Przygodne rozważania. Felietony - Elena Ferrante

Kup ebooka

33.50 zł
26.80 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zderzenia 18 marca 2019

Jesienią 2017 roku "Guardian" wysunął propozycję, żebym poprowadziła cotygodniową rubrykę. Czułam się zarówno zaszczycona, jak i przerażona. To było nowe doświadczenie i obawiałam się, że nie podołam oczekiwaniom. Po długim wahaniu przekazałam redakcji, że przyjmę propozycję, jeśli otrzymam serię pytań, na które będę po kolei odpowiadać w obrębie przydzielonej mi przestrzeni. Od razu przystano na moją prośbę oraz na warunek, że rubrykę poprowadzę nie dłużej niż rok. Kiedy ten czas minął, wiele się nauczyłam. Nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji, że musiałam regularnie oddawać teksty pisane na tematy wybrane na moją prośbę przez cierpliwych redaktorów, zamknięta w ściśle wytyczonych granicach. Przywykłam do samodzielnego poszukiwania historii, bohaterów, myśli, do mozolnego układania słów jedno po drugim, do skreślania. Koniec końców to, co udaje mi się znaleźć - o ile w ogóle jest cokolwiek - zawsze mnie zaskakuje. To tak, jakby jedno zdanie pociągało za sobą drugie, wykorzystując moje jeszcze nieokreślone zamiary. Nigdy nie wiem, czy efekt okaże się zadowalający, czy nie: mimo to jest i trzeba nad nim popracować, bo nadeszła chwila, żeby tekst przybrał taki kształt, jakiego sobie życzę. W esejach dla "Guardiana" przeważało natomiast przypadkowe zderzenie tematu z moją potrzebą pisania. Gdy powstaje nowe opowiadanie, od razu po nim następuje długi, czasami wręcz bardzo długi okres pogłębiania tematu, poprawiania, rozbudowywania albo skrupulatnego uszczuplania: tutaj ten proces został ograniczony do minimum. Teksty rodziły się z błyskawicznego sięgania pamięcią do przykładowych doświadczeń, spontanicznego czerpania z opinii ukształtowanych na podstawie książek przeczytanych przed wieloma laty, rozproszonych i połączonych dzięki kolejnym lekturom, z odwoływania się do improwizowanych pomysłów, wynikających z samej potrzeby pisania, z nagłych konkluzji, bo zabrakło miejsca na więcej. Jednym słowem coś całkiem nowego: za każdym razem w pośpiechu opuszczałam wiadro do ciemnej studni głowy, wyciągałam zdanie i z niepokojem czekałam na następne. Owocem tego doświadczenia jest niniejsza książka, która przypadkowo zaczyna się 20 stycznia 2018 roku pierwszą niepewną opowieścią i równie przypadkowo kończy 12 stycznia 2019 roku podsumowaniem. Kusiło mnie, by wielu tekstom nadać bardziej przemyślany porządek, przygotowałam nawet ewentualny spis treści. Ale uznałam, że ułożenie artykułów w taki sposób, jakby zrodziły się zgodnie z wcześniej ustalonym planem, to przejaw pychy, więc ostatecznie zostawiłam je w takim porządku, w jakim powstawały, w towarzystwie barwnych i fantazyjnych ilustracji Andrei Uciniego. Przede wszystkim nie chciałam sama przed sobą ukrywać ich przypadkowej natury, w niczym nieróżniącej się od tego, w jaki sposób reagujemy dzień po dniu na świat, w którym przyszło nam żyć.

Pierwszy raz 20 stycznia 2018

Jakiś czas temu postanowiłam, że opowiem o moich pierwszych razach. Zrobiłam nawet listę: pierwszy raz, gdy widziałam morze; pierwszy raz, gdy leciałam samolotem; pierwszy raz, gdy się upiłam; pierwszy raz, gdy się zakochałam; pierwszy raz, gdy uprawiałam seks. Przedsięwzięcie tyleż trudne, co daremne. Bo jakżeby inaczej? Spoglądamy na te pierwsze razy z przesadną wyrozumiałością. Ze swej natury bazują na braku doświadczenia i szybko zostają wchłonięte przez wszystkie inne, które nastąpiły potem, nie mają więc nawet czasu przyjąć własnej, samodzielnej formy. Mimo to z przyjemnością przywołujemy je w pamięci, z nostalgicznym smutkiem, i przypisujemy im moc niepowtarzalności. Ze względu na tę zasadniczą niespójność mój projekt natychmiast zaczął nabierać wody, ale zatonął ostatecznie dopiero wtedy, gdy spróbowałam szczerze opowiedzieć o pierwszej miłości. W tym szczególnym przypadku dołożyłam wszelkich starań, by poszukać w pamięci znaczących elementów, niestety znalazłam ich naprawdę niewiele. On był bardzo wysoki, bardzo szczupły i wydawał się piękny. Miał siedemnaście lat, ja piętnaście. Widywaliśmy się codziennie o osiemnastej. Szliśmy na opustoszałą uliczkę za dworcem autobusowym. On mało mówił, mało całował, mało też pieścił. Obchodziło go tylko to, żebym ja pieściła jego. Pewnego wieczoru - czy to było wieczorem? - pocałowałam go tak, jak chciałam, żeby on mnie pocałował. Zrobiłam to z taką zachłanną i bezpruderyjną namiętnością, że postanowiłam go już więcej nie widywać. Nie wiem jednak, czy ten fakt - tak kluczowy dla mojej opowieści - wydarzył się przy tej okazji, czy podczas późniejszych miłostek. I czy on na pewno był taki wysoki? I czy naprawdę widywaliśmy się za dworcem autobusowym? Koniec końców odkryłam, że z tej pierwszej miłości dokładnie pamiętam jedynie własne rozemocjonowanie. Kochałam tego chłopca tak bardzo, że na jego widok traciłam rozeznanie świata i byłam bliska omdlenia - nie ze słabości, lecz z nadmiaru energii. Nic mnie nie zadowalało, chciałam więcej, dziwiło mnie więc, że on z kolei, po tylu zabiegach, nagle uznał mnie za zbędny bagaż i przestał mnie potrzebować. W porządku, pomyślałam, napiszesz o tym, jak niedostateczna i tajemnicza jest pierwsza miłość. Ale im dłużej nad tym pracowałam, tym więcej dostrzegałam niejasności, obaw i niezadowolenia. Moja ręka się buntowała, chciała uzupełnić braki, nadać doświadczeniu stereotypową nostalgię za utraconą młodością. Dlatego powiedziałam sobie: koniec z opowiadaniem o pierwszych razach. To, kim byłyśmy na początku, to tylko niewyraźna plama oglądana z brzegu tego, kim się stałyśmy.

Obawy 27 stycznia 2018

Nie jestem odważna. Boję się wszystkiego, co pełza, a najbardziej węży. Boję się pająków, robaków, komarów, a nawet much. Boję się wysokości, a więc wind, kolejek linowych, samolotów. Boję się samej ziemi, po której chodzimy, kiedy zaczynam sobie wyobrażać, że mogłaby się rozstąpić albo zapaść pod nogami z powodu nagłej usterki w uniwersalnym ładzie - jak w wyliczance, którą śpiewałyśmy, tańcząc (w koło po kole, świat jest już w dole, ziemia opada, każdy na nią pada1: jakże mnie te słowa przerażały). Boję się wszystkich ludzi, którzy stosują przemoc: boję się, gdy krzyczą, gdy obrzucają obelgami, gdy posługują się pogardliwymi słowami, kijami, łańcuchami, nożem, ogniem, bronią jądrową. A mimo to w dzieciństwie, jeśli trzeba było udowodnić swoją odwagę, bywałam nieustraszona. Szybko przywykłam mniej się bać prawdziwych czy wyimaginowanych strachów, a bardziej - i to o wiele bardziej - okoliczności, w których inni reagują tak, jak ja ze strachu nie potrafiłam. Moje koleżanki piszczały, bo zobaczyły pająka? Ja go zabijałam. Ukochany mężczyzna zaproponował wakacje w wysokich górach z nieuniknionymi przejażdżkami kolejką? Pot mnie zalewał, ale nie odmawiałam. Raz z wrzaskiem, uzbrojona w miotłę i szufelkę, odesłałam na podwórko węża, którego kot przywlókł mi pod łóżko. Jeśli ktoś zagrozi moim córkom, mnie, każdej istocie ludzkiej, każdemu łagodnemu zwierzęciu, zdołam pokonać przerażenie. Panuje powszechne przekonanie, że ten, kto reaguje w sposób, jaki ja z uporem w sobie wyćwiczyłam, posiada prawdziwą odwagę, bo ona polega właśnie na pokonywaniu strachu. Ale ja się z tym nie zgadzam. My, ludzie trwożliwie bojowniczy, na szczycie listy wszystkich naszych strachów umieszczamy ten przed utratą szacunku do siebie. Nieskromnie przypisujemy sobie ogromną wartość i żeby nie stanąć twarzą w twarz z własną degradacją, jesteśmy zdolni do wszystkiego. Jednym słowem odrzucamy strach nie przez altruizm, lecz przez egoizm. I - co muszę wyznać - dlatego boję się siebie. Od dawna wiem, że popadam w przesadę, próbuję więc łagodzić nieopanowane reakcje, do których przymuszałam się od dziecka. Uczę się, jak zaakceptować strach, jak wręcz podchodzić do niego z ironią. Zaczęłam nad sobą pracować, gdy dotarło do mnie, że moje córki boją się, jeśli z przesadnym zaangażowaniem bronię ich przed zagrożeniami - małymi, wielkimi czy wyimaginowanymi. Być może najbardziej należy obawiać się furii ludzi ogarniętych paniką.