2. Marzenia
O podróży do Indian Toni Halik marzył od dawna.
Tyle słyszał o ich zgodnym z naturą życiu, szacunku dla starszych i miłości do dzieci. O sprawiedliwych prawach, zgodnie z którymi żyją od wieków. O ich sprawności, tężyźnie fizycznej, zdrowiu i talentach rzemieślniczych, o których ludzie w Europie już dawno zapomnieli, bo woleli korzystać z zakładów usługowych. Słyszał o przyjaźni, poszanowaniu drugiego człowieka i o spokojnym rozstrzyganiu sporów. Był przekonany, że wszystko to pozwalało na szczęśliwe i dobre życie, w dodatku w otoczeniu egzotycznych gatunków zwierząt i najpiękniejszych na świecie roślin. Fakt, między plemionami zdarzały się bitwy, ale trwały krótko i zazwyczaj wszyscy tu żyli w pokoju. Toni od dziecka podróżował po tropikalnych lasach Ameryki Łacińskiej. Na razie tylko w wyobraźni, bo tak naprawdę mieszkał w chłodnej Polsce, gdzie nie było ani egzotycznych lasów, ani żyjących w nich plemion. W myślach ciągle wypływał na oceany i podróżował do nieznanych lądów. W gimnazjum w Płocku, w którym słynął ze wszystkiego, tylko nie z dobrych ocen i wzorowego zachowania, w jednym przedmiocie naprawdę był najlepszy. W geografii, czyli nauce o różnych stronach świata. Nawet na innych lekcjach zajmował się oglądaniem map, za co nieraz dostawał rozmaite kary. Kiedy nauczyciele nie patrzyli, znów jednak sięgał po mapy. W miejsca, do których zamierzał kiedyś dotrzeć, wbijał szpilki i łączył je nitkami. Tak planował swoje przyszłe podróże.
Raz nawet koledzy nakryli go, jak na lekcji matematyki uczył się portugalskiego. Co to w ogóle za język? - dziwili się. I czy w ogóle istnieje? Toni musiał tłumaczyć im, że owszem, istnieje, a używa się go między innymi w Brazylii, do której on się wkrótce wybiera.
Z okien gimnazjum w Płocku widać było Wisłę. Nieraz zamiast patrzeć na tablicę, Toni wypatrywał łódek i stateczków, które pływały po rzece. Po lekcjach razem ze swoim przyjacielem Wojtkiem chodzili na przystań przyglądać się łodziom z bliska. Pewnego dnia Toni zwierzył się Wojtkowi, że kiedyś będzie takimi żeglował. Ale jego żaglówki będą większe i będą pokonywać oceany.
Wojtek pokiwał głową. Chyba mu nawet uwierzył. Przecież po zwariowanym Tonim wszystkiego się można było spodziewać. Ale inni koledzy, słysząc, jak mówił, że zamieszka wśród Indian, pękali ze śmiechu. Toni miał to gdzieś i nadal marzył o Brazylii.
Pewnego dnia nie pojawił się w szkole. Okazało się, że zamiast na lekcje poszedł nad Wisłę. Zagadnął przepływających flisaków, którzy tratwami przewozili rzeką towary. Namówił ich, żeby zabrali go na północ, do Gdańska. I kiedy po kilku dniach tam dotarł, próbował po kryjomu dostać się na dalekomorski statek. Zamierzał nim dotrzeć do samej Brazylii, a potem w głąb lądu, do nieznanych plemion. Kręcącego się po porcie chłopaka złapała jednak straż morska. I zamiast do dalekich zamorskich krain Toni trafił z powrotem pod Płock, do rodzinnego domu. Kolegom opowiadał jednak, że udało mu się dopłynąć do Brazylii. Wojtek być może uwierzył. Ale inni? Wyobrażacie sobie, jak się musieli z Toniego śmiać? Toni nic sobie z tego nie robił.
Minęło wiele lat, Toni dorósł, miewał w tym czasie liczne przygody. I - tak! - końcu zamieszkał w Ameryce Południowej. Co prawda nie w Brazylii, ale w sąsiadującej z nią Argentynie. Po latach stanął na wymarzonym lądzie. Wreszcie był w Ameryce!
Tyle że na jej południowym krańcu - i wcale nie było tu nieznanych plemion!
Wiecie coś o Argentynie? To jeden z najdłuższych krajów na naszej planecie. Gdyby podróżować z jednego końca na drugi, trzeba by przejechać aż 4000 kilometrów. Nie wyobrażacie sobie, jak to daleko? Dla porównania długość Polski z północy na południe to tylko 649 kilometrów. Dlatego w całym naszym kraju, no, może z wyjątkiem mroźnych Suwałk, w tym samym czasie jest zwykle podobna pogoda. W Argentynie wcale tak nie jest. Na południu można przebijać się przez zaspy śnieżne, a w tym samym czasie na północy umierać z gorąca.
Dziwne, prawda? Bo przecież w Europie im dalej na południe, tym cieplej. Ale Argentyna leży po drugiej stronie równika i tam jest całkiem odwrotnie. Południe jest zimne, a północ gorąca. A więc to trochę tak, jakby świat w Argentynie stanął do góry nogami.
Żeby się dostać do wymarzonych plemion, nasz Toni musiał więc pojechać na północ kontynentu. Tam, gdzie rosły nieprzebyte lasy tropikalne, pełne wspaniałych zwierząt i egzotycznych roślin. Razem z żoną - nazywała się Pieret, pamiętacie? - kupili małą żaglówkę. Nazwali ją "Chico" (czytaj: cziko), co po hiszpańsku oznacza "chłopczyk". Coraz dalej i dalej zapuszczali się w górę Parany, jednej z największych rzek Ameryki Południowej. Tak wielkiej, że jest prawie pięć razy dłuższa od Wisły. Parana jest też od niej o wiele szersza. Przepływa nią aż szesnaście razy więcej wody niż w największej z polskich rzek.
W pierwszych rejsach po Paranie Toniemu i Pieret towarzyszyli małpka Titi i kot Minuczo. Minuczo nie bał się spotykanych po drodze ludzi i uwielbiał się do nich łasić. Titi z kolei była pokładowym urwisem: skakała po maszcie i z jego wierzchołka wypatrywała celu podróży. Zwierzaki rozrabiały na pokładzie, nie dając Toniemu i jego żonie spokoju. Jednak swojej małpce i swojemu kotu byli wdzięczni za odrobinę rozrywki, bo po drodze niewiele się działo i prawdę mówiąc było dość nudno. Toni Halik nie tracił jednak nadziei na przeżycie wielkiej przygody. Chętnie rozmawiał z ludźmi, których spotykał po drodze, kiedy zatrzymywał się nad brzegiem Parany, żeby uzupełnić zapasy żywności. Mówili Halikom, że jeśli będą płynąć dalej, dotrą do lasu deszczowego, egzotycznych roślin, piranii, no i oczywiście Indian.
Niestety, "płynięcie dalej" nie było takie proste. Pewnego dnia na drodze Toniego i Pieret pojawił się wielki wodospad. Gdy zbliżali się do niego, ogromne fale zaczęły targać ich żaglówką. Omal nie przełamały małego "Chico" na pół, a nurt zaczął go nieść z prędkością łodzi motorowej. Jeszcze chwila, a wodospad zmiótłby "Chico" jak łódeczkę z papieru i niewiele by z niej zostało. Toni bił się z myślami: ratować się i kończyć podróż, a może dać się ponieść niebezpiecznemu wodospadowi? Bo przecież tam, za wodospadem, z pewnością czekali na niego Indianie. Pieret i Toni znajdowali się już blisko granic z Brazylią i Paragwajem, a to właśnie tam zaczynały się indiańskie osady. Tak przynajmniej wynikało z książek, które pochłaniał Toni. Tyle razy w marzeniach docierał do wiosek Indian, a teraz miał je na wyciągnięcie ręki. Dzielił go od nich tylko ten straszliwy wodospad! Z drugiej strony nie miał wątpliwości, że maleńki "Chico" wpadłby w niego jak w paszczę wieloryba i tyle by go widziano. Co robić? - walczył z myślami Toni. Ryzykować czy nie?
Pieret wiele czytała o Iguazu - dobrze wiedziała, że jest równie piękny, co niebezpieczny - i roztropnie namawiała męża do przerwania podróży. Fale wlewały się już na pokład żaglówki, a przerażone Titi i Minuczo chowały się pod pokładem. Toni w ostatniej chwili, zanim całą ich czwórkę pochłonęła toń, zdołał skierować "Chico" do bezpiecznego brzegu.
Trzeba było zawracać.
Niestety, nie udało im się dopłynąć do pełnej nieznanych plemion Brazylii. Toni był bardzo smutny, ale - jak to on - nie tracił nadziei.
I słusznie! Bo jego marzenie w końcu miało się spełnić. Otóż Toni od pewnego czasu opisywał dla popularnej w Argentynie gazety swoje podróżnicze przygody. Publikował też piękne zdjęcia. Redakcja coraz chętniej zlecała mu nowe zadania. Coraz częściej o nowe relacje upominali się także czytelnicy. Przygody opisywane przez młodego reportera z Polski mroziły krew w żyłach dorosłych i rozpalały wyobraźnię dzieci. Aż w końcu szefowie gazety postanowili powierzyć Toniemu arcytrudne zadanie: wysłać go, by poznał i opisał... Tak, życie plemion w odległych zakątkach Brazylii! A przy okazji miał przywieźć ciekawe eksponaty, w tym prawdziwą indiańską dzidę.