- Poddajesz się? - pyta.
Wtedy Mia mówi coś strasznego:
- Nie tobie, cholerny bachorze!
Madika i Lisabet patrzą na siebie przerażone. "Smarkaczu" można mówić,
"brudasie" można mówić, ale "cholerny" nie można mówić, to jest
przekleństwo. A ci, co przeklinają, pójdą do piekła, tak mówiła
Linus-Ida.
Biedna Mia! Madice tak bardzo jej żal, że zwalnia uścisk. Nie można
walczyć z kimś, kto pójdzie do piekła. Wtedy Mia zaciska pięść i wali
Madikę prosto w nos. Nie jest to jakiś szczególnie silny cios, ale
wystarcza, żeby Madice zaczęła lecieć krew z nosa. Często jej się to
zdarza i zwykle Lisabet nie przejmuje się tym za bardzo. Ale kiedy teraz
widzi krew lejącą się z nosa Madiki, krzyczy, jakby był to krwotok z serca:
- Madika nie żyje! Madika nie żyje!
Wtem nadchodzi anioł ratunku... Linus-Ida!
- Mówię to i powiadam, teraz to już chyba zupełnie oszalałyście.
Twardymi rękami chwyta Mię i Madikę, żeby je rozdzielić.
- Co to za maniery? Takie zachowanie! Że też wam nie wstyd!
Madika i Lisabet natychmiast zaczynają się wstydzić. Ale nie Mia i Mattis. Są tak samo harde jak przedtem. Wprawdzie biegną pędem do swego
domku, ale przez uchylone drzwi grają Madice i Lisabet na nosie. Mimo iż
zaczęło się zmierzchać, Madika i Lisabet widzą ich gęste rude grzywy i szydercze miny.
- Smarkacze dostają po gębie! - krzyczy Mia, a Mattis jej wtóruje:
- Chodźcie no tu, dostaniecie po gębie obydwie!
- Mówię to i powiadam - mruczy Linus-Ida - pewnego pięknego dnia te
dzieciaki wylądują w więzieniu.
Po walce czuje się zmęczenie. Zarówno Madika, jak i Lisabet są naprawdę
zadowolone, że mogą wejść do Linus-Idy i odpocząć. Linus-Ida narzeka na
nie i lamentuje. Patrzcie, jak Madika wygląda, krew cieknie jej z nosa,
a ładny granatowy płaszczyk jest szary od brudu i kurzu. Linus-Ida daje
jej mokrą szmatkę, żeby położyła sobie na nasadę nosa, i czyści
płaszczyk, aż staje się znów ładny. Potem dokłada drewna do kominka i wszystkie trzy siadają przed ogniem i pieką jabłka, a Linus-Ida gra na
gitarze i śpiewa.
- Jeszcze, jeszcze - proszą Madika i Lisabet za każdym razem, kiedy
Linus-Ida chce przerwać śpiew. Więc Linus-Ida śpiewa im wiele smutnych
piosenek: i Tak srogi zimny północny duje wiatr, i Pewnego razu był
Murzyn niewolnik, i Rycerz Święty Marcin jechał. Na koniec śpiewa
także Pociąg Jezusa do nieba, a wtedy Madika przykłada mokrą szmatkę
do oczu.
- Cha, cha, nie chcesz, żebyśmy widziały, że ty płaczesz! - woła
Lisabet.
Ona sama nigdy nie płacze przy żadnej piosence, choćby nie wiadomo jak
smutnej.
Ale nagle Linus-Ida odkłada gitarę.
- Teraz już idźcie do domu - mówi - bo mama zacznie się zastanawiać,
gdzieście się podziały.
Wtedy dopiero Madika przypomina sobie! Groch! Doktor! Oj, oj, oj,
zapomniała o wszystkim.
- Pospiesz się, Lisabet! Szybko, pobiegniemy... Nakładaj płaszcz, pospiesz
się!
Linus-Ida jest zdziwiona.
- Ja nie chciałam wyrzucać was tak nagle - wyjaśnia.
Ale Madika i Lisabet nie słuchają. Nie mówią nawet "do widzenia", tylko
wybiegają w rozpiętych płaszczach.
Pięć minut później dzwonią do drzwi wujka Berglunda. Podczas biegu nos
Madiki znów zaczął krwawić, i kiedy wujek Berglund otwiera, wzdryga się
i cofa przed tą zakrwawioną twarzą.
- Mój Boże! - woła. - Brałaś udział w bójce?
- To widać? - pyta Madika.
- Tak - mówi wujek Berglund i jest to prawda.
Nos spuchł i wygląda jak czerwony kartofelek pośrodku twarzy. Madika nie
jest już podobna do siebie.
Wujek Berglund popycha je do swego gabinetu.
- A ja sądziłem, że to Lisabet jest pacjentką tym razem - uśmiecha się.
- Tak w każdym razie mówiła wasza mama.
- Mama dzwoniła? - pyta Madika z niepokojem.
- Tak, ale tylko trzy razy - odpowiada wujek Berglund.
- Oj - mówi Madika.
- Oj - mówi Lisabet.
- Chciała wiedzieć, co się z wami dzieje - wyjaśnia wujek Berglund. -
Chciała wiedzieć, czy w ogóle żyjecie.
- Jeszcze żyjemy - mruczy zawstydzona Madika.
Wujek Berglund sadza ją na krześle i wsadza dwa duże tampony do dziurek
w nosie. Na ten widok Lisabet śmieje się tak, że aż gulgoce.
- Ty nie masz dobrze w głowie, Madika - mówi. - Wyglądasz, jak ślimak z białymi rogami.
Ale w tym momencie milknie, bo wujek Berglund podchodzi teraz do niej z małym, zabawnym haczykiem, który wkłada jej do nosa. To nie boli, tylko
strasznie swędzi. Najpierw wkłada haczyk do prawej dziurki w nosie,
potem do lewej, a potem znów do prawej.
- Pamiętasz, w którą dziurkę włożyłaś groch? - pyta wujek Berglund.
- W tę - mówi Lisabet i pokazuje lewą.
Wtedy wujek Berglund znów wkłada haczyk i grzebie nim w środku, tak że
swędzi jeszcze bardziej.
- Dziwne - odzywa się w końcu. - Nie mogę znaleźć żadnego grochu.
- Jasne, że nie - mówi Lisabet. - Groch? Przecież wyleciał, jak się
biłam z Mattis.
Tego wieczoru Madika i Lisabet nie mogą zasnąć. Tyle się zdarzyło w ciągu dnia, o czym trzeba porozmawiać, kiedy się jest już w łóżku.
Jasne, dostały małą burę, kiedy wróciły do domu, ale nie taką straszną.
Mama była zadowolona, że w ogóle się odnalazły. A tata powiedział:
- Teraz dziewczynki zostaną wycałowane i dostaną małe lanie, a potem
zostaną położone i będą spały!
Ale Madika i Lisabet zostały tylko wycałowane i żadnego lania nie było.
A teraz wcale nie śpią, chociaż lampa w pokoju dziecinnym jest już od
dawna zgaszona.
- Mogę przyjść do twojego łóżka? - pyta Lisabet.
- Tak, jeśli będziesz uważać, żeby nie szturchnąć mnie w nos - odpowiada
Madika.
Lisabet przyrzeka, że będzie uważać, i wsuwa się do łóżka Madiki.
- Mogę leżeć na twoim ramieniu? - pyta i dostaje pozwolenie.
Madika lubi, kiedy Lisabet leży na jej ramieniu. Czuje się wtedy, jakby
była już duża, a Lisabet taka malutka, i robi jej się jakoś ciepło w duszy.
- Ta Mattis powinna dostać w gębę - odzywa się Lisabet... nauczyła się
dziś trochę nowych dobrych słów.
- Mia powinna też dostać w gębę - dodaje Madika.
- Apselutnie - zapewnia Lisabet. - Czy ona jest tak samo głupia w szkole?
- Jakoś jej idzie - odpowiada Madika. - Choć jest dosyć głupia. Zgadnij,
co powiedziała raz, kiedy pani przepytywała z Biblii?
Lisabet nie potrafi zgadnąć.
- To było o tym, jak Pan Bóg stworzył pierwszych ludzi, wiesz? W raju.
Mia miała opowiedzieć, jak to Pan Bóg zrobił, i zgadnij, co ona
powiedziała?
Ale Lisabet nie może zgadnąć.
- Powiedziała tak: "Bóg sprowadził na mężczyznę ciężki sen, a potem
wziął ość i zrobił z niej kobietę".
- A nie zrobił tak? - pyta Lisabet.
- Ech, jesteś tak samo głupia jak Mia. Nie wziął żadnej ości.
- To co wziął?
- Kość, oczywiście! Wziął żebro!
- A skąd miał wieprzowe żeberko? - chce wiedzieć Lisabet, bo takie jada
się czasem na Czerwcowym Wzgórzu.
- Ech, skąd mam wiedzieć? Tego nie ma w Biblii. Może gdzieś w raju
biegały wieprzki.
- Ale co ten wieprzek na to? - dopytuje się Lisabet.
- Ech, skąd mam to wiedzieć? Tego nie ma w Biblii.
Lisabet rozmyśla przez chwilę o wieprzowym żeberku, potem mówi:
- Mia powinna dostać w gębę. Ość! Cha, cha, jaka ona głupia!
Zgadzają się całkowicie, że Mia jest głupia. Ale nagle Madika przypomina
sobie to straszne słowo, które Mia powiedziała, i ogarnia ją rozpacz.
Jasne, że Mia powinna dostać w gębę, ale, och, jeśli musi pójść do
piekła tylko dlatego, że Lisabet włożyła groch do nosa! Wszystko przez
ten okropny groch! Gdyby nie on, nigdy nie poszłyby do Linus-Idy i nie
byłoby żadnej walki, i Mia nigdy by nie powiedziała tak strasznego
słowa. Madika wyjaśnia to wszystko Lisabet.
- Oj, oj, oj! - jęczy Lisabet.
Leżą przerażone i zupełnie nie wiedzą, co robić.
- Może trzeba przeprosić Boga za Mię? - zastanawia się Madika. - Myślę,
że ona sama nigdy tego nie zrobi.
Madika i Lisabet składają ręce, muszą zrobić wszystko, co tylko można,
żeby ratować Mię.
- Kochany, dobry Boże, przebacz Mii tym razem, przebacz, przebacz.
A Madika dodaje:
- Kochany Boże, ona może nie miała tego na myśli. Zresztą ja sądzę, że
ona chyba nie powiedziała "cholerny bachorze"... ja myślę, że to chyba
było "wstrętny bachorze".
Potem ogarnia je miłe uczucie. Uratowały Mię od wieczystej kary, teraz
pora na spanie.
Lisabet na palcach wraca do swego łóżka. Madika dotyka ostrożnie nosa.
Wydaje się, jakby był trochę mniejszy, więc nie jest tak źle.
- Właściwie miałyśmy całkiem wesoły dzień - mówi Madika. - I to przez
ten groch, jeśli się zastanowić.
- No to chyba dobrze się stało, że go wsadziłam - upewnia się Lisabet. -
Jeśli się zastanowić.
- Tak - potwierdza Madika. - Chociaż mogłabyś wsadzić jeden w jedną, a drugi w drugą dziurkę w nosie, to może miałybyśmy podwójnie wesoło,
cha, cha!
Ale Lisabet właśnie zasypia i nie chce jej się śmiać.
- Madika, wiesz co? - pyta sennie. - W mojej szkole wszystkie dzieci
mają tylko jedną dziurkę w nosie.
Po chwili obie zasypiają.
MADIKA PRÓBUJE, CZY JEST JASNOWIDZEM
Mama nie bardzo lubi, kiedy Madika przesiaduje u Nilssonów, ale dla
Madiki kuchnia Nilssonów to jedno z najprzyjemniejszych miejsc, jakie
zna. Pewnego razu usłyszała, jak tata mówił do mamy:
- Pozwól jej tam chodzić! Chcę, żeby moje dzieci wiedziały, że istnieją
ludzie różnego rodzaju. Może w ten sposób nauczą się, że nie należy zbyt
szybko osądzać innych.
Słowa te nie były przeznaczone dla uszu Madiki, nie mogła więc zapytać
taty, dlaczego nie należy zbyt szybko osądzać ludzi. Może tacie chodziło
o to, żeby nie złościć się na wujka Nilssona w soboty, kiedy jest
pijany. Madika nigdy nie jest na niego zła, bo wujek Nilsson zawsze jest
dla niej miły i nazywa ją "małą Madik z Czerwcowego Wzgórza", i nigdy
nie jest niedobry ani dla Abbego, ani dla cioci Nilsson.
- Kiedy jestem w domu, w Zaciszu, to chcę mieć spokój i ciszę - mówi
wujek Nilsson i kładzie się na ławie. - Nie można stale tylko
zaharowywać się dla dziecka i żony, człowiek musi kiedyś także odpocząć.
Ciocia Nilsson zwykle rozumie, że wujek Nilsson potrzebuje odpoczynku.
Tylko czasami tego nie rozumie. Kiedy przyjeżdża śmieciarz, ciocia
Nilsson nie chce dźwigać beczki śmieci aż do furtki, musi to robić wujek
Nilsson. A on też wcale tego nie lubi. Potem kładzie się na ławie i dłuższą chwilę nie odzywa się do cioci Nilsson. Wpatruje się tylko w sufit i mówi gorzko sam do siebie:
- Jestem chyba panem domu i ponadto panem gospodarstwa, a mimo to muszę
nieść beczkę śmieci przez całe podwórze.
Ale kiedy wujek Nilsson nastawia gramofon i tańczy z ciocią Nilsson, a Abbe stoi przy blasze do pieczenia i piecze, i zapach pieczonych
obwarzanków unosi się nad całym Zaciszem, wtedy w kuchni Nilssonów jest
bardzo miło. Wprawdzie Alva, która czasami przychodzi po Madikę, mówi,
że jest tam więcej brudu i nieporządku niż w jakimkolwiek miejscu, które
widziała w swym życiu, ale czy Alva widziała tak wiele miejsc? Choć może
istotnie Nilssonowie nie zamiatają zbyt często, a naczynia zmywają tylko
wtedy, kiedy to niezbędne, ale i tak jest u nich sympatycznie, zdaniem
Madiki. Z półek zwisają haftowane makatki z napisami. Porządek zawsze
musi być i Każda rzecz ma swoje miejsce wyhaftowała ciocia Nilsson
czerwonymi krzyżykami, a na najdłuższej makatce można przeczytać:
Słońce na niebie, słońce w domu, słońce w sercu, słońce w duszy.
- Któregoś dnia zdejmę je i wypiorę - obiecuje ciocia Nilsson. - Będzie
lepiej widać, co na nich napisane.
- Ech, i tak tego nie czytasz - mówi wujek Nilsson i obejmując ciocię w pasie, zaczyna tańczyć i śpiewać:
Chodź, Adolfino,
chodź, Adolfino,
obejmij mnie.
Chodź, Adolfino,
chodź, Adolfino,
I zatańczże...
- Ależ ty potrafisz się wygłupiać - śmieje się ciocia Nilsson, aż cały
brzuch jej się trzęsie.
A Abbe stoi przy blasze do pieczenia i pogwizdując Chodź, Adolfino,
wałkuje ciasto w takt melodii.
Ale najmilej jest wtedy, kiedy Madika i Abbe są sami w kuchni. Abbe tyle
wie i piekąc obwarzanki, potrafi tak świetnie opowiadać. Madika siedzi
na kuchennej ławie i słucha. Wszystko to, co opowiada potem Lisabet o duchach, mordercach i wojnie, sama usłyszała najpierw od Abbego.
Morderców spotkał Abbe zaledwie trzech, ale duchów widział całe mnóstwo.
Madika nigdy nie widziała ani jednego.
- To dlatego, że jestem jasnowidzem - mówi Abbe. - Musi się nim być,
inaczej nie zobaczy się żadnych duchów.
"Jasnowidz"... tego słowa Madika nigdy przedtem nie słyszała, ale Abbe
wszystko jej wyjaśnia. Jeśli się jest jasnowidzem, to ma się szczególny
rodzaj oczu i widzi się duchy i widma, których zwykli ludzie nigdy nie
widzą. Abbe sam jest zdziwiony, że ludzie mogą być tak różni.
- Nie pojmuję tego... zwykły człowiek może wpakować się prosto na ducha i zupełnie niczego nie zauważyć.
- Myślisz, że jestem zwykłym człowiekiem? - pyta Madika żywo. - A może
ja też jestem jasnowidzem, chociaż nigdy nie byłam w miejscu, gdzie są
duchy.
Abbe śmieje się szyderczo.
- Jasnowidzem? Ty? Z ciebie taki sam jasnowidz jak z prosięcia.
Przez chwilę turla po stolnicy obwarzanki, potem mówi:
- Chociaż, kto wie! Mógłbym którejś ciemnej nocy wziąć cię na cmentarz,
żeby sprawdzić.
Madikę przenika dreszcz.
- Cmentarz... tam są duchy?
- No jasne - mówi Abbe. - Chociaż ja widziałem ducha także w innym
miejscu, ale na cmentarzu to stoją ciasno jeden obok drugiego jak
szparagi... całe pęczki! Ledwie można się przecisnąć, żeby nie trącić
jakiegoś.
- Nie ma innego miejsca, gdzie nie byłoby ich aż tyle? - pyta Madika.
Abbe wbija w nią swe jasnoniebieskie oczy.
- Jesteś tchórzem?
Madika wierci się niespokojnie i nie odpowiada. To straszne, jeśli Abbe
pomyśli, że ona jest tchórzem, ale jeszcze straszniejsze jest iść w nocy
na cmentarz.
Abbe zamyśla się.
- Jasne, że moglibyśmy spróbować w innym miejscu - mówi w końcu i rzuca
kolejny obwarzanek na blachę. - W naszej pralni, na przykład, tam
straszy nie z tej ziemi.
- Naprawdę? - Madika jest szczerze zdumiona.
W pralni Nilssonów była wiele razy, ale nigdy nie widziała ani śladu
ducha czy widma... Czy to rzeczywiście oznacza, że taki z niej jasnowidz
jak z prosięcia?
- Nie sądzę, żeby to się na coś zdało - zastanawia się Abbe. - Ale
moglibyśmy na wszelki wypadek spróbować dziś w nocy.
Madika znów wierci się niespokojnie.
- Musi to być w nocy?
- Jasne, a co ty sobie wyobrażasz? Myślisz, że on pomaga mamie w praniu,
ten stary duch? Słuchaj no! Godzina dwunasta w nocy! To jest odpowiedni
czas dla ducha. Wtedy przychodzi, ani minuty wcześniej.
- Dlaczego on mieszka w waszej pralni? - chce wiedzieć Madika.
Abbe milczy przez chwilę, a potem mówi:
- No, dobra. Powiem ci wszystko. Właściwie jest to tajemnica, musisz
przyrzec, że nie piśniesz słowa żadnemu żyjącemu człowiekowi.
Madika drży z podniecenia. Nie należy do tych, co to nie umieją dochować
tajemnicy. Abbe wie o tym, i dlatego tylko jej opowiada o starym duchu
w pralni. Czegoś bardziej zdumiewającego nigdy jeszcze Madika nie
słyszała. Stary duch jest prapradziadkiem Abbego. Żył przed stu laty i był najbogatszym hrabią, jakiego można sobie wyobrazić... a więc Abbe jest
także hrabią, chociaż trzyma to w tajemnicy.
Madika patrzy na niego okrągłymi ze zdumienia oczami. Czegoś podobnego w życiu nie słyszała.
- I pomyśl tylko - ciągnie Abbe - czy mój prapradziadek nie mógłby leżeć
sobie w spokoju jak inni zmarli hrabiowie? Nie, zamiast tego tłucze się
każdej nocy po pralni. A wiesz dlaczego?
Tego Madika nie wie, ale Abbe może jej wyjaśnić także i to. Ten bogacz,
hrabia, zakopał całe mnóstwo brzęczących pieniędzy w swojej łaźni, tej,
co ciocia Nilsson teraz używa jako pralni.
- Tylko dla zabawy, rozumiesz? - mówi Abbe. - Tyle pieniędzy napchał do
banków, że zapełnił je po brzegi, i wtedy wpadł na pomysł z tą łaźnią, a kiedy już zakopał forsę, to nagle buch! umarł. I dlatego straszy tu i jest ciągle niespokojny.
Madika wstrzymuje oddech.
- Myślisz, że te pieniądze są tu jeszcze?
- Jasne, że są - odpowiada Abbe.
Madika wytrzeszcza na niego oczy.
- Dlaczego w takim razie ich nie wykopiesz?
- Spróbuj sama, to zobaczysz, czy to łatwe. Wiesz na przykład, gdzie
kopać?
Nie, tego Madika nie wie.
- No właśnie - mówi Abbe.
Madika patrzy na niego, jakby go pierwszy raz w życiu zobaczyła.
Pomyśleć, stoi tu sobie i piecze obwarzanki, a w gruncie rzeczy jest
hrabią i ma prapradziadka, który także jest hrabią... i do tego duchem!
- Jak on się nazywa, ten duch? To znaczy twój prapradziadek.
Abbe nieruchomieje z ulepionym w połowie obwarzankiem. Kiedy wreszcie
odpowiada, brzmi to, jakby czytał z jakiejś książki.
- A imię jego było hrabia Abbe Nilsson... Krok - mówi.
Brzmi to rzeczywiście dobrze, a jednocześnie tak strasznie, że Madika
dostaje gęsiej skórki.
- Całe szczęście, że człowiek nie jest zarozumiały - ciągnie Abbe. -
"Wysoko urodzony hrabia Abbe Nilsson Krok"... tak właściwie powinnaś
zwracać się również do mnie. Ale to bez znaczenia. Mów nadal Abbe.
- Tak, bo inaczej nigdy nie mogłabym z tobą normalnie rozmawiać - zgadza
się Madika. - Chociaż mogę nazywać cię "wysoko urodzonym Abbem" czasami,
jeśli tego chcesz.
Ale Abbe tego nie chce. Jedyne, czego chce, to aby Madika poszła z nim
do pralni o północy. Bo jeśli okaże się, że jest ona jasnowidzem, to
może pomóc zatrzymać hrabiego Kroka w jakimś kącie... może wreszcie będzie
można pogadać z nim o pieniądzach. Abbe próbował wiele razy, ale jego
prapradziadek znika z głuchym westchnieniem, jakby się rozpłynął w ścianie.
Madika zaczyna się zastanawiać, czy to naprawdę takie ważne, wiedzieć,
czy jest się jasnowidzem.
Oczywiście, chętnie zobaczy ducha, ale nie chce polować na prapradziadka
Abbego w pralni o dwunastej w nocy.
- Mama mi nie pozwoli wyjść - tłumaczy Madika. - Za nic w świecie nie
puści mnie w środku nocy.
Abbemu żal Madiki, która potrafi powiedzieć coś tak głupiego.
- Głupia jesteś! Chciałaś powiedzieć o wszystkim mamie? W takim razie
daj sobie z tym spokój... Nigdy nie będziesz wiedziała, czy jesteś
jasnowidzem, czy nie, możesz mi wierzyć!
I Madika wierzy Abbemu, wierzy, i to bardzo. Bo to jest właśnie tak, że
mama chce, aby Madika nocami spała w łóżku, bez względu na to, czy jest
jasnowidzem, czy też nie.
Wtedy Abbe przypomina jej, ile to razy wychodziła po dachu werandy, choć
to było w ciągu dnia, ale co można robić w dzień, można też zrobić w nocy... jeśli nie jest się oczywiście tchórzem!
- No, przyjdziesz czy nie? - pyta Abbe surowo.
Madika czuje się bardzo zakłopotana.
- Nie dam rady leżeć do północy z otwartymi oczami, to niemożliwe, na
pewno zasnę.
Ale Abbe nie pozwala jej wykręcić się tak łatwo. Zastanawia się przez
chwilę, a potem mówi:
- Myślę, że mógłbym oszukać staruszka prapradziadka, żeby przyszedł ten
jeden raz trochę wcześniej. Wiesz jak?
Ale Madika nie jest tak sprytna jak Abbe.
- Ustawię budzik w pralni, ale przedtem przesunę wskazówkę o trzy
godziny, no i co ty na to? Wtedy prapradziadek pomyśli, że jest godzina
dwunasta, a to będzie dopiero dziewiąta, cha, cha!
- Cha, cha! - wtóruje mu Madika, ale nie brzmi to szczególnie wesoło.
- No, przyjdziesz? - pyta Abbe jeszcze surowiej niż przedtem.
- Taaaak - odpowiada Madika. - Chyba przyjdę.
- Świetnie! - mówi Abbe. - Na tobie można polegać.
Madika i Lisabet każdego wieczoru kładą się o siódmej. Potem przychodzi
do nich mama i siedzi chwilę. Opowiada im bajki i śpiewa. Potem śpiewają
razem, mama, Madika i Lisabet. Czasami jest z nimi także tata, wtedy
śpiewają na dwa głosy Cudowny ten wieczór, pełen ciszy i pokoju.
Madika zawsze w takiej chwili czuje się niewypowiedzianie szczęśliwa, bo
to tak pięknie brzmi, a jeszcze bardziej chyba wzruszają ją słowa, choć
nie wie dlaczego. Może Lisabet, słysząc te słowa, także czuje się
szczęśliwa. W każdym razie nie mówi już tak, jak kiedyś, gdy była mała:
- Mama, to nudne! Zaśpiewajmy lepiej coś wesołego!
Ale wtedy miała zaledwie trzy latka. Teraz zna już tę pieśń i śpiewa z całej duszy: Cudowny ten wieczór, pełen ciszy i spokoju. "Spokoju" -
śpiewa Lisabet, nie "pokoju". O, ma absolutnie rację, uważa Madika,
spokojny, właśnie taki jest wieczór, kiedy leży się w swoim miękkim,
wygodnym łóżku, mama otuliła kołdrą, a za oknem tak pięknie szeleszczą
brzozy.
Ale ten akurat wieczór nie jest pełen ciszy i spokoju. Tego wieczoru
Madika czuje się inaczej. Drży na myśl o tym, co ma zrobić, ale jest to
raczej przyjemny dreszcz. Madika ma w sobie coś takiego, że zawsze
ciągnie ją do jakichś przygód. Lubi emocje. I jeśli postanowiła, że
pójdzie do pralni Nilssonów, aby dowiedzieć się, czy jest jasnowidzem,
to czuje się mniej więcej tak jak przed pójściem do dentysty - najgorsze
są chwile poprzedzające decyzję, że ma tam iść. Potem nie jest to już
tak straszne. I jeśli Abbe nie boi się zobaczyć ducha, z pewnością
potrafi to i Madika. Tak sądzi, przynajmniej póki leży w łóżku.
Mama i tata powiedzieli "dobranoc" już dawno temu. Teraz Madika czeka
tylko, żeby Lisabet zasnęła, bo to przecież taka tajemnica, że nawet
Lisabet nie może o niczym wiedzieć.
- Śpisz? - pyta Madika.
- Wyobraź sobie, że nie - odpowiada Lisabet. - A ty?
- Szszsz... jaka jesteś niemądra - mówi Madika.
Leży cicho przez chwilę, po czym znów próbuje:
- Lisabet, śpisz?
- Nie całkiem - odpowiada Lisabet. - A ty?
Och, co za dzieciak! Madika staje się prawie zła.
- Zamierzasz całą noc leżeć i nie spać?
- Apselutnie - zapewnia Lisabet.
Ale minutę później przekręca się na brzuch i zasypia.
Nigdy przedtem Madika nie ubierała się w całkowitych ciemnościach. Boi
się zapalić lampę naftową, Lisabet mogłaby się obudzić albo mama zauważy
smugę światła spod drzwi dziecięcego pokoju. Ale na szczęście tego
wieczoru Madika poukładała swoje ubranie bardzo porządnie na krześle
koło łóżka, szybko więc wkłada bieliznę. Przeżywa chwilę strachu... ma
tylko jedną pończochę. W panice szuka drugiej. To naprawdę nie
wyglądałoby dobrze, gdyby z jedną nogą gołą poszła do prapradziadka
Abbego, i to hrabiego?! Ale w końcu znajduje pończochę pod krzesłem, tam
też stoją buty. Zasznurować je w ciemności nie jest łatwo, ale zawiązuje
je najlepiej, jak potrafi. Pozostała jeszcze do włożenia sukienka i luźny wełniany sweter, który nakłada, kiedy idzie się bawić na dwór.
Madika zaciska zęby... teraz nadchodzi najtrudniejsza chwila. Musi
otworzyć drzwi pokoju dziecinnego i przemknąć przez cały hall aż do
małego okienka nad dachem werandy, i musi zrobić to tak cicho, żeby mama
i tata niczego nie zauważyli. Siedzą oboje w bawialni. Kiedy Madika
uchyla drzwi od pokoju dziecinnego, dochodzą ją ściszone głosy, choć
samych słów nie rozróżnia.
Szczęśliwie udaje jej się przejść przez hall. Teraz musi otworzyć okno,
które skrzypi niemiłosiernie, gdy je uchyla. Na dole w bawialni robi się
nagle całkiem cicho i Madika stoi z bijącym niespokojnie sercem... co
teraz będzie?
Ale nic się nie dzieje, tylko mama zaczyna grać na pianinie. Rozlega się
spokojna, słodka melodia. Madika słyszy za sobą ciche dźwięki, kiedy
złazi z dachu werandy, i wzdycha. Wszystko, co bezpieczne i spokojne,
zostawia za sobą. Przed nią już tylko ciemność i niebezpieczeństwo.
Jest listopad. Ciemny, chłodny listopadowy wieczór, bardziej
niesamowity, niż Madika myślała. Wiatr targa drzewami. Nie ma już na
nich liści, które szumią przyjaźnie, rozlega się tylko trzask gałęzi,
jak gdyby chciały kogoś nastraszyć. Madika stoi w ciemności pod oknem
Abbego. Widzi wszystkich w kuchni, Abbego, jego mamę i tatę, i chętnie
weszłaby do nich, żeby znaleźć się w świetle i cieple, ale Abbe
powiedział, że ma stanąć pod oknem i zahukać jak sowa. Madika jest
posłuszna, więc od razu zaczyna hukać. Brzmi to tak strasznie, że ją
samą przestrasza, a ciocia Nilsson aż podskakuje w kuchni. W Abbego
wstępuje życie. Podrywa się z krzesła i wciska na głowę cyklistówkę. Już
jest przy drzwiach. Madika widzi go w zamglonym świetle lampy naftowej...
jak na hrabiego wygląda nieszczególnie. Spodnie ma dziurawe na kolanach,
a bluza wisi na nim jak worek. Jest także niezwykle chudy. Madika
wyobraża sobie, że hrabiowie bywają grubsi i trochę lepiej uczesani. Ale
nie zna żadnego prócz Abbego, więc nie jest tego tak pewna. Włosy Abbego
wyglądają jak miotła, a spod czapki sterczą kosmyki. Ale uśmiecha się z zadowoleniem i pewnie uważa, że wygląda jak hrabia.
Dostrzega Madikę w ciemności między jabłoniami i żwawo rusza w jej
kierunku.
- Teraz okaże się - mówi - czy udało nam się wmówić w prapradziadka, że
jest północ.
- Tak, zaraz się okaże - powtarza Madika z dreszczem. - Przestawiłeś
wskazówki budzika?
- Jasne. I nastawiłem na budzenie, żeby staruszek nie zaspał. Nie jest
przyzwyczajony budzić się o tej porze.
Pralnia stoi w najdalszej części ogrodu Nilssonów, tuż przy brzegu
rzeki. Prowadzi tam wąska wydeptana ścieżka. Abbe przyświeca latarką,
żeby Madika nie nabiła sobie guza o jakąś omszałą starą jabłoń. Jest
taki troskliwy i miły!
- Mogę trzymać cię za rękę? - pyta Madika. - Wtedy widzę lepiej.
- Aha - zgadza się Abbe. - Choć to trochę dziwne.
Ujmuje rękę Madiki. Jest zimna i trochę drży.
- Ale kiedy prapradziadek przyjdzie, to cię puszczę - mówi Abbe. - Bo on
uważa, że to niewłaściwe, żebym chodził ręka w rękę z kimś, kto nie jest
hrabiowskiej krwi.
Pralnia wydaje się ciemna, właściwie czarna, i rzeczywiście wygląda jak
stara siedziba duchów. Panuje w niej przerażająca cisza. Czy to możliwe,
że to ten sam domek, zwykle taki przyjemny, pełen wesołych dźwięków,
kiedy ciocia Nilsson w nim pierze? Woda chlapie i bryzga z bielizny, gdy
ciocia Nilsson wrzuca ją do wielkiego kotła i kiedy wali i hałasuje
kijanką. Cała pralnia pełna jest pary i Madika i Lisabet ledwo się
widzą, biegając między baliami z bielizną. Tak, bardzo miło jest
przebywać w pralni, a najmilej na strychu. Można tam biegać i krzyczeć,
i skakać, ile się chce, i bawić się w chowanego. Pod belkami stropowymi
mieszkają sowy. Nie lubią, jak Madika i Lisabet skaczą i krzyczą.
Wylatują wtedy przez otwory na strychu i wracają dopiero, kiedy Madika i Lisabet już sobie pójdą. Może duchy zachowują się tak samo? Może hrabia
Krok także wylatywał przez otwór w strychu za każdym razem, kiedy Madika
i Lisabet tam hałasowały. A teraz pewnie siedzi tam w ciemności i huka
razem z sowami... huka i czeka. Madika trzyma mocno Abbego, boi się i on o tym wie. Latarkę zgasił i stoi z ręką na dużym, ciężkim kluczu, zaraz go
obróci, ale wstrzymuje się na chwilę.
- Powiedz, czy chcesz? - szepcze. - Myślałem, że może chętnie zobaczysz
ducha, ale nie musisz, jeśli nie chcesz.
W tym momencie słyszą budzik w pralni. Dzwoni tak, jakby chciał zbudzić
wszystkie duchy nocne i oznajmić, że właśnie przyszła Madika. Straszny
to dźwięk.
- Zwiewaj, jeśli się boisz - mówi Abbe. - Zdążysz, bo jeszcze chwilę
potrwa, zanim stary się zbudzi.
Jasne, że Madika się boi, tak że aż drży, ale w jaki sposób
kiedykolwiek będzie wiedziała, czy jest jasnowidzem, jeśli teraz tego
nie sprawdzi?
- Ja chcę go zobaczyć - bąka. - Ale tylko przez chwilkę.
- No dobrze! - mówi Abbe. - Tylko nie miej do mnie pretensji, jak
zemdlejesz ze strachu.
Przekręca klucz i powoli otwiera drzwi. Trzeszczą straszliwie... Jeśli
hrabia Krok wbrew oczekiwaniom nie słyszał budzika, to na pewno obudzi
się teraz.
Madika wytrzeszcza oczy w gęstą, czarną ciemność i z całej siły chwyta
Abbego za bluzę. Bez niego jest zgubiona, czuje to, i błaga go ze
strachem:
- Zapal latarkę, żebyśmy mogli widzieć.
Ale Abbe nie zapala latarki.
- Nie jesteś przyzwyczajona do duchów, to widać. Nic ich bardziej nie
może rozzłościć niż oświetlanie ich latarką. Są wtedy tak złe, że
warczą, stają się... Słyszałaś kiedyś warczącego ducha?
Tego Madika na szczęście nie słyszała.
- To powinnaś się cieszyć - mówi Abbe. - Ja znam jednego, co tak robił i w dodatku trząsł się.
Madika rozumie teraz, jakie to byłoby głupie poświecić latarką na
hrabiego Kroka, który zaraz zacząłby warczeć. Abbe wie o tym najlepiej,
więc idzie z nim w tę niesamowitą ciemność bez większych sprzeciwów.
Abbe zamyka drzwi, robi się ciemno jak w worku. Gdzieś w tej czerni
czatuje pewnie hrabia Krok i jest wystarczająco niesamowity, nawet jeśli
nie warczy. Wystraszona przytula się mocno do Abbego. Oboje zatrzymali
się przy drzwiach, stoją tam cicho dobrą chwilę i czekają.
Nagle Madika czuje, że Abbem wstrząsnął dreszcz, i słyszy, jak Abbe
dyszy:
- Tam! Idzie! Tam! Przy palenisku!
Madika krzyczy i wczepia się w Abbego. Przywiera do niego i zamyka oczy.
- Widzisz go? - szepcze Abbe.
Madika niechętnie otwiera oczy i wytrzeszcza je w kierunku paleniska.
Niczego nie widzi, tylko głęboką, czarną ciemność. Abbe ma chyba rację.
Jest tak samo jasnowidząca jak prosię, ale w tej chwili jest z tego
zadowolona.
- Naprawdę go nie widzisz? - szepcze znów Abbe. - Nie widzisz białego
wstręciucha, otoczonego białą poświatą?
- Nieee - odpowiada Madika i jest to najszczersza prawda.
- Dziwne - mówi Abbe.
Sam Abbe widzi ducha tak wyraźnie, że zaczyna z nim rozmawiać:
- Wysoko urodzony hrabio, gdzie schowaliście pieniądze... proszę mi
powiedzieć, jeśli tylko taka wasza wola.
Ale żadna odpowiedź nie pada. Hrabia najwyraźniej nie ma takiej woli.
- Jest obrażony, jak zwykle - szepcze Abbe do Madiki. Potem odzywa się
głośno:
- Ja sam też jestem hrabią i potrzebuję tych pieniędzy... Bądź tak miły,
stary dziadku, jesteśmy przecież krewnymi!
Potem szepcze znów do Madiki:
- On wygląda paskudnie... Naprawdę go nie widzisz?
- Nieee - zapewnia go Madika. - Pewnie nie jestem jasnowidzem.
- Nie wmawiaj sobie tego - mówi Abbe. - Czasami minie dobra chwila,
zanim się zobaczy i potem nagle widzi się duchy wszędzie.
Ale Madika jest już przekonana, że nie jest jasnowidzem. Spróbowała
przecież. A teraz najbardziej ze wszystkiego chce stąd wyjść.
Wtem Abbem znów wstrząsnął dreszcz i po chwili szepcze do Madiki:
- Patrz, on kiwa na mnie, chce, żebym podszedł... Tak, stary dziadku -
mówi głośno. - Idę.
Ale Madika wczepia się w niego.
- Nie, nie idź! - błaga przerażona.
- Muszę - szepcze Abbe. - On chce pokazać mi pieniądze. Stój tu cicho.
I nagle Madika zostaje sama w ciemności. Słyszy, jak Abbe cicho stąpa po
podłodze, i nie wie, co ma robić. Boi się iść za nim i boi się pozostać.
- Abbe! - woła. - Abbe!
Ale Abbe nie odpowiada. Zniknął w ciemnościach. Sekundy płyną, a on nie
wraca. Są to dla Madiki długie sekundy.
- Abbe! - woła znów. - Abbe, ja chcę iść do domu!
Ale w tym momencie widzi! O zgrozo! Widzi! Jest jasnowidzem... Widzi
bielejącą okropną postać, wokół której jaśnieje blade światło. Hrabia
Krok stoi przy palenisku, to pewne jak amen w pacierzu.
Madika krzyczy, tak jak jeszcze nigdy w życiu nie krzyczała. Krzyczy i krzyczy, i po omacku szuka drzwi, żeby stąd uciec. Światło wokół
hrabiego Kroka gaśnie. Już go nie widać, ale Madika krzyczy nadal. Z ciemności dobiega głos Abbego:
- Cicho, Madika, nie krzycz tak potwornie, przestraszysz hrabiego Kroka!
Ale Madika nic nie słyszy, jest jak oszalała. Chce tylko wydostać się
stąd jak najszybciej!
Alva miała wolny wieczór i była w mieście. Właśnie wróciła do domu. W momencie, kiedy wkłada klucz w kuchenne drzwi, przypada do niej Madika.
Bez słowa zarzuca jej ręce na szyję i wciska twarz w jej brzuch tak
gwałtownie, że omal jej nie przewraca.
- Co ty, u licha, robisz tak późno na dworze? - pyta Alva.
Ale Madika tylko jęczy i Alva czuje, jak dziewczynka drży na całym
ciele. Nie pyta więc o nic więcej, tylko wprowadza Madikę do kuchni.
Próbuje zapalić lampę, lecz nie jest to łatwe, bo Madika cały czas
wczepia się w nią, jakby za chwilę miała utonąć.
- Co się, u licha, stało? - dopytuje się Alva.
Siada na kanapie, bierze Madikę w objęcia i kołysze lekko.
- Alva, widziałam ducha - szepcze Madika. - O Alva, jestem jasnowidzem!
Mija dobra chwila, zanim Alvie udaje się wyciągnąć z niej trochę więcej.
Madika prawie nie jest w stanie mówić, a poza tym Abbe zabronił jej
opowiadać o tym komukolwiek. Ale przed kimś jednym jedynym musi wyrzucić
to z siebie. W końcu Alva zna całą historię o hrabim Kroku w pralni
Nilssonów.
Alva kipi ze złości.
- Powyrywam mu wszystkie kłaki, temu Abbemu! Dostanie za te duchy!
Ale Madika go broni.
- On nic nie może poradzić na to, że jest jasnowidzem.
- Nie może! - Alva pieni się ze złości. - Poczekaj tylko, aż ja z nim
pogadam! Wtedy przestanie być jasnowidzem, daję ci słowo. Wysoko
urodzony Abbe, niech go gęś kopnie!
Mama i tata już śpią, i to całe szczęście, a Alva przyrzeka Madice, że
będzie milczeć.
- Tak, bo gdyby pani dowiedziała się o tym wszystkim, twoja noga nie
postałaby więcej u Nilssonów. Ale z Abbem to tak porozmawiam, że
popamięta.
Następnego dnia, kiedy Madika wraca ze szkoły, Abbe przewieszony przez
płot wygląda, jakby czekał na kogoś. Włosy na głowie ma, więc Alva mu
ich nie wyrwała. Ale kilka słów prawdy chyba usłyszał, bo sprawia
wrażenie trochę zawstydzonego.
Gwiżdże, żeby przywołać Madikę, a ona posłusznie podchodzi.
- Nie wiedziałem, że ty jesteś aż takim jasnowidzem - mówi. - Bo wtedy
przecież bym cię nie zabrał do pralni.
Na samą myśl o pralni Madikę przenika dreszcz.
- Nigdy więcej tam nie pójdę.
- A to dlaczego? - dziwi się Abbe. - Prapradziadka nie musisz się już
bać. Więcej tu nie przyjdzie.
- Skąd wiesz? - pyta Madika zdumiona.
- Skończył straszyć, wiem to, bo wykopałem pieniądze.
- Wykopałeś? - pyta Madika.
- Tak, ale to tajemnica. Tylko nie mów tego Alvie.
Madika zawstydzona przyrzeka mu, że nic nie powie. Potem spogląda na
Abbego szeroko otwartymi oczami.
- To ty jesteś teraz bogaty, Abbe?
Abbe w zamyśleniu spluwa przed siebie.
- E tam! Stary robił tyle hałasu dla dwóch pięćdziesiąt.
Wsadza rękę do kieszeni spodni i wyciąga dwie monety jednokoronowe i jedno pięćdziesiąt öre.
- Więcej nie było? - pyta Madika.
- Nie, więcej nie było. Ale pamiętaj, że prapradziadek żył sto lat temu.
W tamtym czasie dwa pięćdziesiąt to nie była pestka. Więc może nie ma
się co dziwić, że straszył i był zły.
Abbe wkłada Madice w rękę jedną koronę.
- Masz, to dla ciebie. Jako odszkodowanie czy jak się to tam nazywa.
Madika rozpromienia się. Abbe jest naprawdę miły.
- Dziękuję, kochany Abbe!
- Proszę bardzo - odpowiada Abbe. - Wprawdzie to są pieniądze ducha, ale
można za nie coś kupić równie dobrze jak za zwykłe pieniądze.
Potem wysoko urodzony Abbe znika w swojej kuchni. Madika stoi w miejscu
i przygląda się z zadowoleniem pieniążkowi od ducha.
Pomyśleć, leżał w pralni Nilssonów ponad sto lat, a mimo to błyszczy i wygląda jak dzisiejszy pieniądz. Na pewno wystarczy, żeby kupić za niego
papierowe lalki do wycinania. "Z narodem i ojczyzną" jest na nim
napisane. No i ma wizerunek Gustawa V, tak, wygląda dokładnie tak, jak
pieniądz powinien wyglądać.
JUŻ ŚNIEŻNA ZAWIEJA ZACZYNA SWÓJ LOT
Czerwcowe Wzgórze spowija gęsty zimowy mrok. Wkrótce będzie Boże
Narodzenie. Madika i Lisabet rozmawiają o tym każdego wieczoru.
- Jak to dobrze, że istnieje Boże Narodzenie - mówi Madika. - Uważam, że
to najlepsze, co kiedykolwiek wynaleziono.
- Apselutnie - potakuje Lisabet.
I potrząsają swymi skarbonkami-świnkami, i słyszą, że wydają one taki
dźwięk, jakby było w nich dużo pieniędzy. Ten brzęk dlatego właśnie jest
taki przyjemny, że zapowiada prezenty gwiazdkowe.
W pokoju dziecinnym na ścianie wisi kalendarz. Każdego ranka zdzierają
kartkę i widzą, że jest o jeden dzień bliżej do Bożego Narodzenia.
W szkole także czuje się, że święta już blisko. Pani czyta opowiadania o Bożym Narodzeniu i wszystkie dzieci uczą się kolęd. Madika po powrocie
do domu śpiewa je Lisabet:
Już śnieżna zawieja zaczyna swój lot
wśród dolin i gór Skandynawii.
Madika ma już zimowe ferie. "Och! Że też muszą być ferie świąteczne" -
tak mówiła pierwszego dnia w szkole dawno temu. Ale już cały semestr
jest uczennicą i teraz uważa, że ferie świąteczne są prawie tak dobrym
wynalazkiem jak same święta.
Alva i Linus-Ida zaczęły wielkie świąteczne sprzątanie. Zdjęły wszystkie
firanki i zasłony, a wiadra z wodą stoją w najbardziej nieoczekiwanych
miejscach. Alva chodzi ze specjalną długą szczotką i odkurza zarówno
ściany, jak i sufity. Madika i Lisabet łażą dookoła między wiadrami i stale przeszkadzają, poza tym przekomarzają się z Alvą.
Już gruba Alva zaczyna swój lot
wśród stropów i ścian Skandynawii
- śpiewają jej.
Lisabet za każdym razem tak chichoce, że prawie siada na wiadrach.
- O! Jak ty umiesz wymyślać piosenki, Madika!
Alva poluje na nie ze szczotką do odkurzania i mówi:
Już zwinna szczotka zaczyna swój lot
I lanie będzie w Skandynawii.
Ale wcale nie jest zła, Alva nigdy nie jest zła na Madikę i Lisabet.
Mama robi kiełbasy i pekluje szynkę, i przyrządza napój z jałowca, i do
form na świece wlewa wosk. Madice i Lisabet wolno pomagać mamie. Pieką
pierniczki i gotują karmel na cukierki, i robią małe smaczne świnki z marcepanu, i tną bibułki na kryzę, którą będzie przyozdobiony pręt przy
kuchennym piecu. Każdego dnia dzieją się niezwykłe rzeczy i coraz
bardziej czuje się nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Nad całym
Czerwcowym Wzgórzem unosi się zapach pierniczków, karmelu i faworków.
Madika wciąga nosem tę woń i przymyka oczy.
- Boże Narodzenie... już pachnie Bożym Narodzeniem!
Wieczorami piszą długie listy życzeń do Świętego Mikołaja.
"Robinson Kruzoe, dużo lalek do wycinania, cynowe żołnierzyki, narty,
jasnoczerwona róża do wsadzenia we włosy" - Madika czyta swoją listę
Lisabet.
- Ty nie masz dobrze w głowie, Madika - mówi Lisabet. - Naprawdę chcesz
różę?
- Wcale nie - obrusza się Madika. - Napisałam, bo to brzmi tak pięknie.
Długo zastanawiają się, co dać na Gwiazdkę mamie i tacie. Kiedy razem
gotują karmel, Madika pyta:
- Mama, co chciałabyś najbardziej, ale to najbardziej ze wszystkiego?
- Dwie naprawdę miłe i kochane dziewczynki - odpowiada mama.
Wtedy oczy Madiki stają się błyszczące, a głos lekko drży.
- To co zrobisz z Lisabet i ze mną?
Ale mama gładzi ją po włosach i wyjaśnia, że wcale nie chce innych
dziewczynek, tylko pragnie, żeby Madika i Lisabet były nadal tak miłe i kochane jak dotychczas.
Chociaż Lisabet uważa, że to wcale nie byłoby takie głupie mieć dwie
nowe dziewczynki w domu.
- Mogłybyśmy bawić się z nimi - mówi. - Ale nie wolno by im było
mieszkać w pokoju dziecinnym, fąflom jednym, bo tam mieszkamy Madika i ja.
Chwycił mróz. Każdego ranka Alva hajcuje w piecu w dziecinnym pokoju.
Trzaska i łomocze drzwiczkami, aż Madika i Lisabet budzą się. Leżą potem
w swoich łóżkach i przyglądają się błyskom widocznym przez wąskie
szparki w drzwiczkach pieca, i słyszą, jak ogień trzaska. Jest to bardzo
przyjemny dźwięk i tak miło z wolna rozbudzać się przy nim.
Pewnego ranka budzą się wcześniej. Myślą, że to zwykły dzień, ale tak
nie jest. To ostatnia niedziela adwentu, cztery świece palą się w adwentowym świeczniku stojącym na komodzie, a Alva, która właśnie
rozpaliła ogień, staje przy łóżku Madiki z tajemniczą miną.
- W nocy coś się stało - mówi. - Zgadnijcie co.
- Był duch - domyśla się Madika.
Po tamtym wieczorze w pralni Nilssonów wierzy, że nocą pokazują się
duchy.
- Głuptasie, nie ma żadnych duchów - strofuje ją Alva. - To Abbe
wystroił się w prześcieradło, a za plecami trzymał zapaloną latarkę,
mówiłam ci przecież.
Alva wielokrotnie próbowała wbić to Madice do głowy, ale Madika jej nie
wierzy. Abbe nie mógł być tak wstrętnie podstępny, każdy, ale nie Abbe!
- Wymyśl coś lepszego - mówi Alva. - Coś przyjemnego się wydarzyło.
- Duchy są przyjemne - stwierdza Lisabet.
- Nie dla mnie - oznajmia Alva. - Teraz zgadujcie dalej!
- Śnieg spadł? - pyta żywo Madika.
- Nie - mówi Alva. - Ale rzekę ściął lód.
Madika i Lisabet wydają z siebie pisk radości i wyskakują z łóżek. W pokoju jeszcze nie zdążyło się nagrzać, ale nie zwracają na to uwagi,
tak im się spieszy. Ubierają się, wkładają wełniane getry, grube swetry,
czapki i rękawice i pędzą na dwór.
- Tylko na chwilę! - woła za nimi Alva. - Macie zaraz wracać na
śniadanie!
- Tak, tak! - odkrzykują Madika i Lisabet.
Brzozy wokół Czerwcowego Wzgórza stoją w białym szronie, a na niebie tuż
nad dachem drewutni widać zupełnie czerwone słońce.
- Taką pogodę to ja lubię - mówi Madika.
Właściwie lubi ona każdą pogodę. Zwykle zresztą jej nie zauważa. Ale
taką pogodę się dostrzega. "Jest tak piękna jak melodia, tak piękna, że
aż słowa, które się wypowiada, są też piękne - myśli Madika. - W taką
pogodę człowiek staje się dobry".
Madika i Lisabet biegną w dół ku rzece. Zamarznięta trawa trzeszczy pod
ich stopami.
- Może dam ci dwa prezenty gwiazdkowe, Lisabet! - woła Madika.
- Ty nie masz dobrze w głowie, Madika! - odpowiada Lisabet.
Oczywiście, że wspaniale jest dostać dwa prezenty na Gwiazdkę, ale
akurat w tej chwili obchodzi ją tylko lód.
Cudowna jest ta chwilka, kiedy się stawia stopę na błyszczącym ciemnym
lodzie i próbuje, na ile jest gładki. O! Jest taki gładki, że Madika za
jednym zamachem przejeżdża przez prawie całą szerokość rzeki.
To oczywiście nieprawda, że rzeka zamarzła dziś w nocy. Cały tydzień
trzymał mróz, ale Madika i Lisabet nie zauważyły, że każdego dnia rzeka
stawała się coraz cichsza. Tylko Alva to spostrzegła i dziś rankiem,
zanim ktokolwiek się obudził, sprawdzała lód grubą żerdzią. Tak, bez
strachu można po nim chodzić.
- Jeśli utrzymał Alvę, to utrzyma i nas - mówi Madika.
- Apselutnie - potakuje Lisabet.
Madika i Lisabet ślizgają się, ile dusza zapragnie. Policzki im
czerwienieją, a oddechy unoszą się jak białe obłoczki dymu. Nie pojmują,
jak ludzie mogą spać, kiedy można robić coś tak wspaniałego. U Nilssonów
jest tak, jakby nikt jeszcze się nie zbudził. A więc Abbe nic nie wie!
Nie wie, że cała rzeka jest gładką błyszczącą drogą, po której się można
ślizgać. Wije się zakrętami i zakolami, z których każde to nowa
ślizgawka. Jeśli minie się Zacisze i popędzi dalej jeszcze dobry
kawałek, można dotrzeć do Jabłoniowego Jeziora, gdzie zaczyna się
prawdziwa wieś i leży zagroda Jabłoniowe Wzgórze.
- A gdybyśmy tak odwiedziły rodzinę Petrusa Karlssona na Jabłoniowym
Wzgórzu? - proponuje Madika.
- Mama by nam pozwoliła? - chce wiedzieć Lisabet.
Mama jeszcze śpi, jest przecież niedziela. Nie można jej budzić, żeby
pytać o takie głupstwo.
- Jasne, że pozwoliłaby - mówi Madika. - Oczywiście nie wtedy, gdybyśmy
szły drogą, bo trwałoby to za długo, ale ślizgając się, będziemy tam
migiem.
- Więc jedźmy - decyduje Lisabet.
Żadna nie pamięta o tym, że Alva przypominała o śniadaniu. Z nową
energią ślizgają się w kierunku Jabłoniowego Wzgórza.
- Lód to coś, co lubię - mówi Madika.
- Lód lubią chyba wszyscy ludzie - stwierdza Lisabet.
Ale Madika nie tylko lubi... jest tak radosna, że serce mało jej nie
wyfrunie z piersi. Ta lodowa droga to istny cud. Zimowa rzeka i letnia
rzeka są tak różne. W letnie wieczory często przypływają tu łódką z tatą. Czasami płyną aż do Jabłoniowego Wzgórza, żeby kupić jajek. Wtedy
jest to miła, niewielka, spokojna rzeka, co szemrze między zielonymi
drzewami. Miękkie, zielone gałęzie zwieszają się nad wodę tak nisko, że
Madika i Lisabet, siedząc w łódce, mogą rwać sobie liście. Tak, letnia
rzeka jest łagodna i miła. A zimowa rzeka jest jak zaczarowana. Lśniący,
ciemny lód i te ciche białe, oszronione drzewa iskrzące się w promieniach czerwonego dziwnego słońca. Bije od nich takie mroźne,
chłodne i bajkowe piękno, że Madikę ogarnia jakaś dzika radość. Ślizga
się coraz szybciej i szybciej, w coraz bardziej szalonym tempie, czuje
się, jakby frunęła do nieba. Lisabet zostaje daleko w tyle.
- Zaczekaj na mnie! - krzyczy.
To ślizganie się zaczyna ją męczyć, teraz chce iść, i to niezbyt prędko.
Madika musi poczekać, aż Lisabet ją dogoni.
- Jak daleko do Jabłoniowego Wzgórza? - pyta Lisabet podejrzliwie.
- Wcale niedaleko - zapewnia ją Madika. - Zaraz tam będziemy.
- Trzymaj mnie - prosi Lisabet i wkłada swoją piąstkę w dłoń Madiki.
I wloką się dalej ręka w rękę, teraz już zupełnie wolno. Przy każdym
nowym zakręcie oczekują, że zobaczą jezioro i Jabłoniowe Wzgórze, ale
stale jest przed nimi tylko ta sama rzeka. Lisabet zaczyna być nią coraz
bardziej zmęczona.
- Madika, wiesz co? - odzywa się. - Jestem głodna.
Dopiero teraz przypominają sobie to, co Alva wołała: "Macie zaraz wracać
na śniadanie!". Stają jak wryte, kawał drogi od domu, i patrzą na siebie
z osłupieniem.
Madika także jest głodna, wracać do domu jednak nie chce. Być może tylko
mały kawałeczek drogi został do Jabłoniowego Wzgórza, a wspaniale byłoby
odpocząć trochę.
- Możemy kupić sobie u cioci Karlsson po jajku - mówi. - A kiedy kupimy,
to poprosimy, żebyśmy je mogły ugotować i zjeść.
- A mamy jakieś pieniądze? - pyta Lisabet.
- Nie, w tym cała rzecz - odpowiada w zamyśleniu Madika.
Ale nagle coś sobie przypomina. Ma przecież na sobie kraciastą spódnicę,
a w niej, jeśli się nie myli, dwa öre.
- Wiem, że mam dwa öre, bo wczoraj je włożyłam - oświadcza i zaczyna
gorliwie szperać w kieszeni.
- Można dostać dwa jajka za dwa öre? - pyta Lisabet.
Madika kręci głową przecząco.
- Chyba nie. Ale spróbujemy. Powiemy, że chcemy jajek za dwa öre, i zobaczymy, co będzie.
Tylko że, niestety, w kieszeni nie ma żadnych dwóch öre. Zniknęły.
- Co zrobimy? - pyta Lisabet.
Madika wzrusza ramionami.
- Ech, dwa öre mniej czy więcej, to nie takie ważne, kiedy kupuje się
jajka.
Ale Lisabet wcale tak nie myśli.
- Mimo wszystko idziemy tam - decyduje Madika. - Ciocia Karlsson może
zapyta, czy mogłaby nas zaprosić na śniadanie, a wtedy odpowiemy
natychmiast, że mogłaby.
Na myśl o tym, że za następnym zakrętem czeka na nie śniadanie, ożywiły
się. Znów ślizgają się dłuższą chwilę. A potem idą dość długo, ale
Jabłoniowego Wzgórza ciągle nie widać.
- Może zimą oni mają zagrodę w zupełnie innym miejscu? - zastanawia się
Lisabet.
- Nie bądź śmieszna - odpowiada Madika.
Ale też zaczyna głośno myśleć.
- To coś dziwnego - zauważa. - Jeśli nie zobaczymy Jabłoniowego Wzgórza
za tym zakrętem, to jesteśmy zaczarowane, i wtedy przepadłyśmy.
Ta myśl nie daje Madice spokoju. To wszystko czary. Drzewa, które stoją
tak piękne i martwe ze swymi dziwnymi oszronionymi gałęziami... Tylko w zaczarowanych lasach mogą rosnąć takie drzewa. Ciemny, lśniący lód,
który wabi dzieci i sprawia, że pędzą dziko coraz dalej od domu.
Zaczarowana droga, która nie ma końca. Małe, straszne zimowe czarownice
ślizgały się tu nocą, kiedy było zbyt zimno, żeby lecieć na miotle. Tak,
to na pewno są czary.
Ale Lisabet nie chce być zaczarowana, protestuje zdecydowanie głośnym
płaczem.
I czy to do wiary... właśnie kiedy minęły kolejny zakręt, cóż widzą?
Jabłoniowe Wzgórze z jego oborą i stajnią, i czerwonym chłopskim domem.
Lisabet natychmiast przestaje płakać.
- Jabłoniowe Wzgórze to dobre gospodarstwo - stwierdza zadowolona.
Madika uważa tak samo.
- Mam nadzieję, że są w domu - mówi. - Zwłaszcza Tore i Maja.
Tore i Maja to dzieci z Jabłoniowego Wzgórza i Madika je lubi, choć są
bardzo stare, mają prawie po dwadzieścia lat.
Lepiej Madika i Lisabet nie mogły trafić. Kiedy wkraczają do środka
niczym dwa bożonarodzeniowe aniołki o czerwonych policzkach, na
Jabłoniowym Wzgórzu właśnie wszyscy siedzą przy stole i jedzą śniadanie:
Petrus Karlsson i ciocia Karlsson, i Tore, i Maja.
- Macie trochę jajek? - pyta Lisabet, zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć
słowo.
Madika szczypie ją. Głupia Lisabet, to zupełnie nie tak. To byłby dobry
początek, gdyby miały te dwa öre, ale przecież ich nie mają.
- Dzieci kochane, szłyście taki kawał drogi w ten mróz, żeby kupić
jajek? - pyta ciocia Karlsson. - Ile mama chce jajek?
Madika i Lisabet stoją zmieszane. Nie wiedzą, jak powiedzieć, że mama
wcale ich nie przysłała. Madika jest coraz bardziej wściekła na Lisabet.
To ona zepsuła wszystko. Kupujących jajka nie zaprasza się na śniadanie,
tylko ludzi, którzy przychodzą w odwiedziny.
- Właściwie to my wyszłyśmy na dwór i tylko tak sobie chodzimy -
wyjaśnia.
- Tak, bo nie mamy żadnych pieniędzy - dodaje Lisabet. - Wyszłyśmy na
dwór i tylko tak sobie chodzimy bez pieniędzy.
- Aha, więc to tak - mówi Petrus Karlsson i macza kawałek chleba w kawie. - Tak, piękna pogoda, żeby wyjść na dwór i tylko tak sobie
chodzić... bez pieniędzy!
- Bardzo piękna - potwierdza Madika. - Ma się wtedy taki apetyt.
- Tak, świetnie to rozumiem - mówi Petrus Karlsson.
Ale wygląda na to, że nieszczególnie rozumie. Ciocia Karlsson pojmuje
lepiej.
- Mogę was zaprosić na trochę kaszy? - pyta.
- Chętnie - odpowiadają Madika i Lisabet równocześnie.
Zdejmują z siebie czapki i swetry, i rękawiczki w takim tempie, że zanim
Maja zdążyła wyjąć dla nich talerze, siedzą już przy stole.
Karlssonowie już zjedli śniadanie, ale zostają przy stole, żeby
porozmawiać z Lisabet i Madiką.
- Tak więc wyszłyście na dwór i tak sobie chodzicie - powtarza Petrus
Karlsson i śmieje się cicho.
Madika i Lisabet mają buzie tak pełne kaszy, że nie mogą odpowiedzieć,
kiwają tylko głowami. Ciocia Karlsson daje im duże kromki chleba z masłem. Jedzą chleb i wsuwają kaszę tak łapczywie, że naprawdę widać,
jaka to apetyczna pogoda dzisiaj.
- Kasza to chyba najlepsze ze wszystkiego - mówi Madika. - Też tak
myślisz, Lisabet?
- Nie - odpowiada Lisabet krótko i zdecydowanie.
Jasne, że kasza jest dobra, szczególnie w tej chwili, ale to nie jest
najlepsze ze wszystkiego, a Lisabet zawsze mówi to, co myśli.
Karlssonowie śmieją się. Tu na Jabłoniowym Wzgórzu wszyscy śmieją się
podobnie, cichym, krótkim śmiechem.
- Aha! To co dla ciebie jest najlepsze? - pyta ciocia Karlsson.
Lisabet namyśla się.
- Agrestowy kisiel... i kisiel... i inny kisiel.
Karlssonowie znów się śmieją.
- Agrestowy kisiel i kisiel, i inny kisiel - powtarza Petrus Karlsson. -
To ogromna masa kisielu!
Madika wyjaśnia, co Lisabet ma na myśli:
- Agrestowy kisiel to jest agrestowy kisiel, a kisiel to jabłkowy
kisiel, a inny kisiel to jest każdy inny kisiel.
Tore także się śmieje.
- Agrestowy kisiel i kisiel, i inny kisiel! Jadacie tylko kisiel na
Czerwcowym Wzgórzu?
- Wyobraź sobie, że nie - odpowiada gniewnie Lisabet. - Jemy także lody...
Kiedy skończyłam pięć lat, dostałam lodów, ile chciałam, najmniej z pięć
kilo!
- Coś takiego! Naprawdę? - dziwi się ciocia Karlsson. - Skończyłaś już
pięć lat? Kiedy?
- Ech, sama tego nie wie - odpowiada Madika.
Lisabet świdruje ją wzrokiem.
- Nie wiem? Jasne, że wiem.
- Wiesz? Kiedy to było?
- W moje urodziny... wyobraź sobie - mówi Lisabet i pokazuje Madice język.
A wtedy Madika pokazuje język Lisabet. Ale natychmiast przypominają
sobie, że tak się nie robi, gdy się jest w gościach. Bardzo grzecznie
dziękują więc za jedzenie, obchodzą stół dookoła i każdemu podają rękę,
i dygają, w kolejności i po porządku, przed Peterem Karlssonem i ciocią
Karlsson, Torem i Mają.
Są teraz syte, ale też trochę zmęczone. Miło jest siedzieć tu w kuchni.
Zupełnie nie mają ochoty wychodzić znów na mróz i iść do domu.
- Zadzwonię chyba do waszego taty - mówi Petrus Karlsson. - Może w domu
nie wiedzą, że jesteście tutaj i kupujecie jajka... bez pieniędzy.
Madikę i Lisabet ogarnia wstyd i są trochę przestraszone, kiedy Petrus
Karlsson dzwoni na Czerwcowe Wzgórze. Madika stoi przy nim i ciągnie go
za rękaw.
- Wujku, zapytaj, czy możemy zostać tu trochę i odpocząć.
I Petrus Karlsson pyta, czy Madika i Lisabet mogą zostać na Jabłoniowym
Wzgórzu.
- Za jakiś czas odwiozę je - dodaje.
Madika i Lisabet patrzą na siebie i uśmiechają się radośnie. Ale w tym
momencie Petrus Karlsson podaje Madice słuchawkę.
- Tata chce z tobą porozmawiać - oznajmia.
I Madika natychmiast przestaje się uśmiechać.
- Słuchaj no, panno Świetnie - mówi tata. - Jak by to było, gdybyś choć
jeden jedyny raz pomyślała, zanim coś zrobisz... Puścić się w tak daleką
drogę w ten mróz! Pomyśl, a gdybyście odmroziły sobie nosy? Co byś wtedy
powiedziała?
Po skończeniu rozmowy Madika zastanawia się. Naprawdę można sobie
odmrozić nos? To okropne! Pomyśleć tylko, idą sobie spokojnie z Lisabet,
a tu naraz odpadają im nosy i leżą na lodzie jak dwa małe zmarznięte
skrawki szynki... Co na to można powiedzieć? Może "Żegnajcie"... Madika
wzdryga się na samą myśl o tym. Albin, jej kolega z klasy, gdy pani
spytała, do czego jest potrzebny nos, odpowiedział: "Żeby mieć w nim
smarki". Ale to już nie dla niej i Lisabet. Jak ktoś odmroził sobie nos,
to zostaje ze swoimi smarkami! Już prawie zaczyna płakać nad swoim
utraconym nosem, ale przypomina sobie nagle, że tak ona, jak i Lisabet
mają jeszcze przecież nosy. Co za szczęście!
Lisabet właśnie wpycha swój w grubą marynarkę Torego, która wisi na
oparciu krzesła.
- Jak to ładnie pachnie - mówi. - Pachnie oborą. Możemy do niej pójść?
Tore jest tak samo miły i zgodny jak jego tata.
- Jasne, że możemy - odpowiada i śmieje się tym miłym śmiechem, zupełnie
jakby wiedział o czymś przyjemnym, o czym nikt inny nie wie.
Zabiera je do obory i pokazuje wszystkie krowy i cielęta. W jednej
przegrodzie leży nowo narodzony cielaczek, obie zachwycają się nim.
Ledwie może ustać na nóżkach, mimo to robi kilka kroczków i podnosi ku
nim mokry pysk. Madika i Lisabet dają mu swoje palce do polizania, a Lisabet mówi, że wkrótce jest Boże Narodzenie, na wypadek gdyby o tym
nie wiedział.
Potem idą do stajni. Są tam cztery konie: Tytus, Mona, Freja i Konke.
Ostatni raz Madika i Lisabet widziały je latem. Pasły się wtedy na łące.
Teraz stoją w boksach i kiedy wchodzą Madika i Lisabet, rżą cicho.
Konke, najsympatyczniejszy i najbrzydszy, jest dziwnej żółtawej maści.
- Nieważne, jak się wygląda, ważne, żeby być miłym - mówi Madika.
Wchodzą do boksu i głaszczą go, i czyszczą zgrzebłem, i dają mu siana i owsa. Tore cały czas przygląda się im i śmieje się cicho sam do siebie.
- W którym żłobie leżał mały Jezusek? - pyta Lisabet nagle. Myśli, że na
całej kuli ziemskiej istnieje tylko jedna stajnia, i to jest właśnie ta
na Jabłoniowym Wzgórzu.
Madika tłumaczy jej, że to była zupełnie inna stajnia, daleko, w kraju
Judy.
- Skąd to wiesz? - pyta Lisabet.
- Pani nam mówiła.
Lisabet wcale nie jest zadowolona z tej odpowiedzi.
- E tam, to był żłób Konkego, tak mówili w mojej szkole. A Konke był
miły i Go nie gryzł, tylko obwąchiwał, żeby zobaczyć, kto to.
Madika rozgląda się po mrocznej stajni. Właściwie też by chciała, żeby
żłóbek Jezusa był na Jabłoniowym Wzgórzu.
- Może rzeczywiście tak było - mówi żarliwie. - A Maria ustawiła świece
w każdym okienku i Petrus Karlsson z ciocią siedzieli w kuchni i zobaczyli, jaki blask pada na śnieg, i wtedy ciocia Karlsson zapytała:
"A cóż to się dzieje w stajni dziś wieczorem?".
Na to Lisabet potrafi odpowiedzieć.
- To tylko mały Jezusek. Leży sobie w żłobie Konkego, a Konke obwąchuje
Go, więc Jezus się śmieje, bo to Mu się podoba.
- A ja przypadkiem nie siedzę także w kuchni i nie widzę, jaki to blask
bije ze stajni? - pyta Tore.
- Nie bądź głupi, Tore - mówi Madika. - To się zdarzyło całe wieki temu,
a wtedy jeszcze nie było cię na świecie.
Tymczasem pogoda całkowicie się zmieniła. Czerwone słońce zniknęło i niebo pokrywają teraz gęste chmury, a drobinki śniegu unoszą się w powietrzu.
- Hura! Śnieg będzie padać! - woła Madika.
I rzeczywiście. Pada gęsty śnieg. Sypie obficie na całe Jabłoniowe
Wzgórze.
- Nie mogę odwieźć was w taką pogodę - mówi Petrus Karlsson. - Poczekamy
chyba, aż przestanie padać.
- Tak, poczekajmy! - potakują Madika i Lisabet.
Nie mają nic przeciw temu. Maja ma jeszcze lalki, którymi bawiła się,
kiedy była mała. Wyjmuje je dla Madiki i Lisabet. Ustawiają je rzędem na
ławie w kuchni i przebierają, i czują się bardzo dobrze. A śnieg cały
czas pada.
- Wygląda na to, że pojedziemy saniami - mówi Petrus Karlsson. - Ale
chyba poczekamy, aż przestanie padać.
- Tak, poczekajmy! - cieszą się Madika i Lisabet.
Bawią się lalkami i bardzo im przyjemnie na Jabłoniowym Wzgórzu. Nagle
ciocia Karlsson kiwa na Lisabet, żeby do niej podeszła.
- Słuchaj, który lubisz najbardziej, agrestowy kisiel czy kisiel, czy
inny kisiel?
- Agrestowy - odpowiada Lisabet.
- To szczęście, że ten akurat mamy dziś na deser, a nie kisiel czy inny
kisiel - śmieje się ciocia Karlsson. - Chodźcie, siadamy do obiadu!
I Madika, i Lisabet dostają po kawałku pieczonego schabu w sosie
cebulowym i agrestowy kisiel z mlekiem.
A śnieg pada dalej.
- Sypie bez przerwy - mówi Petrus Karlsson. - Mimo to musimy chyba
ruszać, bo na Czerwcowym Wzgórzu pomyślą, żeśmy was porwali.
- Może wkrótce przestanie? - zastanawia się ciocia Karlsson.
Ale nie przestaje. Na Jabłoniowe Wzgórze spada coraz to więcej i więcej
śniegu. Słupy przy bramie mają już wysokie białe czapy, a w powietrzu
unosi się tyle płatków śniegu, że z kuchennego okna prawie nie można
dostrzec obory. Wkrótce zacznie się ściemniać. Petrus Karlsson mówi:
- No, Tore, możesz zaprzęgać do pługa, inaczej nigdy nie dotrę na
Czerwcowe Wzgórze z tymi dwiema.
I Tore zaprzęga do pługa śnieżnego Monę i Freję. Petrus Karlsson
zaprzęga Tytusa i Konkego do wiklinowych sań, w które Madika i Lisabet
zostają wsadzone i przykryte futrzaną skórą, tak że tylko im nosy
wystają. Nawet nie mogą pomachać cioci Karlsson i Mai, które stoją w oknie i patrzą na ich odjazd. Petrus Karlsson siedzi na koźle i powozi,
a przed saniami Tore prowadzi pług śnieżny.
- Trzeba aż czterech koni, żeby nas odwieźć z Jabłoniowego Wzgórza do
domu - mówi Madika.
- Cztery konie i jeden śnieżny pług - dodaje Lisabet - to prawie kulig.
I bawią się, że jadą w kuligu. Leżą skulone pod futrem i wsłuchują się w dźwięki dzwonków.
- Chyba dobrze, że poszłyśmy na Jabłoniowe Wzgórze - odzywa się Madika.
- Ale chyba nigdy nie przestanie padać - mówi Petrus Karlsson.
Jemu na koźle nie jest tak wspaniale jak Madice i Lisabet pod futrem.
- Możemy mu zaśpiewać, żeby go trochę rozweselić - szepcze Madika do
Lisabet.
Lisabet też tak uważa, śpiewają więc:
Już śnieżna zawieja zaczyna swój lot
wśród dolin i gór Skandynawii.
O święte dnie! - śpiewa Madika.
O dzieci śnie! - śpiewa Lisabet,
O dzieci śnie błoogi!
Ale oto są już pod bramą na Czerwcowym Wzgórzu.
- Patrz, cztery świece palą się w oknie - mówi Lisabet.
- Tak, przecież jest adwent, wiesz chyba - dorzuca Madika.