ROZDZIAŁ PIERWSZY
Promienie słońca padały na taras Hip Stir, lokalu w centrum Dallas, w którym Penelopa Brand umówiła się z klientką. Poprawiwszy na nosie okulary słoneczne, Pen ostrożnie podniosła filiżankę kawy. Nie wylała ani kropli - całe szczęście, bo zawsze ubierała się na biało.
Dziś miała na sobie ulubiony biały żakiet z czarną jedwabną lamówką, różową bluzkę, białe spodnie typu cygaretki oraz czarne szpilki.
W bieli czuła się silna i pewna siebie. I taka powinna być specjalistka od PR-u, do której zwracają się o pomoc ludzie w sytuacji kryzysowej. Pen potrafiła zaradzić wszystkim problemom, wyciągnąć klientów z tarapatów, zapobiec skandalom, a przynajmniej je wyciszyć.
Zaczynała na środkowym zachodzie Stanów. Aż do ubiegłego roku elita Chicago powierzała jej swoje tajemnice finansowe i małżeńskie. Pen dbała o dobre imię klientów, a gdy pewne sprawy zagroziły jej własnej reputacji, postanowiła zmienić otoczenie. Teraz prowadziła nowe życie w Dallas.
- Nie wiem, jak dziękować. - Stefanie Ferguson odgarnęła na bok ciemnoblond włosy. - Dobrze, że mój głupi brat dał mi namiary na panią.
Głupim bratem był ukochany burmistrz Dallas. Zadzwonił do Pen z prośbą, aby pomogła Stefanie wyplątać się z kłopotów, które mogą zaszkodzić jego opinii. Stef nie podzielała miłości brata do polityki i nie przejmowała tym, co inni myślą. Czasem to się źle kończyło. Ostatnio wdała się w romans z niejakim Blakiem Edwardsem, właścicielem firmy deweloperskiej i jednym z najzagorzalszych krytyków burmistrza. Zdjęcie Stefanie i Blake'a, którzy w pomiętym ubraniu i z zadowolonym uśmiechem opuszczają hotel, wzbudziło zainteresowanie mediów.
Burmistrz wynajął firmę Brand Consulting, aby zapobiegła czemuś, co mogło skończyć się katastrofą wizerunkową. Penelopa wywiązała się z zadania: po tygodniu media żyły już inną historią.
- Przyjdzie pani na przyjęcie? - upewniła się Stef. - Czuję, że mogłybyśmy się zaprzyjaźnić.
Teoretycznie mogłyby, gdyby nie zasada, której Pen starała się przestrzegać, mianowicie by utrzymywać profesjonalny dystans między sobą a klientami. Zasada, którą wprowadziła, gdy jej były facet zniszczył jej opinię, okradł ją i zmusił do wyjazdu z Chicago.
- Oczywiście - odparła.
Nie zamierzała rezygnować z przyjęcia urodzinowego u burmistrza. Całe Dallas zazdrościło szczęściarzom, którzy dostawali zaproszenia na coroczną imprezę.
Uregulowawszy rachunek, Pen przeszła dwie przecznice do swojego biura na dziesiątym piętrze eleganckiego biurowca. Znajomość z Fergusonami może mieć wielkie znaczenie, jeśli chodzi o rozwój Brand Consulting. Na samą myśl o tym Pen zakręciło się w głowie. Na przyjęciu spotka ludzi, którzy kiedyś na pewno będą potrzebowali jej pomocy. Świat polityki obfituje w skandale.
Dwie godziny później zaciągnęła żaluzje na drzwiach gabinetu i przekręciła klucz w zamku. W prywatnej łazience umyła zęby, skropiła się perfumami i przebrała w białą sukienkę, którą przyniosła do pracy, by nie tracić czasu na jechanie do domu. Sprawdziła efekt w lustrze. Włosy zostawiła rozpuszczone - łagodnymi falami opadały na ramiona. Rzęsy pociągnęła czarnym tuszem, na powieki położyła granatowy cień.
Sukienka opinała biodra i pośladki. Całkiem nieźle.
"Przepięknie wyglądasz w tej sukience". Pen zadrżała na wspomnienie niskiego głosu. Przeniosła się do Dallas pewna, że nigdy więcej nie spojrzy z zainteresowaniem na żadnego mężczyznę, ale po roku spędzonym na odbudowywaniu kariery poczuła się samotna. Piła martini w miejscowym klubie jazzowym, kiedy zaczepił ją kolejny facet.
Ten był wysoki, przystojny, świetnie zbudowany, o hipnotyzujących zielonych oczach. Przedstawił się jako Zach, po prostu Zach, i spytał, czy może się dosiąść. Zgodziła się. W trakcie rozmowy okazało się, że raz wcześniej spotkali się w Chicago na przyjęciu wydanym przez właścicieli sieci hotelowej Crane.
Po paru drinkach pojechali do niej. Zach miał fantastyczny tyłek, czarujący uśmiech, dołeczek w policzku i usta gorętsze od płomienia. Rano, w świetle wpadającym przez białe zasłony, patrzyła, jak się ubiera. Przed wyjściem pochylił się i pocałował ją na pożegnanie.
To była wspaniała noc. Po kilku niesamowitych orgazmach Pen miała wrażenie, że może przenosić góry.
Wsunąwszy się za kierownicę audi, ruszyła na przyjęcie do burmistrza. Spędziła z Zachem kilka cudownych godzin, ale nie łudziła się, że jeszcze kiedyś się spotkają. W Chicago straciła głowę dla faceta i źle na tym wyszła. Więcej nie powtórzy tego błędu.
Przed wjazdem na prywatny teren Fergusona wyciągnęła rękę, na której połyskiwała bransoletka z zawieszką w kształcie litery F ozdobiona brylantem - na pamiątkę pierwszej wizyty każdy gość otrzymywał drobny prezent - i pokazała strażnikowi zaproszenie wydrukowane na lśniącym czarnym papierze. Kiedy strażnik otworzył bramę, uśmiechnęła się triumfalnie. Zaraz znajdzie się wśród ludzi, którzy kiedyś będą chcieli skorzystać z usług jej firmy. Musi postarać się, aby jak najwięcej z nich zapamiętało jej nazwisko.
Wysiadła z auta, podała kluczyki parkingowemu, po czym weszła do ogromnej sali balowej i ustawiła się w kolejce, by przywitać się z gospodarzem. Nie dziwiła się, że Chase Ferguson, mężczyzna wysoki, ciemnooki, z burzą niesfornych włosów, podbił serca większości mieszkanek Dallas.
- Pani Brand... - Uścisnął dłoń Penelopy, po czym rozejrzał się. - Przed chwilą widziałem moją siostrę, którą pani wybawiła z kłopotów - dodał ściszonym głosem. - I pozna dziś pani mojego brata...
O którego istnieniu wcześniej nie wiedziała.
- O wilku mowa! - Chase zerknął ponad jej ramieniem.
- Cześć, solenizancie!
Pen rozpoznała głos. Poczuła na szyi mrowienie. Sutki jej stwardniały. Podobnie jak tego wieczoru, kiedy zaprosiła Zacha do siebie. "Z przyjemnością, moja piękna", odpowiedział z szelmowskim uśmiechem.
Modliła się, aby Zach miał pamięć sięgającą góra tydzień wstecz. Obróciwszy się, ujrzała ubraną w smoking postać o szerokich ramionach, długawych ciemnoblond włosach i intensywnie zielonych oczach. Po prostu bóstwo.
Zapragnęła znów znaleźć się w jego ramionach, poczuć, jak się wokół niej zaciskają. Nie drgnęła. Przeżyli jedną ekscytującą noc, to wystarczy. Była skupiona na karierze, na odbudowywaniu firmy i nie pozwoli, aby z powodu zielonych oczu i dołeczka w policzku jej świat rozpadł się jak domek z kart.
Dziś dołeczek nie był widoczny. Zach wpatrywał się w nią zdumiony.
- A niech mnie! Ciebie się tu nie spodziewałem.
- Ani ja ciebie - odrzekła, jednym haustem opróżniając kieliszek szampana, który wzięła od kelnera.
ROZDZIAŁ DRUGI
Zach starał się przybrać neutralny wyraz twarzy.
Penelopa Brand miała na sobie białą obcisłą sukienkę, tak jak tamtego wieczoru w klubie, do którego poszedł z przyjacielem. Przyjaciel wkrótce ulotnił się z dziewczyną, a on został sam. Nie szukał towarzystwa, dopóki nie zauważył Pen: siedziała przy barze, miała upięte włosy i gołe ramiona.
Pojechali do jej mieszkania. Zaraz za drzwiami wyciągnął jej z koka ozdobną klamrę i wsunął dłoń w gęste włosy. Następnie przeniósł Pen do sypialni. Po drodze przywierał ustami do jej warg, a gdy ją położył, zaczął całować inne partie ciała. Wszystkie po kolei.
Nie rozmawiali o przyszłości - oboje wiedzieli, co będzie: on nie zadzwoni, ona nie będzie czekała na telefon - po prostu cieszyli się sobą. Brali i dawali, hojnie, bez skrępowania. Ta noc była spełnieniem fantazji. Rano wyszedł z uśmiechem. Dopiero w domu, pod prysznicem, poczuł żal, że się więcej nie zobaczą.
- Wybaczcie, kochani... - Chase Ferguson ruszył z wyciągniętą ręką do brzuchatego jegomościa, który rządził połową Teksasu.
- A więc to tak? Sądziłam, że jesteś budowlańcem z Chicago - powiedziała Pen.
- Byłem.
- A potem zostałeś bratem burmistrza?
- Jestem nim od urodzenia.
Od urodzenia był też synem potentata naftowego. Przez krótki okres pracował w Chicago. Nie był czarną owcą w rodzinie, nie uciekał od obowiązków, po prostu chciał się sprawdzić na innym polu, ale kiedy matka zadzwoniła z informacją, że ojciec, Rand Ferguson, miał zawał, Zach natychmiast rzucił wszystko i wrócił do Dallas. Matka odetchnęła z ulgą, kiedy stanął na czele Ferguson Oil.
- Przyznaj się, Fergusonowie cię adoptowali?
Roześmiał się.
- Nie. Chase i ja jesteśmy bliźniakami.
- Serio? - Pen zmarszczyła czoło.
- Żartuję.
W ciągu ostatniego roku rzadko umawiał się z kobietami. Z Penelopą pierwszy raz spotkali się przed trzema laty na jakiejś imprezie w hotelu Crane, ale nie zwrócili na siebie uwagi. Za to w klubie dwa tygodnie temu nie mogli oderwać od siebie oczu.
Odstawiwszy pusty kieliszek, Pen ponownie wbiła w niego wzrok.
- W tamtą sobotę słowem się nie zdradziłeś, kim jesteś.
- Podobnie jak ty.
Mrużąc oczy, zmierzyła go wzrokiem. Dzisiejszy Zach w smokingu wcale tak bardzo nie różnił się od faceta w dżinsach i koszuli, który zaczepił ją w klubie.
- To naprawdę ja - powiedział z uśmiechem, po czym wskazał na dołeczek w policzku. - Dwa tygodnie temu byłaś nim zachwycona. - Ściszył głos. - Wiele rzeczy ci się podobało.
Na jej twarzy odmalował się wyraz... irytacji? Nie, raczej speszenia. Ale wciąż między nimi iskrzyło. Kusiło Zacha, aby dzisiejszy wieczór zakończyć w ten sam sposób co poprzedni: na dwóch, nie, trzech orgazmach. Wprawdzie nie miał zwyczaju umawiać się ponownie z kobietą, z którą przeżył jednorazową przygodę, lecz dla Pen gotów był zrobić wyjątek.
- Przejdziemy do jadalni?
Skinęła głową.
- Chętnie. Ale jest tu mnóstwo osób, które chciałabym poznać ze względów zawodowych. Więc...
Nie dokończyła. Powietrze przeciął ostry damski głos:
- Gdzie ten drań, który jest mi winny forsę?
Zaległa cisza. Pen odruchowo zacisnęła dłoń na ramieniu Zacha. Zach obrócił się w stronę chudej rudowłosej kobiety wymachującej plikiem papierów i uniósł rękę, powstrzymując ochroniarzy gotowych wyprowadzić nieproszonego gościa. Lepiej, aby porozmawiał z Yvonne, zanim ta urządzi jeszcze większą awanturę.
- Yv... - zwrócił się do niej zdrobnieniem, które wymyślił tej nocy, kiedy się poznali. Nocy, kiedy alkohol lał się strumieniem. - Wtargnęłaś na przyjęcie mojego brata. Czego chcesz?
Potężnie zbudowany łysy ochroniarz ze szramą na policzku stanął bliżej kobiety i czekał na znak od Zacha.
- Żebyś mi wypisał czek na milion dolarów. - Znów pomachała plikiem w garści. - Inaczej podrę unieważnienie naszego małżeństwa.
Podarcie nic by nie dało, ale chyba nie miała tej świadomości.
- Jestem twoją żoną. Należy mi się połowa twojego majątku.
Ona uważa, że milion to połowa? A to dobre!
- Yvonne to moja była żona - Zach poinformował wszystkich, którzy się przysłuchiwali. - I nie należy jej się żadna połowa.
- Zach, pożałujesz, że mnie spotkałeś!
- Już żałuję. - Skinął na ochroniarza, który zacisnął ostrzegawczo dłoń na łokciu kobiety.
Nie zaczęła się szarpać, ale i nie ruszyła do wyjścia. Zmierzyła wzrokiem Penelopę.
- A to kto? Zdradzasz mnie?
Słyszał to pytanie z tuzin razy w czasie ich trwającego dwa dni małżeństwa. Spontaniczny ślub w Kaplicy Miłości wydał mu się świetnym pomysłem, ale spontaniczność bywa zgubna. W ciągu doby Yvonne przeistoczyła się w potwora.
- Albo nie, chcę dwa miliony - syknęła.
Miał pieniądze, mnóstwo pieniędzy, ale wiedział, że ruda wariatka nie zadowoli się milionem; będzie wracała po więcej.
- Wyprowadź ją - rzekł do ochroniarza i objął Pen w talii. - Nie życzę sobie, żeby denerwowała moją narzeczoną.
- Kogo? - Yvonne wytrzeszczyła oczy.
- Moja narzeczona, Penelopa Brand. Yvonne... - Zawahał się. Jak brzmiało jej panieńskie nazwisko? - Moja eksmałżonka. - Nie zważając na furię w oczach Yvonne, Zach ciągnął: - Penelopa i ja jesteśmy zaręczeni. Zamierzamy się wkrótce pobrać. Jeśli masz jeszcze jakieś pytania, proponuję, abyś skontaktowała się z moimi prawnikami.
Ochroniarz pociągnął Yvonne do wyjścia. Przez całą drogę darła się jak opętana.
- Jak ona się tu dostała? - spytał Zach drugiego ochroniarza.
Mężczyzna wbił wzrok w podłogę.
- Nie wiem, proszę pana. Zaraz zadzwonimy na policję...
- Nie warto - mruknął Zach.
- Czy dobrze rozumiem, że jesteś zaręczony i żonaty? - Chase Ferguson zmarszczył czoło.
- Byłem żonaty.
- I nic mi nie powiedziałeś?
- Bo małżeństwo trwało raptem czterdzieści osiem godzin.
Chase przeniósł spojrzenie z brata na Penelopę.
- A pani nie zająknęła się, że jest zaręczona z moim bratem.
- Nie jest. Chciałem odwrócić uwagę Yvonne - wyjaśnił cicho Zach.
Chase uśmiechnął się do Penelopy.
- Wygląda na to, że ma pani kolejnego klienta, Pen. Mam nadzieję, że zdoła go pani wyplątać z kłopotów?
- Tak, oczywiście.
- Doskonale. A teraz... - burmistrz powiódł wzrokiem po gościach - proponuję, żeby każdy odszukał swoje miejsce przy stole. Zaraz kolacja zostanie podana. A wy gołąbeczki... - popatrzył na Zacha i Pen - pewnie chcecie siedzieć koło siebie?