Rozdział 1
Bóg mi świadkiem, nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby nie tamtych dwóch durniów w Salali. Oni i ta ich mapa.
...Co? Co masz na myśli, że niby "nie tak się zaczyna opowiadać historię"? Biografię? Chcesz pisać biografię? A jak ci się wydaje, czyje losy opisujesz, Wielkiego Muftiego Mekki? Moja rodzina nie traktuje kwestii pochodzenia tak jak twoja. W rzeczywistości nawet nie nazywamy się Sirafi. Ojcu mojego ojca, sierocie z Omanu, a potem piratowi, to nazwisko wydało się po prostu romantyczne.
...Nie sądzisz?
O czym to ja mówiłam? Aha, tamci idioci i ich mapa. No dobra, rozumiem, że poszukiwanie skarbów naprawdę może wydawać się pociągające - w końcu budujemy nasze domy na ruinach upadłych miast i żeglujemy ponad zatopionymi pałacami zapomnianych królów. Każdy słyszał historię o wyoraniu z pola przez jednego takiego garnka sasanidzkich monet albo spotkał poławiacza pereł, który dostrzegł na dnie morza błysk góry szmaragdów. Według rozmaitych opowieści poszukiwanie skarbów w Egipcie jest tak popularne, że ci, którzy się nim zajmują, stworzyli całe gildie, z których każda ma swoje sztuczki i nikomu ich nie ujawnia... chyba że ktoś jest skłonny zapłacić odpowiednią cenę, to być może dostanie jakąś radę. Kto wie, może nawet gildia będzie chciała sprzedać mu mapę, prowadzącą do niewyobrażalnych bogactw?
Mapy da się wyjątkowo łatwo sfałszować (nie potrafię wyrazić, jak łatwo). Mogę wam nawet powiedzieć, jak się to robi: potrzebujecie kawałka pergaminu i trochę czasu. Najpierw moczycie pergamin w tonikach, by papier ściemniał i pożółkł. Na nieszczęście składnikiem większości toników jest mocz, a najlepsze przygotowuje się na bazie żółci nietoperza. Samą mapę powinno się narysować z wielką starannością, umieszczając na niej dość szczegółów, by dało się rozpoznać pewne lokalizacje (najlepiej, jeśli miejsce ukrycia skarbu będzie oznaczone po przeciwnej stronie od tej, w którą ma zamiar uciec twórca mapy). Symbole można zaczerpnąć z dowolnego alfabetu: wielu fałszerzy preferuje hebrajski ze względu na mistyczne konotacje, ale moim zdaniem litery ze starych sabejskich grobów wyglądają bardziej tajemniczo. Następnie należy pognieść pergamin, wystrzępić krawędzie, wypalić kilka dziur, dodać cienką warstwę sandaraku, żeby pismo stało się niewyraźne - i tyle. Wasza "mapa z miejscem ukrycia skarbu" jest gotowa, teraz można ją sprzedać za jak najwyższą cenę.
Ta, którą mieli ze sobą tamtego wieczoru moi klienci, nie wyglądała, jakby kosztowała krocie. Chociaż próbowali ukryć przede mną pergamin, jak również prawdziwy cel swojej podróży (tak jakby wycieczka o północy do starych ruin była zupełnie normalna), wystarczyło mi jedno spojrzenie, by stwierdzić, że mapa jest całkiem przeciętnym dziełem fałszerza, zapewne wprawką początkującego kryminalisty.
Zatrzymałam jednak tę opinię dla siebie. To, że mnie wynajęli, bym tam z nimi powiosłowała, było błogosławieństwem, szansą, na którą czekałam, łowiąc ryby. Musiałam im się wydać idealną kandydatką do takiej misji: samotna, miejscowa kobieta, nie pierwszej młodości i prawie na pewno zbyt ciemna, by obchodziło ją, co robią tacy dwaj. Odpowiednio dobierając słowa i ton, ostrzegłam ich, że ruiny wedle opowieści są nawiedzane przez ghule, a otaczająca je laguna przeklęta przez dżinny, lecz młodzieńcy zapewnili mnie, że potrafią o siebie zadbać. A ponieważ spędziłam w tym miejscu wiele nocy na połowach i nie spotkałam ani cienia czegokolwiek nadnaturalnego, sama nie czułam się szczególnie zaniepokojona.
...Słucham? Że "wydaje ci się to nieco naiwne"? Już nie pamiętasz, w jakich okolicznościach się spotkaliśmy, hipokryto? Przestań gadać i wcinaj potrawkę. Znakomicie tu przyrządzają saltę, a ty jesteś niewiele grubszy niż pióro, którym piszesz. Jeszcze raz mi przerwiesz, Dżamalu, i będziesz sobie musiał poszukać innej nachudy, którą mógłbyś męczyć o historie.
Wróćmy już może do tamtych wydarzeń! Wieczór był czarujący, na niebie pojawiły się gwiazdy, a to rzadki widok podczas letniego monsunu, zwanego tu charifem, który zwykle spowija nas mgłami. Księżyc świecił jasno nad ruiną fortu po przeciwnej stronie laguny: z dawno porzuconego miasta, które według miejscowych było kiedyś gwarnym portem handlowym, pozostała sterta popękanych cegieł. W tej części świata zawsze gromadzono bogactwa: Rzymianie nazywali nasz kraj Arabia Felix, Arabią Szczęśliwą, dzięki dostępowi do morza, bezpiecznym trasom handlowym i przynoszącym niezły dochód gajom kadzidłowców. Krążyły również legendy, że w ruinach znajduje się ukryty skarbiec porzuconego miasta, wciąż pełen złota, pogrzebany tam podczas trzęsienia ziemi. Zakładałam, że to ta historia zwabiła tu młodzieńców, dopóki na środku laguny jeden z nich nie cmoknął na mnie, tak jak się cmoka na muła, żeby go zatrzymać.
- Stań tutaj - rozkazał chłopak.
Popatrzyłam z powątpiewaniem na otaczającą nas czarną wodę i na wciąż odległą plażę. W dzień było to przepiękne miejsce, przyciągające flamingi i delfiny. Przy odpowiednim wietrze podczas przypływu pióropusze wody tryskały pośród skał ku zachwytowi dzieci i rozłożonych na plaży rodzin. Jednak w trakcie odpływu, w spokojne noce, takie jak ta, fale przyboju uderzały leniwie o brzeg, a ich miarowy szum i lśniąca biała piana nie pozwalały odróżnić przybrzeżnych wód od pełnego morza. Jeżeli moi klienci sądzili, że potrafią przebyć wpław całą drogę, jaka pozostała do ledwie widocznej plaży, byli głupsi, niż zrazu myślałam. A chyba jasno się wyraziłam, za jakich durniów ich od początku uważałam.
- Nie dopłynęliśmy jeszcze do ruin - wskazałam.
- To wystarczy. - Para skuliła się razem na drugim końcu mojej łódeczki z mapą rozłożoną na kolanach. Jeden z chłopaków oświetlał ją oliwnym kagankiem, a drugi płonącym bukiecikiem suszonego jaśminu.
- Nie rozumiem - wymamrotał któryś z nich. Przez cały wieczór kłócili się stłumionym szeptem. Ich głosy pobrzmiewały mi akcentem z Adenu, nie znałam jednak ich imion. W dość teatralnym stylu oznajmili, że zamiast je podać, wolą zapłacić mi dodatkowego dirhama za dyskrecję, a ponieważ nic a nic mnie to nie obchodziło, dodatkowa zapłata okazała się przyjemnym zaskoczeniem. - Mapa mówi, że to właściwe miejsce... - Młodzieniec wskazał gestem niebo nad głową, a moje serce zapłonęło współczuciem, ponieważ znaki na ich pergaminie nie miały absolutnie nic wspólnego z żadną mapą nieba, jaką kiedykolwiek widziałam.
- Powiedzieliście, że chcecie popłynąć do starego miasta - przypomniałam im, wskazując wzgórze... a przynajmniej kierunek, w jakim się przed chwilą znajdowało. Gęsty tuman mgły spełzł z uedu, doliny zasilanej przez monsun rzeki, która wpadała do laguny, i otoczył nas tak, że nie było widać ani wzgórza, ani ruin. Patrzyłam, jak wybrzeże całkowicie znika, a po chwili nasza łódź wydawała się płynąć po nieskończonej, spowitej w białą chmurę równinie.
Młodzieńcy mnie zignorowali.
- Wypowiedzieliśmy odpowiednie słowa - upierał się ten z kagankiem. - Mamy dla niej zapłatę. Powinna się pojawić.
- A mimo to jeszcze tego nie zrobiła - odparł drugi. - Mówię ci, powinniśmy...
W tym momencie jednak przestało mnie obchodzić, co powinni. Podmuch od morza, który wiał przez cały wieczór, raptownie ucichł, a powietrze znieruchomiało. Ja również zamarłam. Po plecach spłynęła mi kropla potu. Jestem żeglarką i na niewiele rzeczy zwracam baczniejszą uwagę niż na pogodę. Podrzuciłam nić wysnutą z peleryny, ale opadła swobodnie, nieporuszona najmniejszym wiaterkiem. Mgła przybliżyła się do nas. Towarzyszyła jej obezwładniająca cisza, która sprawiała, że każde pluśnięcie fali o kadłub łodzi brzmiało niczym grzmot.
Są na świecie miejsca, gdzie takie znaki zwiastowałyby wściekłą, niebezpieczną burzę, lecz tajfuny, które czasami uderzają w wybrzeże, nie objawiają się zwykle tak nieoczekiwanie. Woda pozostała spokojna, prąd i tempo pływu się nie zmieniły, a mimo to... ogarnęło mnie wyjątkowo niedobre przeczucie.
Sięgnęłam do wioseł.
- Uważam, że powinniśmy się stąd oddalić.
- Czekaj! - Jeden z młodzieńców wstał, wymachując z podnieceniem w kierunku mgły. - Widzisz ten cień ponad pianą na wodzie?
Spojrzałam na morze, zmrużyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że to rzeczywiście piana. Lata wpatrywania się w słoneczny blask odbity od fal oceanu zaczęły już wówczas mścić się na moim wzroku, toteż musiałam się nieźle wysilić, żeby dostrzec coś w nocy... ale chłopak miał rację. To nie była tylko podpływająca coraz bliżej mgła, to była piana, spiętrzona wystarczająco, by pochłonąć moją łódź. W miarę zbliżania dało się dostrzec jej czerwonożółty odcień i wyczuć straszny smród patroszonych ryb oraz gnijącego mięsa.
- Zapłać jej! - ponaglił ten z kagankiem. - Szybko!
- Zapomnijcie o płatności i siadajcie spokojnie! - rozkazałam, kiedy drugi z młodzieńców sięgnął pod szatę. - Jesteśmy...
Chłopak wyciągnął rękę, w której trzymał wielki kawał czerwonego krwawnika. W tym momencie bardzo szybko wydarzyły się dwie rzeczy:
Po pierwsze, zdałam sobie sprawę, że nie chodziło im o moją zapłatę.
Po drugie, rzecz, dla której przeznaczona była płatność, zaczęła wciągać nas w mgłę.
Młody człowiek trzymający krwawnik ledwie zdążył wrzasnąć, kiedy piana raptownie go pochłonęła, liżąc jego szyję oraz tors i owijając się wokół bioder niczym niecierpliwa kochanka. Z jego gardła wyrwało się wycie, nie krzyk, jaki mogłoby wydać gardło śmiertelnika, raczej ryk fali przypływu połączony ze złowrogim skrzekiem mew.
- Chalidzie! - Drugi pasażer, wstrząśnięty, upuścił kaganek, gasząc nasze jedyne źródło światła.
Na szczęście jednak (czy na pewno na szczęście?!) najwyraźniej żywa i chyba wrogo nastawiona piana jarzyła się słabą poświatą, dość mocną, by oświetlić Chalida, który obnażył zęby jak wilk i rzucił się na towarzysza.
- Nie dostaniesz mnie! - syknął, chwytając tamtego za szyję. - Przeklniemy cię! Pochłoniemy cię! Rzucimy cię na pożarcie płomieniom!
Drugi chłopak rozpaczliwie próbował się uwolnić.
- Chalidzie, proszę! - wykrztusił, lecz w tej chwili z morza wypiętrzyło się jeszcze więcej piany, teraz purpurowej jak krew, i pokryło ich obu. Na jej powierzchni zakwitały przyssawki z ostrymi haczykami niczym na mackach potwornej mątwy.
Chciałabym móc wyznać, że zareagowałam bez zwłoki, że na widok dwóch młodzieńców w śmiertelnym niebezpieczeństwie ruszyłam do ataku i ani chwili nie zastanawiałam się, czy może złowroga piana nasyci się nimi i zostawi mnie i moją łódź w spokoju... ale to byłoby kłamstwo. Owszem, zawahałam się, lecz potem zaklęłam soczyście na cały głos, zerwałam się na nogi i chwyciłam za nóż.
Przyznam, że lubię dobre ostrza: handżar mojego dziadka i bezczelnie piękną szablę z damasceńskiej stali, ukradzioną przeze mnie pewnemu dobrze urodzonemu, który na nią nie zasługiwał... Ponadto prosty nożyk ukryty w pochwie na kostce i wspaniały dysk z zaostrzonymi krawędziami, prezent od mojego drugiego męża, który z czasem pożałował, że nauczył mnie nim rzucać.
W sytuacjach takich jak ta przydawała mi się jednak tylko jedna broń, zrobiona na specjalne zamówienie, którą zawsze miałam przy sobie. Wykuta z czystego żelaza, nie była wcale najostrzejsza z tych, które noszę, a jej waga potrafiła sprawiać kłopoty podczas walki. Plamiła ją rdza od wody ze świętej studni Zamzam, którą spryskiwałam ostrze podczas wieczornych błogosławieństw, a rude płatki utrudniały rozróżnienie wyrytych w nich świętych wersetów, ale ten nóż nie musiał być piękny.
Wymagałam od niego tylko jednego: skuteczności, kiedy zawiedzie bardziej przyziemna broń.
Chwyciłam Chalida za kołnierz i odciągnęłam go od towarzysza. Zanim zdołał rzucić się do gardła również mnie, przyłożyłam mu do szyi pobłogosławiony nóż.
- Zgiń, przepadnij! - zażądałam.
Zaczął się dziko wić, rozrzucając pianę na wszystkie strony.
- Nie dostaniesz mnie. Nie dostaniesz mnie!
- Wcale cię nie chcę dostać! A teraz, w imię Boga, zgiń, przepadnij!
Docisnęłam ostrze i wypowiedziałam słowa basmali. Jego skóra pod nożem zaskwierczała i młodzieniec osunął się na pokład. Piana osnuwająca jego ciało zawisła na chwilę w powietrzu, a potem pomknęła ku mnie. Upadłam jak uderzona taranem, a moja głowa stuknęła o deski łodzi.
Lodowate paluchy z ostrymi niczym kość opuszkami wpiły mi się w uszy, a nieznośny ciężar przyszpilił mnie do pokładu. Dzięki łasce Boga jednak wciąż miałam w dłoni błogosławiony nóż. Zamachnęłam się szaleńczo, a ostrze utknęło w powietrzu. Rozległ się dziki wrzask, złowrogi, nienaturalny odgłos, tak jakby pazury drapały po muszlach małży, po czym znikąd zmaterializowało się raptownie łuskowate okropieństwo siedzące mi na piersi. Jego gorejące oczy miały kolor brudnej wody z zęzy, a w ohydnej, potarganej czuprynie zaplątało się pełno pąkli.
Wrzasnęło raz jeszcze, odsłaniając cztery kły ostre jak igły. Kościste łapska zadrapały moje nadgarstki, próbując wyrwać mi sztylet zatopiony w ciemnoczerwonej piersi. Z rany wydobywała się bąbelkami srebrna krew, kapiąca na nas oboje.
Młodzieńcy łkali i błagali Boga o litość. Demon wrzeszczał i zawodził w nieznanym języku. Wepchnęłam ostrze głębiej, po czym zagrzmiałam, przekrzykując pozostałych:
- "Bóg! Nie ma boga, jak tylko On - Żyjący, Istniejący!"[1] - Trzymając mocno sztylet, zaczęłam recytować Werset Tronu, fragment Koranu, który, jak mnie przez całe życie uczono, powinien mnie chronić.
Demon siedzący mi na piersi zawył i szarpnął się w męce, unosząc gwałtownie kościste dłonie, by zakryć łuskowate uszy.
- "Nie chwyta Go ni drzemka, ni sen! Do Niego należy to, co jest w niebiosach, i to, co jest na ziemi!" Zejdziesz ze mnie wreszcie?! - Wymierzyłam stworzeniu kuksańca łokciem, a ono splunęło mi w twarz. - "A któż będzie się wstawiał u Niego inaczej jak za Jego zezwoleniem? On wie, co było przed nimi, i On wie, co będzie po nich. Oni nie obejmują niczego z Jego wiedzy, oprócz tego, co On zechce!"
Skóra demona zadymiła, a on sam musiał zdecydować, że ma już dość. Z pleców wyrosła mu para nietoperzych skrzydeł, i oto stwór z gwałtownym łopotem uniósł się, wyrywając żelazne ostrze ze swojego ciała, i przepadł, znikając w mroku nocy.
Usiadłam, ciężko dysząc. Mgła już się rozwiewała, a chłopcy nadal obejmowali się po przeciwnej stronie łodzi. Trzymałam mocno nóż, rozglądając się czujnie w poszukiwaniu dalszych niebezpieczeństw. Ogarnął mnie strach, wielki i dławiący; czekałam na znajomy śmiech, na spojrzenie ognistych, czarnych oczu i zbyt jedwabisty głos.
Nic podobnego jednak nie nastąpiło. Wokół nas rozciągała się rozgwieżdżona laguna i rozlegał się delikatny pomruk przypływu.
Odwróciłam się ku młodzieńcom.
- Mówiliście, że szukacie skarbu.
Ten od kaganka zarumienił się, na jego kredowobiałej skórze wystąpiły wyraźne czerwone plamy.
- Skarb to pojęcie dyskusyj... Nie, czekaj! - wykrzyknął, kiedy złapałam ich mapę oraz bryłkę karneolu i uniosłam obie rzeczy nad wodą. - Nie rób tego!
Podrzuciłam w dłoni lśniący czerwony kamień.
- Nie zwódź mnie więcej, chłopcze - ostrzegłam. - Skłam jeszcze raz, a wyrzucę was obu za burtę. Wspomniałeś o zapłacie, a potem wymieniłeś jakieś imię. Co próbowaliście przywołać?
- Nie próbowaliśmy... Biduchę! - zawołał, gdy zamoczyłam mapę w morzu. - Kuzyn mi o niej opowiedział. Ona... - Przełknął gwałtownie ślinę. - Jest jedną z córek Iblisa.
Rozdziawiłam usta ze zdumienia.
- Próbowaliście przywołać córkę pana piekła? Na mojej łodzi?
- Nie chcieliśmy zrobić nikomu krzywdy! - Znów zaświecił księżyc, a ja dostrzegłam, że chłopak trzęsie się ze strachu. - Mówi się, że jeśli złożyć jej odpowiednią ofiarę, wyszepcze darczyńcy do ucha tajemnice miłości.
Chalid zachwiał się w ramionach przyjaciela.
- Zaraz zwymiotuję...
- Porzygaj się w mojej łodzi, a wrócisz do brzegu wpław. Córka Iblisa... A niech was zaraza! - Cisnęłam mapę i karneol do laguny. Zniknęły pod wodą z głośnym pluskiem, przy głosach protestu moich pasażerów.
- Hej! - krzyknął jeden z nich. - Drogo za to zapłaciliśmy!
- Powinniście dziękować Bogu, że nie zapłaciliście życiem! - oznajmiłam i wcisnęłam mu w ręce dodatkowe wiosło. - A teraz zasuwajcie. Może odrobina fizycznej pracy wbije wam do głów trochę rozumu.
Niemal upuścił wiosło i wybałuszył oczy, kiedy zmieniałam pozycję na łodzi, gdyż moje poruszenie odsłoniło pozostałą broń ukrytą pod moją peleryną. Wytarłam żelazny nóż do czysta, umieściłam go z powrotem w pochwie i dopiero potem chwyciłam za swoje wiosła.
Obaj młodzieńcy gapili się na mnie wstrząśnięci. Nie miałam im tego za złe. Właśnie odpędziłam demona, porzuciłam zgarbioną postawę, którą przedtem przybrałam, by ukryć swój prawdziwy wzrost, a teraz wiosłowałam z całych sił - i teraz już zupełnie nie przypominałam cichej, zgarbionej, starej rybaczki, która niechętnie zgodziła się przewieźć ich łodzią.
- Kim jesteś? - zapytał ochryple Chalid.
Ten drugi zagapił się na mnie, lecz po chwili dodał:
- Czym jesteś?
W lagunie zaczynał się odpływ, ale przysięgłabym, że w powietrzu wciąż wisiała ciężka atmosfera. Przez chwilę woda rozpryskująca się na kamienistej plaży wyglądała jak żółtawo-purpurowa morska piana, której teraz nie było już widać, a cienie tańczyły na klifie niczym macki.
- Kimś, kto zna cenę magii aż za dobrze.
To powiedziawszy, zamilkłam, a tamci nie pytali już o nic więcej. Nie musieli. Historie niosą się z ust do ust, i nawet jeśli młodzieńcy wstydzili się przyznać do tego, co knuli, opowieść o niepozornej rybaczce walczącej z demonem jak wojowniczka Boga, która odrzuciła połataną pelerynę, odsłaniając cały arsenał wiszący u pasa i posturę Amazonki - to co innego.
Przesada, ale prawda rzadko się liczy, kiedy w grę wchodzi dobra opowieść, taka, która szerzy się po tawernach i stoczniach, która przenika z haremów do kuchni na językach służących.
I w końcu dociera do ucha pewnej zupełnie zrozpaczonej babki w Adenie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki