Przygoda z owcą - Haruki Murakami

-
Proszę czekać

1. Piknik w środę po południu

O jej śmierci powiedział mi przyjaciel, który przypadkowo przeczytał o tym w gazecie. Krótka wzmianka w porannym wydaniu. Przeczytał ją powoli przez telefon. Zwyczajna notatka, jakby napisał ją dla wprawy początkujący dziennikarz świeżo po studiach.

Któregoś tam na jakimś tam rogu ktoś potrącił kogoś ciężarówką. Trwa śledztwo, gdyż istnieje podejrzenie, że była to wina kierowcy.

Brzmiało to trochę jak jeden z tych krótkich wierszy, które drukuje się czasem na okładce pisma.

- Gdzie będzie pogrzeb? - zapytałem.

- Nie mam pojęcia - odpowiedział. - Czy ona w ogóle miała jakąś rodzinę?

Okazało się, że nawet ona miała jakąś rodzinę. Tego samego dnia zadzwoniłem na policję, poprosiłem o adres i numer telefonu jej rodziców, a potem zadzwoniłem do nich i zapytałem o datę pogrzebu. Tak jak ktoś kiedyś powiedział: gdy człowiekowi nie szkoda czasu, to prawie wszystkiego może się dowiedzieć.

Jej rodzice mieszkali w najstarszej dzielnicy Tokio. Otworzyłem plan miasta i zakreśliłem okolice ich domu czerwonym długopisem. Był to jeden z najbardziej typowych zakątków dawnego Tokio. Linie kolejki, metra i trasy autobusów przeplatały się tam jak fragmenty jakiejś nieregularnej pajęczyny, a liczne kanały i uliczki tworzyły istny labirynt.

W dniu pogrzebu wsiadłem do tramwaju w Waseda, a wysiadłem dopiero gdzieś niedaleko pętli. Rozłożyłem plan, ale w tej okolicy mógłbym równie dobrze posłużyć się globusem. Zanim w końcu dotarłem do jej domu, musiałem kilka razy kupić papierosy, pytając o drogę.

Dom był stary, drewniany, otoczony płotem z brązowych desek. Za bramą po lewej mały zaniedbany ogródek, na tyle jednak duży, że można by go jakoś wykorzystać. W rogu porzucony nieprzydatny już ceramiczny piecyk, w którym zebrało się z piętnaście centymetrów deszczówki. Ziemia w ogrodzie była czarna i bardzo wilgotna.

Może dlatego, że wyprowadziła się z domu, mając szesnaście lat, pogrzeb był cichy, tylko dla rodziny. Większość żałobników stanowili krewni w podeszłym wieku. Ceremonię prowadził jej trzydziestoparoletni brat, a zresztą może to był szwagier.

Ojciec, drobny mężczyzna po pięćdziesiątce, był ubrany w czarny garnitur z żałobną opaską na rękawie. Stał przy bramie, prawie się nie poruszając. Skojarzył mi się z asfaltową drogą zaraz po deszczu.

Wychodząc, ukłoniłem mu się w milczeniu, on odpowiedział tym samym.

Poznałem ją jesienią sześćdziesiątego dziewiątego roku. Miałem wtedy dwadzieścia, a ona siedemnaście lat. Niedaleko uniwersytetu znajdowała się mała kawiarnia, w której często umawiałem się ze znajomymi. Nie była to zbyt dobra kawiarnia, ale można się tam było napić wyjątkowo niesmacznej kawy i posłuchać hard rocka.

Zawsze siadała w tym samym miejscu i oparłszy łokcie na stoliku, zatapiała się w lekturze. Nosiła okulary przywodzące na myśl aparat do prostowania zgryzu i miała kościste dłonie, ale było w niej coś atrakcyjnego. Zawsze siedziała nad zimną kawą i popielniczką pełną niedopałków. Tylko tytuły książek się zmieniały. Czasami był to Mickey Spillane, czasami Oe Kenzaburo, a czasami zbiór wierszy Ginsberga. To znaczy, że wszystko jej było jedno, co czytała, byle tylko czytać. Studenci przychodzący do kawiarni pożyczali jej książki, a ona czytała je od początku do końca, tak jakby metodycznie obgryzała kolbę kukurydzy. W tamtych czasach ludzie chętnie pożyczali sobie książki, więc książek nigdy jej chyba nie brakowało.

To były też czasy The Doors, The Rolling Stones, Deep Purple i The Moody Blues. W powietrzu było coś wibrującego, wydawało się, że wystarczy jeden mały ruch, a prawie wszystko wokół się rozleci.

Żyliśmy wszyscy z dnia na dzień, pijąc tanią whisky, uprawiając nudny seks, wiodąc nieprowadzące do niczego rozmowy i pożyczając sobie nawzajem książki. I tak te niewydarzone lata sześćdziesiąte próbowały dobiec końca i opuścić ze zgrzytem kurtynę.

Zapomniałem, jak miała na imię.

Mógłbym wyciągnąć ten wycinek z gazety i przypomnieć sobie, ale wydaje mi się, że teraz to już nie ma znaczenia. Zapomniałem, jak miała na imię. To wszystko.

Gdy spotykam się ze znajomymi, czasem przy okazji jakiejś rozmowy ktoś ją wspomina. Oni też nie pamiętają jej imienia. Pamiętacie, była taka dziewczyna, która z każdym szła do łóżka. Jakże ona się nazywała? Zupełnie zapomniałem. Ja też z nią parę razy spałem. Ciekawe, co ona teraz robi. Pewnie głupio by mi było, gdybym spotkał ją przypadkiem na ulicy.

... Dawno temu była dziewczyna, która z każdym szła do łóżka.

Takie teraz jest jej imię.

Oczywiście nie szła do łóżka z każdym spotkanym facetem. Miała na pewno jakieś swoje kryteria.

Ale nawet zakładając, że tak było, faktem jest, że spała prawie ze wszystkimi.

Kiedyś z czystej ciekawości spytałem ją o te kryteria.

- Hm... - zamyśliła się na pół minuty. - Oczywiście, że nie wszystko jedno z kim. Przecież zdarza się, że ktoś mi się nie podoba. Ale ja chyba po prostu chcę poznać różnych ludzi. Albo sposób, w jaki świat jest urządzony.

- Idąc do łóżka z różnymi facetami?

- Tak.

Teraz ja z kolei się zamyśliłem.

- No i... udało ci się trochę poznać?

- Trochę tak.

Od zimy sześćdziesiątego dziewiątego do lata roku siedemdziesiątego prawie jej nie widywałem. Uniwersytet był kilka razy okupowany przez studentów albo zamykany, a ja, jak to ja, miałem własne prywatne kłopoty.

Kiedy jesienią siedemdziesiątego roku znów poszedłem do tej kawiarni, znalazłem tam już zupełnie inne twarze - jedyna znajoma była jej. Jak przedtem z głośników dobiegał hard rock, lecz powietrze utraciło dawne wibracje. Tylko ona i niesmaczna kawa były takie same jak przed rokiem.

Usiadłem naprzeciw niej i popijając kawę, zaczęliśmy rozmawiać o dawnych znajomych. Wielu z nich zrezygnowało ze studiów. Jeden popełnił samobójstwo, drugi zniknął bez śladu. Tak sobie zwyczajnie rozmawialiśmy.

- Co robiłeś przez ten rok? - zapytała.

- Różne rzeczy - odpowiedziałem.

- Dużo się nauczyłeś?

- Trochę.

Tej nocy spałem z nią po raz pierwszy.

O jej przeszłości nie wiem prawie nic. Czasami mam wrażenie, że ktoś mi o tym opowiadał, a może to ona sama coś wspomniała, kiedy poszliśmy do łóżka. W pierwszej klasie szkoły średniej strasznie pokłóciła się z ojcem i odeszła z domu (a jednocześnie ze szkoły). Jakaś taka historia. Nikt z nas nie wiedział, gdzie właściwie mieszkała i z czego żyła.

Siedziała cały dzień w tej rockowej kawiarni, piła niezliczone kawy, paliła jednego papierosa za drugim i przewracając kartki książki, czekała na kogoś, kto zapłaci za kawę i papierosy (wtedy nie były to dla nas duże pieniądze). A potem zwykle szła do łóżka z tą osobą.

To wszystko, co o niej wiem.

Od tamtej jesieni do wiosny następnego roku przychodziła raz w tygodniu, we wtorkowe wieczory, do mojego mieszkania w Mitaka. Jadła przygotowaną przeze mnie prostą kolację, wypełniała popielniczkę niedopałkami i kochała się ze mną, słuchając Far East Network[1]. W środę rano budziliśmy się i szliśmy na spacer po lesie aż na teren ICU[2], gdzie w stołówce zjadaliśmy obiad. Po południu wypijaliśmy w holu słabą kawę, a jeśli pogoda była ładna, to leżeliśmy na trawniku i patrzyliśmy w niebo.

Nazywała to środowym piknikiem.

- Zawsze, kiedy tu przychodzimy, wydaje mi się, że jestem na prawdziwym pikniku.

- Na prawdziwym pikniku?

- Tak. Tu jest otwarta przestrzeń, trawniki ciągną się kilometrami, ludzie wyglądają na szczęśliwych...

Usiadła na trawie i zapaliła papierosa, marnując przy tym kilka zapałek.

- Słońce wschodzi i zachodzi. Ludzie przychodzą i odchodzą. Czas płynie. Nie wydaje ci się, że jest jak na pikniku?

Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat i za parę tygodni kończyłem dwadzieścia dwa. Nie zapowiadało się, że szybko skończę studia, a nie miałem też specjalnego powodu, by ze studiów rezygnować. I tak żyłem przez parę miesięcy w tym dziwnym pogmatwanym stanie rozczarowania, nie mogąc zrobić kroku w żadnym nowym kierunku.

Świat posuwał się naprzód i zdawało się, że tylko ja tkwię w miejscu. Jednak jesienią siedemdziesiątego roku świat przybrał jakiś smutny wygląd i zaczął szybko tracić barwy. Blask słońca, zapach trawy, nawet cichy dźwięk deszczu zaczęły mnie denerwować.

Wiele razy śnił mi się nocny pociąg. Milczący, zatłoczony nocny pociąg wypełniony dymem papierosowym i zapachem toalety. Tak zatłoczony, że nie ma gdzie nogi postawić, a do siedzenia przyklejone są wyschnięte wymiociny. Nie mogąc tego znieść, wstaję i wysiadam na jakiejś stacji. Jest to dzika okolica i nigdzie nie widać świateł domów. Na stacji nie ma nawet żadnych kolejarzy. Nie ma zegara ani rozkładu jazdy, nic. Zawsze dokładnie taki sam sen.

Wydaje mi się, że w tym okresie kilka razy byłem dla niej niemiły. Nie mogę już sobie dokładnie przypomnieć, o co chodziło. Może chciałem być niemiły sam dla siebie. W każdym razie wyglądało na to, że wcale się tym nie przejmowała. A może wręcz sprawiało jej to przyjemność. Nie wiem dlaczego. Ona chyba nie łagodności we mnie szukała. Nawet teraz ciągle jeszcze mnie to dziwi. Popadam w smutny nastrój, jakbym nagle dotknął niewidzialnej, unoszącej się w powietrzu ściany.

Nawet teraz dokładnie pamiętam to dziwne popołudnie dwudziestego piątego listopada siedemdziesiątego roku. Liście miłorzębów strącone przez silny deszcz pokrywały leśną ścieżkę, czyniąc ją podobną do żółtego wyschniętego koryta rzeczki. Spacerowaliśmy tą ścieżką z rękami w kieszeniach płaszczy. Słychać było tylko szelest deptanych przez nas liści i głośny śpiew ptaków.

- Nad czym tak rozmyślasz? - spytała nagle.

- To nic ważnego - powiedziałem.

Wysunęła się naprzód, usiadła na poboczu ścieżki i zapaliła papierosa. Siadłem obok niej.

- Zawsze masz złe sny?

- Często mam złe sny. Zazwyczaj o tym, że automat nie wydaje mi reszty.

Zaśmiała się i dotknęła mojego kolana.

- Chyba nie chcesz o tym mówić.

- Chyba nie wiem, jak o tym opowiedzieć - rzuciła na ziemię w połowie wypalonego papierosa i dokładnie zgniotła go tenisówką.

- Zwykle trudno opowiedzieć o tym, o czym naprawdę chce się opowiedzieć. Nie uważasz?

- Nie wiem - powiedziałem.

Dwa ptaki zerwały się z szumem do lotu i zniknęły na bezchmurnym niebie, tak jakby się w nim rozpłynęły. Przez pewien czas w milczeniu wpatrywaliśmy się w miejsce, w którym zniknęły. Potem ona wzięła gałązkę i zaczęła rysować na ziemi niezrozumiałe kształty.

- Jak śpię z tobą, to czasem robi mi się bardzo smutno.

- Przykro mi - powiedziałem.

- To nie twoja wina. I to też nie dlatego, że trzymając mnie w ramionach, myślisz o innej dziewczynie. To mi nie przeszkadza. Ja... - Przerwała nagle i narysowała na ziemi trzy równoległe linie. - A zresztą sama nie wiem.

- Nie staram się zamykać przed tobą - powiedziałem po chwili. - Sam jeszcze dobrze nie wiem, co się stało. Staram się obiektywnie zrozumieć różne rzeczy. Nie chcę niczego niepotrzebnie wyolbrzymić ani uczynić niepotrzebnie realnym. Ale na to trzeba czasu.

- Ile czasu?

Potrząsnąłem głową.

- Nie wiem. Może rok, a może dziesięć lat.

Rzuciła gałązkę na ziemię, wstała i zdjęła z płaszcza źdźbło suchej trawy.

- Nie wydaje ci się, że dziesięć lat to prawie wieczność?

- Tak - powiedziałem.

Wyszliśmy z lasu, dotarliśmy aż na uniwersytet i tak jak zwykle usiedliśmy w holu, jedząc hot dogi. Była druga po południu i w telewizji bez przerwy pokazywali Yukio Mishimę[3]. Dźwięk był uszkodzony i prawie nic nie było słychać, ale nam i tak było to obojętne. Skończyliśmy hot dogi i wypiliśmy po kawie. Jakiś student wszedł na krzesło i kręcił gałką dźwięku, ale po chwili zrezygnował, zszedł i gdzieś zniknął.

- Pragnę cię - powiedziałem.

- Dobrze - odrzekła i uśmiechnęła się.

Z rękami w kieszeniach powoli ruszyliśmy w stronę mieszkania.

Gdy się obudziłem, cicho płakała. Wątłe ramiona drżały pod kocem. Włączyłem piecyk i spojrzałem na zegarek. Druga nad ranem. Pośrodku nieba unosił się biały księżyc.

Poczekałem, aż przestanie płakać, potem wstałem, zagotowałem wodę i zaparzyłem herbatę z torebek. Wypiliśmy ją razem. Bez cukru, cytryny ani mleka, zwykłą gorącą herbatę. Potem zapaliłem dwa papierosy i podałem jej jednego. Trzy razy zaciągnęła się i wypuściła dym, potem zakaszlała.

- Czy chciałeś kiedyś mnie zabić? - zapytała.

- Ciebie?

- Tak.

- Dlaczego pytasz o coś takiego?

Z papierosem w ustach potarła palcem powiekę.

- Tak sobie pytam, bez powodu.

- Nigdy - odpowiedziałem.

- Naprawdę?

- Naprawdę. Dlaczego miałbym cię zabić?

- Masz rację - przytaknęła znudzona. - Tylko tak nagle pomyślałam, że nie byłoby źle, gdyby mnie ktoś zabił. Podczas głębokiego snu.

- Ja nie mam morderczych skłonności.

- Nie?

- Chyba nie.

Roześmiała się, zgasiła papierosa w popielniczce, dopiła herbatę i zapaliła nowego.

- Dożyję dwudziestu pięciu lat - powiedziała. - A potem umrę.

Umarła w lipcu siedemdziesiątego ósmego roku, mając dwadzieścia sześć lat.

1. O szesnastu krokach

Słysząc za plecami szszsz..., upewniam się, że drzwi od windy się zamknęły i powoli zamykam oczy. Następnie zbieram rozsypane fragmenty świadomości i przechodzę korytarzem szesnaście kroków do drzwi mieszkania. Szesnaście kroków z zamkniętymi oczami, ni mniej, ni więcej. Z powodu whisky w głowie mam mglisty zamęt, jakby obluzowały się w niej stare, wyrobione śruby, usta wypełnia smak smoły z papierosów.

Ale nawet gdy jestem bardzo pijany, potrafię przejść tych szesnaście kroków z zamkniętymi oczami równiutko jak po sznurku. Jest to rezultat wielu lat bezsensownego ćwiczenia. Zawsze gdy wracam pijany, prostuję plecy, podnoszę głowę, wciągam w płuca ranne powietrze i zapach betonowej podłogi korytarza. Potem zamykam oczy i idę szesnaście kroków we mgle whisky.

W tym świecie szesnastu kroków posiadam tytuł "najlepiej wychowanego pijaka". To proste. Trzeba tylko zaakceptować fakt bycia pijanym.

Nie ma wtedy żadnych "ale", "jednak", "wszakże" i "przecież".

I tak staję się najlepiej wychowanym pijakiem. Najwcześniej wstającym szpakiem i wagonem towarowym przejeżdżającym jako ostatni przez most kolejowy.

Pięć, sześć, siedem...

Przy ósmym kroku zatrzymuję się, otwieram oczy i oddycham głęboko. Lekko zadzwoniło mi w uchu. Tak jakby wiatr nadmorski poruszył zardzewiały płot z metalowej siatki. A właściwie już dawno nie byłem nad morzem.

Dwudziesty czwarty lipca, szósta trzydzieści rano. Najlepsza pora roku i najlepsza pora dnia do patrzenia na morze. Jeszcze ludzie nie zdążyli zaśmiecić plaży. Ślady ptaków na piasku wyglądają jak igły sosnowe strącone przez wiatr.

Morze?

Znowu zaczynam iść. Lepiej zapomnieć o morzu. Takie rzeczy dawno już zniknęły.

Kiedy po szesnastu krokach otwieram oczy, znajduję się jak zawsze dokładnie naprzeciwko swojej klamki. Wyjmuję ze skrzynki gazety z dwóch dni, dwie koperty i wkładam to wszystko pod pachę. Potem wyjmuję klucze z przypominającej przepaść kieszeni i na chwilę przykładam czoło do zimnych metalowych drzwi. Gdzieś za uszami słyszę cichy dźwięk. Alkohol wsiąka w moje ciało jak w bawełnę. Tylko świadomość mam stosunkowo jasną.

No, no.

Uchylam drzwi tylko na jedną trzecią, wślizguję się do środka i zamykam. W przedpokoju jest cicho.

I wtedy zauważam czerwone damskie pantofle. Znam te czerwone pantofle. Pomiędzy zabłoconymi tenisówkami i tanimi sandałami wyglądają jak jakiś gwiazdkowy prezent nie w porę. Nad nimi, jak drobny kurz, unosi się cisza.

Siedziała z głową na stole kuchennym. Pod głowę podłożyła ręce. Proste, czarne włosy zasłaniały twarz. Między włosami prześwitywała biała nieopalona szyja. Miała na sobie wzorzystą sukienkę, której nie pamiętałem. Widać było kawałek wąskiego ramiączka stanika.

Zdjąłem marynarkę, czarny krawat i zegarek. Ona nawet nie drgnęła. Patrząc na jej plecy, zacząłem myśleć o przeszłości. O czasach, zanim ją poznałem.

- Cześć - powiedziałem, ale nie zabrzmiało to jak mój głos, tylko jak jakiś głos, który przybył z bardzo daleka. Tak jak się spodziewałem, odpowiedzi nie było.

Wyglądała, jakby spała, płakała albo nie żyła.

Usiadłem po drugiej stronie stołu i przycisnąłem palcami powieki. Jasne światło słońca podzieliło stół na części. Ja byłem w świetle, ona w lekkim cieniu. Cień nie miał koloru. Na stole stała doniczka z uschniętą pelargonią. Ktoś za oknem polewał ulicę wodą. Było słychać plusk wody wylewanej na asfaltową ulicę i czuło się zapach asfaltowej ulicy polewanej wodą.

- Napijesz się kawy?

Milczenie. Upewniwszy się, że nie będzie odpowiedzi, wstałem, zmełłem kawę na dwie filiżanki i nastawiłem radio. Po zmieleniu kawy uświadomiłem sobie, że właściwie miałem ochotę na herbatę z lodem. Zawsze decyduję się za późno.

W radiu nadawali odpowiednie na rano, nieszkodliwe, popularne piosenki, jedną za drugą. Słuchając ich, pomyślałem, że przez tych dziesięć lat świat się wcale nie zmienił. Tylko nazwiska piosenkarzy i tytuły piosenek są inne. No i ja jestem o dziesięć lat starszy.

Upewniwszy się, że woda w czajniku zawrzała, wyłączyłem gaz i odczekawszy trzydzieści sekund, zalałem wodą zmieloną kawę. Kawa wchłonęła tyle wody, ile mogła, zaczęła powoli pęcznieć i po kuchni rozszedł się ciepły zapach. Na zewnątrz grało już kilka cykad.

- Jesteś tu od wczoraj? - spytałem z czajnikiem w ręce. Włosy na stole lekko się poruszyły, jakby przytakując. - Długo czekałaś.

Nie odpowiedziała.

Z powodu pary unoszącej się z czajnika i silnego słońca w pokoju zaczynało być duszno. Zamknąłem okno nad zlewem, włączyłem klimatyzację i postawiłem na stole dwie filiżanki.

- Wypij - powiedziałem. Mój głos stawał się powoli podobny do siebie.

- ...

- Powinnaś wypić.

Po długich trzydziestu sekundach starannie przemyślanym ruchem podniosła głowę ze stołu i zaczęła się obojętnie przyglądać doniczce z uschniętą pelargonią. Kilka włosów przylgnęło do mokrego policzka. Otaczała ją lekka aura wilgotności.

- Nie przejmuj się - powiedziała. - Nie miałam wcale zamiaru płakać.

Podałem jej pudełko z papierowymi chusteczkami. Wzięła jedną, bezgłośnie wytarła nos i niecierpliwie odgarnęła włosy z policzka.

- Miałam zamiar wyjść, zanim wrócisz. Nie chciałam się z tobą spotkać.

- Ale zmieniłaś zdanie.

- Nie, tylko nie chciało mi się już nigdzie iść... Ale już idę, nie martw się.

- W każdym razie napij się kawy.

Piłem kawę, słuchając wiadomości drogowych i za pomocą nożyczek otworzyłem dwa listy. Jeden był zawiadomieniem ze sklepu meblowego, że jeśli do jakiejś tam daty kupię meble, to dostanę dwadzieścia procent zniżki. Drugi okazał się listem, którego nawet nie chciało mi się czytać, od osoby, której nie chciałem znać. Zwinąłem oba listy w kulkę, wyrzuciłem do śmieci i zacząłem jeść resztki krakersów z serem. Ona trzymała filiżankę w obu dłoniach, jakby próbując się rozgrzać, i lekko przytknąwszy do niej wargi, wpatrywała się we mnie.

- W lodówce jest sałatka.

- Sałatka? - podniosłem głowę i spojrzałem na nią.

- Z pomidorów i fasoli. Nie było nic innego. Ogórki zgniły, więc je wyrzuciłam.

- Uhm.

Wyjąłem z lodówki niebieską szklaną salaterkę z Okinawy i wylałem na sałatkę pół centymetra sosu, który jeszcze został w butelce. Pomidory i fasola były zimne jak lód. Nie miały żadnego smaku. Krakersy i kawa też były bez smaku. To pewnie z powodu tego porannego światła, które rozkłada wszystko na czynniki pierwsze. Zrezygnowałem z kawy w połowie, wyciągnąłem z kieszeni zgniecione papierosy i zapaliłem jednego zapałkami z nadrukiem jakiejś restauracji, która z niczym mi się nie kojarzyła. Czubek papierosa zasyczał. Potem fioletowy dym zaczął rysować geometryczne wzory w porannym świetle.

- Byłem na pogrzebie. Potem poszedłem do baru w Shinjuku[4] i piłem.

Kot pojawił się nagle, ziewnął szeroko i szybko wskoczył jej na kolana.

Podrapała go za uchem.

- Nie musisz się tłumaczyć - powiedziała. - To już mnie nie dotyczy.

- Nie tłumaczę się. Rozmawiam.

Lekko wzruszyła ramionami i wsunęła ramiączko stanika pod sukienkę. Jej twarz była zupełnie bez wyrazu. Przypominała mi oglądane kiedyś zdjęcie miasta zatopionego na dnie morza.

- Ktoś znajomy z dawnych czasów. Nie znałaś.

- Tak?

Kot przeciągnął się na jej kolanach i ze świstem wypuścił powietrze.

W milczeniu wpatrywałem się w koniec papierosa.

- Dlaczego umarł?

- Wypadek samochodowy. Aż trzynaście złamanych kości.

- Kobieta?

- Tak.

O siódmej skończyły się wiadomości i informacje dla kierowców i znowu zaczęto nadawać lekką muzykę rockową. Odstawiła filiżankę na spodek i spojrzała na mnie.

- Czy kiedy ja umrę, też będziesz tak pił?

- Piłem nie z powodu pogrzebu. Tylko pierwszy kieliszek albo dwa były z powodu pogrzebu.

Na dworze zaczynał się nowy dzień. Nowy, gorący dzień. Z okna nad zlewem widać było wieżowce. Lśniły bardziej niż zwykle.

- Napijesz się czegoś zimnego?

Pokręciła głową.

Wyjąłem z lodówki dobrze schłodzoną colę i wypiłem prosto z puszki.

- Ona z każdym szła do łóżka - powiedziałem. Zupełnie jak nekrolog. Nieboszczka z każdym szła do łóżka.

- Dlaczego mi o tym mówisz? - spytała.

Sam nie wiedziałem dlaczego.

- W każdym razie to była dziewczyna, która z każdym szła do łóżka, tak?

- Tak.

- No ale z tobą było inaczej?

W jej głosie brzmiał jakiś szczególny ton. Podniosłem głowę znad salaterki z sałatką i spojrzałem na nią poprzez uschniętą pelargonię.

- Tak sądzisz?

- Tak mi się jakoś wydaje - powiedziała cicho. - Ty już taki jesteś.

- Taki?

- Jest w tobie coś takiego jak w klepsydrze. Kiedy piasek się przesypie, zawsze ktoś przyjdzie i odwróci.

- Może i masz rację.

Jej wargi rozchyliły się lekko i znów złączyły.

- Przyszłam po resztę rzeczy. Płaszcz zimowy, czapki i tak dalej. Zapakowałam wszystko w kartonowe pudła. Czy mógłbyś to wysłać, jak będziesz miał wolną chwilę?

- Mogę ci to dostarczyć do domu.

W milczeniu pokręciła głową. - Nie trzeba. Nie chcę, żebyś przychodził. Rozumiesz, prawda?

Miała rację. Często mówię niepotrzebne rzeczy.

- Znasz adres, prawda?

- Znam.

- To wszystko. Przepraszam, że się zasiedziałam.

- Wystarczą ci tamte dokumenty?

- Tak, już wszystko załatwione.

- Bardzo to było proste. Myślałem, że będzie dużo więcej załatwiania.

- Każdy, kto nigdy tego nie robił, tak myśli, a tymczasem to jest naprawdę proste. Jak już wszystko się skończy. - Mówiąc to, jeszcze raz podrapała kota. - Jak się człowiek dwa razy rozwiedzie, to już jest fachowcem.

Kot zamknął oczy, wyciągnął grzbiet i ułożył się z głową w zgięciu jej łokcia. Włożyłem filiżanki po kawie i salaterkę po sałatce do zlewu i zebrałem okruszki po krakersach w jedno miejsce, używając jakiegoś rachunku. Oczy bolały mnie od blasku słońca.

- Inne rzeczy wypisałam szczegółowo na kartce na twoim biurku. Gdzie są różne papiery, w które dni wywożą śmieci i tak dalej. Jeśli nie będziesz czegoś wiedział, to zadzwoń.

- Dziękuję.

- Chciałeś mieć dziecko?

- Nie - powiedziałem. - Wcale nie chcę dziecka.

- Ja się bardzo wahałam. No ale skoro tak się miało skończyć, to dobrze się stało. A może gdybyśmy mieli dziecko, tak by się nie skończyło, jak myślisz?

- Dużo małżeństw rozwodzi się, mimo że mają dzieci.

- To prawda - powiedziała i przez chwilę bawiła się moją zapalniczką. - Jeszcze ciągle cię kocham. Ale to pewno nie ma znaczenia. Sama już dobrze to rozumiem.

2. Jej zniknięcie. Zniknięcie zdjęć. Zniknięcie halki

Po jej wyjściu wypiłem jeszcze jedną colę, wziąłem gorący prysznic i ogoliłem się. Mydło, szampon, krem do golenia - wszystko się kończyło.

Wyszedłem spod prysznica, uczesałem się, natarłem twarz balsamem i wyczyściłem uszy. Poszedłem do kuchni i podgrzałem resztkę kawy. Po drugiej stronie stołu już nikogo nie było. Kiedy tak siedziałem i patrzyłem na puste krzesło, poczułem się jak małe dziecko z obrazów Giorgio de Chirico, pozostawione w nieznanym mieście. No ale nie byłem już małym dzieckiem. Powoli, nie myśląc o niczym, piłem kawę, potem siedziałem chwilę bez ruchu i zapaliłem papierosa.

Zważywszy, że nie spałem od dwudziestu czterech godzin, o dziwo, wcale nie byłem śpiący. Moje ciało było jakieś bezwładne, tylko umysł pływał bez celu po skomplikowanym torze świadomości, jak oswojone wodne zwierzę.

Kiedy tak wpatrywałem się w to puste krzesło, przypomniałem sobie amerykańską powieść, którą kiedyś czytałem. Mąż opuszczony przez żonę przez wiele miesięcy trzymał na jej krześle w jadalni halkę. Im dłużej o tym myślałem, tym lepszy wydawał mi się ten pomysł. Do niczego to się nie przyda, ale lepsze jest od doniczki z uschniętą pelargonią. Może jak by tu było coś należącego do niej, to i kot trochę by się uspokoił.

Otworzyłem po kolei jej szuflady w sypialni, lecz wszystkie były puste. Pogryziony przez mole szalik, trzy wieszaki i paczka naftaliny. Tylko to zostało. Zabrała dosłownie wszystko. Porozrzucane w łazience kosmetyki, wałki do włosów, szczoteczka do zębów, suszarka, przeróżne specyfiki, podpaski, buty - od długich botków po sandały i kapcie - pudełko na kapelusze, biżuteria, której miała całą szufladę, torebki, torby, walizki, portmonetki, zawsze porządnie poukładana bielizna, skarpetki, listy; nie zostało nic, co miało jej zapach. Wydało mi się, że nawet starła odciski swoich palców. Nie było półki z książkami i zniknęła jedna trzecia płyt. Były to płyty i książki, które albo sama kupiła, albo dostała ode mnie.

Kiedy otworzyłem albumy, okazało się, że zniknęły wszystkie zdjęcia, na których była ona. Ze zdjęć, na których byliśmy razem, wycięła siebie i zostawiła mnie. Te, na których byłem tylko ja, widoki albo zwierzęta, pozostały nienaruszone. W albumach znajdowała się doskonale poprawiona przeszłość. Wszędzie byłem sam, a tylko gdzieniegdzie zdjęcia gór, rzek, jeleni i kota. Urodziłem się sam, potem ciągle byłem sam i dalej też będę sam. Zamknąłem albumy i wypaliłem dwa papierosy.

Pomyślałem, że mogła mi zostawić przynajmniej jedną halkę, no ale oczywiście to zależało od niej i ja tu nie miałem nic do powiedzenia. Postanowiła nic nie zostawiać i muszę się z tym pogodzić. Albo, tak jak proponowała, zacząć myśleć, że jej w ogóle nigdy nie było. No a skoro jej nie było, to nie może być i halki.

Włożyłem popielniczkę do wody, wyłączyłem klimatyzację i radio, jeszcze raz pomyślałem o jej halce, a potem poddałem się i położyłem spać.

Minął już miesiąc od czasu, kiedy zgodziłem się na rozwód i ona wyprowadziła się z mieszkania. Ten miesiąc nie miał żadnego znaczenia. Był bezkształtny jak ciepła galareta. Wydawało mi się, że nic przez ten miesiąc się nie zdarzyło i naprawdę tak było.

Wstawałem o siódmej, parzyłem kawę, robiłem grzanki, szedłem do pracy, jadłem w restauracji, wypijałem dwa czy trzy kieliszki, wracałem do domu, mniej więcej przez godzinę czytałem w łóżku, gasiłem światło i zasypiałem. W soboty i niedziele zamiast iść do pracy zabijałem od rana czas w kinie, oglądając po kilka filmów. Potem jak zwykłe sam jadłem kolację, piłem, czytałem i zasypiałem. I w ten sposób przeżyłem miesiąc, tak jak niektórzy dzień po dniu zamalowują na czarno daty w kalendarzu.

Wydało mi się, że w pewnym sensie nie było rady na to, że odeszła. Co się stało, to się nie odstanie. I to, jak dobrze było nam ze sobą przez te cztery lata, nie miało już znaczenia. Tak jak zdjęcia z tego ogołoconego albumu.

Również i to, że przez długi czas regularnie sypiała z moim przyjacielem i pewnego dnia wprowadziła się do niego, nie miało już znaczenia. Takie rzeczy mogą się zdarzyć i naprawdę się zdarzają. Dlatego nie uważałem, że w naszym wypadku było to jakieś wyjątkowe wydarzenie. W końcu to zależało tylko od niej.

- W końcu to zależy tylko od ciebie - powiedziałem. Było to niedzielnego popołudnia w czerwcu, gdy powiedziała, że chce rozwodu, a ja siedziałem, kręcąc na palcu kółeczko od puszki piwa.

- To znaczy, że ci wszystko jedno? - zapytała. Powiedziała to bardzo powoli.

- Nie jest mi wszystko jedno - odrzekłem. - Mówię tylko, że to zależy od ciebie.

- Prawdę mówiąc, nie chcę od ciebie odchodzić - powiedziała po chwili.

- To nie odchodź.

- Ale z tobą do niczego nie dojdę.

Nic więcej nie powiedziała, lecz wydaje mi się, że wiem, o co jej chodziło. Za kilka miesięcy skończę trzydzieści lat. Ona skończy dwadzieścia sześć. I w porównaniu z ogromem tego, co było jeszcze przed nami, to, co udało nam się zbudować, było naprawdę bardzo małe. A może nawet równało się zeru. Te cztery lata przeżyliśmy, przejadając oszczędności.

To była właściwie moja wina. Nie powinienem był się z nikim żenić. A przynajmniej ona nie powinna była wychodzić za mnie.

Na początku uważała, że nie jest dobrze przystosowana do życia w społeczeństwie, a ja jestem. Wypełnialiśmy te swoje funkcje stosunkowo nieźle. I kiedy już myśleliśmy, że powinno nam się i dalej tak udawać, coś zaczęło się psuć. Coś małego, co już nie dawało się naprawić. Byliśmy w spokojnej długiej ślepej uliczce. I to był nasz koniec. Dla niej byłem już straconym człowiekiem. A jeśli nawet jeszcze mnie kochała, nie miało to już znaczenia. Za bardzo przywykliśmy nawzajem do swoich ról. Nic więcej nie mogłem jej ofiarować. Czuła to instynktownie, a ja wiedziałem z doświadczenia. Nie było już ratunku.

I w ten sposób zniknęła na zawsze z mojego życia, zabierając wszystkie swoje halki. Niektóre rzeczy się zapomina, niektóre znikają, a niektóre umierają. I nie ma w tym prawie nic tragicznego.

Dwudziesty czwarty lipca, ósma dwadzieścia pięć rano.

Sprawdziłem cztery cyfry na zegarku elektronicznym, zamknąłem oczy i zasnąłem.

* * *

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji