2
Mówię, że należało powiesić tego skurczybyka!
- Oskar, jak ty się wyrażasz przy dziewczynkach?
- Słyszały już gorsze słowa. To szaleństwo. Ten śmieć zamordował czworo dzieciaków, a jakiś kretyn sędzia odrzuca akt oskarżenia, bo podsądny był do tego stopnia naćpany, że nie rozumiał, co wyczynia. Boże, czy można w to uwierzyć?
Pogroził telewizorowi, jakby to spiker przekazujący wiadomości winien był temu, że zabójca znowu grasuje na wolności. Carolyn Lucas nalała mężowi pierwszą w tym dniu filiżankę kawy i wygoniła obie córki na przystanek szkolnego autobusu.
Oskar Lucas gestykulował w sposób, który trochę przypominał język migowy głuchoniemych. Siedział przygarbiony przy stole, nie było więc widać, że ma prawie dwa metry wzrostu. Był łysy jak kolano, z wyjątkiem kilku siwiejących pasemek na skroniach, a nad jego ciemnobrązowymi oczyma sterczały gęste, krzaczaste brwi. W przeciwieństwie do większości rządowych pracowników Waszyngtonu, dla których granatowy garnitur w prążki był nieomal mundurem, najchętniej nosił drelichowe spodnie i sportową kurtkę.
Miał około czterdziestki i sprawiał wrażenie raczej dentysty czy księgowego, a nie funkcjonariusza kierującego Sekcją Ochrony Prezydenta w Secret Service. W czasie dwudziestoletniej pracy swym sympatycznym, zwyczajnym wyglądem często wyprowadzał rozmówców w pole - poczynając od prezydentów, których ochraniał, a na potencjalnych zamachowcach, unieszkodliwionych przez niego, zanim mieli możność zacząć działać, kończąc. W pracy był poważny i rzeczowy, ale w domu zazwyczaj dokazywał i dowcipkował - chyba że popsuły mu humor wiadomości o ósmej rano.
Wypił ostatni łyk kawy i wstał od stołu. Prawą ręką odchylił połę kurtki - był leworęczny - i sprawdził umieszczoną wysoko na biodrze kaburę z rewolwerem Smith & Wesson kaliber 0,357 cala Magnum, model 19 z dwuipółcalową lufą. Otrzymał tę standardową broń służbową w chwili, gdy ukończył szkolenie i rozpoczął działalność jako świeżo upieczony agent. Pracował w terenowym biurze w Denver, gdzie zajmował się fałszerstwami. W czasie całej swej służby wyciągnął broń tylko dwa razy, ale za spust pociągał dotąd tylko na strzelnicy.
Carolyn wyjmowała naczynia ze zmywarki, gdy Oskar stanął za nią, odchylił spływającą na ramiona żony kaskadę blond włosów i pocałował ją w kark.
- Muszę już lecieć.
- Nie zapomnij, że dziś wieczorem jest składkowe przyjęcie u Hardingów.
- Powinienem wrócić na czas. Szef nie ma na dziś zaplanowanego wyjazdu z Białego Domu.
Spojrzała na męża i się uśmiechnęła.
- Przypilnuj tego.
- Zaraz po przyjściu powiadomię prezydenta, że moja żona niechętnym okiem patrzy na moje późne powroty do domu.
Roześmiała się i przytuliła na krótko do jego ramienia.
- No to do szóstej.
- Wygrałaś - westchnął z żartobliwym znużeniem i wyszedł kuchennymi drzwiami.
Wycofał tyłem na ulicę wypożyczony rządowy samochód - eleganckiego buicka - i ruszył w stronę śródmieścia. Zanim dojechał do końca kwartału, połączył się przez radio z centralnym punktem dowodzenia Secret Service.
- Crown, tu Lucas. Jestem w drodze do Białego Domu.
- Przyjemnej podróży - odparł metaliczny głos.
Czuł, że zaczyna się pocić, włączył więc klimatyzator. Miał wrażenie, że letni upał w stolicy nigdy się nie zmniejszy. Wilgotność sięgała dziewięćdziesięciu procent i flagi w dzielnicy ambasad na Massachusetts Avenue obwisły nieruchomo w ciężkim powietrzu.
Zwolnił i zatrzymał się przy punkcie kontrolnym na West Executive Avenue. Czekał przez moment, aż umundurowany strażnik skinie głową na znak, by jechał dalej. Chwilę później zaparkował samochód i zachodnim wejściem służbowym wszedł na parter Białego Domu.
Na punkcie dowodzenia W-16 zatrzymał się, żeby pogadać z ludźmi sprawującymi pieczę nad zestawem elektronicznych środków łączności. Potem przeszedł schodami do swego gabinetu na drugim piętrze Skrzydła Wschodniego.
Każdego ranka, zanim usiadł za biurkiem, przede wszystkim sprawdzał rozkład dnia prezydenta oraz wstępne raporty funkcjonariuszy odpowiedzialnych za planowanie zabezpieczeń.
Teraz również przestudiował najpierw grafik przewidywanych "ruchów" prezydenta i na jego twarzy odmalowała się konsternacja. Pojawił się nieoczekiwany element - i to dość istotny. Z irytacją cisnął broszurkę na biurko, obrócił się wraz z fotelem i wbił spojrzenie w ścianę.
Większość prezydentów była ludźmi z określonymi nawykami. Cały dzień mieli dokładnie rozplanowany i trzymali się ustalonego harmonogramu. Według Nixona można było regulować zegarek. Reagan i Carter również bardzo rzadko zmieniali ustalone plany. Ale człowiek, który obecnie zasiadał w Gabinecie Owalnym, był inny. Uważał procedury Secret Service za dokuczliwe niedogodności i cholernie trudno było przewidzieć, jak postąpi w takiej czy innej sytuacji.
Dla Lucasa i jego zastępców był to dwudziestoczterogodzinny mecz, w czasie którego usiłowali wyprzedzać szefa o jeden ruch, odgadując, gdzie i kiedy może nagle zechcieć pojechać oraz jakiego gościa zaprosi, nie dając obstawie czasu na podjęcie właściwych kroków zabezpieczających. Dość często był to mecz, w którym Lucas przegrywał.
Po niecałej minucie znalazł się już na dole Skrzydła Zachodniego i rozmawiał z drugim najbardziej wpływowym urzędnikiem Białego Domu - szefem personelu Danielem Fawcettem.
- Dzień dobry, Oskarze - powitał go Fawcett, uśmiechając się promiennie. - Właśnie myślałem, że za chwilę wpadniesz tu jak bomba.
- Zauważyłem, że mamy w harmonogramie nową wycieczkę - oznajmił Lucas oficjalnym tonem.
- Przykro mi z tego powodu. Ale czeka nas ważne głosowanie w sprawie pomocy dla krajów bloku wschodniego i prezydent chciałby oczarować senatora Larimera i przewodniczącego Izby Reprezentantów Morana, aby zapewnić sobie ich poparcie dla tego programu.
- I dlatego zabiera ich na przejażdżkę po rzece?
- A czemu nie? Od czasów Herberta Hoovera każdy prezydent używał swego jachtu do organizowania konferencji na wysokim szczeblu.
- Nie chodzi mi o powód - odparł stanowczo Lucas. - Protestuję przeciwko terminowi.
- Cóż złego w piątkowym wieczorze? - Fawcett spojrzał na niego niewinnym wzrokiem.
- Cholernie dobrze wiesz, co. Przecież to już za dwa dni.
- Co z tego?
- Żeby objąć skuteczną ochroną przejażdżkę Potomakiem połączoną z noclegiem w Mount Vernon, mój zespół planowania potrzebuje pięciu dni. W terenie musi zostać zainstalowany pełny system łączności. Jacht należy przeszukać, aby upewnić się, czy nie ma ładunków wybuchowych i urządzeń podsłuchowych. Należy sprawdzić brzegi rzeki. Poza tym Ochrona Wybrzeża chce być informowana z wyprzedzeniem, aby móc zapewnić motorówkę patrolową do eskorty jachtu. W ciągu dwóch dni nie sposób wykonać takiej roboty.
Fawcett był wojowniczym, energicznym człowiekiem o ostrym nosie, kwadratowej czerwonej twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Zawsze robił wrażenie sapera lustrującego opuszczony budynek przeznaczony do wysadzenia w powietrze.
- Czy przypadkiem trochę nie przesadzasz, Oskarze? Zazwyczaj dokonywano zamachów na zatłoczonych ulicach albo w teatrach. Czy ktokolwiek słyszał o tym, by zaatakowano głowę państwa w czasie przejażdżki łodzią?
- To może się stać wszędzie i w każdym momencie - oznajmił Lucas zdecydowanym tonem. - Czy zapomniałeś o facecie zatrzymanym przez nas w czasie próby porwania samolotu, którym miał zamiar staranować Air Force One? Większość prób zamachu na prezydentów miała miejsce w chwili, gdy opuszczali chronioną przez nas strefę.
- Prezydent stanowczo nalega na utrzymanie tego terminu - stwierdził Fawcett. - Dopóki pracujesz dla niego, będziesz robił to, co ci każe, podobnie jak ja. Jeżeli będzie miał ochotę popłynąć osobiście kajakiem do Miami, musisz się z tym pogodzić.
Twarz Lucasa skamieniała. Ruszył do przodu i stanął nos w nos z szefem personelu Białego Domu.
- Przede wszystkim, zgodnie z uchwałą Kongresu, nie pracuję dla prezydenta, ale dla Departamentu Skarbu. Nie mów mi więc, że mam się zamknąć i robić, co mi każą. Moim obowiązkiem jest zapewnić mu maksymalne bezpieczeństwo przy minimalnym zakłóceniu jego życia prywatnego. Kiedy jedzie windą do swojego apartamentu na górze, moi ludzie i ja zostajemy na dole. Ale od chwili gdy stawia stopę na parterze, do momentu kiedy wróci na górę, jego tyłek należy do Secret Service.
Fawcett doskonale znał ludzi pracujących w otoczeniu prezydenta. Uświadomił sobie, że tym razem przesadził, i miał wystarczająco dużo rozsądku, żeby ogłosić zawieszenie broni. Wiedział, że Lucas jest ofiarnym i bezwzględnie oddanym prezydentowi człowiekiem. Ale w żaden sposób nie mogliby zostać bliskimi przyjaciółmi. Może współpracownikami - pełnymi rezerwy i obserwującymi się uważnie. Ponieważ nie rywalizowali o władzę, nigdy nie będą wrogami.
- Nie przejmuj się, Oskarze. Rozumiem twoje obiekcje. Poinformuję o nich prezydenta. Wątpię jednak, czy zmieni swoje postanowienie.
- Zrobimy, co się da - westchnął Lucas. - Ale szef musi zrozumieć, że powinien jak najściślej współpracować ze swoją ochroną.
- Co ja mogę zrobić? Wszyscy politycy uważają, że są nieśmiertelni. Władza to dla nich coś więcej niż afrodyzjak: to jak narkotyk i kielich zarazem. Nic nie podnieca ani nie łechce ich próżności bardziej od wiwatującego tłumu i ludzi, którzy pchają się, żeby wymienić z nimi uścisk dłoni. Dlatego właśnie są tak łatwą ofiarą dla zabójcy, który we właściwym czasie znajdzie się we właściwym miejscu.
- Mnie to mówisz? - odparł Lucas. - Niańczyłem czterech prezydentów.
- I nie straciłeś żadnego.
- Dwa razy niewiele brakowało z Fordem, a raz z Reaganem.
- Nie możesz w stu procentach przewidzieć czyjegoś zachowania.
- Oczywiście. Ale po tylu latach w branży ochroniarskiej ma się już nosa. Dlatego właśnie czuję takie opory przed tą przejażdżką jachtem.
- Uważasz, że ktoś chce go zabić? - Fawcett zesztywniał.
- Zawsze jest ktoś, kto próbuje go zabić. Badamy dziennie dwudziestu potencjalnych świrów i prowadzimy aktywny nadzór dwóch tysięcy osób, które uważamy za niebezpieczne albo choćby tylko zdolne do popełnienia zabójstwa.
Fawcett położył dłoń na ramieniu Lucasa.
- Nie martw się, Oskarze. Prasa zostanie poinformowana o piątkowej wycieczce dopiero w ostatniej chwili. Tyle mogę ci obiecać.
- Doceniam to, Dan.
- Co się może zdarzyć na Potomacu?
- Może nic. A może coś nieoczekiwanego - odparł Lucas z dziwnym roztargnieniem w głosie. - I właśnie ta druga ewentualność jest powodem prześladujących mnie koszmarów.
Megan Blair, sekretarka prezydenta, zauważyła Dana Fawcetta stojącego w drzwiach jej maleńkiego gabinetu i skinęła mu głową znad maszyny do pisania.
- Cześć, Dan.
- Jak się ma dziś szef? - zapytał. Jak zwykle, starał się wybadać sytuację przed wejściem do Gabinetu Owalnego.
- Zmęczony - odparła. - Przyjęcie na cześć przemysłu filmowego przeciągnęło się do pierwszej w nocy.
Megan była przystojną kobietą koło czterdziestki o błyszczących, przyjaznych oczach. Miała czarne, krótko obcięte włosy i jakieś pięć kilogramów niedowagi. Kochała swoją pracę i swego szefa bardziej niż cokolwiek w życiu. Zjawiała się w pracy wcześnie, wychodziła późno i pracowała w weekendy. Niezamężna, po dwóch przelotnych romansach, ceniła sobie niezależne, samotne życie. Fawcett zawsze ją podziwiał, widząc, jak jednocześnie prowadzi rozmowę i pisze na maszynie.
- Postaram się ograniczyć jego spotkania do minimum, żeby mógł mieć trochę spokoju.
- Spóźniłeś się. Już rozmawia z admirałem Sandeckerem.
- Z kim?
- Admirałem Jamesem Sandeckerem. Dyrektorem NUMA: Narodowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych.
Na twarzy Fawcetta pojawił się wyraz niezadowolenia. Bardzo poważnie traktował rolę strażnika prezydenckiego czasu i nie lubił intruzów na swoim terytorium. Każde przełamanie pierścienia osłony było zagrożeniem jego pozycji. Do diabła, jakim cudem Sandeckerowi udało się prześliznąć za jego plecami? Megan zauważyła jego irytację.
- Prezydent sam posłał po admirała - wyjaśniła. - Mam wrażenie, że spodziewa się twojego udziału w tym spotkaniu.
Fawcett uspokoił się trochę. Skinął jej głową i przeszedł do Gabinetu Owalnego. Prezydent studiował dokumenty rozrzucone na dużym stole. Naprzeciwko niego siedział niewysoki, szczupły mężczyzna o rudych włosach i takiej samej spiczastej bródce.
Prezydent podniósł głowę.
- Dan? Cieszę się, że cię widzę. Znasz admirała Sandeckera?
- Tak.
Sandecker wstał i podał mu rękę. Uścisk dłoni admirała był mocny i krótki. Skinął bez słowa Fawcettowi głową, przyjmując do wiadomości jego obecność. Nie była to nieuprzejmość ze strony admirała. Dał się poznać jako człowiek, który gra uczciwie, nie schylając przed nikim karku. W Waszyngtonie nienawidzono go i zazdroszczono mu, ale również powszechnie go szanowano, nigdy bowiem nie był stronniczy i zawsze wykonywał to, czego od niego wymagano.
Prezydent wskazał Fawcettowi miejsce na sofie obok siebie.
- Siadaj, Dan. Poprosiłem admirała, żeby poinformował mnie o tym, co się stało na wodach koło Alaski.
- Nic na ten temat nie wiem.
- Wcale się nie dziwię - odparł prezydent. - Dostałem raport zaledwie godzinę temu. - Przerwał i czubkiem ołówka wskazał na dużej mapie morskiej oznaczoną na czerwono strefę. - Tu, sto osiemdziesiąt mil na południowy wschód od Anchorage w Zatoce Cooka, nieznana trucizna zabija wszystko, co żyje.
- Brzmi to tak, jakby mówił pan o plamie ropy...
- To coś o wiele gorszego - odparł Sandecker, odchylając się na oparcie kanapy. - Mamy tam nieznaną substancję, która w ciągu niecałej minuty od momentu pierwszego kontaktu powoduje śmierć ludzi i wszystkiego, co egzystuje w morzu.
- Jak to możliwe?
- Przenika do organizmu za pośrednictwem dróg oddechowych albo przewodu pokarmowego - wyjaśnił Sandecker. - Zabija też na skutek absorpcji przez skórę.
- Musi być skoncentrowana na małej przestrzeni, skoro działa tak silnie.
- Jeżeli uważa pan tysiąc mil kwadratowych otwartej wody za małą przestrzeń.
Prezydent sprawiał wrażenie zaskoczonego.
- Nie mogę sobie wyobrazić czegoś, co posiada aż tak przerażającą siłę.
Fawcett spojrzał na admirała.
- Co się tam stało?
- Patrolowiec Ochrony Wybrzeża znalazł dryfujący kuter rybacki z Kodiak z martwą załogą. Na jego pokład przerzucono dwóch członków grupy kontrolnej i lekarza. Oni również zginęli. Pilot dostarczający zaopatrzenie zespołowi geofizyków, którzy pracowali na wyspie położonej w odległości trzydziestu mil, znalazł ich wszystkich martwych. On sam też zmarł, nadając wezwanie pomocy. Kilka godzin później japoński trawler rybacki zameldował, że widzi ławicę wielorybów szarych. Wszystkie pływały brzuchami do góry. A potem zniknął i trawler. Ławice krabów, kolonie fok - zniszczone całkowicie. To dopiero początek. Może być więcej ofiar, o których jeszcze nie wiemy.
- Jeżeli ta substancja będzie się rozprzestrzeniać w sposób niekontrolowany, to jakiej najgorszej ewentualności możemy się spodziewać?
- Całkowitego zniszczenia wszystkiego, co żyje w zatoce Alaska. A jeżeli dostanie się do Prądu Kalifornijskiego i dojdzie na południe, zatruje każdego człowieka, zwierzę i ptaka, z którym się zetknie na Wybrzeżu Zachodnim... aż do samego Meksyku. Śmiertelne ofiary ludzkie można będzie liczyć w setkach tysięcy. Rybacy, pływacy, wszyscy, którzy znajdą się na zatrutym brzegu, każdy, kto zje zatrutą rybę... To jak reakcja łańcuchowa. Nie chcę nawet myśleć, co może się zdarzyć, jeżeli ta substancja wyparuje do atmosfery i spadnie razem z deszczem na stany położone w głębi lądu!
Fawcett pomyślał, że nie jest w stanie ogarnąć całej potworności kataklizmu.
- Chryste, co to takiego?
- Zbyt wcześnie na diagnozę - odparł Sandecker. - Agencja Ochrony Środowiska posiada skomputeryzowany system, zawierający szczegółowe dane dotyczące ponad tysiąca związków chemicznych. W ciągu kilku sekund mogą określić skutki działania dowolnej substancji wypuszczonej do morza, jej nazwę handlową, wzór chemiczny, głównych producentów, sposób transportu i stopień zagrożenia dla środowiska. W przypadku zatrucia w rejonie Alaski żaden element nie zgadza się z danymi w ich komputerowym banku pamięci.
- Ale przecież muszą mieć chyba jakąś koncepcję?
- Nie, proszę pana. Nie mają. Jest tylko jedna maleńka możliwość... Ale bez protokołu sekcji zwłok jest to tylko przypuszczenie.
- Chciałbym się jednak z nią zapoznać - stwierdził prezydent.
Sandecker nabrał głęboko powietrza w płuca.
- Trzema najbardziej trującymi substancjami, jakie znamy, są pluton, dioxin i pewien rodzaj broni chemicznej. Pierwsze dwa nie pasują. Głównym podejrzanym jest, przynajmniej według mnie, ta trzecia substancja.
Prezydent spojrzał na Sandeckera. Na jego twarzy pojawiły się zaskoczenie i nagłe olśnienie.
- Substancja "N"? - zapytał.
Sandecker powoli skinął głową.
- To dlatego służby Ochrony Środowiska nie mogły tego ugryźć - zastanawiał się głośno prezydent. - Jej wzór jest ściśle tajny.
Fawcett odwrócił się w stronę prezydenta.
- Obawiam się, że nie rozumiem...
- Substancja "N" to koszmarny preparat wynaleziony przez naukowców w Ośrodku Broni Chemicznych Rocky Mountain jakieś dwadzieścia lat temu - wyjaśnił prezydent. - Czytałem raport z doświadczeń. Zabija w ciągu kilku sekund od momentu zetknięcia ze skórą. Preparat wydawał się idealną bronią do zwalczania przeciwnika, nawet chronionego maskami przeciwgazowymi i kombinezonami przeciwchemicznymi. Ale jego właściwości były zbyt niestabilne i stanowił jednakowe zagrożenie dla obu stron. Tej, która by się nim posłużyła, i tej, która miałaby być obiektem ataku. Armia zrezygnowała więc z substancji "N" i zakopała ją na pustyni Newada.
- Nie widzę związku między Newadą a Alaską - stwierdził Fawcett.
- W czasie transportu koleją z arsenału w okolicach Denver zniknął wagon zawierający prawie pięć tysięcy litrów substancji "N" - wyjaśnił mu Sandecker. - Nie odnaleziono go do tej pory.
- Jeżeli rzeczywiście jest to wyciek tego preparatu, to jak można będzie go zneutralizować po zlokalizowaniu?
Sandecker wzruszył ramionami.
- Niestety, obecny stan wiedzy na temat fizykochemicznych właściwości substancji "N" oraz technologii jej dezaktywacji jest prawie żaden. Gdy dostanie się do wody, niewiele da się zrobić, aby powstrzymać jej rozprzestrzenianie. Cała nadzieja, że uda się zablokować źródło, z którego się wydobywa, zanim zamieni oceany w ściek pozbawiony jakichkolwiek form życia.
- Czy są jakieś przypuszczenia, gdzie znajduje się to źródło? - spytał prezydent.
- Wszystko wskazuje na to, że jest to statek, który zatonął między wyspą Kodiak a Alaską - odparł Sandecker. - Naszym następnym krokiem powinno być sprawdzenie przebiegu prądów morskich i sporządzenie mapy poszukiwań.
Prezydent pochylił się nad stołem i przez parę chwil przyglądał się nakreślonemu na mapie czerwonemu kółku. Potem popatrzył na Sandeckera.
- Jako dyrektor NUMA, admirale, będzie pan miał paskudną robotę ze zneutralizowaniem tego świństwa. Może pan korzystać z wszelkich agend oraz instytucji rządowych, których siły i środki mogą być panu przydatne: Narodowej Rady Naukowej, sił zbrojnych, Ochrony Wybrzeża, Agencji Ochrony Środowiska, wszystkiego. - Zamyślił się na chwilę, a potem dodał: - A jaka jest właściwie dokładna siła oddziaływania substancji "N" w wodzie morskiej?
Sandecker robił wrażenie zmęczonego. Twarz miał ściągniętą.
- Jedna łyżeczka herbaciana rozpuszczona w dwudziestu milionach litrów wody morskiej zabija każdy żyjący w tej wodzie organizm.
- Lepiej więc to znajdźmy - stwierdził prezydent. W jego głosie zabrzmiała nuta desperacji. - I to cholernie szybko!