ROZDZIAŁ 1
Major Dirk Pitt poprawił kabłąk słuchawek na swoich ciemnych, gęstych włosach i powoli kręcąc gałką częstotliwości, usiłował polepszyć odbiór. Potem, z błyskiem zdumienia w oczach koloru akwamaryny, uważnie słuchał przez moment, a na jego ogorzałym czole pojawiły się zmarszczki.
Nie o to chodzi, iż wiadomość, jaką odebrał, była niezrozumiała. Wręcz przeciwnie. Ale po prostu nie mógł dać jej wiary. Jeszcze raz wytężył słuch w zgiełku, jaki czyniły dwa silniki wodnosamolotu Catalina. Słowa, które dobiegały jego uszu, słabły, zamiast nabierać mocy. Potencjometr siły głosu był rozkręcony do oporu, od lotniska Brady zaś dzieliło ich zaledwie czterdzieści osiem kilometrów. W tych okolicznościach meldunek kontrolera ruchu powietrznego powinien rozszarpać bębenki Pitta. Albo siada zasilanie na wieży, albo kontroler jest poważnie ranny - uznał Pitt. Dumał może minutę, a potem, sięgnąwszy w prawo, potrząsnął uśpioną sylwetką w fotelu drugiego pilota.
- Koniec drzemki, śpiąca królewno. - Jego głos, cichy z pozoru i naturalny, miał w sobie coś, co sprawiało, że z łatwością przebijał się przez hałas dudniącego silnika czy zgiełk zatłoczonego pokoju.
Kapitan Al Giordino ze znużeniem dźwignął głowę i donośnie ziewnął. W jego ciemnych, podkrążonych oczach wyraźnie odbijały się trudy trzynastu godzin, jakie spędził w kabinie starej łodzi latającej, bez przerwy wstrząsanej drgawkami. Wyrzucił w górę ramiona, nabrał powietrza w niezwykle pojemne płuca i przeciągnął się, aż zatrzeszczały stawy. Potem siadł prosto i wysunąwszy głowę, wbił spojrzenie w przestrzeń rozciągającą się za szybami kabiny.
- Jesteśmy już nad "Pierwszym Podejściem"! - wymamrotał, znowu ziewając.
- Prawie - odparł Pitt. - Thasos na wprost przed nami.
- O kurczę - mruknął Giordino, a potem skrzywił usta w uśmiechu. - Mogłem sobie jeszcze pospać dobrych dziesięć minut. Czemuś mnie obudził?
- Przechwyciłem z Brady wiadomość, że lotnisko zostało zaatakowane przez niezidentyfikowany samolot.
- Chyba mnie podpuszczasz - powiedział z niedowierzaniem Giordino. - To musi być jakiś kawał.
- Nie, wcale tak nie sądzę. Z głosu kontrolera nie wynikało, że wpuszcza mnie w maliny. - Pitt zawahał się, cały czas uważnie obserwując fale, które przemykały najwyżej piętnaście metrów pod kadłubem cataliny. Dla wprawy i utrzymania refleksu w dobrej formie, przez ostatnie kilometry leciał tuż nad morzem.
- Niewykluczone, że wieża Brady mówi zupełną prawdę - stwierdził Giordino, wciąż wpatrzony w okno. -Tylko spójrz tam, na wschodnią część wyspy.
Obaj skoncentrowali całą uwagę na wyłaniającym się z morza kopulastym skrawku stałego lądu. Opustoszałe plaże, graniczące z białą wstążką przyboju, były żółte, a stoki łagodnych pagórków pokrywała zieleń drzew. Kolory te, rozmyte przez fale ciepła, żywo kontrastowały z błękitem Morza Egejskiego. Gdzieś z południowego obszaru Thasos biła w bezwietrzne niebo wielka kolumna dymu, tworząc nad wyspą olbrzymią, spiralnie skręconą czarną chmurę. Gdy dziób cataliny przybliżył się do Thasos nieco bardziej, Pitt i Giordino dostrzegli migotanie płomieni.
Pitt chwyci mikrofon i wcisnął guziczek na jego rączce.
- Wieża Brady, wieża Brady, tu Papa-Bravo-Yankee-086, odbiór.
Nie było odpowiedzi i Pitt jeszcze dwukrotnie powtórzył wezwanie.
- Cisza? - zapytał Giordino.
- Grobowa - odparł Pitt.
- Powiedziałeś: niezidentyfikowany samolot. Rozumiem, że chodziło o jeden?
- Dokładnie takich słów użyła przed zamilknięciem wieża Brady.
- To kompletnie bez sensu. Dlaczego jeden samolot miałby atakować bazę sił powietrznych Stanów Zjednoczonych?
- Bóg raczy wiedzieć - odrzekł Pitt, pociągając lekko drążek sterowy. - Może to jakiś grecki kmieć, wpieprzony, że nasze odrzutowce płoszą mu kozy? Tak czy inaczej, nie jest to atak na dużą skalę, bo w takim razie Waszyngton już by nas powiadomił. Pożyjemy, zobaczymy. - Pitt potarł oczy, aby odegnać z nich senność. - Przygotuj się, zamierzam wznieść się wyżej, zatoczyć krąg nad tymi wzgórkami i mając słońce za sobą, zejść na dół, żeby się dokładniej wszystkiemu przyjrzeć.
- Tylko bez żadnych numerów, zgoda? - poprosił Giordino, marszcząc brwi i uśmiechając się z powagą. - Ten stary karawan będzie mocno do tyłu, jeśli czeka tam na nas odrzutowiec uzbrojony w rakiety.
- Nie bój bidy - powiedział ze śmiechem Pitt. - Mój główny cel w życiu polega na tym, żeby najdłużej, jak to możliwe, uchować się w zdrowiu.
Pchnął manetki przepustnicy i dwa silniki Pratt & Whitney Wasp wyraźnie zwiększyły obroty, a potem, zręcznie manipulując drążkiem, skierował w słońce spłaszczony ryj samolotu; catalina z sekundy na sekundę zwiększała wysokość i nad górami Thasos ruszyła po łuku w stronę potężniejącej chmury dymu.
Nagle w słuchawkach Pitta zahuczał głos - ten sam co przedtem, ale teraz nierównie mocniejszy. Omal nie ogłuszył Pitta, zanim ten zdołał go wyciszyć.
- Wzywa wieża Brady. Zostaliśmy zaatakowani! Powtarzam: zostaliśmy zaatakowani! Odezwijcie się... Błagam, niech się ktokolwiek odezwie! - Głos brzmiał nieomal histerycznie.
- Wieża Brady, tu Papa-Bravo-Yankee-086. Odbiór - powiedział Pitt.
- Bogu dzięki - dobiegło w odpowiedzi westchnienie.
- Próbowałem wywołać cię już wcześniej, wieża Brady, ale zniknąłeś z eteru.
- Zostałem trafiony podczas pierwszego ataku i... i chyba straciłem przytomność. Teraz już czuję się lepiej. - Głos się łamał, lecz słowa były zrozumiałe.
- Jesteśmy w przybliżeniu piętnaście kilometrów od was na wysokości tysiąca ośmiuset metrów - powiedział powoli Pitt, nie powtarzając swoich namiarów. - Jak wygląda sytuacja?
- Jesteśmy bezbronni. Wszystkie nasze jednostki zostały zniszczone na ziemi. Najbliższa eskadra myśliwców przechwytujących stacjonuje o kilkaset kilometrów stąd. Żadnym cudem nie dotrze tu na czas. Możecie nam pomóc?
Pitt odruchowo pokręcił głową.
- To nie wchodzi w grę, wieża Brady. Nie wyciągam nawet trzystu kilometrów na godzinę i na pokładzie mam zaledwie dwa karabiny. Walka z odrzutowcem byłaby tylko stratą czasu.
- Proszę, pomóżcie - powiedział błagalnie głos. - Samolot, który nas zaatakował, nie jest odrzutowym bombowcem, lecz dwupłatem z czasów pierwszej wojny. Pomóżcie...
Pitt i Giordino, kompletnie zbici z pantałyku, popatrzyli po sobie i minęło pełnych dziesięć sekund, zanim Pitt wziął się w garść.
- Dobra, wieża Brady, lecimy. Miejmy tylko nadzieję, że nie dałeś plamy z identyfikacją napastnika, bo w przeciwnym wypadku dwie siwowłose matusie pogrążą się w cholernej żałobie, kiedy ja i mój drugi pilot kopniemy w kalendarz. Bez odbioru. - Potem Pitt odwrócił się do Giordina i zachowując niewzruszony wyraz twarzy, wyrzucił z siebie szybko, pewnie i rzeczowo: - Idź na tył, otwórz luki, weź karabin i rób za snajpera.
- Nie wierzę własnym uszom - powiedział oszołomiony Giordino.
Pitt pokręcił głową.
- Ja też nie kupuję tego bez zastrzeżeń, ale musimy do chłopaków z ziemi wyciągnąć pomocną dłoń. A teraz zasuwaj.
- Zrobię to - wymamrotał Giordino - ale wciąż nie wierzę.
- Praca myślowa to nie twoja działka, brachu. - Pitt z przelotnym uśmiechem lekko szturchnął Giordina w ramię. - Powodzenia.
- Tobie też się przyda. Krwawisz równie łatwo jak ja - odparł przytomnie Giordino, a potem, mrucząc pod nosem, wstał z fotela drugiego pilota i ruszył w głąb samolotu. Kiedy znalazł się w ładowni, wyjął z szafki ściennej karabin kalibru .30 i założył magazynek z piętnastoma nabojami. Otworzył luk, a rozgrzane powietrze smagnęło go po twarzy i wypełniło całą ładownię. Raz jeszcze sprawdził broń, a gdy zasiadł w oczekiwaniu, znów pomyślał o swym przyjacielu pilotującym samolot.
Giordino znał Pitta od bardzo dawna. Bawili się ze sobą jako chłopcy, w szkole średniej byli członkami tej samej drużyny lekkoatletycznej, umawiali się z tymi samymi dziewczynami. Żaden facet na świecie nie znał Pitta tak dobrze jak Giordino... ani, skoro o tym mowa, żadna kobieta. W Pitcie mieszkało dwóch różnych ludzi. Był zatem ów kompetentny perfekcjonista Dirk Pitt, który rzadko popełniał błędy, a zarazem - co stanowi doprawdy nieczęstą kombinację przymiotów - nie miał w sobie szczypty zarozumiałości, za to mnóstwo humoru i wielką łatwość nawiązywania kontaktów i zawierania przyjaźni. Ale był jeszcze ten drugi Pitt, melancholijny Pitt, który na długie godziny zamykał się w sobie i jak gdyby pogrążony bez reszty w jakiejś fantastycznej mrzonce, stawał się człowiekiem nieprzystępnym i wyniosłym. Musiał wprawdzie istnieć klucz, zdolny otworzyć drzwi dzielące tych dwóch Pittów, ale Giordino nigdy go nie znalazł. Wiedział tylko, że - odkąd w minionym roku opodal Hawajów Pitt stracił ukochaną kobietę - znacznie częściej niż kiedyś popadał w zmienne nastroje.
Giordino przypomniał sobie jeszcze jedną przemianę: otóż na moment przed wyjściem z kabiny pilotów spostrzegł, że ciemnozielone oczy Pitta stają się w obliczu niebezpieczeństwa świetliście jasne. Takie oczy widział dotąd tylko raz w życiu; zerknął na swoją prawą dłoń, w której brakowało palca, i z lekka się wzdrygnął. Potem oderwał myśli od wspomnień i wróciwszy do teraźniejszości, odbezpieczył karabin. I wtedy - rzecz osobliwa - poczuł się niczym niezagrożony.
Twarz siedzącego w kabinie Pitta mogłaby stanowić rzeźbiarskie studium męskości. Pitt nie był przystojniakiem w typie amanta filmowego, wręcz przeciwnie, i kobiety z rzadka - jeśli w ogóle - z własnej inicjatywy padały mu do stóp. Zazwyczaj w jego obecności, nieco strwożone i zakłopotane, wyczuwały szóstym zmysłem, iż nie jest mężczyzną skłonnym czynić zadość niewieścim zachciankom czy też wdawać się w głupawe kokieteryjne gierki. Pitt przepadał za damskim towarzystwem i miękkością kobiecych ciał, a zarazem chorobliwie nie znosił owych sztuczek, kłamstewek oraz innych kretyńskich zabiegów, do jakich trzeba się uciec, aby uwieść przeciętną samicę. Nie brakowało mu kunsztu w sztuce zwabiania kobiet do łóżka - zasługiwał w tej mierze na miano eksperta - po prostu musiał pokonać w sobie ogromne opory wewnętrzne, by podjąć tę grę. Preferował kobiety bezpośrednie i szczere, które jednak były towarem niezmiernie trudno dostępnym na rynku.
Pchnął drążek sterowy i catalina obniżyła dziób, schodząc płytkim lotem nurkowym w kierunku piekła, jakie rozpętało się na lotnisku Brady; białe wskazówki wysokościomierza, cofając się po swojej czarnej tarczy, rejestrowały powolne opadanie. Pitt wyostrzył kąt schodzenia i dwudziestopięcioletni samolot - skonstruowany z myślą o niezawodności, dużym zasięgu i powolnych lotach zwiadowczych, nie zaś rekordach szybkości - zaczął wyczuwalnie wibrować.
Pitt wystąpił o zakup tej maszyny, kiedy na żądanie admirała Jamesa Sandeckera został - zachowując stopień majora - oddelegowany z Air Force do NUMA na okres, wedle dokumentów, nieokreślony. Oficjalna nazwa jego funkcji - lądowo-pokładowy specjalista ds. bezpieczeństwa - to, zdaniem Pitta, wyłącznie wydumany eufemizm. Pitt stał się bowiem specem od wszelkich kłopotów. Ilekroć takie czy inne przedsięwzięcie rozbijało się o jakąś przeszkodę bądź problem natury nienaukowej, właśnie on miał usunąć trudności i przywrócić status quo ante. I stąd wziął się postulat kupna wodnosamolotu. Catalina-086 PBY, powolna wprawdzie jak żółw, mogła jednak bez trudu przewozić pasażerów i ładunki, a także - co istotniejsze, skoro bez mała dziewięćdziesiąt procent operacji NUMA miało miejsce na otwartym morzu - lądować na wodzie i z niej startować.
Nagle uwagę Pitta przykuł barwny błysk na czarnym tle chmury. Był to jaskrawożółty samolot, który nagle skręcił ostro i zanurkował w obłok dymu. Pitt cofnął manetki przepustnicy, żeby zredukować prędkość, z jaką obniżała lot catalina, i nie przemknąć zbyt szybko obok niezwykłego przeciwnika. Żółty samolot niczym diabeł z pudełka wyprysnął z chmury po jej przeciwnej stronie i - co było doskonale widoczne - ponowił atak na lotnisko Brady.
- Niech mnie wszyscy diabli - zahuczał donośnie Pitt. - To stary niemiecki myśliwiec typu Albatros.
Catalina nadlatywała wprost od strony słońca i pochłonięty bez reszty swym niszczycielskim zajęciem pilot albatrosa nie mógł jej widzieć. Pitt, zbliżając się do przeciwnika, uśmiechnął się ironicznie. Ubolewał jedynie, że w dziobie cataliny nie drzemią kaemy gotowe rzygnąć ogniem. Lekko przycisnął lewy orczyk i odszedł w bok, żeby Alowi Giordino otworzyć lepsze pole ostrzału. Catalina, wciąż niepostrzeżenie, nadlatywała z rykiem silników, przez który jednak przebił się nagle odgłos karabinowych wystrzałów.
Znajdowali się prawie nad albatrosem, kiedy stercząca z otwartej kabiny głowa w skórzanej pilotce zaczęła się obracać; byli tak blisko, że Pitt dostrzegł, jak na widok nadlatującego od strony słońca wodnosamolotu opadła szczęka faceta za sterami żółtej maszyny - myśliwy stał się ofiarą. Zanim wziął się w garść i przewaliwszy albatrosa na grzbiet, zdołał uciec w bok, Giordino opróżnił w jego kierunku cały magazynek.
Posępny, absurdalny dramat, rozgrywający się na zasnutych dymem niebiosach ponad lotniskiem Brady, wszedł w nowy etap, kiedy wodnosamolot z czasów drugiej wojny światowej stawił czoło myśliwcowi z pierwszej wojny. Catalina była szybsza, albatros jednak miał przewagę, jaką dają dwa karabiny maszynowe i nieporównanie większa manewrowość. Mniej znany niż współczesny mu fokker, był wszakże doskonałym samolotem myśliwskim i w latach 1916-1918 prawdziwym wołem roboczym Cesarskiej Floty Powietrznej.
Albatros wykonał nagły zwrot z półbeczki i zaatakował catalinę. Pitt zareagował błyskawicznie: szarpnął do siebie drążek sterowy i modląc się gorąco, aby skrzydła nie oderwały się od kadłuba, wprowadził wodnosamolot w pętlę. Zapomniał o wszelkiej ostrożności i powszechnie stosowanych zasadach pilotażu; krew zawrzała w nim uniesieniem, jakie towarzyszy tylko walce jeden na jednego. Nieomal słyszał trzask nitów, kiedy łódź latająca przewaliła się na grzbiet. Jego nietypowy zwód kompletnie zaskoczył przeciwnika i bliźniacze nitki ognia z dziobu żółtego samolotu poszły Panu Bogu w okno.
Wykonawszy ostry skręt w lewo, albatros znalazł się z cataliną na kursie kolizyjnym. Pitt widział ogniki pocisków smugowych mniej więcej trzy metry poniżej swojej kabiny. Dzięki Bogu, że facet jest kiepskim strzelcem, pomyślał, czując jednak, w miarę jak samoloty zbliżały się do siebie, narastający skurcz w żołądku. Wyczekał do ostatniego momentu, pchnął nos cataliny w dół i szybkim nawrotem uzyskał dla swej maszyny na jedną krótką chwilę uprzywilejowaną pozycję ponad i za albatrosem; Al Giordino ponownie otworzył ogień. Żółty samolot wywinął się spod karabinowej salwy, nurkując pionowo ku ziemi, i Pitt na moment stracił go z oczu. Natychmiast odszedł w prawo, przepatrując niebo, ale było już za późno - przewidział raczej, niż usłyszał łomot pocisków wgryzających się w poszycie latającej łodzi. Jadowitemu żądłu małego samolociku uszedł tylko dlatego, że gwałtownie zmusił catalinę do wykonania manewru spadającego liścia, ale tym razem naprawdę niewiele brakowało.
Nierówny bój, mający za jedynych widzów grupkę wojskowych, którzy jak oczarowani obserwowali go z ziemi, trwał osiem pełnych minut. Potem samoloty, minąwszy linię nadbrzeża, przeniosły się nad morze, gdzie doszło do ostatniej rundy.
Pitt był już zlany potem, słone, połyskliwe kropelki jedna za drugą, niczym zostawiający smugowy ślad mikroskopijne ślimaki, spełzały w dół jego twarzy. Przeciwnikowi nie brakowało sprytu, ale jeśli chodzi o strategiczne sztuczki, Pitt też nie wypadł sroce spod ogona. Z bezgraniczną cierpliwością, czerpaną z Bóg wie jakich rezerw utajonych w jego organizmie, wyczekiwał odpowiedniego momentu, a kiedy ten wreszcie nadszedł - Pitt był przygotowany.
Albatros zdołał usytuować się za cataliną i nieco ponad nią, Pitt jednak nie zmieniał szybkości; pilot żółtego myśliwca, przekonany o rychłym zwycięstwie, podszedł na czterdzieści metrów do ogona wodnosamolotu, zanim jednak zagadały jego kaemy, Pitt przymknął przepustnicę i opuścił klapy, sprawiając, że jego wielka maszyna nieomal stanęła w miejscu. Zaskoczony facet z albatrosa przemknął nad latającą łodzią, zaliczając przy okazji w silnik kilka dobrze i z bliskiej odległości wymierzonych kulek. Pitt ujrzał, że tuż przed kabiną wodnosamolotu albatros odszedł w bok, a jego pilot zsuwa gogle na czoło i z szacunkiem, jaki jeden odważny człowiek potrafi okazać drugiemu, unosi dłoń w krótkim salucie. Potem, ciągnąc za sobą czarną smugę dymu potwierdzającą umiejętności strzeleckie Ala Giordino, żółty samolocik zawrócił i mając pod sobą wyspę, skierował się na zachód.
Catalina, wyhamowana niemal do zera, wchodziła teraz w lot nurkowy, więc Pitt przez kilka dramatycznych sekund musiał borykać się z urządzeniami sterowniczymi, zanim wyrównał lot. Potem łagodnym łukiem rozpoczął wznoszenie. Znalazłszy się na wysokości tysiąca pięciuset metrów, ponownie wyrównał lot i uważnym spojrzeniem omiótł wyspę oraz najbliższy spłacheć morza. Nie dostrzegł jednak jaskrawożółtej maszyny z krzyżem maltańskim. Zniknęła. Rozwiała się jak dym.
Ten żółty albatros był mu skądś znany i Pitt pomyślał, że oto zapomniany upiór z przeszłości powrócił, aby go prześladować. Niesamowite uczucie ustąpiło jednak równie szybko, jak się pojawiło; Pitt głęboko westchnął, napięcie zelżało, mógł się z ulgą rozluźnić.
- No to kiedy załapuję się na oznakę strzelca wyborowego? - zapytał Giordino od drzwi kabiny. Mimo paskudnej rany na głowie uśmiechał się od ucha do ucha. Krew, ściekając po prawej skroni i policzku, plamiła kołnierz jego jaskrawej, kwiecistej koszuli.
- Musisz poprzestać na tym, że kiedy wylądujemy, postawię ci drinka - odparł Pitt, nie odwracając głowy.
Giordino wsunął się w fotel drugiego pilota.
- Czuję się tak, jakbym przed chwilą zaliczył w Disneylandzie przejażdżkę górską kolejką - oznajmił.
Pitt nie potrafił powstrzymać szerokiego uśmiechu. Przez chwilę milczał, rozluźniony i wygodnie rozparty, a potem spojrzał na Ala spod przymrużonych powiek.
- Co ci się stało? Dostałeś kulkę?
Giordino obdarzył Pitta kpiąco-żałosnym spojrzeniem.
- Skąd ci strzeliło do łba, że możesz cataliną robić pętle?
- Wtedy uznałem to za sensowny manewr - odparł Pitt z błyskiem w oku.
- Następnym razem uprzedź pasażerów. Rzucało mną po ładowni jak piłką.
- W co walnąłeś? - zapytał Pitt, unosząc brwi.
- Musisz wiedzieć?
- Więc?
Giordino był wyraźnie zakłopotany.
- Jeśli naprawdę musisz: w klamkę od sracza.
Po krótkiej chwili Pitt odrzucił głowę do tyłu i ryknął śmiechem tak zaraźliwym, że Al mu zawtórował. Zagłuszając silniki, rechotali niemal przez trzydzieści sekund, potem jednak dotarła do nich powaga ich obecnego położenia.
Pitt wciąż miał trzeźwy umysł, ale z wolna zaczynało opanowywać go znużenie. Długie godziny lotu i napięcie ledwie skończonej walki przytłaczało go i przejmowało odrętwiającym chłodem jak gęsta, wilgotna mgła. Rozmyślał o rozkosznym zapachu mydła pod zimnym prysznicem, o szorstkim dotyku wykrochmalonej pościeli - i nagle te rzeczy stały się dlań niezwykle istotne. Zerknąwszy przez szybę na lotnisko Brady, uświadomił sobie, że ich pierwotnym celem było "Pierwsze Podejście", powodowany jednak instynktem czy też mętnym przeczuciem zmienił teraz plany.
- Chyba powinniśmy odpuścić sobie lądowanie na wodzie obok "Pierwszego Podejścia" i jak Bóg przykazał siąść na ziemi. Coś mi mówi, że mamy w kadłubie kilka dziurek.
- Niegłupi pomysł - odparł Giordino. - Nie mam nastroju na skakanie ze spadochronem.
Wielki wodnosamolot zszedł nad zasłany żelastwem pas startowy, a kiedy wylądował na wyżarzonym asfalcie, podwozie podskoczyło wśród jadowitego pisku gumy, jakie zwykle towarzyszy przyziemieniu.
Trzymając się z dala od płomieni, Pitt pokołował na przeciwległy skraj płyty lotniska, gdy zaś catalina stanęła w miejscu - wyłączył zapłon i już po chwili dwa srebrne śmigła wytraciły obroty i zastygły nieruchomo, lśniąc w mocnym egejskim słońcu.
Pitt i Giordino przez jakiś czas siedzieli bez słowa, wchłaniając w siebie pierwsze rozkoszne sekundy ciszy, która zapanowała w kabinie pilotów po trzynastu godzinach zgiełku i wibracji, a potem Pitt odryglował boczne okienko, otworzył je i z beznamiętnym zainteresowaniem zaczął przypatrywać się zwalczającym ogniste piekło strażakom z bazy. Węże, jak autostrady na mapie samochodowej, wiły się dosłownie wszędzie, wrzeszczący zaś i miotający się ludzie powiększali tylko wrażenie ogólnego chaosu. Ogień trawiący FS-105 został prawie opanowany, ale jeden z cargomasterów C-133 wciąż gwałtownie płonął.
- Tylko tam popatrz - powiedział Giordino, wyciągając ramię.
Pitt przechylił się nad tablicą rozdzielczą i przez okna Ala Giordino zobaczył, że po płycie lotniska zmierza slalomem w ich kierunku niebieski kombi Air Force, wiozący kilku oficerów, za samochodem zaś, niczym sfora ujadających ogarów, gna trzydziestu czy czterdziestu szeregowych, którzy wiwatują jak wściekli.
- Oto co nazywam prawdziwie zajebistym komitetem powitalnym - powiedział rozbawiony Pitt, uśmiechając się szeroko.
Giordino przetarł krwawiące rozcięcie chusteczką do nosa, a potem, gdy już dokładnie przesiąkła, zwinął ją w kłębek, wyrzucił przez okno i spojrzawszy na niedaleki brzeg morski, utonął na moment w głębokiej zadumie. W końcu zwrócił się do Pitta:
- Chyba nie muszę ci mówić, jaki mieliśmy cholerny fart, że tu siedzimy?
- Nie, nie musisz - odparł Pitt głucho. - Przynajmniej dwa razy byłem pewien, że ten duch nas załatwi.
- Chciałbym wiedzieć, kim, do diabła, był i o co chodzi w tej całej rozróbie.
Na twarzy Pitta malowała się analityczna ciekawość.
- Jedyną przesłanką jest ten żółty albatros.
Giordino spojrzał na przyjaciela pytająco.
- A jakie znaczenie mógłby mieć kolor tego latającego rupiecia?
- Gdybyś przykładał się do lekcji z historii awiacji - odparł Pitt nie bez życzliwej ironii - byłbyś sobie zapewne przypomniał, że piloci niemieccy z czasów I wojny światowej zwykli malować samoloty na "prywatne", choć niekiedy dziwaczne kolory.
- Odłóż ten wykład z historii na później - burknął Giordino. - Teraz chcę się tylko wykaraskać z tej sauny i skasować drinka, którego mi jesteś winien. - Wstał z fotela i ruszył w stronę wyjścia.
Sekundę później koło srebrzystej latającej łodzi gwałtownie zatrzymał się niebieski samochód. Wszystkie jego drzwi rozwarły się na oścież, a na płytę lotniska wysypali się pasażerowie, którzy wśród wrzasku zaczęli łomotać pięściami we właz cataliny. Zaraz potem cały samolot opadli rozentuzjazmowani żołnierze.
Pitt nie wstawał z miejsca i tylko machając zza szyby dłonią, odpowiadał na radosne powitania. Jego ciało było odrętwiałe i znużone, umysł jednak wciąż pracował na pełnych obrotach. Dwa słowa kołatały nieustannie w myślach Pitta, który wreszcie wymruczał je na głos: "Jastrząb Macedonii".
- Co mówisz? - zapytał Giordino, odwracając się od wyjścia.
- Nic, zupełnie nic - odrzekł Pitt, wzdychając długo i donośnie. - Chodźmy... postawię ci wreszcie tego drinka.