W kawiarni siedział stary
brygadjer i opowiadał historyjki z czasów swej młodości.
- Widziałem tyle miast, ile mam włosów na głowie, panowie. Do
wielu z nich wjechałem jako zwycięzca na czele ośmiuset mych
dzielnych jeźdźców. Na czele Wielkiej Armji znajdowała się zawsze
kawalerja, na czele kawalerji znajdowali się zawsze huzarzy, a na
czele huzarów byłem ja!
Ale ze wszystkich miast, które odwiedziliśmy,
najniekorzystniejsze i najśmieszniejsze położenie posiada Wenecja.
Nie mogę sobie wyobrazić, jak założyciele tego miasta mogli sobie
pomyśleć manewry jazdy! Nawet sam Murat lub Lasalle nie umieliby
tutaj pomieścić ani jednego szwadronu!
Dlatego też pozostawiliśmy ciężką jazdę Kellermanna i
naszych huzarów na kwaterach w Padwie. Załogą w mieście stanęła
tylko piechota Sucheta. Ten generał wybrał mnie sobie na adjutanta
na tę zimę, ponieważ zaimponowała mu moja przygoda z szermierzem w
Medjolanie. Doskonale bestja machał, a całem szczęściem dla armji
francuskiej było, że mnie przeciwstawiono jemu.
Zresztą dobrze mu się stało, gdyż jeżeli komuś nie podoba
się głos jakiejś śpiewaczki, wolno mu go przecież nie słuchać; ale
obrazić piękną kobietę publicznie, to chyba wstyd i hańba, za którą
odpokutować należy.
Wszelkie sympatje były więc po mojej stronie, a gdy się ta
historja skończyła i wdowie po nieboszczyku przyznano należną jej
pensję, wybrał mnie Suchet na swego osobistego adjutanta.
Udałem się z nim do Wenecji, gdzie mnie spotkała właśnie ta
szczególna przygoda, o której wam zaraz opowiem, panowie.
Chyba żaden z was nie był jeszcze w Wenecji? Nie, gdyż
Francuzi podróżują rzadko po świecie. Ale w owych czasach byliśmy
podróżnikami całą gębą! Podróżowaliśmy od Moskwy aż do Kairu,
coprawda w większych kompanjach, niż to ludziom mogło być
przyjemnem, a naszymi paszportami i biletami wizytowemi były
armaty.
Mówię wam, że nastaną dla Europy znowu bardzo kiepskie
czasy, gdyż Francuzi wybiorą się w podróż; opuszczają oni swoją
ojczyznę bardzo niechętnie, ale skoro raz już powzięli to
postanowienie, bardzo dla nich ciężkie, a będą mieli takiego
przewodnika, jak nasz mały kapral, który im wskaże jedynie możliwą
drogę, wtedy nikt nie będzie mógł wiedzieć, kiedy zawrócą zpowrotem
do domu.
Ale te sławne czasy niestety już minęły. Wielkich ludzi już
niema, a ja, ostatni z nich, muszę tutaj siedzieć przy butelce
podłego wina krajowego i ograniczać się na opowiadaniu wam
anegdotek z dawnych czasów, z tych czasów, gdy nami przewodził mały
kapral.
Ale prawda, miałem wam opowiadać o Wenecji, panowie.
Ludzie żyją tam tak, jak wodne szczury na jakichś wydmach,
czy licho wie na czem. Posiadają bardzo ładne pałace i kościoły,
zwłaszcza św. Marka; największy to z nich, jaki kiedykolwiek
widziałem w życiu. Największą ich dumą są jednak posągi i obrazy,
słynne w całej Europie.
Wielu jest żołnierzy, którzy sądzą, iż wojownik może się
rozumieć tylko na walce i na plądrowaniu.
Do nich należał naprzykład stary Bouvet, który padł w walce
z Prusakami w tym samym dniu, w którym ja dostałem medal cesarski.
Gdy przyszło wyprowadzić go z obozu lub kantyny i rozmawiać z nim o
sztuce lub wiedzy, siedział jak prawdziwy baran.
Najwyżej w moich oczach stoi ten żołnierz, który umie jak ja
ocenić należycie wytwory ducha i umysłu.
Do armji wstąpiłem coprawda także za młodu, a wachmistrz był
jedynym moim nauczycielem, ale szedłem przez świat z otwartemi
oczyma. W ten sposób można i musi się wiele nauczyć.
Dlatego też mogłem i umiałem podziwiać w Wenecji obrazy,
znałem nazwiska tych wielkich mistrzów, którzy je malowali; Michała
Tycjana i Angela i innych bardzo wielu.
I Napoleon podziwiał ich utwory, a znał się na tem
doskonale, co mi każdy przyznać musi, gdyż pierwszą jego czynnością
po zajęciu miasta było, iż najlepsze obrazy wysłał do Paryża.
My wszyscy braliśmy co się dało i co dostać było można. Ja
wziąłem tylko dwa obrazy. Jeden z nich, "Zaskoczone nimfy",
zatrzymałem dla siebie, z drugiego zaś, "Św. Barbara", zrobiłem
podarunek mej matce.
Zresztą prawdą jest, iż niektórzy z naszych ludzi pod
względem posągów i obrazów nie zachowywali się przystojnie.
Wenecjanie byli bardzo do tych rzeczy przywiązani, a te
cztery konie bronzowe nad głównym portykiem swej katedry kochali
jak swoje rodzone dzieci.
Ja zawsze znałem się doskonale na koniach i przyglądałem się
tym czterem z wielką uwagą; naprawdę, wiele one nie były warte.
Były zanadto kościste dla lekkiej jazdy, a przed armaty brakowało
im należytej wagi. Były to jednak jedyne konie, które się
znajdowały w mieście, mieszkańcy lepszych nie widzieli. Płakali
gorzko, gdy je wysyłano, a następnej nocy zwłoki dziesięciu
żołnierzy francuskich pływały sobie w kanałach.
Za karę za to morderstwo wysłano jeszcze więcej obrazów, a
żołnierze niszczyli posągi i strzelali do pięknie namalowanych
szyb.
To doprowadziło mieszkańców do wściekłości, a nasz pobyt w
mieście nie stał się bardzo przyjemnym. Wielu oficerów i żołnierzy
przepadło gdzieś tej zimy, a nie można było nawet odnaleźć ich
zwłok.
Ja osobiście miałem bardzo wiele do czynienia i wskutek tego
nie tak znowu bardzo cierpiałem.
W każdym kraju uczyłem się najpierw jego języka. W tym celu
wyszukiwałem sobie zawsze jakąś damulkę uprzejmą, któraby mnie
chciała uczyć, a potem ćwiczyliśmy wspólnie praktycznie. Jest to
najwięcej zajmująca metoda uczenia się, nie doszedłem jeszcze do
trzydziestki, a znałem już wszystkie języki Europy.
Coprawda to to, czego się człowiek w ten sposób nie nauczy,
nie posiada wielkiej wartości w życiu powszedniem. Co to za korzyść
dla takiego, jak ja, który ma do czynienia z żołnierzami i
chłopami, gdy im może tylko powiedzieć: "Kocham cię jedyną na
świecie"! a po wojnie: "Powrócę z pewnością!"
Nie miałem nigdy w swojem życiu tak przyjemnej nauczycielki,
jak w Wenecji. Na imię jej było Łucja, a nazywała się... no do
djabła, prawdziwy żołnierz nie powinien nigdy pamiętać nazwisk!
Nie chcę być niedyskretnym, panowie, ale powiem wam, że
należała do starej patrycjuszowskiej rodziny, a jej ojciec był dożą
Wenecji.
Powiadam wam, była to wyszukana piękność - skoro ja,
brygadjer małego kaprala, powiadam wam, że była, to nią musiała
być! To coś znaczy, moi panowie!
Mam swój własny sąd, posiadam doskonałą pamięć, a prócz tego
zmysł porównawczy, którego nikt w świecie posiadać nie może!
Ze wszystkich kobiet, które mnie kochały, nawet dwudziestu
nie mogę przyznać tej zalety!
Ale powtarzam wam, moi panowie, Łucja była wyszukanie
piękną! Ze względu na jej smagłą cerę mógłbym ją porównać tylko z
ową Dolores z Toledo.
Gdy walczyłem pod Masséną w Portugalji, kochałem w Santarem
małą brunetkę... nazwiska, jak zwykle nie pamiętam.
Była ona także skończoną pięknością, ale nie posiadała tego
wdzięku i tych skończonych kształtów, co Łucja.
Była także jeszcze Agnieszka... nie wiem doprawdy, której z
nich przyznać palmę pierwszeństwa... ale Łucja była z nich
najwspanialszą! Może kto nie wierzy?
Podczas tej sprawy z obrazami spotkałem ją po raz pierwszy.
Ojciec jej posiadał pałac po drugiej stronie mostu Rialto
nad Canale Grande; na murach tej wspaniałej budowli znajdowały się
tak przepyszne rzeźby, że Suchet wysłał cały oddział saperów, aby
je zdjąć i wysłać do Paryża.
Stałem na czele tych ludzi, a gdy spostrzegłem łzy tej
pięknej Łucji, nabrałem przekonania, że te rzeźby się rozkruszą,
skoro im się odbierze podporę. Zaraportowałem to i saperów
ściągnięto.
Wskutek tego stałem się przyjacielem rodziny, wypiłem z
ojcem nie jedną buteleczkę Chianti, a dwa razy tylko z jego
córeczką podczas lekcji języka.
Wielu oficerów francuskich pożeniło się tej zimy w Wenecji,
i ja byłbym postąpił tak samo, gdyż kochałem Łucję z całej duszy...
Ale cóż... ja, brygadjer małego kaprala, posiadałem tylko
pałasz, konia, pułk, matkę, cesarza i laskę marszałkowską w
tornistrze! Huzar posiada coprawda dość miejsca w sercu dla
kochanki, ale nie dla żony!
Myślałem tak wtedy, panowie, nie wiedząc także iż przyjdą na
mnie samotne chwile, gdy będę tęsknił za jakąś życzliwą mi, a
kochającą ręką, której będę musiał zazdrościć towarzyszom broni,
znajdującym się w kole rodzinnem. Może nieprawda?
Ta miłość, którą uważałem za żart i igraszkę, ta miłość -
teraz dopiero to widzę - nadaje życiu prawdziwą treść. Jest to coś
najuroczystszego i najświętszego na ziemi!...
Dzięki, panowie, dzięki...
Wino jest dobre, a druga butelczyna wcaleby nie zawadziła...
A teraz opowiem wam, panowie, ile była winna miłość moja do
Łucji w najstraszniejszej z moich przygód, które kiedykolwiek
przebyłem w życiu. A gdzie się podział kawałek mego prawego ucha?
Cóż?
Już nieraz chcieliście się dowiedzieć, gdzie on się podział,
ale dziś wieczorem nareszcie się dowiecie panowie.
Suchet miał wtedy swą główną kwaterę w pałacu doży Dandolo
wpobliżu placu św. Marka. Było to pod koniec zimy, a ja poszedłem
do teatru Godini. Po powrocie znalazłem bilet od Łucji, a na kanale
czekała na mnie gondola. Prosiła mnie, abym natychmiast do niej
przybył, ponieważ znajduje się w ciężkiej potrzebie.
Dla Francuza i żołnierza odpowiedź nie mogła być trudna. Za
chwilę znalazłem się w łodzi, która też natychmiast odpłynęła w
jakiś ciemny kanał. Pamiętam jeszcze, iż uderzyła mnie przy
wsiadaniu barczysta postać gondoljera. Był to najbarczystszy
człowiek, jakiego widziałem w mem życiu. Ale ci gondoljerzy w
Wenecji, to są wogóle silni ludzie, a siłaczów między nimi nie
brak. Otóż ów siłacz zajął miejsce za mną i zaczął wiosłować całą
siłą.
Dobry żołnierz w kraju nieprzyjacielskim powinien mieć się
zawsze na baczności. Było to zawsze przykazaniem mego życia, a
tylko temu zawdzięczam, iż na moje stare lata jeszcze żyję.
Ale tej nocy byłem jeszcze tak głupi i tak wesoły, jak
najmłodszy z rekrutów, który obawia się tego, iż mogą uważać go za
tchórza.
Pistolet w pośpiechu zostawiłem w domu. Pałasz miałem
wprawdzie przy boku, ale to nie w każdym wypadku pewna broń.
Rozparłem się w mojej gondoli, marząc wśród szmeru wód i
pluskotania wioseł.
Droga prowadziła przez wąską sieć kanałów, po obu stronach
wznosiły się wysokie domy, nad niemi widać było tylko mały skrawek
gwiazdami usłanego nieba. Tu i owdzie przy mostach lampa olejna
rozsiewała swoje mdłe światło, niekiedy widać było świeczkę, palącą
się przed jakimś świętym obrazem. Zresztą wszędzie było ciemno, a
mogłem dostrzec tylko pianę, powstałą wskutek prucia fal przez czub
gondoli.
Miejsce i czas były jakby stworzone do marzeń...
Zacząłem myśleć o przeszłości, o wszystkich wielkich
czynach, w których brałem udział, o koniach, na których jeździłem,
o kobietach, które kochałem i które mnie kochały. Potem myśli moje
zabiegły aż do mej drogiej matuli; wystawiałem sobie tę radość,
którą jej sprawię, gdy ludzie we wsi będą opowiadali o bohaterskich
czynach jej syna, o jego sławie.
Myślałem także o cesarzu i o Francji, ojczyźnie tak pięknych
cór i tak dzielnych synów!
Serce mi silniej zabiło na myśl, jaki przyrost w ziemi
przyniesiemy tej naszej ojczyźnie... Jej wielkości chciałem
poświęcić całe moje życie, panowie! Niech żyje Francja! Niech żyje
cesarz!
Położyłem rękę na sercu, aby wykonać przysięgę, ale w tej
chwili napadł na mnie ztyłu gondoljer.
Jeżeli powiadam, iż mnie napadł, to nie powiem, aby mnie
zaatakował, ale że całym swoim ciężarem rzucił się na mnie.
Taki drab stoi ztyłu i nad kimś, gdy wiosłuje, tak, że nie
można go widzieć, ani też obronić się przed takiego rodzaju
napaścią. Przed chwilą siedziałem jeszcze z wysoko podniesionem
czołem, a po chwili leżałem jak długi na spodzie łodzi, ten potwór
leżał na mnie, tak iż straciłem już oddech. Na karku czułem jego
gorący oddech.
W mgnieniu oka wyrwał mi pałasz, na głowę wpakował mi worek
i przywiązał go silnie sznurem.
Leżałem więc na spodzie gondoli, schwytany, jak śpiewający
ptaszek, którego chcą wsadzić do klatki. Nie mogłem krzyczeć, nie
mogłem się poruszać... byłem jakimś tłumokiem.
Po chwili usłyszałem znowu szmer wody i pluskanie wiosła.
Gondoljer skończył swoją robotę i jechał dalej tak spokojnie i
niewzruszenie, jakby był przyzwyczajony do tego, iż co dnia
jakiegoś pułkownika huzarów wiezie w worku!
Nie mogę wam, panowie, wypowiedzieć słowami, jakie
odczuwałem upokorzenie i jaka mną ogarnęła wściekłość, przekonawszy
się, iż leżę skrępowany jak baran, którego wiozą na rzeź! Ja,
brygadjer małego kaprala, najlepszy jeździec z sześciu brygad,
najlepszy szermierz Wielkiej Armji, schwytany w tak haniebny sposób
przez niezbrojnego człowieka!
Mimo to leżałem spokojnie; jest bowiem chwila oporu, ale
jest także chwila, w której należy szanować swoje siły. Poczułem,
jak mnie ta bestja chwyciła za ramię, i wiedziałem, że wobec niego
byłem tylko dzieckiem. I to dzieckiem w powijakach!
Czekałem zatem z bijącem sercem sposobności, która przecież
nadarzyć mi się była powinna! Tak, panowie!
Jak długo tam leżałem, sam już nie wiem, ale wydawało mi się
bardzo długo, a słyszałem tylko szmer wody i pluskanie wioseł.
Skręcaliśmy niezliczone razy, gdyż moich uszu dochodził
żałosny ton gondoljerów, który wydają z siebie, chcąc swoich
ostrzec o swem zbliżaniu się.
Po długiej podróży zauważyłem nareszcie, iż przybiliśmy do
lądu.
Mój drab puknął trzy razy wiosłem w jakąś drewnianą ścianę,
a w odpowiedzi na to usłyszałem odmykanie zasuw, otwieranie zamków,
a potem skrzypnięcie zawias bramy.
- Masz go? - zapytał jakiś głos po włosku.
Potwór, który miał mnie w swojej mocy, roześmiał się głośno
i nogą kopnął worek, w którym byłem zaszyty.
- Tam jest - odparł.
- Już czekają.
- Weźcie go! - rzekł mój rabuś.
Podniósł mnie, wstąpił na kilka schodów i rzucił mnie na
bardzo twardą podłogę, aż mi wszystkie kości zatrzeszczały.
Następnie zawarto i zamknięto bramę.
Byłem zatem więźniem w tym domu.
Po zamęcie, jaki po mojem przybyciu powstał, poznałem, że
musi się dokoła mnie znajdować porządna kupa ludzi. Rozumiem daleko
lepiej po włosku, niż mówić umiem, to też pojąłem doskonale, o czem
mówią.
- Przecie go nie zabiłeś, Matteo?
- A cóżby to szkodziło, gdybym był tak uczynił?
- Na Boga, byłbyś musiał odpowiadać za to przed trybunałem!
- Przecież chcą go zabić, prawda?
- To prawda, ale przecież nie jest naszą rzeczą psuć komuś
interes!
- Bądźcie spokojni, żyje. Umarli nie gryzą, a ja poczułem
doskonale jego zębiska na mojej ręce, gdy mu zarzucałem worek na
głowę.
- Ależ on leży bardzo spokojnie.
- Otwórzcie worek, to się najlepiej przekonacie, czy jeszcze
żyje.
Rozluźniono sznur i zdjęto ze mnie worek. Leżałem z
zamkniętemi oczyma nieruchomo na ziemi.
- Dla Boga, Matteo, skręciłeś mu kark!
- Ale gdzie tam! Omdlał tylko. Lepiej dla niego, gdy już nie
wróci do przytomności.
Czułem, że się ktoś dobiera do mnie.
- Matteo ma słuszność - odezwał się jakiś głos. - Serce wali
mu jak młotem. Dajcie mu spokój, zaraz przyjdzie do siebie.
Przeczekałem jeszcze chwilę, a potem odważyłem się unieść
powieki.
Z początku nie mogłem widzieć nic, gdyż za długo
pozostawałem w ciemnościach, a w obecnem miejscu mego pobytu było
też dość ciemno. Wkrótce jednak przekonałem się, iż miałem nad sobą
jakieś sklepienie, przyozdobione wyobrażeniami bogów i bogiń.
Nie mogła to być więc jaskinia łotrów, zawleczono mnie
raczej do jakichś podziemi weneckiego pałacu.
A potem powoli i ukradkiem rzuciłem okiem na drabów,
stojących dokoła mnie. Zauważyłem mego gondoljera, brunatnego
draba, a dalej małego, wątłego człowieka, który miał rozkazującą
minę i trzymał w ręku pęk kluczy, a wreszcie dwóch wysokich,
młodych lokajów w liberji. Z ich rozmowy wniosłem, iż ten z
kluczami był dozorcą, któremu podlegali wszyscy inni.
Było ich zatem czterech, ale tego słabeusza nie można było
liczyć. Gdybym był miał broń przy sobie, śmiałbym się serdecznie z
takich przeciwników, ale w walce na pięści nie miałem żadnych szans
z jednym, a cóż dopiero z czterema! Musiałem się zatem zdać na
głowę, a nie na pięść.
Rozejrzałem się za jakiemś wyjściem i niespostrzeżenie
poruszyłem głową; aczkolwiek uczyniłem to bardzo ostrożnie, to
przecież ruch ten spostrzeżono.
- Chodź pan! Obudź się pan! Obudź się pan! - zawołał
klucznik.
- Wstawaj, mały Francuziku! - mruknął gondoljer. - Marsz!
Wstawaj! - a do tego drugiego wezwania dodał bardzo bolesne
kopnięcie nogą.
Jeszcze nigdy żaden człowiek nie wypełnił tak szybko
rozkazu, jak go wówczas wypełniłem, panowie! W jednej chwili
zerwałem się na obie nogi i zacząłem uciekać wtył. Pędzili za mną,
jak psy gończe za lisem; skręciłem na lewo w jakiś korytarz, potem
jeszcze raz na lewo i znalazłem się znowu w tem samem miejscu, skąd
się wyrwałem.
Już mnie chwytali prawie, nie miałem czasu do namysłu,
wbiegłem na schody, ale schodziło właśnie dwóch mężczyzn
naprzeciwko mnie, zawróciłem i rzuciłem się ku drzwiom, przez które
mnie przetransportowano, ale nie mogłem odsunąć ciężkich zasuw.
Gondoljer rzucił się na mnie ze sztyletem, ale dałem mu
takiego kopniaka w brzuch, że padł na ziemię, a sztylet wypadł mu z
rąk. Nie miałem czasu go podnieść, gdyż obsiadło mnie już pół
tuzina tych włoskich psów.
Gdy wymykałem się między nimi, podstawił mi klucznik nogę,
wywaliłem się więc na ziemię, powstałem jednak z szybkością
błyskawicy, przerżnąłem się przez nich, wyrwałem się z ich rąk i
rzuciłem się na drzwi, znajdujące się na drugim końcu podziemia.
Dopadłem ich w sam czas, wydałem okrzyk triumfu, gdy nacisnąłem
klamkę, a one się otworzyły. Byłem uratowany! Zapomniałem jednak, w
jakiem szczególnem znajduję się mieście. Każdy dom jest wyspą.
Gdy otworzyłem drzwi i chciałem wypaść na ulicę,
spostrzegłem w świetle z kurytarza przed sobą cichą, czarną wodę,
sięgającą aż do najwyższego stopnia. Cofnąłem się przerażony, a moi
prześladowcy znaleźli się tuż przy mnie. Nie tak łatwo jednak
schwytać mnie, panowie!
Znowu przy pomocy kułaków i kopniaków zdobyłem sobie drogę,
aczkolwiek pęk włosów musiałem zostawić w ręku jednego z tych
drabów.
Mały dozorca walił mnie kluczami, szarpano mnie i darto w
kawały, ale się przecież wydobyłem. Wpadłem znowu na schody,
wywaliłem na górze jakieś wielkie drzwi, które mi zagradzały drogę,
i przekonałem się wkońcu, że wszystkie moje usiłowania były
daremne.
Komnata, do której wpadłem, była wspaniale oświetlona.
Potężne kolumny ze złoconemi kapitelami, pomalowane ściany i sufit
- wszystko przemawiało za tem, iż znajduję się w wielkiej sali
jakiegoś słynnego pałacu weneckiego.
W tem szczególnem mieście znajdują się setki takich pałaców,
z których każdy zawiera w sobie sale, mogące się mierzyć z Louvrem
lub Wersalem.
W środku tej wielkiej sali znajdowało się wzniesienie, na
którem w półkolu dokoła jakiegoś ołtarza siedziało dwunastu mężów w
czarnych togach i czarnych zawojach na głowach.
Oddział zbrojnych - drabów z pod ciemnej gwiazdy - stał przy
drzwiach, a wśród niego młody człowiek, z wzrokiem, utkwionym w
ołtarz, młodzieniec w uniformie naszej lekkiej piechoty.
Odwrócił się ku mnie - poznałem go natychmiast. Był to
kapitan Auret z siódmego pułku, młody Baskijczyk, z którym podczas
tej zimy wypiłem niejedną szklankę wina, lepszego, jak to, panowie!
Był blady, jak ściana, ale trzymał się dzielnie wobec
otaczających go zbójów.
Nie zapomnę nigdy tego wzroku, pełnego nadziei, który
zabłysnął w jego ciemnych oczach, gdy ujrzał wpadającego towarzysza
broni, ale także i tego spojrzenia rozpaczy, skoro zauważył, że nie
przyszedłem po to, aby zmienić jego los, ale jedynie po to, aby go
podzielić.
Możecie sobie, panowie, wyobrazić, jakie zdumienie owładnęło
tymi ludźmi, gdy stanąłem przed nimi niepowołany na rozprawę. Moi
prześladowcy wtargnęli za mną i stanęli przy drzwiach, tak, iż o
ucieczce nie mogło już być mowy.
W takich chwilach moja naturalna odwaga i zuchwałość
przychodzą mi zawsze w pomoc. Mundur mój był coprawda trochę
poszarpany, ale we wzroku moim i w mojej postawie było coś, po czem
sędziowie natychmiast poznali, że nie mają do czynienia ze zwykłym
śmiertelnikiem.
Nie podniosła się na mnie żadna ręka, aby mnie aresztować.
Zatrzymałem się przed jakimś strasznym staruchem, po którego
długiej, siwej brodzie i pełnem majestatu zachowaniu się poznałem,
iż ze względu na swój wiek i postawę jest tu najzacniejszym.
- Panie - rzekłem do niego - może mi pan da wyjaśnienie,
dlaczego przywieziono mnie tutaj skrępowanego? Jestem honorowym
żołnierzem, tak samo, jak i pan zapewne jesteś człowiekiem honoru,
dlatego też wzywam pana, abyś nas natychmiast obydwóch uwolnił.
Po tem przemówieniu nastąpiło głębokie milczenie.
Nieprzyjemna to rzecz, panowie, gdy się widzi przed sobą
dwanaście zamaskowanych twarzy, a z poza tych masek wygląda dwa
razy tyle mściwych włoskich oczu.
Ale stałem przed nimi, jak przystało na prawdziwego
żołnierza, a myślałem tylko o tem, jaki zaszczyt przyniosę moim
huzarom przez moje zachowanie. Nie sądzę, aby ktoś w tak trudnych
okolicznościach mógł się zachowywać lepiej i z większą godnością.
Bez strachu spoglądałem mordercom jednemu po drugim prosto w same
ślepia i czekałem na odpowiedź.
Wreszcie stary przerwał milczenie i zapytał:
- Kto jest ten człowiek?
- Nazwisko jego brzmi Gerard - odpowiedział klucznik.
- Pułkownik Gerard - dodałem. - Nie chcę, abyście mieli
jakąkolwiek wątpliwość co do mojej osoby. Jestem Stefan Gerard, ten
sam pułkownik Gerard, którego w sprawozdaniach z pola bitwy
wymieniono zaszczytnie pięć razy i który otrzymał szablę honorową.
Jestem adjutantem generała Sucheta i żądam razem z moim towarzyszem
broni, tutaj obecnym, natychmiastowego uwolnienia.
Nastała taka sama straszna cisza, jak przedtem, a tych
samych dwanaście par ócz skierowało się na mnie.
I znowu odezwał się stary:
- Jeszcze nie przyszła na niego kolej. W naszym spisie
znajdują się przed nim jeszcze dwa nazwiska.
Niech zaczeka, dopóki na niego kolej nie przyjdzie.
Zaprowadźcie go nadół do drewnianej celi.
- A jeżeli nam się będzie opierał, ekscelencjo?
- W takim razie wpakujcie w niego swoje sztylety. Trybunał
was uwolni. Precz z nim, dopóki się nie załatwimy z tym tutaj!
Przystąpili do mnie. Przez chwilę zastanawiałem się nad
oporem. Ale ktoby to poświadczył? Ktoby o tem doniósł? Los mój
mogłem tylko odwlec, ale przeniosłem już tyle, iż nauczyłem się
mieć nadzieję i ufać mej szczęśliwej gwieździe.
Pozwoliłem się schwytać tym łotrom, którzy mnie
wyprowadzili. Gondoljer ze sztyletem szedł obok mnie. Widziałem po
jego dzikim wzroku, że z wielkiem zadowoleniem byłby ten sztylet
utopił w mojem sercu, gdyby tylko po temu nadarzyła się sposobność.
Dziwne to są gmachy, panowie, te pałace weneckie: domy,
twierdze i więzienia, a wszystko w jednym budynku.
Przeprowadzono mnie przez kurytarz i jakieś kamienne, strome
schody wdół, aż wreszcie dotarliśmy znowu do jakiegoś małego
kurytarza, gdzie znajdowało się troje drzwi. Wepchnięto mnie przez
jedne z nich, poczem zatrzaśnięto zamek. Przez wąski otwór we
drzwiach wpadło światło z kurytarza.
Oczami i rękami zacząłem badać moje pomieszczenie. Po tem,
co usłyszałem, wydawało mi się, iż nie będę czekał długo, lecz
prędko stanę znów przed trybunałem; ale nie jestem przecież
człowiekiem, który opuszcza lada jakąś sposobność.
Podłoga mego więzienia była tak wilgotna, a ściany na kilka
stóp wgórę tak mokre, że nie ulegało najmniejszej wątpliwości, iż
cela ta znajdowała się pod powierzchnią wody. Mały otwór tuż przy
suficie był jedynym, przez który przedostawało się światło i
powietrze. Widziałem przez tę lukę, że spogląda na mnie jakaś
gwiazda, a to mnie napawało otuchą i nadzieją.
Nie byłem nigdy człowiekiem bardzo religijnym, aczkolwiek
zawsze szanowałem tych, którzy nimi byli, ale przypominam sobie, że
tej nocy owa gwiazda wydała mi się jakiemś wszechwidzącem okiem,
które na mnie spogląda, i posiadałem to samo uczucie, które owłada
młodym, trwożliwym rekrutem, gdy widzi i czuje na sobie spokojny i
pewny wzrok swego pułkownika.
Trzy ściany mej celi były z kamienia, ale czwarta drewniana,
a mogłem zauważyć, iż ustawiono ją dopiero niedawno. Była to
najwidoczniej tylko przegroda, aby większą celę podzielić na dwie
mniejsze. W starych murach kamiennych, w małym otworze okienka i
silnych drzwiach nie mogłem naturalnie pokładać żadnej nadziei. W
grę mogła wchodzić tylko owa drewniana ściana.
Ale zdrowy rozsądek powiadał mi, że gdybym się przez nią
przedostał - a to nie wydawało mi się zbyt trudnem - znalazłbym się
w drugiej tak samo zabezpieczonej celi, jak ta, w której się
właśnie znajdowałem.
W każdym razie uważałem za stosowne robić coś, aby
przynajmniej nie siedzieć bezczynnie i czekać. Całą moją siłę i
energję wytężyłem na ową drewnianą ścianę.
Dwie deski były jakoś źle spojone i tak lekko przybite, że
można je było z pewnością bardzo łatwo odjąć. Zacząłem szukać
jakiegoś przyrządu i znalazłem go w postaci nogi od łóżka, które
stało w kącie. Wdusiłem więc tę nogę między obie deski i miałem je
właśnie odłamać, gdy usłyszałem jakieś szybkie kroki. Przestałem i
zacząłem nadsłuchiwać. Pragnę, abym mógł zapomnieć o tem, co
usłyszałem. Widziałem wiele bitew i sam zabiłem więcej ludzi,
niżbym się chciał do tego przyznać, ale to chodziło o uczciwą walkę
i było to zresztą moim obowiązkiem żołnierza. Ale co innego jest,
gdy się słyszy, iż kogoś mordują w takiej jaskini łotrów.
Ciągnęli kogoś przez kurytarz, kogoś, który się broni i w
przejściu chwyta się moich drzwi. Widocznie zapakowali go do
trzeciej celi, najwięcej oddalonej od mojej.
- Pomocy! Pomocy! Gerard! Pułkowniku Gerard!
Był to mój biedny kapitan piechoty, którego mordowano.
- Mordercy! Mordercy! - ryknąłem i zacząłem dziko walić we
drzwi, ale jeszcze raz tylko usłyszałem jego głos, a potem wszystko
ucichło.
Po chwili usłyszałem jakiś plusk i doszedłem do przekonania,
że mojego biednego kapitana już żadne ludzkie oko oglądać nie
będzie. Poszedł tą samą drogą, którą poszło przed nim tylu innych
tej zimy w Wenecji; ani jeden z nich nie mógł się stawić do apelu w
pułku.
Siepacze powrócili i sądziłem, że teraz kolej przyjdzie na
mnie. Zamiast tego otworzyli drzwi przyległej celi i wyciągnęli z
niej kogoś. Słyszałem, jak udali się po schodach na górę.
Zabrałem się natychmiast do pracy. Po kilku chwilach
rozluźniłem kilka desek na tyle, że mogłem je przesuwać do woli.
Gdy przelazłem przez otwór, spostrzegłem, iż była to druga połowa
celi. Jak przypuszczałem, nie posiadałem żadnych widoków ucieczki,
gdyż dalej nie było żadnych drewnianych ścian, a drzwi były
zamknięte.
Nie mogłem wykryć, kto był tym nieszczęśliwym towarzyszem
mojej niedoli. Wróciłem zatem do mojej celi i zasunąłem deski. Z
pogardą śmierci oczekiwałem teraz, co nastąpi. Nudziło mi się; czas
przeciągał się w nieskończoność, możecie mi wierzyć, panowie;
nareszcie jednak usłyszałem znowu kroki i byłem przygotowany na to,
że będę ponownie słuchaczem dokonywanego mordu, że znowu usłyszę
krzyki jakiejś nieszczęśliwej ofiary.
Ale nie stało się nic podobnego; jakiegoś więźnia
wprowadzono spokojnie do przyległej celi. Nie miałem czasu zajrzeć
przez otwór, ktoby to był taki, gdyż w tej chwili otworzono moje
drzwi, a przez nie wszedł mój gondoljer, za którym ukazała się
reszta zbójów.
- Chodź, Francuziku - odezwał się do mnie, trzymając w
włochatej ręce zakrwawiony sztylet. Widziałem w jego wściekłym
wzroku, iż czyha tylko na sposobność, aby mi go wepchnąć w serce.
Opór był tu daremny. Poszedłem za nim, nie mówiąc ani słowa.
Poprowadzono mnie znowu po schodach na górę i znowu do tej
samej sali, w której ów krwawy sąd odbywał swoje posiedzenia.
Gdy wszedłem, sędziowie dziwnie jakoś nie zwracali na mnie
uwagi, ale ich spojrzenia skierowały się na jednego z nich. Był to
wysmukły młodzieniec o ciemnej cerze; stał przed nimi i coś im
tłumaczył. Drżał ze wzruszenia i składał błagalnie ręce.
- Nie możecie! Nie wolno wam! - wołał. - Proszę trybunał o
cofnięcie swej uchwały!
- Stań na boku, bracie - rzekł stary, który przewodniczył. -
Rzecz jest postanowiona, a teraz mamy sądzić następną.
- Na miłość Boga, bądźcie litościwi! - zawołał młodzieniec.
- Byliśmy już litościwi - odparł stary. - Śmierć byłaby
najłagodniejszą karą za takie przestępstwo. Bądź odważny i pozwól
sprawiedliwości dążyć swoją drogą.
Z boleścią padł młodzieniec na krzesło.
Nie miałem jednak czasu zastanowić się nad przyczyną żałości
młodzieńca, gdyż jedenastu jego kolegów zwróciło już na mnie swe
surowe oczy. Wybiła moja ostatnia godzina.
- Pan jesteś pułkownikiem Gerardem? - dał się słyszeć
straszny głos starego.
- Ja nim jestem!
- Adjutant rozbójnika, który się nazywa generałem Suchet,
który znowu zastępuje tego arcyrozbójnika Bonapartego?
Już miałem mu powiedzieć, że jest arcyłotrem i arcykłamcą,
ale, panowie, są w życiu człowieka chwile, w których się trzeba
bronić, i są takie, w których siedzieć trzeba cicho, jak mysz pod
miotłą.
Odpowiedziałem więc tylko:
- Jestem honorowym żołnierzem, słuchałem dawanych mi
rozkazów i spełniałem swoje obowiązki.
Staremu uderzyła krew do głowy, a ślepia zaświeciły mu się,
jak dwa węgle.
- Złodziejami jesteście i mordercami, jeden w drugiego! -
zawołał. - Czego tutaj chcecie?! Jesteście Francuzami. Dlaczego nie
pozostaliście we Francji? Czy prosiliśmy was może, abyście przybyli
do Wenecji? Jakiem prawem znajdujecie się tutaj? Gdzie są nasze
obrazy? Gdzie są konie z św. Marka? Kim jesteście, wy, którzy
kradniecie skarby, zebrane przez naszych przodków w ciągu tylu
stuleci? Byliśmy potężnem miastem już wówczas, gdy Francja była
pustynią. Wy, zapita, hałaśliwa, brutalna hołoto żołnierska,
zniszczyliście dzieła naszych świętych i bohaterów! Co pan masz na
to do powiedzenia?
Panowie, strasznem naprawdę zjawiskiem był ten stary. Broda
mu się najeżyła z wściekłości, a wyrzucał z siebie krótkie zdania,
jak pies, który czuje przed sobą groźnego wroga.
Chciałem mu powiedzieć, iż jego obrazy są doskonale
przechowane w Paryżu i krzywda im się nie dzieje, że jego konie nie
są warte, aby robić o nie tyle hałasu, że może jeszcze widzieć
bohaterów - o świętych nie chciałem już wspominać - nie mówiąc już
o jego sławnych przodkach, ale... na co byłoby się to przydało?
Rozmawiać z nim o tem wszystkiem, znaczyłoby tyle, co
kretowi opowiadać o życiu nad ziemią. Wzruszyłem więc tylko
ramionami i nie odpowiedziałem nic.
- Więzień nie usprawiedliwia się wcale - rzekł jeden z
zamaskowanych sędziów.
- Czy zanim wyrok zostanie wydany, prosi kto o głos? -
zapytał stary i rozejrzał się dokoła.
- Jedno tylko chciałem zauważyć, ekscelencjo - odezwał się
ktoś. - Niestety, będę musiał otworzyć na nowo ranę jednego z
naszych braci, ale proszę uwzględnić, iż w wypadku z tym oficerem
kara dla przykładu i to surowa powinna być w całej swej
bezwzględności zastosowana.
- Myślałem już o tem - odparł stary. - Bracie, jeżeli cię
trybunał w czem dotknął, to z drugiej strony da ci daleko idące
zadośćuczynienie.
Młody człowiek, który w czasie mego wejścia do sali
przedstawiał coś swoim kolegom, zerwał się z miejsca.
- Nie mogę tego znieść - zawołał. - Wasza ekscelencja musi
mi wybaczyć. Sąd może się odbyć i bez mojej obecności. Jestem
chory, tracę zmysły!
Wymachiwał rękami w powietrzu, a potem wypadł z sali.
- Niech idzie! Niech idzie! - rzekł prezydent. - To
rzeczywiście więcej, niż można wymagać od człowieka z krwi i kości,
aby pozostał pod tym dachem. Jest to jednak wierny Wenecjanin, a
gdy pierwszy ból uśmierzy, przekona się, że istotnie inaczej być
nie mogło.
W czasie tego zajścia zapomniano o mnie, a aczkolwiek,
panowie, nie lubię, aby na mnie nie zwracano uwagi, byłbym wołał
wtedy, aby zupełnie o mnie zapomnieli. Ale zaraz spojrzał na mnie
stary prezydent, jak tygrys na swój łup.
- Zapłacisz pan nam za wszystko, inaczej być nie może -
zaczął. - Pan, zawleczony tutaj awanturnik i cudzoziemiec,
ośmieliłeś się podnieść oczy z miłością na wnuczkę doży Wenecji, a
wnuczka ta była już zaręczona ze spadkobiercą sławnego imienia
Loredanich. Kto się taką cieszy łaską, musi za to odpowiednio
odpokutować.
- Kara nie może być wyższa od tej łaski - odparłem.
- Pomówimy z sobą gdy pan odbędzie część swojej kary. Może
wtedy będziesz pan mówił mniej wyniośle - rzekł. - Matteo,
odprowadź tego więźnia do drewnianej celi. Dzisiaj jest
poniedziałek. Nie dostanie ani jeść, ani pić, a w środę
przywiedziesz go przed nas. Postanowimy wtedy, jaką śmiercią ma
umrzeć.
Nie był to arcyprzyjemny horoskop, panowie, a jednak była to
zwłoka łaski. Za wszystko można być wdzięcznym, gdy zbrodniarz
wstrzymuje swój zbrodniczy cios. Wywleczono mnie z sali i po
schodach nadół zpowrotem do celi. Drzwi zamknięto i pozostałem sam
z mojemi myślami.
Pierwszą moją czynnością było porozumienie się z moim
sąsiadem. Zaczekałem, dopóki nie umilkną kroki, potem odsunąłem
ostrożnie dwie deski i zajrzałem do wnętrza. Światło było bardzo
skąpe, tak słabe, iż mogłem zaledwie dostrzec jakąś skuloną w kącie
postać i usłyszeć cichy szept głosu, który tak gorąco się modlił,
jak tylko może się modlić ktoś w godzinie śmierci. Deski musiały
zaskrzypieć, gdyż usłyszałem lekki okrzyk.
- Odwagi, przyjacielu, odwagi! - zawołałem. - Jeszcze nie
wszystko stracone! Tylko nie upadać na duchu. Stefan Gerard jeszcze
żyje!
- Stefan! - zabrzmiał głos kobiecy.
Głos ten brzmieć mi będzie zawsze w uszach, jak
najcudowniejsza muzyka.
Skoczyłem przez otwór i pochwyciłem tę postać w ramiona.
- Łucjo, moja najdroższa Łucjo! - zawołałem.
Przez kilka minut słowa: "Łucjo!" i "Stefanie!" były
jedynemi, które mogliśmy wymówić, gdyż wierzajcie mi, panowie, w
takich chwilach niema co długo rozprawiać. Wreszcie ona zaczęła
pierwsza:
- Oh, Stefanie, oni cię zamordują. Jakim sposobem wpadłeś w
ich ręce?
- Przez twój list.
- Nie pisałam żadnego listu.
- A to djabły przeklęte! A ty?
- Także przez twój list.
- Łucjo, nie pisałem żadnego listu.
- Schwytali nas oboje na jedną i tę samą przynętę.
- Na mojem życiu nic mi nie zależy, Łucjo. Zresztą dla mnie
niema bezpośredniego niebezpieczeństwa. Odprowadzili mnie poprostu
do celi zpowrotem.
- Oh, Stefanie, oni cię zamordują. Lorenzo się o to postara.
- Ten stary z tą siwą brodą?
- Nie, młody człowiek, ten brunet. Kochał mnie i mnie się
zdawało, że ja go kocham, aż nareszcie... nareszcie dowiedziałam
się, co to znaczy prawdziwa miłość, Stefanie.
- Niech robią, co chcą, Łucjo. Przeszłości mi nie zabiorą.
Ale co z tobą się stanie?
- Nic tak dalece wielkiego, Stefanie. Przejściowy ból, a
potem wszystko minie. Sądzą, że to będzie piętnem, najdroższy, ale
znaczyć ono będzie dla mnie zaszczyt, ponieważ otrzymam je przez
ciebie.
Słowa jej ścięły mi krew w żyłach. Wszystkie moje przygody
były niczem w porównaniu z tą straszną myślą, która jak błyskawica
przemknęła mi przez głowę.
- Łucjo! - zawołałem - na miłość Boga powiedz mi, co ci
siepacze chcą z tobą zrobić? Powiedz mi, Łucjo, powiedz!
- Nie powiem ci, Stefanie, gdyż dotknęłoby cię to silniej,
niż mnie. A jednak powiem ci, abyś się nie obawiał czegoś gorszego.
Prezydent kazał pozbawić mnie ucha, abym na zawsze była
napiętnowana za to, iż kochałam Francuza.
Jej ucho! To małe drogie uszko, które tyle razy całowałem!
Dotknąłem się ręką tych małych, aksamitnych uszu, aby się upewnić,
czy napiętnowanie już nie nastąpiło. Tylko po moim trupie mogli się
dostać do niej. Poprzysiągłem to sobie, zgrzytając zębami, że tylko
wtedy to stać się może, gdy mnie już na świecie nie będzie.
- Nie smuć się, Stefanie. Mimo to cieszy mnie to, iż się
smucisz.
- Te djabły nie dotkną się ciebie!
- Mam jeszcze nadzieję, Stefanie. Lorenzo jest tam.
Zachowywał się cicho, gdy zostałam skazana, ale może, gdy mnie już
nie było, wstawił się za mną.
- Uczynił to. Słyszałem na własne uszy.
- W takim razie może zmiękczył ich serca.
Wiedziałem, że tak nie było, ale, panowie, jakże jej to
mogłem powiedzieć? Mogłem to uczynić coprawda z całym spokojem,
gdyż zorjentowała się szybko i odgadła wszystko swym kobiecym
instynktem.
- Nie chcieli go wysłuchać! Nie obawiaj się powiedzieć mi
tego, ukochany, dowiedz się bowiem, że jestem godna miłości
żołnierza. Gdzie jest teraz Lorenzo?
- Wypadł z sali.
- W takim razie wyszedł zupełnie z gmachu.
- Tak mi się zdaje.
- Pozostawił więc mnie mojemu losowi. Nadchodzą, Stefanie,
nadchodzą!
Zdaleka już usłyszałem ten obrzydliwy odgłos kroków
tajemniczych i brzęk kluczy. Czego chcieli? Innych więźniów
przecież nie było, aby ich można było zawlec przed trybunał. Mogli
zjawić się poto, aby na mojej ukochanej wykonać wyrok.
Stanąłem między nimi a wejściem; w członkach moich poczułem
siłę lwa. Byłem przygotowany na zwalenie całego gmachu, zanimby jej
dotknęli.
- Uciekaj, uciekaj, Stefanie! - zawołała. - Zamordują cię!
Moje życie nie znajduje się przynajmniej w niebezpieczeństwie. Na
miłość twoją dla mnie, Stefanie, zaklinam cię, ustąp! To nic. Nie
wydam ani jęku, nic nie usłyszysz!
Zaczęła się szarpać ze mną ta mała delikatna istotka i
gwałtem chciała mnie wepchnąć w otwór do mojej celi.
Wtem przyszła mi myśl do głowy.
- Jeszcze jest ratunek, Łucjo - szepnąłem. - Uczyń, jak ci
powiem, natychmiast, bez oporu. Idź do mojej celi! Marsz!
Przesunąłem ją przez otwór, i pomogłem jej doprowadzić znowu
deski do porządku. Zatrzymałem jej płaszcz, otuliłem się w niego i
ukryłem się w najciemniejszym kącie celi.
Po chwili otworzyły się drzwi i weszło kilku drabów.
Liczyłem na to, iż nie będą mieli przy sobie latarni, ponieważ
przedtem także jej nie mieli. Mogli widzieć w kącie tylko jakiś
czarny tłumok.
- Dawaj światło! - zawołał jeden z nich.
- Nie, nie! - zawołał ten przeklęty Matteo swym ochrypłym
głosem. - To nie jest taka robota, na którąbym się chętnie patrzył,
a im dokładniej patrzę, tem wstrętniejsza mi się ona wydaje. Bardzo
mi przykro, signora, ale rozkaz trybunału musi być wykonany.
W tej chwili chciałem skoczyć i przerznąć się przez nich.
Ale coby to pomogło Łucji? Przypuśćmy nawet, iż odzyskałbym
wolność, to przecież ona pozostałaby w ich mocy, dopókibym ja nie
powrócił z odsieczą, gdyż sam nie miałem widoków wydarcia jej z ich
rąk.
To wszystko stanęło mi w jednej chwili przed oczyma.
Przekonałem się, że nie pozostawało mi nic innego, jak zachowywać
się spokojnie, pozwolić dać zrobić z sobą, co chcieli, i czekać,
dopóki szanse nie zmienią się na moją korzyść.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.