Przygody imć pana Mikołaja Reja - Zuzanna Morawska

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Kołajok

Dzień był mroźny a wyiskrzony. Słonko, jak zwykle w styczniu, jasnym oczkiem poczęło już spoglądać na ziemię. Niedługo się ono wprawdzie tym spoglądaniem zabawiało, ale pewnego dnia było takie wesołe i takie złociste, że chociaż mróz chwytał za nos, każdemu jakoś wesoło na sercu się robiło. Raźno też waliły cepy na boisku wielkiej stodoły w Żórawnie, tak raźno, że nie tylko rozlegało się po całym podwórzu, ale odgłos ich leciał het, aż na zamarznięty Dniestr, a i do komnat dworskich się wdzierał.

Ze dwora też wyskoczył dziesięcioletni Mikołajek, ukochany jedynaczek imć pana Stanisława Reja i Barbary Herburtówny, drugiej już jego małżonki. Widać było od razu, że ten Mikołajek nie tylko był jedynakiem i oczkiem w głowie pani matki i pana ojca, ale że rodzice jego dostatnio się mieli. Chłopak bowiem odziany był w półkożuszek aż do kolan, szarawary skórzane, na nogach miał ciżmy dobrze podszyte, na głowie czapkę barankową z uszami, a w ręce trzymał duży kawał piernika, który mu matka na podobiadek wetknęła. Wybiegłszy na podsienie, ugryzł kawałek piernika i choć zapakowane miał usta, począł, przestępując z nogi na nogę, odgłos cepów przedrzeźniać:

- Cep, cep! Cep, cep! Cep!

Chciał biec dalej, ale spostrzegłszy wielki sopel zwieszający się od słomianego okapu, podskoczył, by go oderwać. Nie udało mu się wszakże. Podskoczył drugi raz. Gdzie tam! Sopel był zbyt wysoko, drwił więc z niezgrabnych usiłowań chłopca, błyszcząc w słońcu i przeświecając barwami tęczy. Nagle drzwi od izby do sieni skrzypnęły i odezwało się wołanie:

- Mikołajek! Mikołajek!

A Mikołajek, usłyszawszy głos matki, drapnął, co miał siły, tylko śnieg mu skrzypiał pod nogami. A pani matka zobaczywszy, że go nie ma w sieni, na podsieniu biadała:

- Na taki mróz, na taki mróz...

- Et, co mu tam będzie! - przerwał ojciec, wciągając na siebie kożuch.

- Łatwo to jegomości mówić, a jak się, broń Boże, zaziębi?

- Zaraz zaziębi. Przecie to nie dziewucha, żeby go w izbie przy kominie trzymać albo i w pierzynę owinąć - mówił małżonek, gotując się do wyjścia.

- Wiem ci, że nie dziewucha, ale jedyne dziecko.

- Ba, ba, jedynaczek maminsynek - przekomarzał się z żoną imć pan Stanisław.

- Niby to jegomość tak samo go nie pieści i nie hołubi - odcięła się pani Barbara. Widząc zaś, że małżonek naciąga grube futrzane rękawice, rzekła: - Weź no, jegomość, i dla Mikołajka.

I w boczną kieszeń mężowskiego półkożuszka wkładała parę, przez siebie samą dzianą, z szarej wełny z jednym palcem rękawiczek.

- W imię Ojca i Syna! Słyszane to rzeczy? Toć to jejmość w rękawiczki chłopaka chce ustroić?! - zdziwił się małżonek.

- Mój jegomościuniu, nie dziwuj się, idź a rozkaż, żeby zaraz włożył. Zdybiesz go niechybnie przy stadninie - rzuciła za wychodzącym małżonkiem.

- To ci urwis z tego Mikołajka - mruknął ojciec i wyszedł z podsienia. - Mróz aż skwierczy w oczach. Miała jejmość rację, może się zaziębić. Dam ja mu! - dodał przyśpieszając kroku i rozglądając się po wielkim podwórzu.

Ale Mikołajka nigdzie nie było.