Amsterdammiał opóźnienie.
Eesemesowała, że mu silniki odladzają. Ale to była pomyłka, silnikówsię nie odladza, chodziło o stery, to dzięki nim się skręca i obniżai podwyższa loty, jak pilot zechce.
Potem,już po przylocie, E opowiadała, jak odbywa się odladzanie -przychodzi gość z kärcherem, przystawia drabinę do skrzydła, wchodzii kärcherem po skrzydle wiuuu... i wiu. Pasażerowie gapią się przezbulaje, złoszczą się, że czekają, bo już by chcieli mieć start ilądowanie za sobą, a tu cała kolejka do odlodzenia, i co tu robić wciasnym fotelu. A na krótkiej europejskiej trasie, w sobotęwieczorem, poważnych drinków ani poczęstunków nie przewiduje się,najwyżej woda, soczki i tego rodzaju. I czy kupić drinka poważnego,czy nie kupić, i kalkulacja, kalkulacja w eurosach i w plnach. Całydzień i cały tydzień kalkulacja i rachuba, i teraz jeszcze, w sobotęwieczorem też kalkulacja, męczące to, oj!
Kteż czeka. W Wawie, w porcie Fryderyka Chopina, dawne Okęcie, nadolnym poziomie, w hali przylotów. K przyjechało wcześniej, bowiedziało, że będzie długo szukać parkingu, który jest dobrze ukryty,schowany, a znaki do niego wyprowadzają poza lotnisko, na manowce, wpole, w ślepe uliczki, w przeterminowane białe linie ciągłe i linieprzerywane. K szczęśliwie znalazło, dotarło, postawiło. Odetchnęło.Zanurzyło się w mrozie, w rześkim powietrzu pomiędzy parkingiem adolnym poziomem, i weszło do hali.
Alei tak było za wcześnie, za wcześnie na przylot normalny, a co dopieroopóźniony. To, co robić, myśli K. Obserwować, gapić się. Zawsze cośsię dzieje, o tym K wie dobrze z innych dworców i lotnisk, z podróży,z przesiadek, z odwołanych lotów, z opóźnionych pociągów i tych naczasie, zgodnych z rozkładem, wie z podróży całkiem miłych,komfortowych, bezproblemowych, bo przecież takie też są.
Należyznaleźć dobre miejsce do obserwacji, czyli stanowisko. K chodzi,chodzi, gapi się, patrzy, kto na nie patrzy, a każdy tu patrzy nakażdego, każda na każdą, każde na każde.
Toprzecież nie poczekalnia, nie hala, nie dolny poziom, ale -patrzalnia, myśli K. I chodzi w kółko po patrzalni, bo patrzalniajest tak zaplanowana i zbudowana, że można chodzić w kółko. Chodzi wkółko i zostaje parę razy otaksowane przez tę lub przez tamtą paręoczu. Oczy taksują K po płci, po ubiorze, po zamożności, po chodzie,po twarzy, po przystojności, po fryzurze, po czym tam jeszcze się da.Jak leci. K też taksuje - po tym samym.
Wjakim zamiarze taksujemy się tak zawzięcie, zastanawia się K izmęczone chodzeniem w kółko przysiada w kąciku dla siedzących, gdziesiedzi już parę ludków, pań, panów, młodzieży trochę, niektórzy wgrupkach, inni pojedynczo. Niby siedzą, ale się taksują. K zdajesobie sprawę, że zanim tu usiadło, otaksowała je blondyna, co siedziteraz przed K. Blondyna zatrzymała swoje oczy na K ćwierć sekundydłużej, niż przewiduje zwykłe, pobieżne taksowanie. Czy to możliwe,że blondyna wyłuskała K przy pomocy ćwierci sekundy i usadziła je wkąciku dla siedzących za sobą; czy to możliwe, że jej para oczu mataką moc? A może blondyna wszystkich tu sprowadziła, była tu pierwszai sprowadziła, przeraziło się K, podejrzewając, że jest bezczelniemanipulowane, bo K boi się manipulacji najbardziej, jak diabełświęconej wody. Ćwierć sekundy, i oni wszyscy, jak te muchy do lepuzainteresowania się przykleili. A teraz siedzą, siedzą i nie wiedzą,dlaczego siedzą, wydaje się im, że czekają tylko, a tu... proszę!Otaczają. Ją. A to dopiero, a to spisek!
ObokK siedzi matka z synem. Dorosłym, ale niedorosłym. Ubranymmłodzieżowo i gejowsko. Z czarnymi baczkami, co wystają spod czarnejchusty, okręconej na głowie na sposób piracki, z mórz filmowych,południowych. Czemu gejowsko, myśli K, skąd ten taks gejowski wziąłmi się? Gej z matką. Pierwszy raz widzę geja z matką, odkrywa K irozumie, jak głupie było, zanim to odkryło. Było przekonane, że żadengej nie ma żadnej matki.
Matkaw brązowym kapelutku, buty zdjęła, czarne botki; pewnie nogi ją boląalbo piją albo pieką, myśli K. Gej też zsunął buty, ustawił stopy nabutach, zrobił tak samo jak matka. Trzyma gej w rękach coś wprzezroczystej torbie, obraca, przekłada na kolanach. K wpatruje sięi widzi zająca wielkanocnego, czekoladowego, w kolorowym sreberku, zuszkami, z łapkami, a właściwie nie zająca, ale kilka zajęcy naraz wtorbie. O Boże, czyżby zapodziała mi się gdzieś Wielkanoc, przeraziłosię K. Zaraz, zaraz, gdzież tu Wielkanoc, przecież ostatnia środabyła popielcowa, więc za wcześnie. A te zające w takim razie, co?Może są dla kogoś, kto przyleci, należą się temu przylatującemu zjakiegoś powodu? Zające w sreberkach siedem tygodni przed Wielkanocą?O co chodzi? Nie rozgryzę, poczekajmy, postanawia K. I wodzi oczami,stąd - dotąd, stamtąd - tu.
Zauważaczarną - w czerwonej kurtce, z szerokimi biodrami, biodrzyskamijak gitara, jak basetla - o grubych łydkach, które czarnapostanowiła ukryć pod butami z cholewką, sięgającą do miejsca, gdziesię łydka zaczyna. Cholewka ma zaświadczyć, że to nie łydka grubajest, ale cholewka tak się ułożyła, po prostu i zwyczajnie, cholewka,wcale nie łydka. I wobec tego żadnych grubych łydek nie ma. Tylko żeprzecież są. Czarna siedzi i wstaje i przechadza się i siada iwstaje. Zapięta dziwnie pod samiutką szyję błyskawicznym dociągniętympod brodę. A ponad zapięciem rysuje się całkiem wyraźnie... wąsik,tak, tak, na pewno, wąsik nad górną wargą. Z którego to wąsika czarnanic sobie nie robi. Z łydek robi, a z wąsika nie? A może, może, myśliK - dedukuje, jak sam Holmes - błyskawiczny pod brodęskrywa szyję i dekolt, a szyja też usiana jakimiś wąsikami, włoskamii dlatego czarna ukrywa łydki, ale tak jakoś celowo niezdarnie ukrywałydki po to, żeby właśnie na nie wskazać, żeby wszyscy taksowaliłydki, podczas gdy ona ukrywa wąsiki? Bo, to przecież jasne jaksłońce, łydki - jakiekolwiek by nie były - są zawszewyżej, lepiej taksowane niż wąsiki i włoski na dekolcie. A co zbiodrami jak basetla? Czy to nie one jednak same ze siebie, ze swojejprokreacyjnej natury, mają taks najwyższy, pierwszorzędny, a wąsiki iłydki to tylko służący jacyś w królestwie jaśnie wielmożnych bioder?
A,co mi w końcu do tego, myśli K, po co się tak męczę? Czy można aż takperfidnie, jak czarna, premedytować i nie zwariować? Dość, dość! Niechcę głębiej zanurzać się w wąsikowe obserwacje, bo zwariuję. Dość.
Puszczonaw ruch obserwacja nie daje się zlekceważyć. Domaga się, chce żyć, byćważna. Nie chce odejść, zniknąć, nie chce dać odpocząć K. Iobserwacja zaczyna działać przesadnie, w strachu, broniąc się przedporzuceniem. Każe zachowywać się blondynie. Blondyna wstajeenergicznie, a podczas wstawania podjeżdża w górę jej zielona,lśniąca, dosyć obcisła i pomarszczona bluzka, unosi się nadszczupłymi spodniami i biodrami, i odsłania zielonego smoka tatoo,który wystawia grzbiet zza spodni; ukrywał się w nich, chytry. I ktotu jest perfidny, myśli K. Blondyna, smok, czarna, obserwacja, czyteż ty, ty przebiegłe i chytre K, jesteś perfidne? Cóż one winne,blondyna i czarna? Od ciebie to się wszystko rozpoczęło, od twojegopatrzenia! No, ale żeby aż do smoka doprowadzić!
Jakprzerwać patrzenie? A po co przerywać, gdy ono przecież miłe ipobawić się nim można, zabić czas? Niełatwo przerwać.
Gejzabrał się za zjadanie zajęcy, wyjął pierwszego z torby, odwinął zesreberka i do buzi, czyli wszystko jasne - zające od początkubyły dla niego, nawet matki nie poczęstował. Tylko, że... przywozićna lotnisko całą torbę czekoladowych, wielkanocnych zajęcy, siedemtygodni przed Wielkanocą, żeby posilać się zającami jak kanapkami?No, to co? Takie są fakty! Zostańmy przy nich. Bo to przecież Kwymyśliło, że zające dla kogoś innego są i jeszcze inne historiewymyśliło na temat geja i zajęcy i tego, co to - niby -przyleci. Okazało się to wielkim wymysłem i fantazją K! Jednymwielkim niby. Ale, ale, czy każdy inny przypadek w tejpoczekalni-patrzalni też jest niby? Czy smok też niby, i grube łydkiniby, i wąsiki i matka geja niby? A co z odladzaniem, z opóźnionymAmsterdamem, z poważnymi drinkami na pokładzie, z eurosami, z plnami,z kalkulacją? Niby?!
Kposzło sobie. Wstało i odeszło od kącika. Poczuło się przygniecione ipochwycone za gardło przez nieaktualność, która się w kącikurozpanoszyła, po tym, gdy rzeczywistość przesunęła się w innemiejsce, a w kąciku pozostały tylko przygniecenie i nieaktualność.Dlatego K odeszło z kącika i stanęło przed furtką dla przylatujących,chociaż i tak było jeszcze za wcześnie. Bo teraz tutaj K spodziewałosię dostać smaczniejszy pokarm dla oczu, danie z lepszej kuchni,które już, już podsuwała mu usłużna rzeczywistość.
Okazałosię, że nie tylko K tak poczuło. Gej z matką, blondyna, czarna zwąsikiem i jeszcze inni z kącika dla siedzących, o których K nawetnie napomknęło, żeby się zanadto nie rozpraszać: familia z bukietem,beżowa w okularach z książką, starzy małżonkowie..., oni wszyscystawili się u furtki. Stawili się, ale chodzili, zatrzymywali się ichodzili, zmieniali miejsca, jakby sprawdzając, gdzie dokładnierzeczywistość teraz się ustaliła. Także inni ludkowie, którzy siętutaj - lecz nie via kącik - znaleźli, też byli ipatrzyli, jak sroka w kość, w ścianę, którą - dla żartu -ktoś wymyślił, a inny wykonał, z luster. Na kogokolwiek, by się nieczekało i tak spotykało się siebie.
PrzyleciałParyż. Z luster wyszedł Japończyk, skierował się do blondyny.Japończyk był nieduży, nie że mały zupełnie, ale - nieduży. Ablondyna wysoka sama z siebie i dodatkowo na obcasie. Zaczerwieniłasię, pochyliła, i K już wiedziało, że oni, Japończyk i blondyna, sąrazem; ucałowała Japończyka w pobliże ust i przytuliła go trochęwstydliwie, trochę bojaźliwe, jakby Goliat przytulił Dawida, bojącsię go pokruszyć. Objęła większą sobą jego mniejszego, i K wiedziało,że jeszcze wiele, wiele wątpliwości przed nimi. Do przezwyciężenia.Zaczerwieniona blondyna uśmiechnęła się przepięknie, rozczulająco ipokazała puste miejsce po górnej szóstce, co K wydało się jeszczebardziej rozczulające. Osobiste, prywatne, intymne, bo okazało się,że ona nie tylko od przedłużonego taksowania jest, nie tylko od smokaw spodniach. Ale i od ciepłego uśmiechu bez szóstki.
Kpomyślało, że ten uśmiech to już finał z blondyną, że happy end, żeteraz inni wkroczą do akcji, przejmą pałeczkę od blondyny iJapończyka, aby rzeczywistość mogła się pysznić, chwalić się, żewciąż jest, że się nie poddaje, ale - niespodziewanie -do Japończyka i blondyny dołączył drugi Japończyk, który z bagażamiwyjechał z luster. Pierwszy przedstawił drugiego blondynie,uśmiechnęła się znowu bez szóstki. Wnet podbiegł do nich skurczonyczłowiek i wyszeptał: taxi? Najpierw powiedzieli, że nie, lecz pochwili, że tak. I poszli - troje i taksówkarz.
Kpostanowiło się odciąć, pozostawić rzeczywistość samą sobie! Niechzrobi, co zechce.
PrzyleciałAmsterdam. Wyszedł starszy Holender w ciemnogranatowej marynarce, wczerwonym szaliku, widać było, że jest Holendrem do szpiku kości. Kpoczuło podziw, że Holender nic nie robi sobie z naszego zimna. WAmsterdamie ma ciepły powiew od oceanu, nie gorący, leczwystarczająco letni, i ten powiew ogrzał go na całe życie, na całąEuropę. Holender ucałował opaloną panią oczekującą, wzięli się zaręce i też sobie poszli, w ślad za blondyną i Japończykami.
Ewyszła wkrótce. Rzuciła się K na szyję, patrzyła na nie, jakby jesobie przypominając, a K przypominało sobie E, i też patrzyło na nią.Gdy już się napatrzyli, nawąchali, nadotykali, przypomnieli, istwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że to oni, ci sami - teżsobie poszli.
Uszliszczęśliwi z hali przylotów, z patrzalni, gdzie szalała nieokiełznanarzeczywistość bez hamulców i zasad, jak pijaczka za kierownicą,rozrzucając ludków po stanowiskach, bo te spóźnione i te zgodne zrozkładem 737 i 767 były wciąż nad lotniskiem lub w drodze na nie, akolejni ludkowie na dole czekali na kolejnych z góry.
GdyK i E jechali pustą, sobotnią, nocną Wawą, K pomyślało, że wszystkoodbyło się zgodnie z planem. Spóźniony Amsterdam i lód na skrzydłach.I rzeczywistość. Łatwo poszło tym razem. Do domu, spać! Czyrzeczywistość uśnie razem z nimi? Czy też jak drapieżnik, szary wilkjakiś, zaczai się tylko, czekając na okazję?
Isen tu nic nie pomoże, ona zna sposoby na domy, na sny.
Wpiątek K wsiadło do pociągu Biały - Wawa, 12.05, przedziałnieogrzany, a w nim dziwy nad dziwy, zdarzonka, incydenciki,mikrosytuacyjki, jak mikrostacyjki na tej zapomnianej trasie, na parumetrach kwadratowych klasy pociągowej pierwszej dziejące się, bo Kzafundowało sobie pierwszą właśnie, chociaż wiedziało, że na trasiepółnocno-wschodniej, pierwsza nie różni się od drugiej żadną klasą,na pewno nie klasą czystości. Różni się za to mniejszym ściskiem,zamiast ośmiu siedzeń klasa ma siedzeń sześć, i gdy sześć siedzeńusiądzie na sześciu siedzeniach, to ścisk jest mniejszy niż, gdy natych samych metrach kwadratowych usiądzie osiem siedzeń na ośmiusiedzeniach, jak w gorszej klasie drugiej - kombinowało K,unikając ściskania się, ocierania się, dotykania, wdychania,przepychania, wymieniania się słowami. I ścisku nie było, ale byłziąb, ziąb jak cholera, jak w lutym.
Doprzedziału wszedł wypomadowany młodzian po trzydziestce, a Knatychmiast rozpoznało w nim przedstawiciela handlowego i nie omyliłosię.
Przedstawiciel- gdy K siedziało w kurtce i w szaliku, skulone w kącie, inamyślało się, czy by nie nałożyć czapki - natychmiast rozebrałsię do koszuli, rozpiął ją, z walizki wyjął pudełko z precyzyjniezawiniętymi w aluminium kanapkami i rozpoczął jedzenie.
Krzuciło w stronę kanapek wścibskim okiem. Przedstawiciel miałpomiędzy pajdkami chleba kawior czerwony, gruboziarnisty, posmarowanyna jakieś siedem milimetrów wysokości, kawior jak ta lala, na żółtymserze dosyć byle jakim, podlaskim czy edamskim, nie francuskim kozimczy parmeńskim włoskim. I mełł w ustach kawior z chlebem i z serem, ipołykał i z dna pudełka zbierał pojedyncze kulki, które kulgały się ispadały z pajdek, bo przedstawiciel każdą kanapkę rozdzielał -rozdzielał na dwie połówki przed zjedzeniem, oddzielał przykrywkękanapki od denka kanapki, by rozkoszować się podwójnie kawiorem,rozgryzać na języku czerwoną kulkę po kulce, jedną po drugiej ismakować je. Wiadomo - chciał mieć dwie pajdki, nie jedną. Iwiele, wiele kulek chciał mieć. I miał.
Knie mogło się gapić zbyt bezczelnie na pajdki przedstawiciela, więcuwadze K uszło wiele bezcennych informacji, na przykład, jak to siędzieje, że kawior trzyma się pajdki, która przed rozdzieleniem byłaprzykrywką kanapki, i jak to się dzieje, że po rozdzieleniu kawior wtej samej grubości, w niezmniejszonej warstwie siedmiomilimetrowejnadal jest? Jak siedem milimetrów po rozdzieleniu na pół pozostajesiedmioma milimetrami i się trzyma, chociaż pojedyncze kulkioczywiście od czasu do czasu kulgają się i spadają? Czy z powodulepkości kawioru?
Niechbędzie, że trzyma się, wisząc nad ziemią z powodu lepkości, tak, nato można by przystać, niepewnie przypuszcza K, ale co z podziałem, ztym dziwnym podziałem, gdy każda z części po rozdzieleniu jest takasama jak całość przed rozdzieleniem? A więc, materii po rozdzieleniujest dwukrotnie więcej, niż tej samej materii przed. Czy aby tak samonie dzieli się i nie pomnaża bomba atomowa? Z tyciego atomu mamy jaknajbardziej nie tycią śmierć, śmierć powszechną, bo atom podzieliłsię, struchlało K, gdy myśl o kawiorze i atomie stanęła przed nim wokazałości.
Uważaćna dzielenie i pomnażanie, skierowało do siebie pouczenie K. I czy takwestia nie jest aby pytaniem stulecia? Kosmosu i pojedynczegoludzika. To dzielenie i pomnażanie, powiększanie aż do plajty. Akawior? Kawior, jak wiadomo, to jajeczka jesiotra. Przedstawicielgryzie je właśnie i połyka, niektóre połyka bez rozgryzania, bo tejajeczka dość miękkie są, gumowate, o czym także wiadomo - dlatych, co mieli je na języku.
Ina te jajeczka jesiotra, na pomnażający się kawior, na mielące usta,na pajdki, wchodzi człowiek w mundurze PKP i mówi, żeby bilety i takdalej, i że zimno tu, na co K i przedstawiciel, że a jakże, i żekiedy mogą liczyć na wzrost temperatury, i czy to tylko u nich, czy wcałym wagonie, w całym pociągu, nie daj Panie Boże. Ależ skądże wcałym! Tylko u was! Mówi w mundurze. I zachęca, żeby się przenieślido sąsiedniego przedziału. A przedstawiciel na to, zupełnie nie natemat, żeby w mundurze wypisał mu bilet. W mundurze, jakby nigdy nic,wypisuje i podlicza i wychodzi mu 57,05 plnów, a K szybko liczy, żeto tylko o 6 plnów więcej niż w kasie i przypomina sobie, że mówiłamu już o tym E, żeby się K tak nie napinało z kupowaniem biletów wkasie, gdy kolejka, ba, koleja przed kasą nie ma końca i wciążpodchodzą z boku do okienka brzemienne i inne uprawnione iuprawnieni, choć nie brzemienni, a K im bliżej odjazdu pociągu, daleji wciąż dalej od okienka stoi. Żeby się tak nie napinało, mówiła E,bo dla 6 plnów nie warto.
Adla ilu warto? Myśli K.
Pomimozachęty w mundurze, K i przedstawiciel nie przenieśli się dosąsiedniego. Chyba się im nie chciało, bo mieli ciężkie walizy, a zsąsiedniego dochodziły też grube głosy, które wcale nie zachęcały,wręcz zniechęcały, brzmiały rubasznie i strasznie. K przypuszczało,że to głosy robotników torowych PKP, którym ich dobra firma, jakkochająca matka, funduje dojazdy do pracy i powroty z pracy pierwsząklasą w roboczych ubraniach od torów, w drelichach umazanych, czymsię da. K wiedziało coś o tym, bo przez lata przemieszczało się poterytorium i zęby zjadło na PKP. Ale to jeszcze nic! W mundurzepodnosi rękę i powiada w patetycznym geście, że coś wypróbuje, ipodniesioną ręką przestawia przełącznik temperatury z pozycji max napołożenie zero. K i przedstawiciel wybałuszają oczy. Czy w mundurzechce ich zamrozić na amen? Może by przedstawiciel coś jednak założył,myśli K. A w mundurze ogłasza, że jak nie działa na maxa, to możebędzie działać na zero. Taka to logika urządzeń mechanistycznych,fizyko-termicznych - na zero najgoręcej! I poszedł sobie wmundurze. Ale powrócił.
Mówi,że jednak zimno i dlatego otworzy K i przedstawicielowi przedział dlamatki z dzieckiem. Wyjątkowo otworzy, bo ani K, ani przedstawicielnie są matką z dzieckiem. Nie do wiary, myślą K i przedstawiciel.Przedstawiciel mówi, czy ja śnię, czy coś się rzeczywiście zmieniło?A w mundurze, chyba po to, by ich już ostatecznie dobić, pyta K, czyprzenieść mu jego walizę do matki z dzieckiem. K jest oszołomione izdruzgotane, i odpowiada, że tak, że ma przenieść. W mundurze niesie.Zanosi. Ustawia. Życzy dobrej podróży. K i przedstawiciel klękają iwznoszą modły ku migającemu za oknem niebu, to nie może być, to niemoże być! Błogosławiony, błogosławiony! Szczypią się w policzki i podbokami, i gdzie tam jeszcze się szczypią, czy aby nie śnią. Nie, nieśnią.
Nato szczypanie wchodzi dziewczyna, okazuje się, że uszła od torowych zsąsiedniego, do nich uszła, do K i przedstawiciela. Ma żółtą cerę.Może ma żółtaczkę, myśli K, jak dobrze, że żółtaczkę już mam za sobą,żółtaczką nie zarazi mnie żółta dziewczyna od torowych. Aleprzedstawiciel? Kto wie, jak z nim będzie? Może się zaszczepił, możenie. Dziewczyna siada i natychmiast zasypia, a K dostrzega kątem okabut przedstawiciela, dostrzega dopiero teraz, po stu dwudziestukilometrach, i czy to znaczy, że wcześniej buta nie było, żeprzedstawiciel nie miał na nodze buta?
Kdostrzega but czarny, sznurowany, z prostokątnie zakończonym noskiem,na zbyt cienkiej jak na zimę podeszwie, bardziej do narad w biurze,niż do podróży zimą się nadającej, i K doznaje kolejnego cudownegoporażenia w przedziale matki z dzieckiem, bo noga w bucie jestwłaściwie nóżką, nóżęciem, rzec by można, nogą dziecka. Filigranowąstópką japońskiej damy zupełnie do rosłego, męskiego, wypomadowanegoprzedstawiciela nie pasującą. A jednak jest z nim, u niego, z niego!Na dodatek pomiędzy stópką przedstawiciela a żółtą cerą śpiącejnawiązuje się jakaś, jakaś, jakaś... No, co się może nawiązywać,myśli K, co się może nawiązywać? Nić, nić się nawiązuję pomiędzy cerąa stópką, nić! - czemu myślisz tak ospale, strofuje siebie K.Nić? Chyba, zawiązuje się, nie jest pewne K, bo nić się zawiązujeprzecież.
Cojeszcze, co jeszcze się wydarzy, myśli przerażone, zachwycone K. Isłyszy dzwon i dzwony, wszystkie dzwony fonów komorowych, komórfonowych. Grają dzwony przedstawiciela, dzwony K, dzwony żółtejdziewczyny, dzwony w mundurze i nawet dzwony torowych z sąsiedniego,bo czemu by nie? A niech tam! Już. Wawa!
Kmieszka w Białym. Biały to skrót od Białegostoku. W czasach skracaniawszystkiego, co się da, da się skrócić Białystok. I dobrze takBiałemustokowi, że będzie krótszy - Biały. No, bo jak to brzmi:B i a ł e m u s t o k o w i !?
Kurodziło się w Białym przy Lipowej. Jest skazane na Biały. Niedlatego, że nie może wyjechać, bo wyjeżdża, że nie potrafi rozstaćsię z Białym, bo potrafi - jest skazane wspaniałomyślnie isamodzielnie, tak się K wydaje. Na Biały skazało się w ten sposób, żeczuje się tu wyśmienicie, najlepiej. Nie ma dla K lepszego miejsca naświecie. A świat? Czy świat jest dobrym miejscem? A, to już zupełnieinna historia.
DzieciństwoK upłynęło w kancelarii Jakuba Szapiro. Żyda, adwokata, przyjaciela ipomocnika Ludwika Zamenhofa od esperanto. Zamenhof też mieszkał wBiałym i bywał w kancelarii Jakuba. Wtedy, za czasów Ludwika, wBiałym i w okolicach było wiele języków - polski, rosyjski,niemiecki, żydowski, białoruski. Ludwik zauważył, że od mnogościjęzyków pochodzą same nieszczęścia i wymyślił esperanto, jeden językdla wszystkich.
Jakubpomagał Ludwikowi, żeby nieszczęścia choć trochę zmniejszyć. Za jego,Jakuba, życia nie udało się. Nieszczęście Niemcy zabiło Jakuba iinnych Żydów. Zabiło też innych mieszkańców Białego. NieszczęścieNiemcy zabijało, kogo się dało, było w amoku zabijania i niszczenia.
Kurodziło się po tym, jak nieszczęście Niemcy zostało wyparte zBiałego. Niemców wyparło inne nieszczęście, Rosja. Nieszczęście Rosjaosadziło w Białym swoich popleczników z pistoletami i z innymiurządzeniami do rządzenia. Wielu mieszkańcom Białego spodobały sięrządy popleczników i mieszkańcy ci stali się poplecznikamipopleczników, raźno zapisując się do partii posiadaczy pistoletów iinnych urządzeń do rządzenia. Takie to były czasy, mówią dzisiaj ci zpopleczników, którzy do dzisiaj dożyli. Mówią obłudnie, bo to niebyły takie czasy, ale oni tacy byli.
Wkilkanaście lat po wyparciu Niemców, w kancelarii Jakuba Szapiro napierwszym piętrze, w kamienicy odbudowanej z ruin, podzielonej naspółdzielcze klity, zamieszkało K. Z rodzicami cichymi, spokojnymi,średnio nieszczęśliwymi, przestraszonymi poplecznikami z pistoletami.Cisi rodzice wiedzieli, że trzeba jakoś przetrwać. Jakoś nieoznaczało byle jak. Jakoś oznaczało uważnie i ostrożnie. Ojciec Kwiedział co jest grane - jakby można współcześnie i celniedopowiedzieć. Dobrze wiedział w co grają poplecznicy. I siedziałcicho, jak mysz pod miotłą. Wielu mieszkańców, nie tylko w Białym,tak siedziało przez dziesięciolecia i nawet nie popiskiwało.
Poplecznicygrali w terror. W terror najczystszy, źródlany, robespierrowski,stalinowski, w terror ludzi z aberracją komunalną. Była to aberracjatak głupia, że przypominanie jej, rekonstruowanie, odtwarzanie, możeprzynieść tylko wstyd, wywołać podejrzenie, że K traci czas naandrony. Jednak warto aberrację zapamiętać, bo androny przynosiłyzgony. Aberracja polegała na przekonaniu, że Rosja i jej poplecznicymają rację, że wiedzą, jak uszczęśliwić ludzkość i wszystkichmieszkańców Białego, których traktowali jak półgłówków, co sami niewiedzą, jak się mogą uszczęśliwić. Może rzeczywiście nie wiedzieli,ale też nie prosili Rosji o radę i pomoc. Prawdę powiedziawszyniektórzy z Białego jednak prosili i nie było ich wcale tak mało -o czym się nie chce dzisiaj pamiętać - napraszali się wręcz.Lecz dlaczego dawać szczęście wszystkim, skoro prosili tylkoniektórzy?