Noc zapadła. Na niebie zajaśniały gwiazdy, pozwalając rozróżniać
wysokie i proste szeregi jodeł, stłoczonych w gąszcz ciemny,
posępnych, niby żałobne cyprysy, lecz blade światło to nie
wystarczało, aby odnaleźć ścieżkę w tym chaosie; daremnie też młody
książę przedzierał się wśród bujnej roślinności, aż zniechęcony
puścił wolno cugle, zdając się na przypadek i instynkt rumaka. Niepewność ta, powaga surowa natury, niebo otwarte nad nim i
przestrzeń bez murów, która go otaczała, przenikały go cichą
radością; głuchy szum rzeki, płynącej na lewo, pieścił mu ucho. Było koło dziewiątej, kiedy ujrzał nagle cel swoich dążeń: szosę,
białą, równą, twardą. Szeroką, jasną wstęgą ciągnęła się przed nim
daleko ku wschodowi, spływając w doliny, pnąc się na pochyłości,
przeświecając słabo przez zarośla i kępy drzew. Otton zatrzymał konia i patrzał. - Szosa! Wielka, otwarta droga,
opasująca ziemię. Pełznie jak wąż, bez końca, od mili do mili,
łącząc się, rozdzielając, sięgając najdalszych krańców Europy; tu
biegnie wzdłuż morskiego wybrzeża, tam przerzyna miasta, światłami
płonące; a na tej jasnej sieci ze wszystkich stron krąży, płynie
nieprzebrana armia wędrowników, posuwających się w różnych
kierunkach, a jednak zgodnie, według stałych reguł; oto godzina, w
której ten tłum cały chroni się do zajazdów, szuka wypoczynku... Widział ten obraz żywo, przesuwający się przed nim, jak obłoki po
niebie, i ogarnęło go nagle pragnienie, poryw krwi, który
wstrząsnął nim gwałtownie, i już był gotów, spiąwszy konia
ostrogami, rzucić się w przestrzeń i nazawsze może utonąć w dali i
nieskończoności. Lecz minęło to prędko; znużenie, głód, nałóg,
zwany zdrowym rozsądkiem, przywróciły mu zmysły, opanowały żądzę
niedorzeczną. Pod tem wrażeniem spojrzał innemi oczyma i spostrzegł
w dość niewielkiem oddaleniu, między lasem i rzeką, dwa świecące
okna. Odnalazł ścieżkę i w kilka chwil potem zapukał grubszym końcem
swej szpicruty do wrót folwarku. Wściekły chór psów odpowiedział mu na to wezwanie, napełniając
powietrze całą gamą gniewnych głosów; wkrótce jednak na progu domu
ukazał się starzec ze świecą w ręku, którą osłaniał od wiatru,
skutkiem czego blask jasny padał mu na siwą głowę. Zbliżał się do
wrót zwolna, krokiem ociężałym, nawołując szczekających stróżów
domu. Musiał to być niegdyś człowiek silny i przystojny, ale wiek
go pochylił i siadł mu na karku; brak zębów sprawiał także, iż
mówił dość cicho, głosem słabym i szepleniącym. - Przebaczcie mi, - rzekł Otton - jestem zbłąkany podróżny i
proszę o gościnność. - Panie, - odparł z godnością, drżącym głosem, starzec - jesteś w
folwarku "Nad rzeką," w domu Kiliana Gottesheima, do usług. Stąd
panie, jednakowo daleko do Mittwalden w Grunewaldzie, czy do
Brandenau w Gerolsteinie, po sześć mil w każdą stronę, prostą,
doskonałą drogą. Ale zajazdu nigdzie ani śladu, nawet najlichszej
karczmy. Więc uprzejmie proszę przyjąć na tę noc moją gościnność,
na co mię stać, dobry panie: gość w domu, Bóg w domu. Stał w otwartych już wrotach i kłaniał się nizko. Otton oddał mu
ukłon. - Dziękuję wam z duszy - rzekł grzecznie, zsiadając z konia i
prowadząc go za cugle. - Fritz! - zawołał starzec, zwracając się wewnątrz podwórza -
zabierz do stajni konia wielmożnego pana. Niech pan pozwoli za mną,
bardzo proszę. Otton wszedł do dużej izby, zajmującej na dole większą część
wiejskiego domu. Niegdyś snadź stanowiła ona dwa oddzielne pokoje,
gdyż w połowie podłoga była podniesioną o jeden stopień, a płonący
w głębi kominek, zarówno jak stół, nakryty czysto do wieczerzy,
znajdowały się na podniesieniu, jak na scenie. Dokoła izby stały
ciemne kufry, różnych rozmiarów, o wiekach wypukłych, szafy z
bronzowemi ozdobami, na ścianach świeciły słabo porozwieszane
naczynia polewane i metalowe, broń, rogi jelenie, jakaś stara
książka, zawieszona na sznurku, wielki zegar z cyferblatem, zdobnym
w malowane róże, a w kącie - cicha, słodka obietnica chwil
wesołych: beczułka wina. Młody i silnie zbudowany chłopiec uprowadził tymczasem białego
rumaka do wiejskiej stajni, lecz książę pośpieszył za nim,
złożywszy poprzednio głęboki ukłon pannie Otylii Gottesheim, córce
gospodarza domu, której go ojciec przedstawił formalnie, jako
miłego gościa z Bożej łaski. Skoro Otton z Fritzem wrócili do izby, już stał na stole piękny,
dymiący się omlet, obłożony krajankami świeżej szynki i przyjemnie
nęcący powonienie zgłodniałego wędrowca. Chleb, ser i masło
dopełniały obfitej zastawy, zachęcając do używania darów Bożych. Dopiero po zupełnem i swobodnem zaspokojeniu głodu, gdy wesoła
gromadka obsiadła kominek, dopijając czarkę wina, grzeczny wieśniak
ośmielił się pierwsze pytanie zadać swemu gościowi. - Wielmożny pan zapewne z daleka? - zapytał. - Tak, z dość daleka, macie słuszność, ojcze, co mi jednak nie
przeszkadza wyrazić głębokiego uznania dla talentów gospodarskich
naszej uprzejmej gosposi, a waszej córki, ojcze. - Od strony Brandenau, pewno? - Tak jest. Spodziewałem się jednakże - dodał książę, mieszając
podług zwyczaju swego prawdę do kłamstwa, - spodziewałem się
dzisiaj nocować w Mittwalden, gdybym się był nie zabłąkał. - Zapewne ważne sprawy, interesa, prowadzą pana do Mittwalden? -
ciągnął dalej gospodarz swoją indagacyę. - Nie, prosta ciekawość. Nie widziałem jeszcze stolicy Grunewaldu. Starzec potrząsnął głową. - Piękny kraj - rzekł swym cichym, szepleniącym głosem. - Piękny
kraj, piękny naród - i ludzie, i sosny. Myśmy tu wszyscy nawpół
Grunwaldczycy, tak na granicy samej. I ta rzeka nasza wszystką wodę
ma z Grunewaldu; czysta, dobra woda. Tak, tak, kraj bardzo piękny!
Grunwaldczyk, widzicie, panie, jak piórkiem machnie siekierą,
którąby wielu ludzi z Gerolsteinu zaledwo podniosło z ziemi. A
sosny! Dobry panie, w tym małym kraiku jest ich chyba więcej, niż
ludzi na całym świecie. Tak, tak. Stary już jestem, od dwudziestu
lat pewno nie wychodziłem z naszego folwarku, człowiek
niedołężnieje na starość, mój panie, - ale pamiętam przecież, o,
pamiętam, jakby to wczoraj... Na dół i do góry, a prosto, wiedzie
droga do Mittwalden; wzdłuż drogi po obu stronach, jak okiem
sięgniesz, sosny i sosny zielone, proste, piękne, duże i małe. A
wody, a strumieni, pięknej bieżącej wody - ile dusza zapragnie!
Piękny kraj, kraj bogaty! Mieliśmy tu, mój panie, przy samej drodze
kawałeczek lasu; sprzedałem go; a teraz, kiedy sobie myślę o tej
kupie dukatów złotych, błyszczących, ciężkich, co mi zapłacili za
kawałeczek mały, muszę zaraz liczyć i rozważać, co to musi być za
wartość tego całego lasu tam, puszczy bez końca! - A książę? - spytał Otton. - Nie widzieliście go nigdy? - Nie - odparł Fritz, po raz pierwszy mieszając się do rozmowy, -
a co większa, nie mamy najmniejszej do tego ochoty. - Dlaczego? Czem zasłużył na taką nienawiść? - Nienawiść? - powtórzył starzec z namysłem: - to nie to; na
pogardę tylko zasłużył, mój panie. - Doprawdy? - wyrzekł książę nieco słabszym głosem. Kilian nałożył fajkę i potrząsnął głową. - Pogardę... tak, to właśnie, to jest dobre słowo. I słuszne,
sprawiedliwe. A przecież taki człowiek ma piękną sposobność coś
zrobić na tym świecie? A on? Tak, mój panie, poluje po lesie,
krzyku, hałasu... bez miary... I cóż więcej? Ubiera się pięknie.
Czy to nie wstyd dla księcia, dla mężczyzny, mój panie? A potem gra
komedye. A jeśli co innego robi, to my o tem dotychczas jeszcze nic
nie wiemy. - To wszystko jednak rzeczy dość niewinne - przemówił Otton: - i
cóż chcecie wreszcie? Ma wojować? - Nie, panie; zaraz wam to powiem, co o tem myślę. Pięćdziesiąt
lat gospodaruję na folwarku "Nad rzeką," pięćdziesiąt lat dzień po
dniu pracuję na tej ziemi. Uprawiam ją, sieję, zbieram. Od świtu do
nocy na nogach, przy robocie. I jakież z tego rezultaty? Przez
wszystkie te lata żywiła mię ta ziemia z całą rodziną moją; po
żonie mojej folwark był przez całe życie najdroższym skarbem mego
serca; a teraz kiedy umrę, zostawię go w lepszym stanie, niż sam go
odebrałem. I to tak zawsze bywa: kiedy się pracuje uczciwie, jak
Bóg przykazał, nie brak człowiekowi chleba, sił mu przybywa i
odwagi, wszystko pod jego ręką mnoży się i rośnie. Ja jestem prosty
człowiek, ale także mam przekonanie, że gdyby książę chciał
szczerze pracować w tem swojem państwie, jak ja pracowałem na
folwarku, znalazłby w tem pomyślność i błogosławieństwo. - Na to się zgadzam, ojcze - rzekł Otton poważnie; - jednakże
porównanie nie wydaje mi się dokładnem. Życie i prace wieśniaka są
proste i zgodne z prawami natury; życie i obowiązki księcia zarówno
skomplikowane, jak sztuczne. Pierwszemu łatwo dobrze postępować,
wie, co ma czynić w każdym wypadku i czasie; drugi - strzedz się
musi, żeby źle nie zrobił, nie zbłądził mimo chęci. Jeśli was żniwo
zawiedzie, schylicie w pokorze głowę i możecie powiedzieć: "Taka
wola Boża!" - lecz jeśli księcia zawiodą plany i błędne rachuby,
sam siebie zwykle ganić musi, własne widzi omyłki. To też ja myślę,
że gdyby wszyscy królowie na świecie bawili się tak niewinnie, może
z tem i lepiej byłoby poddanym. - Dobrze powiedziane! - zawołał nagle młodzieniec. - Ma pan w tem
słuszność. Każde słowo czysta prawda. Widzę, że i pan jesteś dobrym
patryotą, wrogiem tyranów. To mi się podoba. Książę, trochę zmieszany tem nagłem wyznaniem, pośpieszył zmienić
kierunek rozmowy. - W każdym razie, - zaczął znowu - dziwi mię bardzo to wszystko,
co mi opowiadacie o księciu Ottonie. Lepiej słyszałem o nim.
Mówiono mi, że w gruncie to bardzo dobry chłopiec, który tylko
sobie szkodzi. - Święta prawda! - zawołała nagle panna Otylia. - Śliczny, miły i
dobry książę. Są jeszcze tacy, co za niego daliby się porąbać. - Ba! Kuno - rzekł Fritz wzgardliwie. - Prostak, głupi człowiek. Starzec potrząsnął głową i spojrzał na gościa. - Kuno, - powtórzył - tak, Kuno! Ale pan tutaj obcy, a zdaje się
dosyć ciekawy tego, co dotycze księcia, więc trzeba mu to
opowiedzieć. Kuno, wielmożny panie, to jeden ze strzelców księcia.
Prosty człowiek, bez wykształcenia, trochę pijak i wielki krzykacz:
prawdziwy Grunewaldczyk, jak mówimy tu w Gerolsteinie. Znamy go tu
dosyć dobrze, bo nieraz aż tu zachodzi za swymi psami, a w moim
domu każdy gość jest gościem, bez względu na stanowisko i kraj, z
którego pochodzi. Zresztą pokój tak dawno trwa pomiędzy nami, t. j.
między Gerolsteinem i Grunewaldem, że moglibyśmy prawie zapomnieć o
granicy; otwarta ona dla każdego tak gościnnie, jak wrota mego
domu, i tyle ludzie o niej pamiętają, co te powietrzne ptaki. - To prawda - potwierdził Otton; - pokój trwa już całe wieki. - Całe wieki, mój dobry panie, słusznie powiedziałeś, i tem gorzej
byłoby, gdyby nie miał trwać wiecznie! Ha!... Ale wróćmy do naszej
historyi. Otóż ten strzelec Kuno coś tam niegdyś zbroił księciu,
który ma prędką rękę, i nie myśląc wiele, zaczął go okładać
szpicrutą. W pierwszej chwili, pamiętając o swej winie, znosił to
chłop cierpliwie, ale nie wytrzymał długo, i zwróciwszy się nagle
do księcia, zażądał, aby bicz odrzucił, a poszedł z nim na pięście.
Siła na siłę. My tu wszyscy w kraju dobrze się bić umiemy i w ten
sposób też zwykle rozstrzygamy nasze spory. Więc, mój panie, książę
się zgodził, a że to w gruncie rzeczy chuchrak, prędko się zmieniły
sprawy, i ten, co był przed chwilą bity jak niewolnik, rzucił o
ziemię swego krzywdziciela.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.