Przygody Aminy Al-Safiri - Shannon Chakraborty

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowo wstępne

W imię Boga, Mi­ło­sier­nego, Li­to­ści­wego! Bło­go­sła­wiony niech bę­dzie jego Pro­rok Ma­ho­met, jego ro­dzina i wy­znawcy. Chwała Bogu, który w Swo­jej chwale stwo­rzył zie­mię i mno­gość krain i mórz, lu­dzi i ich ję­zy­ków. Czyż po­śród tych cu­dów, tak licz­nych, że ludz­kie oko ob­jąć może le­d­wie ich skra­wek, nie znaj­dzie­cie do­wodu Jego wspa­nia­ło­ści?

A je­śli już mowa o cu­dach... Po­sma­kujmy przy­gód na­chudy Aminy al-Si­rafi!

Tak! Tej wła­śnie ka­pi­tanki Aminy al-Si­rafi. Prze­myt­niczki i pi­ratki, bluź­nier­czyni, którą uczeni mę­żo­wie oskar­żają o kar­mie­nie swo­jego męża, po­twora mor­skiego, ludz­kimi ser­cami, i cza­row­nicy (bo musi być cza­row­nicą, prze­cież żadna ko­bieta nie po­tra­fi­łaby że­glo­wać tak wpraw­nie bez uży­cia za­ka­za­nych za­klęć), któ­rej po­wierz­chow­ność za­ra­zem ocza­ro­wuje i od­rzuca. Han­dla­rze po­dró­żu­jący po na­szych pięk­nych wy­brze­żach prze­strze­gają przed wy­mie­nia­niem choćby jej imie­nia, tak jakby była dżin­nem, któ­rego można w ten spo­sób we­zwać... cho­ciaż, co dziwne, nie mają naj­mniej­szych skru­pu­łów przed roz­pusz­cza­niem nik­czem­nych plo­tek o jej ciele i oby­cza­jach w łoż­nicy. Męż­czyźni wpa­dają w po­dobną ob­se­sję, kiedy nie­na­wi­dzą tego, czego po­żą­dają, a po­żą­dają tego, czego nie mogą po­siąść.

Je­stem pe­wien, że sły­sze­li­ście o niej nie­jedno. W na­szej spo­łecz­no­ści jest wszak tra­dy­cją, by po­dróż­nicy dzie­lili się cu­dami tego świata po­przez opo­wie­ści o swo­ich wę­drów­kach, zwłasz­cza kiedy można je ubar­wić plot­kami o bu­dzą­cych strach awan­tur­nicz­kach. Wielu ta­kich po­dróż­ni­ków przy­się­gnie, że nie two­rzą hi­sto­rii, by ma­mić lub ba­wić słu­cha­czy, Boże broń, ale po to, by przede wszyst­kim umac­niać serca wier­nych i do­star­czać do­wo­dów na za­po­wie­dzianą w pi­smach chwałę bo­skiego stwo­rze­nia. Czy jed­nak jako mu­zuł­ma­nie nie po­win­ni­śmy prze­ma­wiać szcze­rze? By za­świad­czyć o praw­dzie i prze­strzec przed gło­sze­niem fał­szu?

I to ja­kiego fał­szu, dro­gie sio­stry!

Pi­szący te słowa prze­czy­tał wielką liczbę tych świa­dectw i wy­niósł z nich na­stę­pu­jącą lek­cję: każda ko­bieta może być pewna, że jej hi­sto­ria zo­sta­nie za­pa­mię­tana nie­wła­ści­wie, znie­kształ­cona lub od­rzu­cona. W dwor­skich opo­wie­ściach ko­biety wy­stę­pują jako roz­pustne żony, któ­rych zdrada do­pro­wa­dza ich mę­żów do zbrod­ni­czego szału, lub udrę­czone matki, które uro­dziły męż­czyzn - wła­ści­wych bo­ha­te­rów. Bio­gra­fo­wie szli­fują nie­równe brzegi hi­sto­rii przed­się­bior­czych, bez­względ­nych kró­lo­wych, tak by po­tomni za­pa­mię­tali te ko­biety jako święte, a geo­gra­fo­wie prze­strze­gają wier­nych mę­żów, by omi­jali ta­kie to a ta­kie miej­sce, sły­nące ze skan­da­licz­nych opo­wie­ści o wy­uz­da­nych lo­kal­nych dziew­kach, które ba­rasz­kują w mo­rzu i gwałcą ob­co­kra­jow­ców. Ko­biety to zwy­kle za­po­mniane part­nerki i bez­i­mienne córki, mamki i słu­żące, zło­dziejki i la­dacz­nice. Cza­row­nice. Bo­ha­terki pod­nie­ca­ją­cych aneg­dot, które po po­wro­cie do domu opo­wiada się przy­ja­cio­łom ku prze­stro­dze.

O Ami­nie al-Si­rafi krąży mnó­stwo rów­nie oszczer­czych hi­sto­rii. Ma­wiają, że była bez­li­to­sna. Zbyt am­bitna, zbyt skłonna do prze­mocy; za­cho­wy­wała się nie­sto­sow­nie, a poza tym była... no cóż... stara! Matka dzie­ciom, da­cie wiarę? Och, tak, po mło­dych można się spo­dzie­wać pew­nej skłon­no­ści do buntu. To dla­tego sły­szymy hi­sto­rie o księż­nicz­kach szu­ka­ją­cych skar­bów i wo­jow­nicz­kach, hi­sto­rie, które spo­ra­dycz­nie mają na­wet szczę­śliwe za­koń­cze­nie. Mimo to ocze­kuje się, że opo­wie­ści te zo­staną uwień­czone spo­tka­niem z chłop­cem, księ­ciem, że­gla­rzem lub łowcą przy­gód. Z męż­czy­zną, który po­zbawi ko­bietę dzie­wic­twa, spło­dzi z nią dzieci i uczyni swoją żoną. Męż­czy­zną, który okre­śli jej prze­zna­cze­nie, a po­tem bę­dzie mógł kon­ty­nu­ować wła­sną epicką drogę - może na­wet po­ślu­bić wię­cej żon i spło­dzić wię­cej dzieci! - ale opo­wieść ko­biety roz­pu­ści się we mgle za­ci­sza do­mo­wego... o ile ga­wę­dziarz w ogóle ją do­koń­czy.

Hi­sto­ria Aminy nie do­bie­gła końca, prawdę mó­wiąc, tak jak nie koń­czy się ni­gdy hi­sto­ria żad­nej ko­biety. Po­kor­nie pi­szący te słowa... Ach, po­wi­nie­nem się przed­sta­wić; nie mu­si­cie się su­ge­ro­wać tym, co po­wiem, ale póki co, mo­że­cie mó­wić mi Dża­mal. Dża­mal al-Hilli. Zna­łem bab­cie, za­kła­da­jące nowe in­te­resy, star­sze kró­lowe wal­czące w woj­nach i do­ko­nu­jące pod­bo­jów oraz młode matki, które po raz pierw­szy w ży­ciu brały w dłoń ołó­wek i blok. W rze­czy sa­mej, znamy hi­sto­rię Aminy być może tylko dla­tego, że zo­stała matką. Kiedy spę­dza­li­śmy ra­zem czas, cią­gle mó­wiła o swo­jej córce. I choć to może zbyt śmiałe za­ło­że­nie... mó­wiła rów­nież do swo­jej córki. Tak, by dziecko po­tra­fiło zro­zu­mieć wy­bory, ja­kich do­ko­nała matka. Kiedy Amina zde­cy­do­wała się opu­ścić dom i po­wró­cić do ży­cia na mo­rzu, stała się kimś wię­cej niż pi­ratką. I kimś wię­cej niż wiedźmą.

Stała się le­gendą.

Ta opo­wieść za­brzmi nie­praw­do­po­dob­nie. Za­miesz­czono tu wszel­kie do­wody i do­ku­menty, ja­kie udało się ze­brać, ale je­śli cho­dzi o na­chudę, pi­szący te słowa uważa, że naj­le­piej, je­śli Amina sama opo­wie o so­bie... a ja po­wstrzy­mam się od po­kusy pa­ra­fra­zo­wa­nia czy kształ­to­wa­nia jej słów. Go­dzi się, bym zwie­rzył się z cze­goś jesz­cze: opo­wieść o jej przy­go­dach nie bę­dzie tylko do­wo­dem na cuda, ja­kie two­rzy Bóg.

Bę­dzie rów­nież świetną roz­rywką!

Roz­dział 1

Bóg mi świad­kiem, nic z tego by się nie wy­da­rzyło, gdyby nie tam­tych dwóch dur­niów w Sa­lali. Oni i ta ich mapa.

...Co? Co masz na my­śli, że niby "nie tak się za­czyna opo­wia­dać hi­sto­rię"? Bio­grafię? Chcesz pi­sać bio­gra­fię? A jak ci się wy­daje, czyje losy opi­su­jesz, Wiel­kiego Mu­ftiego Mekki? Moja ro­dzina nie trak­tuje kwe­stii po­cho­dze­nia tak jak twoja. W rze­czy­wi­sto­ści na­wet nie na­zy­wamy się Si­rafi. Ojcu mo­jego ojca, sie­ro­cie z Omanu, a po­tem pi­ra­towi, to na­zwi­sko wy­dało się po pro­stu ro­man­tyczne.

...Nie są­dzisz?

O czym to ja mó­wi­łam? Aha, tamci idioci i ich mapa. No do­bra, ro­zu­miem, że po­szu­ki­wa­nie skar­bów na­prawdę może wy­da­wać się po­cią­ga­jące - w końcu bu­du­jemy na­sze domy na ru­inach upa­dłych miast i że­glu­jemy po­nad za­to­pio­nymi pa­ła­cami za­po­mnia­nych kró­lów. Każdy sły­szał hi­sto­rię o wy­ora­niu z pola przez jed­nego ta­kiego garnka sa­sa­nidz­kich mo­net albo spo­tkał po­ła­wia­cza pe­reł, który do­strzegł na dnie mo­rza błysk góry szma­rag­dów. We­dług roz­ma­itych opo­wie­ści po­szu­ki­wa­nie skar­bów w Egip­cie jest tak po­pu­larne, że ci, któ­rzy się nim zaj­mują, stwo­rzyli całe gil­die, z któ­rych każda ma swoje sztuczki i ni­komu ich nie ujaw­nia... chyba że ktoś jest skłonny za­pła­cić od­po­wied­nią cenę, to być może do­sta­nie ja­kąś radę. Kto wie, może na­wet gil­dia bę­dzie chciała sprze­dać mu mapę, pro­wa­dzącą do nie­wy­obra­żal­nych bo­gactw?

Mapy da się wy­jąt­kowo ła­two sfał­szo­wać (nie po­tra­fię wy­ra­zić, jak ła­two). Mogę wam na­wet po­wie­dzieć, jak się to robi: po­trze­bu­je­cie ka­wałka per­ga­minu i tro­chę czasu. Naj­pierw mo­czy­cie per­ga­min w to­ni­kach, by pa­pier ściem­niał i po­żółkł. Na nie­szczę­ście skład­ni­kiem więk­szo­ści to­ni­ków jest mocz, a naj­lep­sze przy­go­to­wuje się na ba­zie żółci nie­to­pe­rza. Samą mapę po­winno się na­ry­so­wać z wielką sta­ran­no­ścią, umiesz­cza­jąc na niej dość szcze­gó­łów, by dało się roz­po­znać pewne lo­ka­li­za­cje (naj­le­piej, je­śli miej­sce ukry­cia skarbu bę­dzie ozna­czone po prze­ciw­nej stro­nie od tej, w którą ma za­miar uciec twórca mapy). Sym­bole można za­czerp­nąć z do­wol­nego al­fa­betu: wielu fał­sze­rzy pre­fe­ruje he­braj­ski ze względu na mi­styczne ko­no­ta­cje, ale moim zda­niem li­tery ze sta­rych sa­bej­skich gro­bów wy­glą­dają bar­dziej ta­jem­ni­czo. Na­stęp­nie na­leży po­gnieść per­ga­min, wy­strzę­pić kra­wę­dzie, wy­pa­lić kilka dziur, do­dać cienką war­stwę san­da­raku, żeby pi­smo stało się nie­wy­raźne - i tyle. Wa­sza "mapa z miej­scem ukry­cia skarbu" jest go­towa, te­raz można ją sprze­dać za jak naj­wyż­szą cenę.

Ta, którą mieli ze sobą tam­tego wie­czoru moi klienci, nie wy­glą­dała, jakby kosz­to­wała kro­cie. Cho­ciaż pró­bo­wali ukryć przede mną per­ga­min, jak rów­nież praw­dziwy cel swo­jej po­dróży (tak jakby wy­cieczka o pół­nocy do sta­rych ruin była zu­peł­nie nor­malna), wy­star­czyło mi jedno spoj­rze­nie, by stwier­dzić, że mapa jest cał­kiem prze­cięt­nym dzie­łem fał­sze­rza, za­pewne wprawką po­cząt­ku­ją­cego kry­mi­na­li­sty.

Za­trzy­ma­łam jed­nak tę opi­nię dla sie­bie. To, że mnie wy­na­jęli, bym tam z nimi po­wio­sło­wała, było bło­go­sła­wień­stwem, szansą, na którą cze­ka­łam, ło­wiąc ryby. Mu­sia­łam im się wy­dać ide­alną kan­dy­datką do ta­kiej mi­sji: sa­motna, miej­scowa ko­bieta, nie pierw­szej mło­do­ści i pra­wie na pewno zbyt ciemna, by ob­cho­dziło ją, co ro­bią tacy dwaj. Od­po­wied­nio do­bie­ra­jąc słowa i ton, ostrze­głam ich, że ru­iny we­dle opo­wie­ści są na­wie­dzane przez ghule, a ota­cza­jąca je la­guna prze­klęta przez dżinny, lecz mło­dzieńcy za­pew­nili mnie, że po­tra­fią o sie­bie za­dbać. A po­nie­waż spę­dzi­łam w tym miej­scu wiele nocy na po­ło­wach i nie spo­tka­łam ani cie­nia cze­go­kol­wiek nad­na­tu­ral­nego, sama nie czu­łam się szcze­gól­nie za­nie­po­ko­jona.

...Słu­cham? Że "wy­daje ci się to nieco na­iwne"? Już nie pa­mię­tasz, w ja­kich oko­licz­no­ściach się spo­tka­li­śmy, hi­po­kryto? Prze­stań ga­dać i wci­naj po­trawkę. Zna­ko­mi­cie tu przy­rzą­dzają saltę, a ty je­steś nie­wiele grub­szy niż pióro, któ­rym pi­szesz. Jesz­cze raz mi prze­rwiesz, Dża­malu, i bę­dziesz so­bie mu­siał po­szu­kać in­nej na­chudy, którą mógł­byś mę­czyć o hi­sto­rie.

Wróćmy już może do tam­tych wy­da­rzeń! Wie­czór był cza­ru­jący, na nie­bie po­ja­wiły się gwiazdy, a to rzadki wi­dok pod­czas let­niego mon­sunu, zwa­nego tu cha­ri­fem, który zwy­kle spo­wija nas mgłami. Księ­życ świe­cił ja­sno nad ru­iną fortu po prze­ciw­nej stro­nie la­guny: z dawno po­rzu­co­nego mia­sta, które we­dług miej­sco­wych było kie­dyś gwar­nym por­tem han­dlo­wym, po­zo­stała sterta po­pę­ka­nych ce­gieł. W tej czę­ści świata za­wsze gro­ma­dzono bo­gac­twa: Rzy­mia­nie na­zy­wali nasz kraj Ara­bia Fe­lix, Ara­bią Szczę­śliwą, dzięki do­stę­powi do mo­rza, bez­piecz­nym tra­som han­dlo­wym i przy­no­szą­cym nie­zły do­chód ga­jom ka­dzi­dłow­ców. Krą­żyły rów­nież le­gendy, że w ru­inach znaj­duje się ukryty skar­biec po­rzu­co­nego mia­sta, wciąż pe­łen złota, po­grze­bany tam pod­czas trzę­sie­nia ziemi. Za­kła­da­łam, że to ta hi­sto­ria zwa­biła tu mło­dzień­ców, do­póki na środku la­guny je­den z nich nie cmok­nął na mnie, tak jak się cmoka na muła, żeby go za­trzy­mać.

- Stań tu­taj - roz­ka­zał chło­pak.

Po­pa­trzy­łam z po­wąt­pie­wa­niem na ota­cza­jącą nas czarną wodę i na wciąż od­le­głą plażę. W dzień było to prze­piękne miej­sce, przy­cią­ga­jące fla­mingi i del­finy. Przy od­po­wied­nim wie­trze pod­czas przy­pływu pió­ro­pu­sze wody try­skały po­śród skał ku za­chwy­towi dzieci i roz­ło­żo­nych na plaży ro­dzin. Jed­nak w trak­cie od­pływu, w spo­kojne noce, ta­kie jak ta, fale przy­boju ude­rzały le­ni­wie o brzeg, a ich mia­rowy szum i lśniąca biała piana nie po­zwa­lały od­róż­nić przy­brzeż­nych wód od peł­nego mo­rza. Je­żeli moi klienci są­dzili, że po­tra­fią prze­być wpław całą drogę, jaka po­zo­stała do le­d­wie wi­docz­nej plaży, byli głupsi, niż zrazu my­śla­łam. A chyba ja­sno się wy­ra­zi­łam, za ja­kich dur­niów ich od po­czątku uwa­ża­łam.

- Nie do­pły­nę­li­śmy jesz­cze do ruin - wska­za­łam.

- To wy­star­czy. - Para sku­liła się ra­zem na dru­gim końcu mo­jej łó­deczki z mapą roz­ło­żoną na ko­la­nach. Je­den z chło­pa­ków oświe­tlał ją oliw­nym ka­gan­kiem, a drugi pło­ną­cym bu­kie­ci­kiem su­szo­nego ja­śminu.

- Nie ro­zu­miem - wy­mam­ro­tał któ­ryś z nich. Przez cały wie­czór kłó­cili się stłu­mio­nym szep­tem. Ich głosy po­brzmie­wały mi ak­cen­tem z Adenu, nie zna­łam jed­nak ich imion. W dość te­atral­nym stylu oznaj­mili, że za­miast je po­dać, wolą za­pła­cić mi do­dat­ko­wego dir­hama za dys­kre­cję, a po­nie­waż nic a nic mnie to nie ob­cho­dziło, do­dat­kowa za­płata oka­zała się przy­jem­nym za­sko­cze­niem. - Mapa mówi, że to wła­ściwe miej­sce... - Mło­dzie­niec wska­zał ge­stem niebo nad głową, a moje serce za­pło­nęło współ­czu­ciem, po­nie­waż znaki na ich per­ga­mi­nie nie miały ab­so­lut­nie nic wspól­nego z żadną mapą nieba, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam.

- Po­wie­dzie­li­ście, że chce­cie po­pły­nąć do sta­rego mia­sta - przy­po­mnia­łam im, wska­zu­jąc wzgó­rze... a przy­naj­mniej kie­ru­nek, w ja­kim się przed chwilą znaj­do­wało. Gę­sty tu­man mgły spełzł z uedu, do­liny za­si­la­nej przez mon­sun rzeki, która wpa­dała do la­guny, i oto­czył nas tak, że nie było wi­dać ani wzgó­rza, ani ruin. Pa­trzy­łam, jak wy­brzeże cał­ko­wi­cie znika, a po chwili na­sza łódź wy­da­wała się pły­nąć po nie­skoń­czo­nej, spo­wi­tej w białą chmurę rów­ni­nie.

Mło­dzieńcy mnie zi­gno­ro­wali.

- Wy­po­wie­dzie­li­śmy od­po­wied­nie słowa - upie­rał się ten z ka­gan­kiem. - Mamy dla niej za­płatę. Po­winna się po­ja­wić.

- A mimo to jesz­cze tego nie zro­biła - od­parł drugi. - Mówię ci, po­win­ni­śmy...

W tym mo­men­cie jed­nak prze­stało mnie ob­cho­dzić, co po­winni. Po­dmuch od mo­rza, który wiał przez cały wie­czór, rap­tow­nie ucichł, a po­wie­trze znie­ru­cho­miało. Ja rów­nież za­mar­łam. Po ple­cach spły­nęła mi kro­pla potu. Je­stem że­glarką i na nie­wiele rze­czy zwra­cam bacz­niej­szą uwagę niż na po­godę. Pod­rzu­ci­łam nić wy­snutą z pe­le­ryny, ale opa­dła swo­bod­nie, nie­po­ru­szona naj­mniej­szym wia­ter­kiem. Mgła przy­bli­żyła się do nas. To­wa­rzy­szyła jej obez­wład­nia­jąca ci­sza, która spra­wiała, że każde plu­śnię­cie fali o ka­dłub ło­dzi brzmiało ni­czym grzmot.

Są na świe­cie miej­sca, gdzie ta­kie znaki zwia­sto­wa­łyby wście­kłą, nie­bez­pieczną bu­rzę, lecz taj­funy, które cza­sami ude­rzają w wy­brzeże, nie ob­ja­wiają się zwy­kle tak nie­ocze­ki­wa­nie. Woda po­zo­stała spo­kojna, prąd i tempo pływu się nie zmie­niły, a mimo to... ogar­nęło mnie wy­jąt­kowo nie­do­bre prze­czu­cie.

Się­gnę­łam do wio­seł.

- Uwa­żam, że po­win­ni­śmy się stąd od­da­lić.

- Cze­kaj! - Je­den z mło­dzień­ców wstał, wy­ma­chu­jąc z pod­nie­ce­niem w kie­runku mgły. - Wi­dzisz ten cień po­nad pianą na wo­dzie?

Spoj­rza­łam na mo­rze, zmru­ży­łam oczy i zda­łam so­bie sprawę, że to rze­czy­wi­ście piana. Lata wpa­try­wa­nia się w sło­neczny blask od­bity od fal oce­anu za­częły już wów­czas mścić się na moim wzroku, to­też mu­sia­łam się nie­źle wy­si­lić, żeby do­strzec coś w nocy... ale chło­pak miał ra­cję. To nie była tylko pod­pły­wa­jąca co­raz bli­żej mgła, to była piana, spię­trzona wy­star­cza­jąco, by po­chło­nąć moją łódź. W miarę zbli­ża­nia dało się do­strzec jej czer­wo­no­żółty od­cień i wy­czuć straszny smród pa­tro­szo­nych ryb oraz gni­ją­cego mięsa.

- Za­płać jej! - po­na­glił ten z ka­gan­kiem. - Szybko!

- Za­po­mnij­cie o płat­no­ści i sia­daj­cie spo­koj­nie! - roz­ka­za­łam, kiedy drugi z mło­dzień­ców się­gnął pod szatę. - Je­ste­śmy...

Chło­pak wy­cią­gnął rękę, w któ­rej trzy­mał wielki ka­wał czer­wo­nego krwaw­nika. W tym mo­men­cie bar­dzo szybko wy­da­rzyły się dwie rze­czy:

Po pierw­sze, zda­łam so­bie sprawę, że nie cho­dziło im o moją za­płatę.

Po dru­gie, rzecz, dla któ­rej prze­zna­czona była płat­ność, za­częła wcią­gać nas w mgłę.

Młody czło­wiek trzy­ma­jący krwaw­nik le­d­wie zdą­żył wrza­snąć, kiedy piana rap­tow­nie go po­chło­nęła, li­żąc jego szyję oraz tors i owi­ja­jąc się wo­kół bio­der ni­czym nie­cier­pliwa ko­chanka. Z jego gar­dła wy­rwało się wy­cie, nie krzyk, jaki mo­głoby wy­dać gar­dło śmier­tel­nika, ra­czej ryk fali przy­pływu po­łą­czony ze zło­wro­gim skrze­kiem mew.

- Cha­li­dzie! - Drugi pa­sa­żer, wstrzą­śnięty, upu­ścił ka­ga­nek, ga­sząc na­sze je­dyne źró­dło świa­tła.

Na szczę­ście jed­nak (czy na pewno na szczę­ście?!) naj­wy­raź­niej żywa i chyba wrogo na­sta­wiona piana ja­rzyła się słabą po­światą, dość mocną, by oświe­tlić Cha­lida, który ob­na­żył zęby jak wilk i rzu­cił się na to­wa­rzy­sza.

- Nie do­sta­niesz mnie! - syk­nął, chwy­ta­jąc tam­tego za szyję. - Prze­klniemy cię! Po­chło­niemy cię! Rzu­cimy cię na po­żar­cie pło­mie­niom!

Drugi chło­pak roz­pacz­li­wie pró­bo­wał się uwol­nić.

- Cha­li­dzie, pro­szę! - wy­krztu­sił, lecz w tej chwili z mo­rza wy­pię­trzyło się jesz­cze wię­cej piany, te­raz pur­pu­ro­wej jak krew, i po­kryło ich obu. Na jej po­wierzchni za­kwi­tały przy­ssawki z ostrymi ha­czy­kami ni­czym na mac­kach po­twor­nej mą­twy.

Chcia­ła­bym móc wy­znać, że za­re­ago­wa­łam bez zwłoki, że na wi­dok dwóch mło­dzień­ców w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie ru­szy­łam do ataku i ani chwili nie za­sta­na­wia­łam się, czy może zło­wroga piana na­syci się nimi i zo­stawi mnie i moją łódź w spo­koju... ale to by­łoby kłam­stwo. Ow­szem, za­wa­ha­łam się, lecz po­tem za­klę­łam so­czy­ście na cały głos, ze­rwa­łam się na nogi i chwy­ci­łam za nóż.

Przy­znam, że lu­bię do­bre ostrza: han­dżar mo­jego dziadka i bez­czel­nie piękną sza­blę z da­ma­sceń­skiej stali, ukra­dzioną przeze mnie pew­nemu do­brze uro­dzo­nemu, który na nią nie za­słu­gi­wał... Po­nadto pro­sty no­żyk ukryty w po­chwie na ko­stce i wspa­niały dysk z za­ostrzo­nymi kra­wę­dziami, pre­zent od mo­jego dru­giego męża, który z cza­sem po­ża­ło­wał, że na­uczył mnie nim rzu­cać.

W sy­tu­acjach ta­kich jak ta przy­da­wała mi się jed­nak tylko jedna broń, zro­biona na spe­cjalne za­mó­wie­nie, którą za­wsze mia­łam przy so­bie. Wy­kuta z czy­stego że­laza, nie była wcale naj­ostrzej­sza z tych, które no­szę, a jej waga po­tra­fiła spra­wiać kło­poty pod­czas walki. Pla­miła ją rdza od wody ze świę­tej studni Za­mzam, którą spry­ski­wa­łam ostrze pod­czas wie­czor­nych bło­go­sła­wieństw, a rude płatki utrud­niały roz­róż­nie­nie wy­ry­tych w nich świę­tych wer­se­tów, ale ten nóż nie mu­siał być piękny.

Wy­ma­ga­łam od niego tylko jed­nego: sku­tecz­no­ści, kiedy za­wie­dzie bar­dziej przy­ziemna broń.

Chwy­ci­łam Cha­lida za koł­nierz i od­cią­gnę­łam go od to­wa­rzy­sza. Za­nim zdo­łał rzu­cić się do gar­dła rów­nież mnie, przy­ło­ży­łam mu do szyi po­bło­go­sła­wiony nóż.

- Zgiń, prze­pad­nij! - za­żą­da­łam.

Za­czął się dziko wić, roz­rzu­ca­jąc pianę na wszyst­kie strony.

- Nie do­sta­niesz mnie. Nie do­sta­niesz mnie!

- Wcale cię nie chcę do­stać! A te­raz, w imię Boga, zgiń, prze­pad­nij!

Do­ci­snę­łam ostrze i wy­po­wie­dzia­łam słowa ba­smali. Jego skóra pod no­żem za­skwier­czała i mło­dzie­niec osu­nął się na po­kład. Piana osnu­wa­jąca jego ciało za­wi­sła na chwilę w po­wie­trzu, a po­tem po­mknęła ku mnie. Upa­dłam jak ude­rzona ta­ra­nem, a moja głowa stuk­nęła o de­ski ło­dzi.

Lo­do­wate pa­lu­chy z ostrymi ni­czym kość opusz­kami wpiły mi się w uszy, a nie­zno­śny cię­żar przy­szpi­lił mnie do po­kładu. Dzięki ła­sce Boga jed­nak wciąż mia­łam w dłoni bło­go­sła­wiony nóż. Za­mach­nę­łam się sza­leń­czo, a ostrze utknęło w po­wietrzu. Roz­legł się dziki wrzask, zło­wrogi, nie­na­tu­ralny od­głos, tak jakby pa­zury dra­pały po musz­lach małży, po czym zni­kąd zma­te­ria­li­zo­wało się rap­tow­nie łu­sko­wate okro­pień­stwo sie­dzące mi na piersi. Jego go­re­jące oczy miały ko­lor brud­nej wody z zęzy, a w ohyd­nej, po­tar­ga­nej czu­pry­nie za­plą­tało się pełno pą­kli.

Wrza­snęło raz jesz­cze, od­sła­nia­jąc cztery kły ostre jak igły. Ko­ści­ste łap­ska za­dra­pały moje nad­garstki, pró­bu­jąc wy­rwać mi szty­let za­to­piony w ciem­no­czer­wo­nej piersi. Z rany wy­do­by­wała się bą­bel­kami srebrna krew, ka­piąca na nas oboje.

Mło­dzieńcy łkali i bła­gali Boga o li­tość. De­mon wrzesz­czał i za­wo­dził w nie­zna­nym ję­zyku. We­pchnę­łam ostrze głę­biej, po czym za­grzmia­łam, prze­krzy­ku­jąc po­zo­sta­łych:

- "Bóg! Nie ma boga, jak tylko On - Ży­jący, Ist­nie­jący!"[1] - Trzy­ma­jąc mocno szty­let, za­czę­łam re­cy­to­wać Wer­set Tronu, frag­ment Ko­ranu, który, jak mnie przez całe ży­cie uczono, po­wi­nien mnie chro­nić.

De­mon sie­dzący mi na piersi za­wył i szarp­nął się w męce, uno­sząc gwał­tow­nie ko­ści­ste dło­nie, by za­kryć łu­sko­wate uszy.

- "Nie chwyta Go ni drzemka, ni sen! Do Niego na­leży to, co jest w nie­bio­sach, i to, co jest na ziemi!" Zej­dziesz ze mnie wresz­cie?! - Wy­mie­rzy­łam stwo­rze­niu kuk­sańca łok­ciem, a ono splu­nęło mi w twarz. - "A któż bę­dzie się wsta­wiał u Niego ina­czej jak za Jego ze­zwo­le­niem? On wie, co było przed nimi, i On wie, co bę­dzie po nich. Oni nie obej­mują ni­czego z Jego wie­dzy, oprócz tego, co On ze­chce!"

Skóra de­mona za­dy­miła, a on sam mu­siał zde­cy­do­wać, że ma już dość. Z ple­ców wy­ro­sła mu para nie­to­pe­rzych skrzy­deł, i oto stwór z gwał­tow­nym ło­po­tem uniósł się, wy­ry­wa­jąc że­la­zne ostrze ze swo­jego ciała, i prze­padł, zni­ka­jąc w mroku nocy.

Usia­dłam, ciężko dy­sząc. Mgła już się roz­wie­wała, a chłopcy na­dal obej­mo­wali się po prze­ciw­nej stro­nie ło­dzi. Trzy­ma­łam mocno nóż, roz­glą­da­jąc się czuj­nie w po­szu­ki­wa­niu dal­szych nie­bez­pie­czeństw. Ogar­nął mnie strach, wielki i dła­wiący; cze­ka­łam na zna­jomy śmiech, na spoj­rze­nie ogni­stych, czar­nych oczu i zbyt je­dwa­bi­sty głos.

Nic po­dob­nego jed­nak nie na­stą­piło. Wo­kół nas roz­cią­gała się roz­gwież­dżona la­guna i roz­le­gał się de­li­katny po­mruk przy­pływu.

Od­wró­ci­łam się ku mło­dzień­com.

- Mó­wi­li­ście, że szu­ka­cie skarbu.

Ten od ka­ganka za­ru­mie­nił się, na jego kre­do­wo­bia­łej skó­rze wy­stą­piły wy­raźne czer­wone plamy.

- Skarb to po­ję­cie dys­ku­syj... Nie, cze­kaj! - wy­krzyk­nął, kiedy zła­pa­łam ich mapę oraz bryłkę kar­ne­olu i unio­słam obie rze­czy nad wodą. - Nie rób tego!

Pod­rzu­ci­łam w dłoni lśniący czer­wony ka­mień.

- Nie zwódź mnie wię­cej, chłop­cze - ostrze­głam. - Skłam jesz­cze raz, a wy­rzucę was obu za burtę. Wspo­mnia­łeś o za­pła­cie, a po­tem wy­mie­ni­łeś ja­kieś imię. Co pró­bo­wa­li­ście przy­wo­łać?

- Nie pró­bo­wa­li­śmy... Bi­du­chę! - za­wo­łał, gdy za­mo­czy­łam mapę w mo­rzu. - Ku­zyn mi o niej opo­wie­dział. Ona... - Prze­łknął gwał­tow­nie ślinę. - Jest jedną z có­rek Iblisa.

Roz­dzia­wi­łam usta ze zdu­mie­nia.

- Pró­bo­wa­li­ście przy­wo­łać córkę pana pie­kła? Na mo­jej ło­dzi?

- Nie chcie­li­śmy zro­bić ni­komu krzywdy! - Znów za­świe­cił księ­życ, a ja do­strze­głam, że chło­pak trzę­sie się ze stra­chu. - Mówi się, że je­śli zło­żyć jej od­po­wied­nią ofiarę, wy­szep­cze dar­czyńcy do ucha ta­jem­nice mi­ło­ści.

Cha­lid za­chwiał się w ra­mio­nach przy­ja­ciela.

- Za­raz zwy­mio­tuję...

- Po­rzy­gaj się w mo­jej ło­dzi, a wró­cisz do brzegu wpław. Córka Iblisa... A niech was za­raza! - Ci­snę­łam mapę i kar­neol do la­guny. Znik­nęły pod wodą z gło­śnym plu­skiem, przy gło­sach pro­te­stu mo­ich pa­sa­że­rów.

- Hej! - krzyk­nął je­den z nich. - Drogo za to za­pła­ci­li­śmy!

- Po­win­ni­ście dzię­ko­wać Bogu, że nie za­pła­ci­li­ście ży­ciem! - oznaj­mi­łam i wci­snę­łam mu w ręce do­dat­kowe wio­sło. - A te­raz za­su­waj­cie. Może odro­bina fi­zycz­nej pracy wbije wam do głów tro­chę ro­zumu.

Nie­mal upu­ścił wio­sło i wy­ba­łu­szył oczy, kiedy zmie­nia­łam po­zy­cję na ło­dzi, gdyż moje po­ru­sze­nie od­sło­niło po­zo­stałą broń ukrytą pod moją pe­le­ryną. Wy­tar­łam że­la­zny nóż do czy­sta, umie­ści­łam go z po­wro­tem w po­chwie i do­piero po­tem chwy­ci­łam za swoje wio­sła.

Obaj mło­dzieńcy ga­pili się na mnie wstrzą­śnięci. Nie mia­łam im tego za złe. Wła­śnie od­pę­dzi­łam de­mona, po­rzu­ci­łam zgar­bioną po­stawę, którą przed­tem przy­bra­łam, by ukryć swój praw­dziwy wzrost, a te­raz wio­sło­wa­łam z ca­łych sił - i te­raz już zu­peł­nie nie przy­po­mi­na­łam ci­chej, zgar­bio­nej, sta­rej ry­baczki, która nie­chęt­nie zgo­dziła się prze­wieźć ich ło­dzią.

- Kim je­steś? - za­py­tał ochry­ple Cha­lid.

Ten drugi za­ga­pił się na mnie, lecz po chwili do­dał:

- Czym je­steś?

W la­gu­nie za­czy­nał się od­pływ, ale przy­się­gła­bym, że w po­wie­trzu wciąż wi­siała ciężka at­mos­fera. Przez chwilę woda roz­pry­sku­jąca się na ka­mie­ni­stej plaży wy­glą­dała jak żół­tawo-pur­pu­rowa mor­ska piana, któ­rej te­raz nie było już wi­dać, a cie­nie tań­czyły na kli­fie ni­czym macki.

- Kimś, kto zna cenę ma­gii aż za do­brze.

To po­wie­dziaw­szy, za­mil­kłam, a tamci nie py­tali już o nic wię­cej. Nie mu­sieli. Hi­sto­rie niosą się z ust do ust, i na­wet je­śli mło­dzieńcy wsty­dzili się przy­znać do tego, co knuli, opo­wieść o nie­po­zor­nej ry­baczce wal­czą­cej z de­mo­nem jak wo­jow­niczka Boga, która od­rzu­ciła po­ła­taną pe­le­rynę, od­sła­nia­jąc cały ar­se­nał wi­szący u pasa i po­sturę Ama­zonki - to co in­nego.

Prze­sada, ale prawda rzadko się li­czy, kiedy w grę wcho­dzi do­bra opo­wieść, taka, która sze­rzy się po ta­wer­nach i stocz­niach, która prze­nika z ha­re­mów do kuchni na ję­zy­kach słu­żą­cych.

I w końcu do­ciera do ucha pew­nej zu­peł­nie zroz­pa­czo­nej babki w Ade­nie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki