MŁOT BOŻY
Wzgórze, na którym leży osada Bohum Beacon, jest tak strome, że wysoka kościelna wieża przypomina spiczasty wierzchołek góry. U stóp kościoła znajduje się kuźnia, często szkarłatna od ognia, zawsze zaś pełna młotów i żelaznego złomu, a jedyna w tej miejscowości oberża - "Pod Błękitnym Odyńcem" - stoi po przeciwległej stronie placyku, gdzie przecinają się dwie brukowane uliczki. Na tym właśnie skrzyżowaniu w ołowianym świetle brzasku spotkali się dwaj bracia i nawiązali rozmowę, chociaż jeden z nich rozpoczynał dzień, drugi zaś kończył. Wielebny i szlachetnie urodzony Wilfred Bohum był bardzo pobożny i właśnie szedł do kościoła, aby wczesne godziny ranne spędzić na modłach lub pobożnym rozmyślaniu. Jego starszy brat, szlachetnie urodzony pułkownik Norman Bohum, nie był bynajmniej pobożny i w stroju wieczorowym siedział na ławce przed "Błękitnym Odyńcem", popijając ostatni kieliszek wtorkowy lub pierwszy środowy. Z punktu widzenia filozoficznie usposobionego obserwatora obie te de?nicje byłyby równie słuszne, lecz pułkownik nie zaprzątał sobie głowy definicjami.
Bohumowie należeli do jednej z bardzo niewielu rodzin arystokratycznych wywodzących się naprawdę ze średniowiecza, a ich proporzec istotnie widywał Palestynę. Ale błędem byłoby uważać takie rody za skarbnicę wspaniałych tradycji rycerskich. Tradycji nie pielęgnuje nikt prócz biedaków. Arystokracja hołduje modzie, nie tradycjom. Bohumowie byli oczywiście zabijakami w czasach królowej Anny, a lowelasami za panowania Wiktorii, lecz jak wiele prawdziwie starych rodzin, w ciągu minionych wieków stali się nałogowymi pijakami i kiepskimi dandysami, aż wreszcie poczęto szeptać o ich dziedzicznym obłędzie. Prawdę mówiąc, było coś nieludzkiego w wilczej pogoni pułkownika za rozrywką, a jego zwyczaj kładzenia się spać po wschodzie słońca graniczył z chorobliwą bezsennością. Na ogół jednak była to krzepka, rosła bestia, podstarzała już, lecz mogąca się szczycić bujną i jasną czupryną. Gdyby nie błękitne oczy osadzone zbyt blisko i zapadłe tak głęboko, że wyglądały na czarne, Norman Bohum sprawiałby wrażenie blondyna o lwiej głowie. Miał długie, rudawe wąsy i bardzo wyraźne zmarszczki ciągnące się od nozdrzy do podbródka, dzięki czemu złośliwy uśmiech był jak gdyby wyorany na jego twarzy. Tego ranka miał na fraku dziwne jasnożółte okrycie, bardziej przypominające szlafrok niż płaszcz, na czubku jego głowy tkwił okrągły trawiastozielony kapelusz, pochodzący niewątpliwie ze zbiorów wschodnich osobliwości i chwycony na chybił trafił. Norman Bohum lubował się w podobnie fantastycznych strojach i z dumą twierdził, że jemu we wszystkim do twarzy.
Młodszy z Bohumów, pastor, był również blondynem i odznaczał się specy?czną elegancją. Miał inteligentną, nerwową, starannie wygoloną twarz i ubierał się w czarny, zapięty pod szyję surdut. Na pozór przynajmniej żył jedynie swoją religią, niektórzy jednak (zwłaszcza kowal, zwolennik Kościoła prezbiteriańskiego) byli innego zdania. Twierdzili, że pastor kocha raczej gotycką architekturę niż Boga, a jego ustawiczne przebywanie w kościele jest tylko odmienną formą tego samego, prawie chorobliwego głodu piękna, który każe pułkownikowi uganiać się za kobietami i winem. Jednak wobec niezbitych dowodów zewnętrznej pobożności Wilfreda zarzuty te były wątpliwe, a wynikały przede wszystkim z niezrozumienia potrzeby samotności oraz z pogłosek, że modli się często nie przed ołtarzem, lecz w rozmaitych najdziwaczniejszych miejscach: w kryptach, na chórze, a nawet na podestach dzwonnicy.
Tego ranka pastor zamierzał wejść do kościoła przez podwórko kuźni, zatrzymał się jednak i zmarszczył gniewnie na widok starszego brata, którego zapadnięte oczy zwracały się w tym właśnie kierunku, trudno jednak było przypisać pułkownikowi bodaj cień zainteresowania kościołem. Mógł spoglądać jedynie na kuźnię, a chociaż kowal był purytaninem i nie należał do jego parafian, Wilfred znał skandaliczne plotki o jego znanej w okolicy, urodziwej żonie. Zmierzył brata podejrzliwym wzrokiem, ten zaś wstał i ze śmiechem zagaił rozmowę.
- Dzień dobry, Wilfredzie - powiedział. - Jak przystoi dobremu dziedzicowi, czuwam bezsennie nad snem moich ludzi. Idę z wizytą do kowala.
- Nie zastaniesz go w domu - odparł pastor, patrząc w ziemię. - Jest w Greenford...
- Wiem - roześmiał się Norman. - Właśnie dlatego wybieram się do niego. Wilfred nie odrywał wzroku od żwirowanej ścieżki.
- Normanie, nie boisz się gromu z jasnego nieba? - zapytał.
- Co takiego? - obruszył się starszy brat. - Czy meteorologia jest twoim konikiem?
- Nigdy nie przyszło ci na myśl, że Bóg może cię porazić pośrodku drogi?
- Bardzo przepraszam! - syknął pułkownik. - Widzę, że twoim konikiem są ludowe zabobony.
- A twoim bluźnierstwa! - zawołał pastor, ugodzony w jedyne wrażliwe miejsce. - Nie lękasz się Boga. Niech i tak będzie. Masz jednak poważne racje, by bać się człowieka.
- Bać się człowieka? - powtórzył starszy brat tonem uprzejmego zdziwienia.
- Tak, człowieka. Kowal Barnes to największy i najsilniejszy chłop w promieniu czterdziestu mil. Nie jesteś tchórzem ani cherlakiem. Wiem o tym. Ale on łatwo przerzuci cię przez mur.
Pocisk tra?ł do celu, bo był prawdą. Twarz pułkownika wykrzywił niedobry grymas. Pogłębiły się bruzdy między nozdrzami a podbródkiem. Po chwili jednak Norman odzyskał właściwy mu wisielczy humor i roześmiał się, aż białe, psie kły błysnęły pod rudawymi wąsami.
- Słusznie, drogi Wilfredzie - powiedział beztrosko. - Ostatni z Bohumów wziął to pod uwagę. Wystąpił w zbroi. Przynajmniej częściowo.
Z tymi słowy zdjął dziwaczny okrągły kapelusz i pokazał, że pod zieloną materią znajduje się stal. Pastor rozpoznał lekki japoński czy chiński hełm, który obok innych trofeów zdobił starą sień rodzinnego dworu.
- Wpadł mi jakoś w rękę - wyjaśnił swobodnie starszy brat. - Zawsze biorę pierwszy z brzegu kapelusz i pierwszą z brzegu babę.
- Kowal wybrał się do Greenford. Nie wiadomo, kiedy wróci - odparł poważnie pastor i wszedł do kruchty.
Pochylił głowę i szybko zrobił znak krzyża, jak gdyby chciał odpędzić nieczystego ducha. W chłodnym cieniu swoich strzelistych gotyckich kolumn pragnął zapomnieć o ordynarnych, przyziemnych sprawach. Lecz tego ranka przykre niespodzianki miały go widocznie gnębić i zakłócać raz po raz jego pobożne praktyki. Kiedy otworzył drzwi kościoła, pustego zawsze o wczesnej porze, ktoś wstał szybko z klęczek i ruszył w stronę jasno oświetlonego portyku. Wilfred Bohum zatrzymał się zdumiony, gdyż w rannym ptaszku poznał siostrzeńca kowala, wioskowego idiotę. Ten wysoki, przygarbiony, dość silnie zbudowany wyrostek, o prostych czarnych włosach, bladej, pozbawionej wyrazu twarzy i zawsze rozchylonych ustach, ani chciał, ani mógł dbać o religię czy jakiekolwiek inne poważne kwestie. Wszyscy wołali nań Głupi Joe, bo innego nazwiska, zdaje się, nie miał. Mijając pastora miał minę równie baranią jak zwykle, niepodobna więc było odgadnąć, co właściwie myślał lub robił. Do tej pory nie modlił się nigdy. Jakie pacierze mógł odmawiać o świcie? Niewątpliwie dziwne, bardzo dziwne.
Wilfred Bohum stał niby przyrośnięty do posadzki i obserwował idiotę maszerującego skąpaną w słońcu uliczką. Widział nawet swojego wyrodnego brata, który z hałaśliwą uciechą powitał Głupiego Joe i począł rzucać w jego stronę pensami z wyraźnym zamiarem trafienia w otwarte usta.
Plugawy obraz ziemskiego okrucieństwa i głupoty ostatecznie skłonił ascetę do modłów o czyste i świeże myśli. Wilfred Bohum poszedł na chór i usadowił się w ławce przed ulubionym witrażem. Lazurowe okno z wyobrażeniem anioła niosącego pęk lilii zachwycało pastora i zawsze przywracało mu równowagę ducha. I tym razem obraz półgłówka z bezbarwną twarzą i rybimi ustami zaczął blednąć. Zaczął mniej myśleć o złym bracie, który krąży w bliskości, niby wychudły lew dręczony nienasyconym głodem. Coraz mocniej i mocniej działał urok srebrzystobiałych kwiatów i błękitnych niebios.
W pół godziny później zastał go na tym samym miejscu Gibbs, wiejski szewc, wysłany pośpiesznie na poszukiwanie. Pastor zerwał się z ławki, bo dobrze rozumiał, że tylko sprawa niemałej wagi mogła sprowadzić do kościoła Gibbsa, który zgodnie z tradycją większości wioskowych szewców był ateistą. Jego pojawienie się w siedzibie kultu religijnego stanowiło wydarzenie jeszcze bardziej niezwykłe niż poranne modły Głupiego Joe. W ogóle był to ranek pełen osobliwych zagadek teologicznych.
- O co chodzi? - pastor rzucił pytanie lodowatym głosem, lecz po kapelusz sięgnął drżącą ręką.
Ateista milczał przez chwilę, a kiedy się odezwał, mówił niezwykłym w takich ustach tonem - pełnym szacunku i nie pozbawionym nawet szorstkiego współczucia.
- Bardzo przepraszam, panie pastorze - szepnął ochryple - ale wszyscy byli zdania, że jak najszybciej trzeba zawiadomić pana pastora. Niestety, stało się... stało się coś strasznego. Brat pana pastora...
Wilfred zacisnął wypielęgnowane ręce.
- Cóż mój brat znowu zrobił?! - wybuchnął z tłumioną pasją.
- Hm... panie pastorze... - szewc chrząknął dyskretnie. - Niestety, brat pana pastora nic nie zrobił i nic już nie zrobi... Raczej to jego ktoś zrobił... Najlepiej będzie, jeżeli pan pastor zaraz pójdzie ze mną.
Wilfred pośpieszył za szewcem i u stóp wąskich kręconych schodów stanął w drzwiach kościoła, położonych znacznie wyżej niż uliczka. Z góry tragiczny obraz rzucał się w oczy jasno, jak wyrysowany na planie. Po podwórku przed kuźnią kręciło się kilku mężczyzn. Prawie wszyscy byli czarno ubrani. Jeden nosił mundur policyjny. Znajdował się między nimi lekarz, pastor prezbiteriański i ksiądz para?i katolickiej, do której należała żona kowala. Pani Barnes, rosła kobieta o pięknych złocisto-rudawych włosach, rozpaczliwie szlochała siedząc na ławce, ksiądz katolicki stał obok niej i szybko mówił coś półgłosem. Pozostałe osoby zbiły się w gromadkę w przeciwnym kącie podwórka. Pomiędzy tymi dwiema grupami, opodal stosu młotów i młotków, leżał rozkrzyżowany twarzą do ziemi mężczyzna w wieczorowym stroju. Wilfred patrzył z góry, dokładnie widział wszelkie szczegóły ubrania, widział nawet sygnet Bohumów na palcu. Pod przysięgą mógłby zeznać, kogo ma przed sobą, chociaż głowa stanowiła tylko ohydną plamę podobną do kałuży czarnej posoki.
Szybko zbiegł po kilku stopniach na podwórko kuźni i nie odpowiadając na ukłon doktora, który był domowym lekarzem rodziny Bohumów, zdołał tylko wykrztusić:
- Mój brat nie żyje? Co to znaczy? Co to za potworna zagadka?
- Potworna istotnie, ale nie bardzo zagadkowa - odpowiedział po chwili szewc, najbardziej szczery wśród obecnych.
- Jak to? Nie rozumiem! - zawołał pastor, blednąc jak chusta.
- Sprawa całkiem prosta - wyjaśnił ateista. - Tylko jeden człowiek w okolicy mógł zadać taki cios i on właśnie miał powód, żeby go zadać.
- Nie wolno nic z góry przesądzać - wtrącił nerwowo doktor, wysoki jegomość z czarną brodą. - Jednak, panie pastorze, śmiało mogę potwierdzić zdanie pana Gibbsa odnośnie do ciosu. Istotnie, był to cios przerażający. Pan Gibbs twierdzi, że na takie uderzenie mógłby się zdobyć tylko jeden człowiek w naszej okolicy. Ja natomiast twierdzę, że nikt nie potrafiłby tak uderzyć.
- Jak to nikt? Nie rozumiem - szepnął pastor, a dreszcz przesądnej grozy wstrząsnął jego szczupłymi ramionami.
- Panie pastorze - podjął lekarz zdławionym głosem - naprawdę brak mi właściwego porównania. Nie wystarczy powiedzieć, że czaszka została rozbita niby skorupka jajka. Okruchy kości ugrzęzły w ciele i w ziemi jak kule w glinianym wale. Cios zadało ramię olbrzyma. - Umilkł na moment i posępnie spojrzał znad okularów. - Wynika z tego jedna niewątpliwa korzyść. Prawie każdy będzie natychmiast oczyszczony z podejrzeń. Jeżeli pan lub ja, lub jakikolwiek normalnie zbudowany mężczyzna zostanie oskarżony, będziemy go musieli uniewinnić, bo nie mógł popełnić tej zbrodni, podobnie jak dziecko nie mogłoby ukraść kolumny Nelsona.
- Zgadza się - wtrącił uparty szewc-ateista. - Tylko jeden człowiek mógł to zrobić i miał po temu powód. Gdzie jest kowal, Simeon Barnes?
- W... w Greenford - wyjąkał pastor.
- Może raczej we Francji? - mruknął zawzięty Gibbs.
- Ani w Greenford, ani we Francji - wtrącił spokojnie ksiądz katolicki, który w tej chwili przyłączył się do zajętej rozmową grupki. - Oto nadchodzi drogą.
Przysadzisty księżulo miał okrągłą, pospolitą twarz i szczeciniaste ciemne włosy, nie był więc osobistością godną szczególnej uwagi. Gdyby jednak odznaczał się urodą Apolla, i tak nikt nie przyglądałby mu się w tej chwili. Wszystkie głowy obróciły się w stronę grzbietu wzgórz i wijącej się zboczem dróżki, którą istotnie nadchodził kowal z młotem na ramieniu. Był to kościsty olbrzym o głęboko osadzonych ponurych oczach i krótko przystrzyżonej ciemnej brodzie. Idąc rozmawiał spokojnie z dwoma towarzyszącymi mu ludźmi i jak na człowieka o niezbyt pogodnym usposobieniu, wydawał się w niezłym humorze.
- Jak Boga kocham! - zawołał szewc-ateista. - Ma nawet młot, którym to zrobił.
- Nie - inspektor policji, poważny jegomość o płowych wąsach, zabrał głos po raz pierwszy. - Młot, którym to zrobił, leży tam, pod kościelnym murem. Nie ruszaliśmy z miejsca zwłok ani narzędzi zbrodni.
Wszyscy obejrzeli się znowu, a ksiądz Brown postąpił kilka kroków i bez słowa począł przyglądać się owemu narzędziu zbrodni. Był to młot albo raczej młotek bardzo mały i lekki, a wyróżniał się tym, że jego żelazną głowicę plamiła krew i kępki jasnych włosów.
Krępy ksiądz milczał przez chwilę. Potem nie podnosząc oczu powiedział nieco zmienionym tonem:
- Pan Gibbs myli się twierdząc, że nie ma tu zagadki. Jest co najmniej jedna: dlaczego wyjątkowo silny mężczyzna wybrał tak mały młotek, żeby zadać tak potężny cios?
- To nie ma nic do rzeczy! - obruszył się rozgorączkowany Gibbs. - No i co teraz zrobimy z Barnesem?
- Chyba nic - podjął ksiądz Brown. - Przecież idzie tu z własnej woli. Dobrze znam jego towarzyszy. To bardzo przyzwoici ludzie z Greenford. Na pewno wybrali się tutaj w sprawach kaplicy prezbiteriańskiej.
Tymczasem barczysty kowal okrążył węgieł kościoła i wszedł na własne podwórko, gdzie stanął zaraz jak wryty i wypuścił młot z ręki. W tej chwili zbliżył się doń inspektor, poprawny w każdym ruchu i słowie.
- Panie Barnes - przemówił - muszę zadać pytanie, czy wiadomo panu coś o wydarzeniach, które tutaj zaszły. Wolno panu nie odpowiadać. Mam nadzieję, że nic pan nie wie i potrafi pan to udowodnić. Nie mogę jednak uniknąć przewidzianej prawem formalności i aresztuję pana w imieniu króla pod zarzutem zamordowania pułkownika Normana Bohuma.
- Pewnie, że wolno ci nie odpowiadać! - krzyknął coraz bardziej podniecony szewc ateista. - Wszystkiego jeszcze trzeba dowieść. Nikt nie udowodnił nawet, że to pułkownik Bohum. Przecież głowę ma rozbitą na drzazgi!
- No, to się udowodni - powiedział lekarz stojący obok księdza Browna. - Nie mamy do czynienia z powieścią kryminalną. Byłem domowym lekarzem pułkownika, więc jego ciało znam lepiej niż on sam. Nieboszczyk miał dłonie bardzo piękne, ale charakterystyczne. Wskazujące i serdeczne palce były jednakowej długości. Stwierdzam, że to pułkownik Norman Bohum. - Spojrzał na leżącego na ziemi trupa z roztrzaskaną czaszką, a stalowe oczy kowala zwróciły się w tym samym kierunku.
- Pułkownik Bohum nie żyje? - spytał spokojnie Simeon Barnes. - W takim razie jest potępiony.
- Nic nie gadaj! Tylko nic nie gadaj! - zawołał Gibbs, dając wyraz uznania dla angielskiej procedury prawnej, gdyż jak przystało ateiście, był zagorzałym legalistą.
Kowal zwrócił ku niemu skupioną twarz fanatyka.
- Dobrze wam, niedowiarki, kryć się jak lisy w norach tylko dlatego, że prawo ziemskie bierze was w obronę. Wszelako Bóg ustanowił własne prawa, o czym przekonacie się jeszcze dzisiaj - powiedział i wskazując rozciągnięte na ziemi zwłoki zapytał: - Kiedy ten pies umarł w grzechu?
- Mógłby pan wyrażać się uprzejmiej! Cóż to za język? - obruszył się lekarz.
- Język Biblii - powiedział Barnes. - Zmieńcie go, a i ja zacznę wyrażać się uprzejmiej. Kiedy on umarł?
- O szóstej rano widziałem go żywym - bąknął niewyraźnie Wilfred Bohum.
- Bóg jest miłosierny - podjął kowal. - Panie inspektorze, nie mam nic przeciwko aresztowaniu, ale nie wiem, czy pan zechce mnie aresztować. Ja chętnie wyjdę z sądu bez plamy na honorze, ale panu omyłka może pokrzyżować karierę.
Poważny inspektor pierwszy raz spojrzał na Barnesa. Wszyscy zrobili to samo, tylko niepozorny ksiądz katolicki przypatrywał się nadal małemu młotkowi, którym zadano miażdżący cios.
- Za kuźnią stoją znani wam wszystkim dwaj solidni rzemieślnicy z Greenford - ciągnął dobitnie Simeon Barnes. - Obydwaj mogą przysiąc, że od północy do świtu, a nawet znacznie dłużej, widzieli mnie w sali zebrań naszej Misji Odrodzenia Moralnego, gdzie dla zbawienia dusz własnych i cudzych odbywaliśmy całonocne posiedzenie. To samo zezna pod przysięgą co najmniej dwudziestu mieszkańców Greenford. Gdybym był poganinem, panie inspektorze, pozwoliłbym panu swobodnie kroczyć ku katastro?e. Atoli jako dobry chrześcijanin uważam za swój obowiązek dać panu szansę ocalenia, pytam więc, czy zechce pan wysłuchać mojego alibi teraz, czy w sądzie?
- Naturalnie, panie Barnes, naturalnie - odparł zmieszany nieco inspektor. - Z przyjemnością oczyszczę pana z zarzutu niezwłocznie.
Kowal opuścił swoje podwórko śmiałym, posuwistym krokiem i wnet wrócił z przyjaciółmi, dobrze znanymi wszystkim obecnym. Jeden i drugi w kilku słowach, w które nikt nie miał ochoty wątpić, wyjaśnili sprawę, a gdy mówili, niewinność kowala zarysowała się mocno i wyraźnie jak wystrzelający w niebo kościół. Na chwilę zapanowało milczenie, bardziej przytłaczające niż jakakolwiek mowa. Wreszcie pastor zwrócił się do katolickiego księdza:
- Bardzo księdza ciekawi ten młotek - powiedział niepewnie, aby nawiązać konwersację.
- A ciekawi, ciekawi - przyznał ksiądz Brown. - Głowię się, czemu jest taki mały. Doktor odwrócił się na pięcie.
- Do licha! - zawołał. - Słusznie! - Kto mógł wybrać mały młotek, mając pod ręką dziesięć większych? - Następnie zniżył głos i pochylił się do ucha proboszcza. - Tylko ktoś, kto nie potra?ł dźwignąć większego ciężaru. Różnica pomiędzy jedną płcią a drugą nie polega na sile ducha lub odwadze. Chodzi o to, ile podniesie w ręku kobieta, ile mężczyzna. Dzielna niewiasta popełni bez skrzywienia dziesięć morderstw posługując się lekkim młotkiem. Ale ciężkim młotem nie zdoła zabić nawet karalucha.
Wilfred Bohum wpatrywał się w lekarza, jak gdyby urzeczony grozą. Ksiądz Brown przechylił głowę na bok i z uwagą słuchał interesujących wywodów. Doktor ożywiał się, ciągnąc z coraz to większym zapałem:
- Utarł się idiotyczny pogląd, że kochanka żony nienawidzi tylko jedna osoba: jej mąż. Ale w dziewięciu wypadkach na dziesięć kochanka żony nienawidzi najgoręcej sama żona. Komu wiadomo, jak wielu zniewag i oszustw padła ofiarą? O, proszę spojrzeć!
Patetycznym gestem wskazał rudowłosą kobietę na ławce. Podniosła wreszcie głowę, a łzy wysychały powoli na jej urodziwej twarzy. Wzrokiem przywarła do leżącego na podwórku trupa. Wyraz jej błyszczących nieruchomych oczu graniczył z szaleństwem.
Wielebny Wilfred Bohum zatrzepotał przed sobą rękami, jak gdyby dając znać, że niczego więcej nie chce się dowiedzieć. Ksiądz Brown strzepnął z rękawa jakiś pyłek i odezwał się spokojnym, matowym głosem:
- Jaki pan podobny do innych lekarzy... Logika nie pozostawia nic do życzenia. Jest przekonywająca. Szwankuje natomiast znajomość praw ?zyki. Kobieta może pragnąć śmierci współwinnego bardziej niż pokrzywdzony. Zgadzam się bez zastrzeżeń. Zgadzam się również, że kobieta sięgnie zawsze po mały młotek. Ale tym razem w grę wchodzi ?zyczna niemożliwość. Nie ma pod słońcem kobiety, która mogłaby tak zgruchotać ludzki czerep. - Zamyślił się na moment i dodał re?eksyjnym tonem: - Panowie nie ogarniają całości zagadnienia. Nieboszczyk miał na głowie żelazny hełm, który rozprysnął się jak szkło. Spójrzcie na tę kobietę. Spójrzcie na jej ramiona.
Znowu zapanowała cisza. Po chwili doktor mruknął posępnie:
- Mogę się mylić. Przeciwko każdemu argumentowi istnieje kontrargument. Obstaję jednak przy zasadniczej kwestii. Tylko idiota mógł wybrać lekki młotek, mając do dyspozycji inne, cięższe.
W tej chwili Wilfred Bohum podniósł szczupłe, dygocące dłonie do skroni i wczepił palce w rzadkie jasne włosy. Potem ręce opadły mu bezwładnie.
- Mam słowo! Słowo, którego mi brakowało! - zawołał. - Pan je wymówił, doktorze! - opanował się z trudem i ciągnął spokojniejszym tonem: - Powiedział pan: "Tylko idiota mógł wybrać lekki młotek".
- Tak - przyznał lekarz. - I co z tego?
- Co z tego? - powtórzył pastor. - I właśnie idiota tak postąpił - wszyscy spojrzeli na niego, on zaś podjął z histerycznym ożywieniem: - Jestem kapłanem... Tak, kapłanem, a kapłan nie powinien przelewać krwi bliźniego... To jest, chciałem powiedzieć, nie wolno mu wysyłać nikogo na szubienicę. Dziękuję Bogu, że w tej chwili widzę wyraźnie mordercę, bo to morderca, który nie może zawisnąć na szubienicy.
- Czy dlatego, że pastor go nie oskarży? - zapytał doktor.
- Nie będzie powieszony, chociaż go nawet oskarżę - odparł Wilfred ze smutnym, choć dziwnie promiennym uśmiechem. - Dziś rano, gdy wszedłem do kościoła, zastałem na modlitwie tego obłąkańca, Joego, biedaka cierpiącego przez całe swe życie. Bogu tylko wiadomo, o co się modlił, ale wolno się chyba spodziewać, że pacierze takich ludzi mogą być całkiem opaczne. Szaleńca stać na odprawianie modłów przed zamordowaniem człowieka. Joe wyszedł z kościoła. Ostatni raz widziałem go z moim bratem. Brat drwił z niego. Drażnił biedaka!
- U diaska! - wybuchnął doktor. - Jest w tym coś! Ale jak pan wytłumaczy...
Wielebny Wilfred Bohum drżał z podniecenia, olśniony nagłym odkryciem prawdy.
- Nie widzi pan? Nie widzi jasno - zawołał gorączkowo - że tylko ta teoria rozwiewa wątpliwości i daje odpowiedź na obie zagadki? Chodzi o mały młotek i potężny cios. Kowal mógł zadać potężny cios, ale na pewno nie wybrałby małego młotka. Jego żona wybrałaby mały młotek, ale na pewno nie mogła uderzyć z taką siłą. A szaleniec? Szaleniec zrobił jedno i drugie. Dlaczego sięgnął po lekki młotek? Bo jako obłąkany mógł sięgnąć po wszystko. A potężny cios? Słyszał pan chyba, doktorze, że umysłowo chory w napadzie furii potra? być silny jak dziesięciu normalnych mężczyzn.
- Do licha! - lekarz odetchnął głęboko. - Zdaje mi się, że pan trafił w sedno.
Kiedy Wilfred Bohum mówił, ksiądz Brown obserwował go bacznie i uważnie, dając dowód, że jego wielkie, szare, podobne do wołowych, oczy nie są tak pozbawione wyrazu jak reszta twarzy. Kiedy zaś nastała cisza, odezwał się tonem pełnym uszanowania:
- Pastorze Bohum, ze wszystkich wysuniętych dotychczas hipotez jedynie pańska ma ręce i nogi i jest trudna do obalenia. Wobec tego uważam za swój obowiązek poinformowanie pana, że to hipoteza błędna, o czym wiadomo mi niezawodnie.
Z tymi słowy niepokaźny księżulo odwrócił się i znowu począł gapić się na młotek.
- Facet wie bodaj więcej, niż się nam zdaje - szepnął z przekąsem lekarz do ucha pastora. - Katoliccy księża są diabelnie chytrzy.
- Nie... nie... - odrzekł Bohum tonem ostatecznego wyczerpania. - Zbrodniarzem jest szaleniec... Tylko szaleniec...
W czasie poprzedniej rozmowy dwaj duchowni i lekarz odsunęli się nieco od bardziej urzędowej grupki złożonej z policjanta i człowieka aresztowanego pod zarzutem morderstwa. Obecnie, gdy sami umilkli, dobrze słyszeli głosy tamtych. Ksiądz Brown podniósł wzrok i wnet spuścił znowu, gdy uszu jego dobiegł tubalny głos kowala:
- No, chyba przekonałem pana inspektora? Silny ze mnie chłop. Racja! Ale nie potra?ę dorzucić młotkiem z Greenford tutaj. Mój młotek nie ma skrzydeł. Nie przeleci pół mili nad polami i łąkami.
- Nie! Nie przeleci! - inspektor roześmiał się życzliwie. - Moim zdaniem jest pan całkiem niewinny, chociaż jak żyję nie słyszałem o tak dziwnym zbiegu okoliczności. Mogę tylko prosić pana o pomoc przy znalezieniu chłopa równie wielkiego i silnego jak pan! Na Boga! Przyda się pan, choćby po to, żeby przytrzymać winnego. No i co? Niczego się pan nie domyśla?
- Może się i domyślam - odparł Simeon Barnes - ale nie podejrzewam żadnego silnego chłopa... Ani baby - dodał, kładąc ogromną łapę na ramieniu żony, którą policjant objął podejrzliwym spojrzeniem.
- Nic nie rozumiem - podjął żartobliwie inspektor. - Chyba nie powie pan, że krowa mogła użyć młotka?
- Tego młotka nie podniosła istota z krwi i ciała. Takie jest moje zdanie - odparł poważnie kowal. - Rozumując kategoriami ziemskimi, grzesznik umarł sam.
Wilfred postąpił krok naprzód i przywarł do kowala płomiennym wzrokiem.
- Chcesz nam wmówić, Barnes - syknął szewc-ateista - że młotek sam pofrunął w górę i wylądował na głowie pułkownika?
- O, wolno wam, panowie, gapić się na mnie i pokpiwać - zawołał Simeon Barnes. - Wolno nawet duchownym, co w niedzielę opowiadają para?anom, jak w grobowej ciszy Pan zmiażdżył Sennacheriba. Ale ja wierzę głęboko, iż Ten, który potra? wkroczyć do każdego domu, wystąpił w obronie mojego honoru i poraził złoczyńcę przed progiem. Wierzę głęboko, iż ciosowi młota moc dała siła nie inna niż ta, która rodzi trzęsienia ziemi.
- Sam ostrzegałem dziś Normana przed gromem z jasnego nieba - powiedział pastor dziwnie zmienionym głosem.
- Ten czynnik nie podlega mojej jurysdykcji - uśmiechnął się lekko policjant.
- Ale pan podlega Bożej jurysdykcji. Proszę o tym pamiętać - burknął kowal i odwróciwszy się na pięcie zniknął za drzwiami swojego domu.
Ksiądz Brown odprowadził na bok przygnębionego i wstrząśniętego Wilfreda.
- Pastorze - zaczął spokojnym, przyjaznym tonem - chodźmy z tego okropnego miejsca. Pozwoli pan zajrzeć do kościoła? Słyszałem, że należy on do najstarszych w Anglii. Rozumie pan - dodał z pocieszną miną - nas, katolików, interesują stare angielskie kościoły.
Wilfred Bohum nie uśmiechnął się, gdyż był pozbawiony poczucia humoru, lecz przystał skwapliwie na propozycję księdza Browna. Był gotów objaśnić piękno gotyku komuś usposobionemu przychylniej niż kowal-purytanin lub szewc-ateista.
- Oczywiście. Bardzo proszę. Chodźmy do kościoła - powiedział i szybko wszedł na schody wiodące do bocznego wejścia.
Ksiądz Brown zdążył postawić nogę na pierwszym stopniu, gdy poczuł na ramieniu czyjąś rękę. Odwrócił się i zobaczył za sobą czarną, szczupłą sylwetkę doktora i jego twarz wykrzywioną podejrzliwym grymasem.
- Za pozwoleniem - szepnął ostro lekarz. - Wydaje mi się, że zna pan tajemnicę tej ciemnej sprawy. Czy chce ją pan zachować dla siebie?
- Drogi doktorze - odparł duchowny z pogodnym uśmiechem. - Trudno się chyba dziwić, że człowiek mojego powołania chce zachować przy sobie tajemnicę, której nie jest pewien. Przecież codziennym naszym obowiązkiem jest strzeżenie tajemnic zupełnie niewątpliwych. Jeżeli jednak sądzi pan, że moje milczenie uchybia panu lub komukolwiek innemu, gotów jestem posunąć się najdalej, jak to możliwe. Dam panu dwie wyraźne wskazówki.
- Słucham - mruknął posępnie doktor.
- Po pierwsze - podjął rzeczowo ksiądz Brown - tajemnica należy do pańskiej dziedziny. Chodzi jedynie o znajomość praw ?zyki. Kowal myli się nie w tym zapewne, że cios uważa za boski, lecz w tym, że przypisuje go cudowi. Cud, doktorze, działał tu tylko o tyle, o ile cudem jest sam człowiek, istota obdarzona sercem dziwacznym i grzesznym, a mimo to na poły bohaterskim. Czaszkę pułkownika Bohuma strzaskała siła doskonale znana nauce, jedno z najpospolitszych praw natury.
- A druga wskazówka? - zapytał z posępną miną lekarz, pilnie obserwujący duchownego.
- Druga wskazówka, doktorze? Przypomina pan sobie, co mówił kowal? Wierzy wprawdzie w cud, ale z pogardą odrzuca czarnoksięską bajkę o skrzydlatym młocie, który mógłby przelecieć pół mili nad polami i łąkami.
- Tak. Przypominam sobie.
- Otóż nic z tego, co dzisiaj powiedziano, nie jest bliższe prawdy niż ta właśnie czarnoksięska bajka - rzucił ksiądz Brown z jasnym uśmiechem i odwróciwszy się wszedł szybko na schody.
We drzwiach czekał na niego wielebny Wilfred Bohum, zdenerwowany i roztrzęsiony, jak gdyby ostatnia krótka zwłoka była kroplą przepełniającą czarę jego wytrzymałości. Niezwłocznie poprowadził gościa do swojego ulubionego zakątka na chórze, gdzie pod niskim rzeźbionym sklepieniem stała ławka oświetlona blaskiem pięknego witraża z aniołem. Przysadzisty księżulo uważnie wszystko oglądał i przez cały czas mówił żywo, chociaż głosem przyciszonym. Chodził tu i ówdzie, aż wreszcie znalazł boczne wyjście z chóru i wąskie kręte schody, którymi tak niedawno pastor zbiegł, aby zobaczyć zwłoki brata. Ksiądz Brown spiesznie przekroczył próg tych drzwi, lecz zamiast pójść w dół, wspiął się zwinnie na wydeptane stopnie wiodące w górę. Po chwili jego spokojny głos odezwał się z wieży:
- Niech pan tu pozwoli, pastorze. Świeże powietrze dobrze panu zrobi.
Bohum posłuchał wezwania i wnet stanął na zewnętrznej galerii czy balkonie, skąd roztaczał się widok na bezkresną równinę upstrzoną wioskami i zagrodami i ciemny las na purpurowym widnokręgu. W dole rysował się wyraźnie mały prostokąt podwórka kuźni, gdzie inspektor robił jakieś pomiary, a trup leżał pośrodku niby zgnieciona mucha.
- Przypomina to mapę świata, prawda? - zapytał ksiądz Brown.
- Tak - przyznał pastor i poważnie skinął głową.
Bezpośrednio u swych stóp i w zasięgu ręki widzieli linie gotyckiej budowli, spadające w próżnię ze straszliwą szybkością samobójczego skoku. Średniowieczna architektura ma w sobie dziwną tytaniczną siłę i oglądana z jakiego bądź miejsca sprawia wrażenie cwałującego w popłochu rozszalałego rumaka. Kościół w Bohum Beacon był wyciosany z sędziwego, ciemnego kamienia, brodaty od wiekowych mchów i usiany gniazdami ptactwa. Mimo to widziany z dołu sprawiał wrażenie tryskającej w niebo fontanny, z góry zaś przypominał wodospad, co toczy się w głuchą otchłań. Dwaj ludzie na strzelistej wieży znaleźli się sam na sam z przerażającą grozą gotyku. Mieli wokół siebie potworne skróty i dysproporcje, olśniewające perspektywy, obrazy wielkich rzeczy, które wydają się małe, i małych, które wydają się wielkie. Mieli wokół siebie zdumiewające powietrzne szaleństwo z kamienia. Szczegóły architektoniczne, olbrzymie dzięki bliskości, rysowały się na tle zabudowań i karłowatych pól w oddali. Rzeźbiony ptak czy zwierz na rynnie był jak gdyby ziemskim lub napowietrznym smokiem, który pustoszy okolicę ciągnącą się w dole. Cała atmosfera była niepokojąca, groźna. Zdawać się mogło, że ludzie zawiśli w przestrzeni między rozpostartymi skrzydłami latającego olbrzyma, a kościół, strzelisty i wspaniały niby katedra, jest ciemną chmurą nad zalaną słonecznym blaskiem płaszczyzną.
- Wydaje mi się, że niebezpiecznie jest stawać na tak wspaniałych miejscach - powiedział ksiądz Brown - nawet dla odprawiania modłów. Szczyty są po to, by patrzeć na nie z dołu, nie po to, by z nich spoglądać w dół.
- Czy sądzi ksiądz, że człowiek może upaść? - zapytał pastor.
- Tak. Człowiek może upaść. Jeżeli nawet nie cieleśnie, to duchowo - brzmiała odpowiedź.
- Niezupełnie rozumiem - bąknął Wilfred Bohum.
- Weźmy na przykład kowala - podjął beznamiętnie ksiądz Brown. - To przyzwoity człowiek, ale bynajmniej nie chrześcijanin. Surowy, władczy, mściwy. Cóż, jego religię stworzyli ludzie, którzy modlili się na wzgórzach i skalnych urwiskach. Nauczyli się spoglądać z góry na świat, nie z dołu w niebo. Rozumie pan? Pokora jest matką olbrzymów. Człowiek widzi z doliny rzeczy wielkie, ale z górskiego szczytu tylko małe.
- Ale Barnes... Barnes nie... nie zabił mojego brata - wyjąkał pastor.
- Nie. My dwaj najlepiej wiemy, że nie on to zrobił - odparł ksiądz Brown szczególnym tonem, wodząc po równinie spojrzeniem jasnoszarych oczu. - Znałem kogoś, kto zrazu modlił się przed ołtarzem wraz z innymi, lecz po niejakim czasie polubił miejsca ustronne, wyniosłe: zakątki i wnęki na chórze lub dzwonnicy. Zdawało mu się, że tam lepiej odmawiać pacierze. Na takiej właśnie wyniosłości, z której świat zdaje się obracać jak koło, człowiekowi temu zawróciło się raz w głowie. Wyobraził sobie, że jest Bogiem, i chociaż był dobry i sprawiedliwy, popełnił straszną zbrodnię.
Wilfred Bohum miał twarz odwróconą, lecz jego ręce, kurczowo ściskając kamienną balustradę, pobladły i zsiniały.
- Ten człowiek myślał, że przypadło mu w udziale prawo sądzenia świata i karania grzeszników. Nigdy nie wpadłby na taki pomysł, gdyby klęczał pośród bliźnich na kościelnej posadzce. Ale z góry ludzie wydawali mu się mali niby owady... Jeden pełzał tuż pod nim: ohydny, natarczywy, dobrze widoczny dzięki zielonemu nakryciu głowy - niebezpieczny, jadowity owad...
Gawrony zakrakały na dachu dzwonnicy, lecz żaden inny dźwięk nie zakłócał ciszy. Wreszcie ksiądz Brown zaczął znowu mówić:
- Pokusa była silna, gdyż ów człowiek władał jedną z najgroźniejszych sił przyrody. Mam na myśli siłę ciążenia, ów szaleńczy, coraz szybszy pęd wszystkich tworów ziemi, które, puszczone swobodnie, dążą do jej serca. Proszę spojrzeć. Inspektor drepce pod nami przez podwórko kuźni. Gdybym upuścił kamyk, kamyk ten ugodziłby go z siłą kuli karabinowej. Gdybym natomiast upuścił młot... chociażby mały młotek...
Wilfred przerzucił jedną nogę przez balustradę, lecz w tej chwili ksiądz Brown chwycił go za kołnierz.
- Nie tędy, pastorze - szepnął. - To droga prosto do piekła.
Bohum cofnął się. Drżąc, stanął oparty plecami o mur. Przerażonym wzrokiem wpatrywał się w przysadzistego księdza.
- Skąd ksiądz wie o tym wszystkim? - zawołał.
- Jestem tylko człowiekiem, w piersi więc mojej mieszka tłum szatanów. Proszę posłuchać. Wiem o wszystkim, co pan zrobił, a w każdym razie domyślam się prawie wszystkiego. Rozstając się z bratem pałał pan gniewem. Był to gniew słuszny i tak namiętny, że chwycił pan mały młotek i omal nie zabił pułkownika w momencie, gdy z ust jego padały jakieś plugawe słowa. Ale pohamował się pan, wsunął młotek pod zapięty surdut i co tchu umknął do kościoła. Jak obłąkany modlił się pan w rozmaitych miejscach: pod anielskim witrażem, na podeście schodów dzwonnicy i jeszcze wyżej, na balkonie, skąd widać było wschodni kask podobny z góry do grzbietu zielonego karalucha. Wówczas coś pękło w pańskiej duszy i wyzwolił pan grom z jasnego nieba.
Pastor podniósł drżącą dłoń do czoła.
- Skąd... skąd ksiądz wie -- zapytał zdławionym szeptem - że hełm wyglądał jak zielony karaluch?
- Ach, mówi mi o tym zdrowy rozsądek - odparł ksiądz Brown z bladym uśmiechem. - Proszę posłuchać dalej. Wiem wszystko, ale nikt więcej nie musi wiedzieć. Następny krok należy do pana. Ja nic nie zrobię. Uważam, że obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi. Jeżeli zapyta pan, dlaczego, odpowiem, iż powodów jest wiele, lecz tylko jeden dotyczy pańskiej osoby. Decyzję pozostawiam panu, gdyż na drodze zła nie posunął się pan aż tak dale ko, jak mógłby się posunąć niejeden zabójca. Nie starał się pan obciążyć winą kowala ani jego żony, chociaż jedno i drugie było łatwe. Próbował pan skierować podejrzenie na obłąkanego, który oczywiście nie mógłby ponieść niezasłużonej kary. Rozumie pan, pastorze, obowiązkiem moim jest dostrzeganie takich promyków światła nawet w duszach zabójców. A teraz chodźmy do wioski. Ma pan otwartą drogę, jak wiatr, bo ja wyrzekłem już ostatnie słowo.
W milczeniu schodzili krętymi schodami, aby po chwili stanąć w promieniach słońca niedaleko kuźni.
Wilfred Bohum spokojnie odsunął rygiel drewnianej furtki podwórka i zbliżając się do inspektora, powiedział:
- Oddaję się w ręce sprawiedliwości. To ja zabiłem brata.