Rozdział 1
Drżąc z przeraźliwego zimna, komandor porucznik Lee Koski przygryzł ustnik fajki, a zaciśnięte pięści głębiej wepchnął do podbitego futrem kombinezonu. Przed dwoma miesiącami skończył czterdzieści jeden lat, z których osiemnaście zabrała mu służba w Straży Wybrzeża. Koski był niski, bardzo niski i ciężki, zaś wielowarstwowe ubranie sprawiało, że jego wzrost i szerokość były prawie równe. Poniżej kręconych włosów koloru pszenicy błyszczały oczy z niezmienną intensywnością, niezależną od nastroju, w jakim się znajdował. Był świadomym własnych możliwości perfekcjonistą, a tym samym posiadał cechę nader pomocną w tej sferze życia, którą wypełniało mu dowodzenie najnowszą jednostką Straży Wybrzeża, superkutrem "Catawaba". Z rozstawionymi nogami stał na mostku niczym kogut gotowy do walki; kiedy odezwał się do stojącego za nim, wielkiego jak góra mężczyzny, nie zadał sobie trudu, by się odwrócić.
- Nawet z radarem w taką pogodę będą mieli cholerną zabawę ze znalezieniem nas. - Jego głos był szorstki i przenikliwy jak zimne powietrze Atlantyku. - Widoczność nie jest większa niż na milę.
Porucznik Amos Dover, pierwszy oficer na "Catawabie", precyzyjnie pstryknął niedopałek papierosa na wysokość trzech metrów. Obserwował z zainteresowaniem analityka, jak wiatr porwał dymiący pręcik i ponad mostkiem statku poniósł daleko w spienione morze.
- To, czy będą mieli, jest bez znaczenia - wymamrotał ustami zsiniałymi od zimnego wiatru. - Kołysze nas tak, że pilot tego śmigłowca musiałby być wyjątkowym durniem albo pijany w trupa, albo jedno i drugie, żeby nawet pomyśleć o lądowaniu tam. - Kiwnął głową do tyłu, w kierunku mokrej od mżawki platformy dla helikopterów.
- Niektórym ludziom kompletnie nie zależy na tym, w jaki sposób umrą - powiedział z powagą Koski.
- Niech tylko nie mówią, że nie zostali ostrzeżeni. - Nie dość, że Dover wyglądał jak wielki niedźwiedź, to jeszcze mówił głosem, który wydawał się dochodzić z głębi żołądka. - Zaraz po starcie z St. John's powiadomiłem pilota śmigłowca o silnie wzburzonym morzu i gorąco odradzałem lot do nas. W odpowiedzi usłyszałem jedynie grzeczne dziękuję.
Zaczęło padać; wiejąca z prędkością dwudziestu pięciu węzłów wichura smagała kuter strumieniami deszczu, który wypędził po sztormiaki wszystkich mężczyzn pełniących służbę na pokładzie. Na szczęście dla "Catawaby" i jej załogi trzy stopnie, utrzymujące się powyżej zera, chwilowo oddalały obawę przed temperaturą zamarzania - nader nieprzyjemnym stanem, w którym cały statek pokrywał się lodową powłoką.
Koski i Dover zdążyli założyć sztormiaki, gdy na mostku zatrzeszczał głośnik.
- Panie kapitanie, mamy ptaszka na radarze i nie spuszczamy go z oka.
Koski podniósł radiotelefon i potwierdził wiadomość. Potem zwrócił się do Dovera.
- Obawiam się - powiedział obojętnym tonem - że niedługo zacznie się zabawa.
- Pewnie zastanawia się pan, skąd ten pośpiech z przysłaniem nam pasażerów? - zapytał Dover.
- A pan nie?
- Ja oczywiście też. Zastanawiam się również, dlaczego rozkaz oczekiwania na przyjęcie cywilnego śmigłowca nadszedł bezpośrednio z głównego dowództwa w Waszyngtonie zamiast z dowództwa naszego okręgu.
- To jest cholerna nierozwaga ze strony komendanta - burknął Koski - że nie powiedział nam, czego chcą ci ludzie. Jedno jest pewne; nie mają zamiaru popłynąć w wycieczkowy rejs na Tahiti...
Nagle Koski znieruchomiał, wsłuchując się w bezbłędną pracę grzmiącego wirnika helikoptera. Przez pół minuty maszyna była zasłonięta chmurami. A potem obaj dostrzegli ją w tym samym momencie. Leciała z zachodu w małym deszczu, kierując się prosto na statek. Koski natychmiast rozpoznał jej typ; cywilna wersja ulyssesa Q-55 z dwoma miejscami siedzącymi, śmigłowiec, który był zdolny rozwijać prędkość prawie czterystu kilometrów na godzinę.
- Tylko wariat próbowałby teraz lądować - z przekąsem powiedział Dover.
Koski wstrzymał się z komentarzem. Chwycił radiotelefon i ryknął do mikrofonu:
- Połącz się z pilotem helikoptera i powiedz mu, żeby nie podchodził do lądowania, gdy pokonujemy trzymetrowe fale! Powiedz mu, że nie będę odpowiadał za żadne szaleństwa z jego strony!
Koski odczekał kilka sekund ze wzrokiem przykutym do śmigłowca.
- I co?
- Pilot mówi - zaskrzeczał w odpowiedzi głośnik - że jest bardzo wdzięczny za okazaną mu przez pana troskę oraz uprzejmie prosi, żeby pana ludzie byli pod ręką i zabezpieczyli maszynę, gdy tylko dotknie platformy.
- Grzeczny skurwiel - zamruczał Dover - to trzeba mu przyznać. Wysunąwszy dolną szczękę o następny centymetr, Koski wyżłobił jeszcze jeden rowek na ustniku fajki.
- Przyjemniaczek, cholera! Ten idiota może rozwalić kawał mojego statku. - Z rezygnacją wzruszył ramionami, sięgnął po tubę okrętową i krzyknął w ustnik: - Chiefie Thorp! Niech pana ludzie będą gotowi do zabezpieczenia ptaszka natychmiast po wylądowaniu. Ale, na litość boską, niech pan ich nie puszcza, zanim mocno nie siądzie na platformie... i ekipa ratunkowa niech będzie w pogotowiu.
- W tej sytuacji - rzekł cicho Dover - nie chciałbym być na miejscu tych facetów, nawet gdyby proponowano mi za to wszystkie seksbomby Hollywood.
Koski wyliczył, że nie może skierować "Catawaby" pod wiatr, który wzmagając turbulencję poszycia, spowoduje zagładę śmigłowca. Natomiast ustawienie równoległe do fali powodowało duży przechył statku, uniemożliwiający stabilne lądowanie. Zdobywana przez lata praktyka i umiejętność właściwej oceny sytuacji wraz z doskonałą znajomością możliwości "Catawaby" sprawiły, że decyzję podjął niemal rutynowo.
- Weźmiemy ich pod wiatr i falę od dziobu. Zredukować szybkość i zmienić kurs.
Dover skinął głową i zniknął w sterówce. Po chwili wrócił.
- Według rozkazu, dziób pod wiatr i najwolniej, jak pozwala morze.
Koski i Dover chłodnym okiem obserwowali, jak jasnożółty helikopter zakręcił w chmurach pod wiatr i pod kątem trzydziestu stopni podchodził do rufy "Catawaby", zostawiającej na wodzie szeroki ślad. Mimo ostrego naporu wiatru pilot potrafił jakoś utrzymywać maszynę w spokojnym locie. Około stu metrów od celu śmigłowiec zaczął tracić prędkość, aż w końcu niczym koliber zawisł w powietrzu nad wznoszącym się i opadającym lądowiskiem. Przez krótki czas, który Koskiemu wydawał się wiecznością, helikopter wisiał na niezmiennej wysokości, jego pilot zaś określał szczytowy punkt podnoszonej na grzbietach fal rufy kutra. Gdy platforma osiągnęła apogeum, pilot śmigłowca przymknął przepustnice i ulysses zgrabnie opadł na "Catawabę", której rufa w chwilę później runęła między fale.
Ledwie płozy dotknęły platformy, pięciu ludzi z załogi kutra rzuciło się na rozkołysane lądowisko w strugę silnego nadmuchu, aby przymocować helikopter i uchronić go przed zdmuchnięciem do wody. Wkrótce silnik zamarł, płaty wirnika znieruchomiały, a z boku kabiny otworzyły się drzwi. Na platformę wskoczyli dwaj mężczyźni, pochylając głowy przed silną mżawką.
- Co za skurwiel - mruknął z zachwytem Dover. - Takie lądowanie to dla niego bułka z masłem.
Koski napiął mięśnie twarzy.
- Lepiej, żeby mieli pierwszorzędne rekomendacje i uprawnienia, które rzeczywiście pochodzą z Głównego Dowództwa Straży Wybrzeża w Waszyngtonie.
Dover się uśmiechnął.
- Może to są kongresmani na inspekcji.
- Mało prawdopodobne - odparł zwięźle Koski.
- Czy mam ich zaprowadzić do pana kabiny? Koski pokiwał głową.
- Nie. Niech pan przekaże im ode mnie wyrazy szacunku i zaprowadzi do mesy oficerskiej. W tej chwili - uśmiechnął się chytrze - interesuje mnie jedynie filiżanka gorącej kawy.
Dokładnie dwie minuty później kapitan Koski siedział przy stole w mesie oficerskiej, z przyjemnością obejmując zziębniętymi dłońmi kubek z parującą czarną kawą. Kubek był opróżniony prawie do połowy, gdy otworzyły się drzwi i do kabiny wszedł Dover, prowadząc za sobą pucołowatego osobnika w dużych okularach bez oprawek, zainstalowanych na łysej głowie okolonej siwymi, sztywnymi włosami. Mimo że na pierwszy rzut oka przypominał Koskiemu stereotyp szalonego naukowca, mężczyzna miał okrągłą, dobroduszną twarz i wesołe brązowe oczy. Widząc spojrzenie dowódcy statku, nieznajomy z wyciągniętą ręką pomaszerował do stołu.
- Kapitan Koski, jak sądzę. Hunnewell, doktor Bill Hunnewell. Przepraszam za kłopoty, które panu sprawiamy.
Koski wstał i uścisnął dłoń Hunnewella.
- Witam na pokładzie, doktorze. Proszę, niech pan siada i napije się kawy.
- Kawy? Nie znoszę tego świństwa - powiedział z żalem Hunnewell. - Ale za łyk kakao oddałbym duszę.
- Mamy kakao - odrzekł uprzejmie Koski. Przechylił się do tyłu na krześle i zawołał:
- Brady!
Z kambuza nieśpiesznie wyszedł ubrany w białe wdzianko steward. Był wysoki, szczupły i szedł kołyszącym się krokiem, który bez wątpienia zdradzał jego teksańskie pochodzenie.
- Tak jest, panie kapitanie. Co to ma być?
- Filiżanka kakao dla naszego gościa i jeszcze dwie kawy dla porucznika Dovera oraz... - Koski zawiesił głos i pytająco spojrzał na oficera. - Wydaje mi się, że brakuje nam pilota doktora Hunnewella.
- Za chwilę tu będzie. - Dover miał nieszczęśliwy wyraz twarzy. Sprawiał wrażenie, jak gdyby starał się ostrzec Koskiego. - Chciał się upewnić, że helikopter jest dobrze przymocowany.
Koski z namysłem przyglądał się Doverowi, lecz po chwili odwrócił od niego wzrok.
- Już wiesz, co ma być, Brady. I przynieś dzbanek na dolewki. Brady potwierdził polecenie jedynie skinieniem głowy i wrócił do kambuza.
- To prawdziwy luksus - powiedział Hunnewell - mieć dookoła siebie cztery solidne ściany. Można osiwieć od siedzenia w tym trzęsącym się latadle, w którym za całą osłonę przed żywiołami służy plastikowa bańka. - Pogładził ze śmiechem białe kosmyki otaczające jego okrągłą łepetynę.
Koski odstawił kubek, lecz się nie uśmiechał.
- Myślę, że nawet nie zdaje pan sobie sprawy z tego, jak mało brakowało, aby stracił pan resztkę włosów wraz z życiem. Lot przy takiej pogodzie to czyste szaleństwo.
- Zapewniam pana, że ta wyprawa była absolutnie konieczna - oświadczył Hunnewell cierpliwym tonem nauczyciela przemawiającego do małego ucznia. - Pan, załoga i statek macie do wypełnienia ogromnej wagi zadanie, w którym czas odgrywa główną rolę. Nie możemy sobie pozwolić na stratę choćby minuty. - Z kieszeni na piersiach wyciągnął małą kartkę i podał ją nad stołem Koskiemu. - Zanim wyjaśnię naszą obecność, muszę pana prosić o zmianę kursu na podaną tutaj pozycję.
Koski wziął papier, nie czytając go.
- Proszę mi wybaczyć, doktorze Hunnewell, ale nie jestem upoważniony do spełnienia pana prośby. Jedyny rozkaz, jaki otrzymałem z głównego dowództwa, dotyczył wzięcia na pokład dwóch pasażerów. Nie było żadnej wzmianki o tym, że macie carte blanche na kierowanie moim statkiem.
- Nic pan nie rozumie.
Znad kubka z kawą Koski świdrował wzrokiem Hunnewella.
- Jakie są pana kompetencje? Dlaczego znalazł się pan tutaj?
- Niech się pan nie denerwuje, kapitanie. Nie jestem wrogim agentem, pragnącym dokonać sabotażu na pana drogocennym statku. Mam doktorat z oceanografii, a obecnie jestem zatrudniony przez Narodową Agencję Badań Morskich i Podwodnych NUMA.
- Bez urazy - powiedział Koski pojednawczo. - Ale moje pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi.
- Może ja pomogę oczyścić atmosferę - spokojnie, lecz autorytatywnie zabrzmiał nowy głos.
Koski zesztywniał na krześle i powoli odwrócił się w kierunku postaci niedbale opartej o drzwi, postaci wysokiej i dobrze zbudowanej. Opalona na brązowo twarz o ostrych, niemal drapieżnych rysach oraz przenikliwe zielone oczy wskazywały, że to nie jest mężczyzna, który pozwoli sobie nadepnąć na odcisk. Był ubrany w granatową lotniczą kurtkę wojskową i mundur. Czujny, choć z pozoru obojętny, obdarzył Koskiego łaskawym uśmiechem.
- Ach, jest pan wreszcie - głośno rzekł Hunnewell. - Kapitanie Koski, pozwoli pan, że przedstawię majora Dirka Pitta, dyrektora do zadań specjalnych w NUMA.
- Pitta? - powtórzył jak echo Koski. Spojrzał na Dovera i podniósł brew. Dover tylko wzruszył ramionami, wciąż czując się niepewnie. - Czy to przypadkiem nie ten sam Pitt, który przed rokiem zlikwidował podwodny przemyt w Grecji?
- Lwia część uznania należy się co najmniej dziesięciu innym ludziom - odrzekł Pitt.
- Oficer lotnictwa, który pracuje nad badaniami oceanograficznymi - stwierdził Dover. - To nieco odległa dziedzina od pana pierwotnego żywiołu, prawda, majorze?
W kącikach oczu Pitta pojawiły się wywołane uśmiechem zmarszczki.
- Ale nie dalsza niż Księżyc, na którym lądowali lotnicy z marynarki wojennej.
- Słuszna uwaga - przyznał Koski.
Pojawił się Brady i podał kawę oraz kakao. Następnie wyszedł i znów wrócił. Zostawił tacę z kanapkami i zniknął, tym razem na dobre.
Koski zaczął czuć się niepewnie. Naukowiec z poważnej agencji rządowej - to nie wróżyło nic dobrego, ale oficer z innej formacji, mający ciągoty do niebezpiecznych eskapad, to już o wiele za dużo. A kombinacja ich obu - siedzących przy stole i mówiących, co ma robić - to była absolutna katastrofa.
- Jak mówiłem, kapitanie - podjął Hunnewell niecierpliwie - możliwie jak najszybciej musimy się dostać na pozycję, którą panu podałem.
- Nie - bez ogródek powiedział Koski. - Przykro mi, że moja postawa może wydawać się nieprzychylna, lecz musicie przyznać, iż mam pełne prawo odmówić waszym żądaniom. Jako kapitan tego statku jestem zobowiązany wykonywać rozkazy pochodzące jedynie z Okręgowego Dowództwa Straży Wybrzeża w Nowym Jorku lub głównego dowództwa w Waszyngtonie. - Przerwał, by nalać sobie jeszcze jeden kubek kawy. - Rozkaz, który otrzymałem, mówił o wzięciu dwóch pasażerów, o niczym więcej. Wykonałem go i teraz wracam na poprzedni kurs patrolowy.
Pitt spojrzał na nieugiętą twarz Koskiego wzrokiem metalurga, badającego wytrzymałość próbki stali wysokiej jakości. Nagle wstał, podszedł ostrożnie do drzwi kambuza i zajrzał do środka. Brady był zajęty przesypywaniem ziemniaków z worka do olbrzymiego parującego gara. Następnie Pitt z niezmienną ostrożnością zawrócił i uważnie obejrzał mały korytarz na zewnątrz mesy. Zauważył, że niewinna gra przyniosła efekt: Koski i Dover, śledząc jego ruchy, wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Pitt zaś, najwyraźniej zadowolony, że nikt nie podsłuchuje, zawrócił i usiadł przy stole.
- W porządku, panowie - wyszeptał, nachylając się do obu oficerów. - Teraz powiem, o co chodzi. Pozycja, którą podał wam doktor Hunnewell, dokładnie odpowiada położeniu pewnej wyjątkowo ważnej góry lodowej.
Koski zaczerwienił się, lecz jego twarz pozostała nieruchoma.
- Nie chciałbym, żeby to głupio zabrzmiało, majorze, ale jeśli wolno wiedzieć, jaką to górę lodową uważa pan za wyjątkowo ważną?
Pitt milczał chwilę dla wywołania większego efektu.
- Taką, pod której powłoką znajduje się wrak statku. Gwoli dokładności, rosyjskiego trawlera nafaszerowanego najnowszą i najbardziej zaawansowaną elektroniką, jaką do celów szpiegowskich wymyśliła sowiecka nauka. Nie mówiąc o szyfrach i kompletnych danych dotyczących ich systemu inwigilacji całej półkuli zachodniej.
Koski nawet nie mrugnął. Nie odrywając oczu od Pitta, wydobył z wnętrza kurtki kapciuch i zaczął spokojnie nabijać fajkę.
- Sześć miesięcy temu - kontynuował Pitt - rosyjski trawler o nazwie "Nowgorod" pływał zaledwie kilka mil od wybrzeża Grenlandii, prowadząc obserwację rakietowej bazy Powietrznych Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych na wyspie Disko. Zdjęcia lotnicze wykazały, że na "Nowgorodzie" znajdują się wszelkie znane nam elektroniczne anteny odbiorcze oraz jeszcze parę innych. Rosjanie rozgrywali to na zimno; trawler wraz z załogą złożoną z trzydziestu pięciu doskonale wykwalifikowanych mężczyzn, a także kobiet, nigdy nie błąkał się po wodach terytorialnych Grenlandii. Stanowił nawet miły widok dla naszych pilotów, którzy podczas złej pogody wykorzystywali go jako punkt nawigacyjny. Po trzydziestu dniach większość rosyjskich statków szpiegowskich została zwolniona ze służby, ale ten trwał na posterunku bite trzy miesiące. Departament Wywiadu Marynarki Wojennej zaczął się zastanawiać nad tak długą zwłoką. A potem pewnego sztormowego poranka "Nowgorod" zniknął. Stało się to na trzy tygodnie przed przybyciem statku zmiennika. To opóźnienie pozostaje tajemnicą; do tej pory Rosjanie nigdy nie naruszyli zwyczaju odsyłania statku szpiegowskiego, jeżeli na posterunku nie pojawił się inny. - Pitt przerwał, by zgasić papierosa. - Są tylko dwie drogi, którymi "Nowgorod" mógłby się dostać do domu, do mateczki Rosji. Jedna przez Bałtyk prowadzi do Leningradu, a druga przez Morze Barentsa do Murmańska. Brytyjczycy i Norwegowie zapewniają nas, że "Nowgorod" nie wybrał żadnej z nich. Krótko mówiąc, "Nowgorod" z całą załogą przepadł gdzieś pomiędzy Grenlandią a brzegami Europy.
Koski postawił na stole kubek, wpatrując się z zamyśleniem w brudne dno.
- Wydaje mi się trochę dziwne, że Straż Wybrzeża nigdy nie została o tym powiadomiona. Wiem na pewno, że nie otrzymaliśmy żadnego meldunku o zaginięciu rosyjskiego trawlera.
- Waszyngtonowi również wydało się to dziwne. Dlaczego Rosjanie mieliby utrzymywać w tajemnicy utratę jednostki? Jedyną logiczną odpowiedzią jest stwierdzenie, że starali się nie dopuścić do tego, żeby którykolwiek kraj na Zachodzie wpadł na ślad ich najnowocześniejszego statku szpiegowskiego.
Usta Koskiego wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Chce pan, żebym kupił wiadomość o zakutym w lodzie sowieckim statku szpiegowskim? Niech pan da spokój, majorze. Przestałem wierzyć w bajki, gdy przekonałem się, że na świecie nie ma krasnoludków ani królewny Śnieżki.
Pitt zignorował złośliwość Koskiego.
- Tak czy inaczej, to właśnie jeden z waszych samolotów patrolowych zauważył zarys trawlera w górze lodowej na pozycji 47 o
36'N-43 o
17'W.
- To prawda - rzekł zimno Koski - że "Catawaba" jest najbliższą tej pozycji jednostką ratowniczą, ale dlaczego rozkaz zbadania góry nie wyszedł z dowództwa okręgowego w Nowym Jorku?
- Przez konieczność zachowania tajemnicy - odpowiedział Pitt. - Ostatnia rzecz, na którą zgodziliby się chłopcy w Waszyngtonie, to publiczny komunikat przez radio. Na szczęście pilot, który zauważył górę lodową, poczekał, aż wyląduje, a dopiero później złożył dokładny meldunek o jej lokalizacji. Naturalnie, nasza koncepcja polega na znalezieniu trawlera, zanim dopadną go Rosjanie. Sądzę, że zdaje pan sobie sprawę, kapitanie, jak bezcenne są dla naszego rządu tajne informacje, dotyczące sowieckiej floty szpiegowskiej.
- Chyba lepiej byłoby umieścić na górze lodowej ludzi od spraw elektroniki i interpretacji tajnych informacji wywiadu. - Niewielka zmiana, jaka zaszła w głosie Koskiego, w żadnym razie nie wskazywała na to, że kapitan zmiękł. Była jednak wyraźnie odczuwalna. - Proszę mi wybaczyć to, co powiem, ale zestaw pilot i oceanograf jest bez sensu.
Pitt badawczo spojrzał na Koskiego, potem na Dovera i znów na Koskiego.
- Fałszywe twierdzenie - powiedział cicho - choć oparte na właściwym założeniu. Gdy w grę wchodzą operacje szpiegowskie, Rosjanie nie są tak całkiem prymitywni. Wojskowy śmigłowiec tułający się nad otwartym morzem, gdzie rzadko kiedy przepływają statki, albo wcale nie przepływają, musiałby wzbudzić ich podejrzenia. Natomiast jednostki Narodowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych są powszechnie znane z prowadzenia badań naukowych nawet na najbardziej odległych akwenach.
- A wasze kwalifikacje?
- Mam duże doświadczenie w lataniu śmigłowcem w warunkach arktycznych - odpowiedział Pitt. - Doktor Hunnewell jest bez wątpienia światowym autorytetem w dziedzinie badań formacji lodowych.
- Rozumiem - rzekł powoli Koski. - Doktor Hunnewell przyjrzy się górze, zanim nabałaganią chłopcy z wywiadu.
- Zgadł pan - potwierdził Hunnewell. - Jeśli pod lodem rzeczywiście jest "Nowgorod", do mnie należy określenie najwygodniejszego sposobu dotarcia na statek. Jestem pewien, kapitanie, że doskonale pan wie, iż z górami lodowymi nie ma żartów, są zbyt zdradliwe. To tak jak z cięciem diamentu; mały błąd jubilera i po sprawie. Zbyt dużo ciepła w niewłaściwym miejscu i lód pęknie albo się przełamie. Ponadto gwałtowne topnienie może doprowadzić do zmiany środka ciężkości góry i spowodować, że jej wierzchołek nagle znajdzie się pod wodą. Widzi więc pan, że zbadanie masy lodowej, zanim w miarę bezpiecznie będzie można wejść na "Nowgorod", jest absolutną koniecznością.
Wyraźnie odprężony, Koski wyciągnął się na krześle. Przez chwilę popatrzył w oczy Pitta, po czym uśmiechnął się.
- Poruczniku Dover!
- Tak jest.
- Proszę uprzejmie spełnić życzenie panów, położyć statek na kurs 47o36'N-43o17'W i dać całą naprzód. Niech pan powiadomi dowództwo okręgowe w Nowym Jorku o naszym zamiarze zmiany pozycji.
Spojrzał na twarz Pitta, oczekując zmiany jej wyrazu. Żadna zmiana jednak nie nastąpiła.
- Proszę się nie gniewać - powiedział grzecznie Pitt - ale sugeruję, żeby pan zrezygnował z meldunku do dowództwa okręgowego.
- Jestem daleki od jakichkolwiek podejrzeń - odrzekł Koski przepraszającym tonem. - Tak jednak jest, że nie mam zwyczaju krążenia po północnym Atlantyku bez informowania Straży Wybrzeża, gdzie znajduje się jej własność.
- W porządku, ale byłbym zobowiązany, gdyby nie wspominał pan, dokąd płyniemy. - Pitt zaciągnął się papierosem. - Proszę też, żeby powiadomił pan biuro NUMA w Waszyngtonie o naszym szczęśliwym przybyciu na pokład "Catawaby" i poinformował, że pogoda się poprawi, kiedy będziemy kontynuować lot do Reykjaviku.
Koski uniósł brwi.
- Do Reykjaviku na Islandii?
- To jest nasz punkt docelowy - wyjaśnił Pitt.
Koski już zaczął coś mówić, ale zastanowiwszy się, wzruszył tylko ramionami.
- Lepiej pokażę panom wasze kwatery. Doktor Hunnewell - zwrócił się do Dovera - może spać w kajucie głównego mechanika. Natomiast major Pitt będzie mieszkał u pana, poruczniku.
Pitt z uśmiechem spojrzał na Dovera, a potem na Koskiego.
- Lepiej jest mieć mnie na oku?
- Pan to powiedział, nie ja - odrzekł Koski, zaskoczony zbolałym wyrazem, jaki nagle pojawił się na obliczu Pitta.
Cztery godziny później Pitt drzemał na koi wciśniętej do żelaznej klatki, którą Dover nazywał swoją kajutą. Był zmęczony niemal do bólu, lecz zbyt wiele myśli kłębiło się w jego głowie, by mógł wkroczyć do raju głębokiego snu. Tydzień temu o tej porze siedział ze zwariowanym na punkcie seksu rudzielcem na tarasie hotelu Newporter Inn, podziwiając malownicze brzegi plaży w Newport. Z przyjemnością przypominał sobie, jak obejmując dziewczynę jedną ręką i trzymając szklaneczkę szkockiej z lodem w drugiej ręce, przyglądał się luksusowym jachtom przemykającym niczym zjawy po skąpanej w świetle księżyca zatoce. Teraz był sam i ubolewał nad tym, że pośrodku lodowatego Atlantyku musi cierpieć katusze w składanej, twardej jak deska koi na pokładzie rozkołysanego kutra Straży Wybrzeża. Muszę być urodzonym masochistą, pomyślał, żeby zgłaszać się na ochotnika do każdego szalonego przedsięwzięcia wymyślonego przez admirała Sandeckera. Admirał James Sandecker, naczelny dyrektor Narodowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych, spaliłby się ze wstydu, słysząc określenie: szalone przedsięwzięcie. Cholernie wredne matactwo - to było bardziej w jego stylu.
- Cholernie żałuję, że cię ściągam ze słonecznej Kalifornii, ale podrzucili nam to wredne matactwo. - Sandecker machał dwudziestocentymetrowym cygarem jak batutą. Był mały, ognistorudy i miał twarz sępa. - Od nas wymaga się prowadzenia naukowych badań podwodnych. Dlaczego my? Dlaczego nie marynarka? Dlaczego Straż Wybrzeża nigdy sama nie może poradzić sobie ze swoimi problemami? - Paląc cygaro, z irytacją kręcił głową. - Tak czy owak, zwalili to na nas.
Pitt skończył czytać i odłożył na biurko admirała żółtą teczkę oznaczoną napisem "Tajne".
- Myślę, że to niemożliwe, aby statek uwiązł we wnętrzu góry lodowej.
- Jest to nadzwyczaj mało prawdopodobne, ale doktor Hunnewell zapewnia mnie, że może się zdarzyć.
- Odnalezienie właściwej góry może się okazać trudne; upłynęły cztery dni od spostrzeżenia jej przez Straż Wybrzeża. Do tej pory ta wybujała kostka lodu mogła przedryfować pół drogi do Azorów.
- Doktor Hunnewell sporządził wykres prądu i prędkości dryfu, ograniczając obszar do pięćdziesięciu mil kwadratowych. Jeśli masz dobry wzrok, nie będziesz miał żadnych problemów ze spostrzeżeniem góry, zwłaszcza że Straż Wybrzeża oznaczyła ją czerwoną farbą.
- Wypatrzenie jej to jest jedna sprawa - w zamyśleniu powiedział Pitt - druga to wylądowanie na niej helikopterem. Czy nie byłoby wygodniej i bardziej bezpiecznie dostać się tam...
- Nie! - przerwał mu Sandecker. - Żadnych statków. Jeśli ta rzecz pod lodem jest tak ważna, jak myślę, to poza tobą i Hunnewellem nie chcę tam nikogo, kto byłby bliżej góry niż na pięćdziesiąt mil.
- Może to pana zaskoczy, admirale, ale ja nigdy dotąd nie lądowałem śmigłowcem na górze lodowej.
- Bardzo możliwe, że nikt inny też. Dlatego właśnie poprosiłem, abyś został moim dyrektorem do zadań specjalnych. - Sandecker uśmiechnął się figlarnie. - Masz nieznośną skłonność do, no powiedzmy, dostarczania towaru na miejsce.
- Czy tym razem - nieśmiało zapytał Pitt - będę miał szansę ewentualnej odmowy przyjęcia zadania?
- W grę wchodzi wyłącznie zgłoszenie ochotnicze. Pitt bezradnie wzruszył ramionami.
- Nie wiem, dlaczego zawsze tak łatwo panu ulegam. Zaczynam podejrzewać, że wyćwiczył mnie pan jak rasowego gołębia, który zawsze wraca do gniazda.
Na twarzy Sandeckera zakwitł szeroki uśmiech.
- Ty to powiedziałeś, nie ja.
Szczęknęła klamka i drzwi kabiny się otworzyły. Pitt leniwie otworzył jedno oko i zobaczył wchodzącego Hunnewella. Gruby doktor jak linoskoczek usiłował balansować między koją Pitta a szafką na ubrania Dovera, by w końcu dostać się do fotelika przy biurku. Słychać było wyraźnie dwugłos, w jaki zlały się westchnienie Hunnewella i skrzypiący protest fotela, gdy doktor umieszczał swój ciężar między poręczami.
- Jak, na miły Bóg, taki gigant jak Dover w tym się mieści? - z niedowierzaniem zapytał nie bardzo wiadomo kogo.
- Spóźnił się pan - ziewnął Pitt. - Spodziewałem się pana kilka godzin temu.
- Nie mogłem się kręcić po kątach ani prześlizgiwać przez szyby wentylacyjne niczym szpieg. Musiałem poczekać na jakiś pretekst, żeby móc z panem porozmawiać.
- Pretekst?
- Tak. Wyrazy szacunku od kapitana Koskiego. Podano kolację.
- Po co to całe kręcenie? - ponuro zapytał Pitt. - Nie mamy nic do ukrycia.
- Nic do ukrycia! Nic do ukrycia! Kłamał pan tam jak z nut i jeszcze mi pan spokojnie mówi, że nie mamy nic do ukrycia? - Hunnewell z rozpaczą pokiwał głową. - Obaj staniemy przed plutonem egzekucyjnym, gdy w Straży Wybrzeża dowiedzą się, jak ich wykiwaliśmy, wyłączając ze służby jeden z najnowszych kutrów.
- Helikoptery mają obrzydliwy zwyczaj nielatania z pustymi zbiornikami - złośliwie rzekł Pitt. - Musieliśmy mieć bazę operacyjną i źródło paliwa. "Catawaba" była jedynym statkiem w okolicy dysponującym odpowiednim zapleczem. Poza tym to pan wysłał lipny rozkaz z Głównego Dowództwa Straży Wybrzeża i to na pana mają haka w tej sprawie.
- A ta niedorzeczna historyjka o zaginionym rosyjskim trawlerze? Nie może pan zaprzeczyć, że to pana wymysł od początku do końca.
Pitt podłożył ręce pod głowę i zapatrzył się w sufit.
- Sądziłem, że wszystkim się spodobała.
- Nie podpisuję się pod nią. To było najbardziej perfidne nadużycie zaufania, jakie w życiu widziałem.
- Wiem. Są takie chwile, w których siebie nienawidzę.
- Czy zdaje pan sobie sprawę, co się stanie, gdy kapitan Koski przejrzy nasz przebiegły planik?
Pitt wstał i się przeciągnął.
- Po prostu zrobimy to, co zrobiliby dwaj inni godni zaufania Amerykanie.
- To znaczy? - szepnął Hunnewell z powątpiewaniem.
Pitt się uśmiechnął.
- Gdy przyjdzie czas, zaczniemy się o to martwić.