1
Na zatłoczonych plażach stanu Hawaje można jeszcze znaleźć spłachetek piasku, na którym nietrudno o trochę spokoju. Kaena Point, wbijający się w Kauai Channel niczym lewy sierpowy boksera, jest jednym z niewielu niereklamowanych miejsc, gdzie można odpocząć i nacieszyć się piękną pustą plażą. Ale jest to iluzja zwodnicza. Jakże często brzeg smagany jest gwałtownymi prądami, które stanowią wielkie niebezpieczeństwo dla wszystkich z wyjątkiem szczególnie ostrożnych pływaków. Każdego roku, jak by to było przewidziane w dziwnie chorobliwym scenariuszu, jakiś amator kąpieli, zaintrygowany osamotnieniem piaszczystej plaży i łagodnych fal, wchodzi do wody i w ciągu kilku minut zostaje zmyty przez morze, a jego panicznych krzyków o pomoc nie jest w stanie usłyszeć nikt poza całkiem obojętnie szybującym albatrosem.
Tego właśnie dnia na plaży, na bambusowej macie leżał mocno opalony mężczyzna wzrostu sześciu stóp i trzech cali, ubrany w krótkie białe spodenki kąpielowe. Owłosiona, potężna klatka piersiowa, unosząca się lekko przy każdym wdechu, była spocona - kropelki potu spływały zygzakiem, wsiąkając w chłonny piasek. Ramię, które zakrywało oczy przed silnymi promieniami tropikalnego słońca, miało muskularne kształty. Czarne włosy, gęste i zmierzwione, opadały do połowy czoła przechodzącego w surową, lecz przyjacielską twarz. Ta twarz potrafiła się uśmiechać każdą linią, każdym mięśniem, kiedy jej posiadacz miał na to ochotę, co zresztą się często zdarzało.
Dirk Pitt ocknął się z drzemki i uniósł się na łokciach, spoglądając na opalowe morze z głębi ciemnozielonych połyskujących oczu. Dla przypadkowego wielbiciela słońca plaża jest zwykle miejscem zabawy, kąpieli, opalania się i obserwowania roznegliżowanych sylwetek innych ludzi. Dla Pitta plaża była jednak czymś żywym, poruszającym się, ciągle zmieniającym kształt i osobowość pod wpływem nieprzerwanych ataków wiatru i wodnych taranów. Pitt studiował działanie fal - jak napływały ze wzburzonego sztormem miejsca swych narodzin, odległego o całe tysiące kilometrów, jak wznosiły się i przyśpieszały, dotykając spodem płytkiego dna. Rosnąc stopniowo od pofalowania do kształtnych bałwanów, wznosiły się coraz wyżej i wyżej - na osiem stóp od podstawy do grzebienia, jak osądził Pitt - a potem załamywały się i zwalały grzmiącą masą piany i wodnego pyłu. Następnie zamierały, wrząc przy brzegu, a ich długa podróż się kończyła, gdy niknęły łagodnie w szorstkim piasku.
Nagle, gdzieś za bałwanami, jakieś trzysta stóp od brzegu, przebłysk odmiennego koloru przyciągnął wzrok Pitta. Na moment przepadł za grzbietem fal. Pitt wpatrywał się z zainteresowaniem w miejsce, w którym zniknął, i po przejściu kolejnej fali ujrzał go znowu. Z tej odległości nie można było określić kształtu, ale chodziło o jasny, żółty, fluorescencyjny blask.
Najsłuszniej - wywnioskował Pitt - byłoby dalej po prostu leżeć i pozwolić, by pęd fal przyniósł ten nie znany obiekt, ale to się jednak nie stało. Po trzydziestu minutach przedmiot kołysał się ciągle w objęciach przybrzeżnego prądu. W końcu Pitt ocenił w myślach sytuację niczym kot obserwujący mysz, podniósł się i wolno wszedł do wody. Gdy jej powierzchnia zafalowała i sięgnęła powyżej kolan, zgiął ciało w łuk i zanurkował pod zbliżający się bałwan, rozkładając w czasie swoje ruchy, tak że poczuł uderzenie fali załamującej się na młócących wodę stopach. Woda była ciepła jak podczas kąpieli w hotelowej łazience. Pomyślał, że temperatura waha się w granicach od siedemdziesięciu pięciu do siedemdziesięciu ośmiu stopni Fahrenheita. Wkrótce Pitt wynurzył głowę na powierzchnię, zaczął uderzać ramionami, płynąc z łatwością przez kipiel i poddając się prądowi, który wyniósł go na głębszą wodę. Nie musiał unosić głowy i kontrolować przypływu kolejnych fal - wiatr od morza porywał drobne krople z ich grzebienia i z odległości kilku metrów rosił mu plecy żądłami gradowej burzy. Właśnie wtedy robił wdech, zanurzał głowę i przebijał się przez nadpływającą z łoskotem ścianę wody, a potem znowu chwytał błysk słońca po drugiej stronie bałwana.
Po kilku minutach Pitt zatrzymał się i uniósł w wodzie, szukając dziwnego żółtego przedmiotu. Zauważył go dwadzieścia metrów dalej, po lewej stronie. Skupił na nim wzrok, gdy odległość znów się zmniejszyła. Stracił go z pola widzenia tylko na chwilę, kiedy pływający obiekt zapadł się między falami. Wyczuł, że prąd ciągnie go za bardzo w prawo, więc skorygował kąt i zaczął mocniej pracować ramionami, ostrożnie dobierając rytm, by uniknąć niebezpiecznego wyczerpania sił. Potem wyciągnął rękę i jego palce dotknęły gładkiej okrągłej powierzchni.
Nagroda, dla której Pitt ryzykował utonięcie, miała cylindryczny kształt, prawie sześćdziesiąt centymetrów długości i dwadzieścia centymetrów średnicy, a jej żółty pokrowiec był zrobiony z wodoodpornego sztucznego tworzywa. Na obu końcach widniały napisy wydrukowane czarnymi literami: "US Navy". Cylinder był lekki, ważył mniej niż sześć funtów, ale ważniejsze było to, że unosił się na powierzchni, więc Pitt objął go rękami, rozluźnił ciało i dokonał przeglądu swojego położenia w pewnej odległości za przelewającymi się falami.
Rozejrzał się po plaży, szukając kogoś, kto mógł go widzieć, jak wchodził do wody, jakiegoś świadka, który mógłby przynajmniej powiadomić władze i przysłać pomoc, lecz piaszczysty brzeg był pusty na przestrzeni wielu mil w obu kierunkach. Nie zawracał sobie głowy, by przyjrzeć się stromym urwiskom za plażą, gdyż bezsensem byłoby oczekiwać, że w środku tygodnia ktoś zechciałby się wdrapywać na skaliste zbocze.
Daremnie zastanawiał się, dlaczego podjął tak głupie i bezsensowne ryzyko, lecz tajemniczy żółty przedmiot był wystarczającym usprawiedliwieniem. Skoro już zaczął, nie myślał o rezygnacji. Teraz jednak zdradzieckie morze trzymało go mocno, nie okazywało łaski i nie dawało szansy ucieczki.
Przez moment zastanawiał się nad podjęciem próby przepłynięcia prosto do brzegu, ale tylko przez moment. Mark Spitz może by tego dokonał, ostatecznie trenował przez połowę swojego życia. Pitt był pewien, że nigdy by nie zdobył wszystkich tych złotych medali olimpijskich, paląc paczkę papierosów dziennie i każdego wieczoru wlewając w siebie po kilka głębszych Cutty Sark Scotch. Postanowił zatem skoncentrować się na pokonaniu starej Matki Natury w jej grze za pomocą inteligencji.
Fale były teraz łagodniejsze, prąd też lekko osłabł. Chytry uśmiech pojawił się wolno na ustach Pitta. Był specem od prądów powierzchniowych i cofających się fal. Całymi latami uprawiał surfing, znał więc każdą ich sztuczkę i wszystkie dziwactwa. Z jednej części brzegu znosiło człowieka daleko w morze, gdy tymczasem sto metrów dalej dzieciaki mogły się chlapać w znikających falach, nie wyczuwając żadnego nurtu. Wiedział, że bezlitosna fala prądu powierzchniowego pojawia się wówczas, gdy woda wraca do morza wąskimi, wyżłobionymi przez sztormy dolinami w ławicach piachu przy brzegu. Właśnie tutaj zbliżająca się fala zmienia kierunek i cofa się od lądu często nawet z szybkością czterech mil na godzinę.
Prąd niemal zupełnie stracił siłę i Pitt był pewien, że teraz powinien popłynąć równolegle do brzegu, wydostać się z obszaru oddziaływania prądu, a potem skierować się do plaży w jakimś innym miejscu. Mark Spitz byłby z niego dumny.
Jak do tej pory, jedynym zmartwieniem Pitta przebywającego za linią załamujących się fal była groźba spotkania rekinów. Te morskie maszynki do zabijania nie zawsze sygnalizują swoją obecność płetwą grzbietową przecinającą powierzchnię wody. Mogą z łatwością zaatakować spod wody. Bez maski do nurkowania Pitt nigdy by nie wiedział, kiedy i z jakiego kierunku nadejdzie tnący cios. Mógł tylko mieć nadzieję, że zdoła dotrzeć do bezpiecznego obszaru załamujących się fal, zanim znajdzie się w jadłospisie obiadowym żarłaczy. Rekiny - wiedział - rzadko kiedy podpływają blisko brzegu, ponieważ w wyniku turbulencji ciężkich fal w ich skrzela dostaje się piasek, co powoduje podrażnienie zniechęcające każdą rybę z wyjątkiem najbardziej wygłodniałych.
W tym momencie nie myślał już o oszczędzaniu sił, młócił rękami wodę, tak jakby wszystkie ludojady Pacyfiku płynęły tuż za nim. Musiało jednak minąć jeszcze prawie piętnaście minut wytężonej pracy, nim poczuł, że pierwsza fala popycha go w stronę brzegu. Przewaliło się dalszych dziewięć bałwanów, dziesiąty wykorzystał siłę wyporności cylindra, dociągając go niemal do samego brzegu. W chwili gdy Pitt znowu dotknął kolanami piasku, był zamroczony i wyczerpany jak rozbitek. Dźwignął się i wyczłapał z wody, wlokąc swoją nagrodę za sobą. Potem opadł zgrabnie na rozgrzany słońcem piach i spojrzał za siebie na morze.
- Jeszcze nie tym razem - wymamrotał. Równie dobrze mógłby oszczędzić sobie tchu. Jedyną odpowiedź, jaką usłyszał, stanowił nieprzerwany grzmot fal. Matka Natura zwróciła ludzką kruszynę, ale nie była w nastroju, by o tym rozprawiać.
Zmęczony Pitt popatrzył uważnie na leżący obok cylinder. Gdy zdjął żółty pokrowiec, jego oczom ukazała się swego rodzaju aluminiowa puszka - takiej nigdy jeszcze nie widział. Boki były ożebrowane kilkunastoma niedużymi prętami, które przypominały miniaturowe tory kolejowe. Na jednym końcu wystawała nakrętka. Zaczął ją odkręcać, zaintrygowany gęstością gwintu i dużą liczbą obrotów, jakie musiał wykonać, zanim nakrętka znalazła się w jego dłoni. Wewnątrz puszki znajdował się ciasny zwój jakichś papierów, ale nic więcej. Wyjął je delikatnie i przestudiował odręczne pismo wykonane pracowicie w ryzach linii i kolumn oznaczonych nagłówkami.
W trakcie czytania kolejnych stron poczuł na skórze dotyk lodowatej dłoni i pomimo dziewięćdziesięciostopniowego upału dostał gęsiej skórki na całym ciele. Rozejrzał się szybko, wyobrażając sobie jakąś upiorną postać, owijającą go lodowatym całunem i kiwającą, by podążył za nią. W rzeczywistości nie było żadnej upiornej postaci, nie było niczego oprócz kilku brodźców myszkujących w mokrym piasku i petrela wznoszącego się na wietrze od strony morza. Wiele razy próbował oderwać wzrok od zapisanych stronic, ulegał jednak sile przyciągania niesamowitej treści. Był oszołomiony potęgą tego, co trzymał w rękach.
Pitt usiadł i przez pełnych dziesięć minut wpatrywał się w ocean, przeczytawszy ostatnie zdanie meldunku kończącego się nazwiskiem: Admirał Leigh Hunter. Następnie bardzo wolno i delikatnie włożył papiery z powrotem do cylindra, zakręcił go i ostrożnie nałożył plastikową powłokę ochronną.
Wydawało się, że na Kaena Point opadła pełna grozy zasłona ciszy. Zdaniem Pitta cała ta scena wyglądała nieziemsko: wprawdzie fale załamywały się dalej, ale ich ryk stał się jakby przytłumiony. Pitt wstał, strzepnął piasek, który przylgnął do jego mokrego ciała, wetknął cylinder pod pachę i ruszył truchtem wzdłuż plaży. Gdy dobiegł do swojej maty, podniósł ją i owinął w nią przyniesiony pod pachą przedmiot. Potem odwrócił się i poszedł szybko ścieżką wiodącą do drogi, która biegła równolegle do plaży.
Jasnoczerwony ford cobra AC stał samotnie na skraju drogi niczym wierny pies czekający na powrót swojego pana. Pitt nie tracił czasu. Rzucił bagaż na siedzenie pasażera i wskoczył za kierownicę. Dziwny niepokój w żołądku i zmącenie umysłu powstałe w ciągu ostatnich trzydziestu minut nie ułatwiały mu jasnego myślenia.
- Ty głupi dzwońcu! - warknął.
Skręcił na drogę numer dziewięćdziesiąt dziewięć, minął Waialua i skierował się w górę długiego wzniesienia, które biegło wzdłuż malowniczego i na ogół wyschniętego strumienia Kaukomahua. Gdy we wstecznym lusterku zniknęły Schofield Barracks Military Reservation, skręcił poniżej Wahiawa i z dużą szybkością pomknął w stronę Pearl City, ignorując groźbę napotkania zabłąkanego wozu patrolowego.
Po lewej stronie wznosiły się Koolau Mountains, ich szczyty okryte były wiecznie ciemnymi, przetaczającymi się wolno chmurami deszczowymi. Zadbane, zielone pola ananasowe rozciągały się żywym kontrastem w stosunku do żyznej, czerwonej gleby wulkanicznej, rozpływając się za szybą pędzącej cobry. Pitt napotkał gwałtowną ulewę, sięgnął odruchowo do przycisku i uruchomił wycieraczki.
W końcu w zasięgu wzroku pojawiła się główna brama Pearl Harbor, więc Pitt zwolnił. Z biura wyszedł umundurowany strażnik, by dokonać rutynowej kontroli dokumentów. Pitt wyciągnął portfel ze schowka i pokazał wartownikowi, sierżantowi marines, swoją służbową kartę identyfikacyjną. Młody desantowiec przyjrzał się uważnie fotografii typu paszportowego, zwrócił dokument, elegancko zasalutował i machnięciem ręki przepuścił Pitta.
Pitt również oddał honory i ruszając, spytał wartownika, jak ma jechać do kwatery admirała Huntera. Żołnierz wyciągnął z kieszeni na piersi notes i ołówek, po czym uprzejmie narysował mapkę, którą wsunął przez małe okienko sportowego samochodu, i jeszcze raz zasalutował.
Po chwili Pitt zatrzymał się przed niepozornym, betonowym budynkiem w pobliżu terenów portowych. Minąłby go, gdyby nie mały, wymalowany pieczołowicie przez szablony znak z napisem: "Dowództwo, 101. Flota Ratownicza". Wyłączył zapłon, wziął do ręki wilgotny pakunek i wysiadł z samochodu. Wchodząc do budynku, zaczął żałować, że nie zabrał na plażę sportowej koszuli i spodni. Podszedł do biurka, przy którym jakiś marynarz w letnim białym mundurze pisał coś na maszynie. Na tabliczce umieszczonej na biurku widniał napis: "Marynarz G. Yager".
- Przepraszam - mruknął nieśmiało Pitt. - Chciałbym się zobaczyć z admirałem Hunterem.
Mężczyzna piszący na maszynie podniósł leniwie wzrok i niemal natychmiast postawił oczy w słup.
- Wielki Boże, chłopie, co ci strzeliło do głowy?! I co chcesz osiągnąć, przychodząc tutaj w kostiumie kąpielowym? Jak cię stary przyłapie, będzie po tobie. Lepiej spływaj stąd, bo wylądujesz w areszcie.
- Wiem, że nie jestem ubrany odpowiednio jak na popołudniowy bankiet - powiedział Pitt cicho i grzecznie - ale muszę się spotkać z admirałem. To cholernie pilne.
Marynarz wstał zza biurka, ukazując poczerwieniałą twarz.
- Przestań się wygłupiać! - rzucił głośno. - Albo wrócisz do swojej kwatery i prześpisz całą sprawę, albo wezwę patrol.
- No to go wezwij! - Głos Pitta zrobił się nagle szorstki. - Posłuchaj, koleś - marynarz usiłował opanować irytację. - Zrób sobie przysługę. Wracaj na okręt i wystąp drogą służbową z oficjalną prośbą o spotkanie z admirałem.
- To nie będzie konieczne, Yager. - Odezwał się za nimi głos, miły jak buldożer rozrywający betonową autostradę.
Pitt odwrócił się i jego wzrok trafił na spojrzenie wysokiego zasuszonego osobnika stojącego sztywno w drzwiach gabinetu. Mężczyzna był ubrany na biało, od kołnierzyka aż po buty; a od dłoni po same naramienniki ciągnęły się złote galony. Włosy miał siwe i zmierzwione, idealnie pasujące do zmęczonej trupiej twarzy. Był bliźniaczo podobny do hulaki i hazardzisty Johna Carradine'a z filmu Dyliżans. Jedynie oczy robiły wrażenie żywych - płonęły takim spojrzeniem, że Pitt poczuł się, jak by mu osmaliło każdy włosek na ciele.
- Admirał Hunter, we własnej osobie. Dam ci pięć minut, dryblasie. Wolałbym, żeby ten czas nie okazał się stracony.
- Tak jest! - To było wszystko, co Pitt był w stanie powiedzieć.
Hunter odwrócił się i powędrował do swojego gabinetu. Pitt ruszył za nim. Czuł się trochę nieswojo. Wokół starego, nieskazitelnie wypolerowanego stołu konferencyjnego siedziało trzech innych oficerów marynarki. Ich zdumienie na widok prawie nagiego Pitta z dziwnym pakunkiem pod pachą rzucało się w oczy.
Hunter dokonał prezentacji, lecz Pitt nie dał się nabrać na tę udawaną uprzejmość. Admirał w sposób oczywisty próbował zastraszyć przybysza powagą stopni wojskowych, szukając jednocześnie reakcji w jego oczach. W ten sposób Pitt dowiedział się, że wysoki, jasnowłosy komandor porucznik z twarzą Johna Kennedy' ego nazywał się Paul Boland i był zastępcą dowódcy w 101. Flocie. Kapitan wagi ciężkiej, który najwyraźniej miał problemy z nadmiernym poceniem się, nosił dziwaczne nazwisko - Orl Cinana - i był dowódcą niewielkiej floty ratowniczej Huntera. Niski, prawie karłowaty facet, który podszedł szybkim krokiem do Pitta i mocno potrząsnął jego ręką, przedstawił się jako komandor Burdette Denver, adiutant admirała. Pitt nie miał innego wyjścia, jak tylko polubić od razu tego ciepłego i przyjacielsko usposobionego małego człowieka.
- W porządku, dryblasie. - Znów padło to określenie. Pitt chętnie oddałby miesięczną gażę, by móc huknąć pięścią w szczękę Huntera. - Przerwał pan ważną naradę, stawiając mnie i moich oficerów w dość niezręcznym położeniu. - Głos admirała był pełen sarkazmu. - Bylibyśmy panu dozgonnie wdzięczni, gdyby zechciał pan bliżej przedstawić i wyjawić przyczyny tego wtargnięcia.
Pitt z trudem stłumił wzrastającą falę gniewu i natychmiast spojrzał Hunterowi w oczy.
- Pański stopień, admirale, nie upoważnia do arogancji. Ośmielam się sugerować, by postępował pan, jak przystało na oficera, prezentując minimum taktu i taktyki, jeśli oczywiście ma pan do tego talent.
Po tych słowach Pitt usadowił wygodnie swoje długie ciało w wolnym fotelu i zaczął się drapać nad okiem, udając, że poczuł nagłe swędzenie. Spokojnie czekał na eksplozję, która wkrótce nastąpiła.
Cinana rzucił przez stół piorunujące spojrzenie, a jego twarz zmarszczyła się, przybierając wyraz chmurnej maski.
- Ty pętaku! Jak śmiesz wchodzić tu i obrażać admirała!
- Ten człowiek jest szalony - warknął Boland. Pochylił się w stronę Pitta, a wyraz jego twarzy zrobił się nagle zimny i nieszczery.
- Głupi bękarcie! Czy wiesz, z kim rozmawiasz?! - wrzasnął admirał.
- Ponieważ zostaliśmy sobie przedstawieni - odrzekł obojętnie Pitt - moją odpowiedzią jest zdecydowane "tak".
Spocona pięść Cinany walnęła w stół.
- Na Boga! Powiem Yagerowi, żeby wezwał patrol. Niech go wpakują do pudła!
- Muszę przyznać, ten sukinsyn to facet z jajami. - Hunter przypalił długiego papierosa i pstryknął zapałką do popielniczki, lecz chybił o sześć cali. Spojrzał w zamyśleniu na Pitta zimnym, taksującym spojrzeniem. - Nie pozostawiasz mi wyboru, dryblasie.
Pitt bujnął się w tył na fotelu i popatrzył na Huntera.
- Pitt, Dirk Pitt, admirale, a nie dryblas. Ciekawe, kiedy to ostatnio ktoś nazwał pana chudzielcem?
Hunter chwycił krawędź stołu tak mocno, że aż zbielały mu knykcie.
- Niech będzie, jak chcesz, Pitt, czy jak cię tam zwą. - Zwrócił się do Bolanda: - Komandorze, niech pan poprosi marynarza Yagera, żeby wezwał patrol.
- Nie radziłbym tego robić, admirale. - Denver wstał z fotela i przesunął się za Pitta. Na jego ustach pojawił się figlarny uśmiech, czego Pitt nie mógł zauważyć. - Człowiek, który potraktowany tu został jak pętak i bękart i którego mamy zakuć w łańcuchy, to Dirk Pitt - przypadkiem dyrektor do spraw projektów specjalnych w NUMA, Narodowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych, a ponadto, dziwnym zbiegiem okoliczności, jego ojcem jest senator George Pitt z Kalifornii, prezes Komitetu Kredytów Morskich.
Cinana bąknął pod nosem kilka nienadających się do druku słów.
Pierwszy pozbierał się Boland:
- Jesteś tego pewien?
- Tak, Paul, całkowicie. - Obszedł stół i zatrzymując się naprzeciwko Pitta, powiedział: - Nigdy nie spotkaliśmy się osobiście, ale mój kuzyn, który pracuje w NUMA, często mi o panu opowiadał. Komandor Rudi Gunn.
Pitt uśmiechnął się radośnie.
- Ach tak! Pracowałem razem z Rudim nad paroma projektami. Teraz widzę podobieństwo - wyglądacie jak ziarnka grochu z tego samego strąka. Jedyną różnicą jest to, że Rudi nosi okulary w rogowej oprawie.
- Gdy byliśmy jeszcze dziećmi, nazywaliśmy go Borsucze Oczka - zarechotał Denver.
- Kiedy go spotkam następnym razem, zaserwuję mu to - odparł Pitt z uśmiechem.
- Mam nadzieję, że... że nie obraził się pan... hm... Z powodu tego, co powiedzieliśmy - wystękał Boland.
Pitt przyjrzał się cynicznie Bolandowi i odparł: - Nie.
Hunter i Cinana popatrzyli na siebie znacząco, co Pitt oczywiście zauważył. Jeżeli próbowali ukryć zażenowanie wynikające z faktu, że siedzącemu wśród nich synowi senatora Stanów Zjednoczonych sprawia przyjemność obrażenie ich prestiżowego i ekskluzywnego klubu, to zdecydowanie nie udało im się osiągnąć tego celu.
- No dobrze, panie Pitt, jest pan górą. Po co pan tu przyszedł? Obyło się bez orkiestr i fajerwerków ze strony Huntera, padło jedynie bezpośrednie pytanie.
- Odgrywam tylko rolę chłopca na posyłki - odparł spokojnie Pitt. - Opalając się tego popołudnia na plaży, znalazłem coś, co należy do pana.
- No, no!? - warknął Hunter. Wyglądał na typa, który nie zważając na konsekwencje, najchętniej przyłożyłby Pittowi krzesłem. Jestem zaszczycony. Zwraca się pan do mnie?
Pitt spojrzał z rozmysłem na pozostałych mężczyzn, robiąc to tak, jakby za chwilę miał zamiar rzucić granat. Położył na stole cylinder, nadal owinięty w bambusową plażową matę.
- W środku znajdzie pan interesujące papiery. Na jednym z nich widnieje pańskie nazwisko.
W wyrazie twarzy Huntera nie pojawił się nawet najmniejszy ślad ciekawości. Stary wyjadacz dobrze wiedział, na czym polega ostrożna gra.
- Gdzie pan to znalazł?
- Na końcu Kaena Point.
Denver pochylił się do przodu.
- Rzecz wyrzuconą na brzeg?
Pitt pokręcił głową.
- Nie. Wypłynąłem po nią poza przybrzeżne fale. Denver był wyraźnie zakłopotany.
- Wypłynął pan poza przybrzeżne fale na Kaena Point? - wyraził uznanie. - Nie sądziłem, że to w ogóle możliwe.
Hunter popatrzył na Pitta z prawdziwym zainteresowaniem, ale zaraz odwrócił głowę.
- Czy moglibyśmy zobaczyć, co pan tu ma?
Pitt skinął w milczeniu i wyłuskał z maty cylinder, nie zwracając uwagi na piasek, który posypał się na stół konferencyjny. Następnie podał go Hunterowi.
- Właśnie ten żółty pokrowiec przyciągnął mój wzrok.
Hunter uniósł cylinder w dłoniach, tak by pozostali mogli mu się przyjrzeć.
- Czy panowie to poznają?
Tamci przytaknęli w milczeniu.
- Z pewnością nigdy pan nie służył na okręcie podwodnym, panie Pitt, w przeciwnym razie wiedziałby pan, jak wygląda kapsuła łącznościowa. - Hunter położył na stole kontener i dotknął go lekko, prawie z namaszczeniem. - Kiedy okręt podwodny musi pozostać w zanurzeniu, a trzeba porozumieć się z płynącym statkiem, wiadomość przekazuje się za pomocą takiej właśnie aluminiowej kapsuły. - Mówiąc to, zdjął ostrożnie żółty pokrowiec. - Kapsuła wraz z pojemnikiem zawierającym czerwony barwnik jest wyrzucana przez kadłub łodzi za pomocą rury pneumatycznej. Gdy wypływa na powierzchnię, odczynnik zostaje uwolniony i zabarwia kilka tysięcy stóp kwadratowych wody, co można łatwo wypatrzyć z okrętu pościgowego.
- A, jak sądzę, ten gęsty gwint na zakrętce - powiedział wolno Pitt - zapobiega przedostawaniu się wody nawet pod dużym ciśnieniem.
Hunter spojrzał wyczekująco na Pitta.
- Przeczytał pan zawartość?
- Tak jest - przytaknął Pitt.
Boland, Cinana, Denver - żaden z nich niczego nie zrozumiał, żaden nie dostrzegł niepokoju i rozpaczy w oczach Huntera.
- Czy zechciałby pan powiedzieć, co tam jest? - spytał Hunter, wiedząc z przerażającą pewnością, jaka będzie odpowiedź.
Minęło kilka sekund, podczas których Pitt zaczął żałować, że w ogóle zobaczył tę kapsułę. Jednocześnie wiedział, że sytuacja jest bez wyjścia. Jeszcze jedno, ostatnie zdanie i uwolni się od całej tej sceny. Stwierdził, że nie jest gotowy, że nawet w tej chwili jego wyobraźnia nie jest w stanie ogarnąć całej rzeczywistości. Zrobił głęboki wdech i zaczął mówić, wolno, z wysiłkiem.
- W środku znajduje się wiadomość adresowana do pana, admirale. Oprócz tego jest tam dwadzieścia sześć stron z książki pokładowej atomowego okrętu podwodnego "Starbuck".