Boże tango
Wielkie czarne cyce podskakiwały nad moją twarzą w szaleńczym rytmie pogo. Gdybym nie był związany, a ona nie ściskała w dłoniach sztyletu, który przystawiała do mojego gardła, na pewno rozkoszowałbym się tym widokiem, ale w takiej sytuacji nie pozostawało mi nic innego, jak tylko mieć nadzieję, że zadusi mnie tymi swoimi balonami, zanim zarżnie mnie jak świnię.
* * *
Pomimo zbliżającej się śmierci dostrzegałem całkowity absurd tej sytuacji. Niecały tydzień temu siedziałem przy komputerze w moim wyziębionym praskim mieszkaniu, próbując dopisać książkę, zanim skończy się grant z Akademii Nauk. Moim największym zmartwieniem było to, jak wycisnąć od wydawcy zaliczkę na następną książkę, żeby móc zapłacić czynsz. Teraz pociłem się jednocześnie ze strachu i z gorąca w środku Afryki Zachodniej, próbując przypomnieć sobie chociażby jedno jedyne zaklęcie w języku bambara, które zapamiętałem z konferencji na temat rdzennych religii Afryki i na które poderwałem doktor Olsen z Uniwersytetu w Helsinkach.
- N be se ka weleli ke ni i ka phone ye wa! - krzyknąłem, ale natychmiast zdałem sobie sprawę, że to nie to.
- Nie pożyczę ci telefonu. Martwi i tak go nie potrzebują - odpowiedziała po angielsku rozbawiona Murzynka i wbiła czubek noża w moje gardło. Kilka pierwszych kropel krwi wyciekło z rozciętej skóry.
* * *
"Obrzędy przejścia są stałą częścią każdej prymitywnej religii. Już Franz Boas był świadomy ich znaczenia dla akceptacji przez jednostkę własnej kultury" - napisałem zdanie, którego wymyślenie zajęło mi jakieś pięć minut, i zastanawiałem się, jakie odniesienie do literatury tam umieścić. "Im więcej odniesień do literatury, tym więcej jest w tym nauki" - zwykłem szyderczo mawiać do moich studentów, ale jednocześnie doskonale wiedziałem, że sam byłem niewolnikiem tej zasady. "Pieprzyć to, w następnym zdaniu umieszczę odniesienie do Margaret Mead". Machnąłem ręką i zacząłem myśleć o tym, jak dopasować Mead do następnego zdania. Uwielbiałem ją. Świetnie się na nią podrywało studentki antropologii. Półgodzinne wtajemniczanie na temat Mead zwykle wystarczało na pocałunek, a dwudziestominutowy dodatek na temat historii jej badań nad plemieniem Mundugomor zwykle prowadził do stosunku.
Buch! Buch! Buch!
To nie było zwykłe pukanie do drzwi. Miało w sobie zdecydowanie, którego moje drzwi zwykle nie doświadczały. Były przyzwyczajone do nieśmiałego "puk, puk" metalowego gitarzysty z dołu, który regularnie przychodził pożyczać jedzenie, ponieważ zazwyczaj był zjarany jak świnia i nie miał grosza przy dupie. Co prawda grał w trzech zespołach, ale i tak ledwo starczało mu na czynsz i trochę tego gówna do palenia. To nas łączyło. To znaczy: nie jaranie, ale notoryczny brak kasy.
Buch! Buch! Buch!
Walenie stawało się coraz bardziej intensywne. Czy to możliwe, że młody Skočdopole przerzucił się z trawki na amfę?
Zapisałem niedokończony rozdział, zatytułowany całkowicie bez finezji "Rytuały przejścia", i ruszyłem w stronę drzwi. Nie miałem daleko. W mojej kawalerce, czyli pokoiku z aneksem kuchennym, nic nie było daleko. Z odpowiednią łyżką i odrobiną wyobraźni mógłbym siedzieć na toalecie, mieszając przy tym gulasz w garnku.
Buch! - ruszyła kolejna seria walenia w drzwi. Otworzyłem drzwi i pięść, gotowa do kolejnego uderzenia, zatrzymała się w powietrzu. Zupełnie nieoczekiwanie należała do około pięćdziesięcioletniej blondynki w obcisłym ciemnozielonym kostiumie. Pięćdziesiątkę odgadłem po zmarszczkach na szyi, bo poza tym wyglądała jak Sharon Stone, łącznie z dekoltem.
- Doktor Tomáš Kosek? - zapytała głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Tak? - odpowiedziałem zaskoczony.
- Dzięki za zaproszenie - powiedziała i weszła do mojego mieszkania. Po trzech krokach zatrzymała się dokładnie pośrodku i rozejrzała podejrzliwie, jakby szukała dowodów przestępstwa. Dopiero teraz zauważyłem, że towarzyszyła jej eskorta w postaci dwóch mężczyzn. Byli ubrani tak, jakby właśnie wrócili z jakiejś letniej wędrówki: zielone spodnie moro, czarne wojskowe buty, zielone T-shirty, a na nich jasnobrązowe kurtki. Jak na grudzień, który szalał na zewnątrz, nie był to najodpowiedniejszy ubiór.
Wyższy z mężczyzn był w wieku blondynki, ale sprawiał wrażenie mocno zaniedbanego. Wyglądał, jakby nie tylko wiele w życiu przeszedł, ale też sporo wypił. Drugi był nieco młodszy, drobniejszy i bardziej żylasty. Uwagę zwracał jego duży orli nos i idealna łysina. Pięćdziesięciolatek trzasnął drzwiami, a następnie spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć, że jest mu przykro, ale będzie musiał mnie zastrzelić.
- Toaleta - rzucił.
- Słucham? - odpowiedziałem zdezorientowany.
- Chyba jest tu toaleta, nie?
- Tak, oczywiście, że tak. Tam. - Wskazałem ręką w kierunku owego pomieszczenia. Facet natychmiast ruszył w tamtym kierunku.
- Przyszliście do mnie, żeby się odlać?
* * *
Blondynka wyglądała na częściowo rozbawioną, a częściowo zniesmaczoną. Mężczyzna o orlim nosie spojrzał tylko w stronę toalety, w której zniknął jego kumpel, i wzruszył przepraszająco ramionami.
- Pamięta pan pana Koudę? - powiedziała, żeby odwrócić uwagę od dźwięków, które zaczęły dochodzić zza cienkich drzwi toalety. Jak powiedziałem, wszystko w moim mieszkaniu było niestety zbyt blisko.
- Nic mi to nie mówi. - Zakłopotany potrząsnąłem głową. Ta wizyta zaczynała mnie wkurzać.
- Dość niski, czarne kręcone włosy, wystający brzuch, wiecznie z fajką w ustach - wszedł jej w słowo Orli Nos.
- Racja, Zdeněk Kouda - przypomniałem sobie. - Złapał mnie w zeszłym miesiącu po wykładzie na temat religii synkretycznych. Dobrze znał brazylijskie rytuały magiczne. Taki dziwak o oryginalnych poglądach - dodałem.
- Eureka - dobiegło z toalety. Na twarzy blondynki pojawiło się niekłamane przerażenie. Orli Nos ponownie wzruszył przepraszająco ramionami. Następującą po tym niezręczną ciszę przerwał odgłos spłukiwania. Chwilę później drzwi się otworzyły i pięćdziesięciolatek wślizgnął się do łazienki, gdzie szybko umył ręce.
- Więc wszystko ustalone? Leci z nami do Afryki? - zapytał bez ogródek.
- Do jakiej Afryki? - Tak mnie to zaskoczyło, że prawie krzyknąłem.
* * *
- Panie doktorze, nazywam się Klara Chlumská i jestem z administracji rządowej. Pan Kouda pracuje dla nas nad pewną delikatną sprawą dotyczącą naszej jednostki wojskowej w Mali. Poprosił o współpracę z panem bezpośrednio na miejscu. Na lotnisku wojskowym w praskich Kbelach czeka na pana wojskowa specjednostka, która ma pana wraz z panem Hortem i panem Gibsonem - przerwała na chwilę, spoglądając z przekąsem na pięćdziesięciolatka, który, jak zrozumiałem, był tym drugim z wymienionych - tam zawieźć.
- Co?! - wyrzuciłem z siebie. Zdziwiony wpatrywałem się w twarz blondynki, czekając, aż zacznie krzyczeć coś o ukrytej kamerze.
- Jeśli się nie mylę, jest pan ekspertem w dziedzinie afrykańskiej magii, a to właśnie magia sprawia nam teraz kłopoty w Afryce - powiedziała, a z wyrazu jej twarzy można było wyczytać, że sama nie wierzy w to, co właśnie powiedziała.
Oparłem się plecami o stół i z trudem powstrzymałem się od histerycznego śmiechu. Miałem wrażenie, że urojenia metalowego gitarzysty z dołu, któremu sprzedano naprawdę trefny towar, właśnie zmaterializowały się w moim mieszkaniu.
- Pan Kouda trochę się martwił, że nie będzie pan zbytnio zachwycony jego ofertą, więc mam panu przekazać starą antropologiczną zasadę, że nie ma znaczenia, czy coś działa, czy nie, ale czy ludzie w to wierzą - dodała, robiąc krótką dramatyczną pauzę. - I dlatego właśnie potrzebujemy pana. Żeby zrozumieć, dlaczego i jak ludzie wierzą - powiedziała, mrużąc oczy, gdy starała się ze wszystkich sił poprawnie zinterpretować tę wypowiedź. - A także, oczywiście, jest kwestia hojnego wynagrodzenia z funduszy ministerstwa obrony i oferta, że mogę przedłużyć pański grancik z Akademii Nauk za pstryknięciem jednego palca - dodała z wyniosłym uśmiechem.
- Jednego palca?
- To taki nasz firmowy żart - uśmiechnął się pan Hort, a pan Gibson dodał:
- Ups. - Ponieważ podczas przemowy blondynki zaczął bawić się posążkami na mojej półce, zrzucając jednemu z nich osłonkę na penisa.
- Ostrożnie! - krzyknąłem. - To posążek Bakulgi, demona męskości. Jego obraza może skutkować utratą męskiej mocy - powiedziałem automatycznie.
- Męskiej co? - Gibson nie załapał.
- Będzie z pana impotent - wyjaśniła ochoczo blondynka.
Pięćdziesięciolatek zbladł i trzęsącymi się rękami założył z powrotem osłonkę posążkowi Bakulgi na jego nieproporcjonalnie dużego penisa. Pan Hort przyglądał się temu z przerażeniem. Wyglądało na to, że obaj moi męscy goście także mają mały problem z wiarą.
* * *
Spakowałem się w ciągu godziny. Do dwóch dużych toreb upchnąłem wszystkie książki na temat afrykańskiej magii, jakie miałem w domu, kilka tomów pokonferencyjnych oraz trochę notatek z lektury dzienników różnych podróżników, którzy spotkali się z tym tematem na czarnym kontynencie. Z ubraniami nie miałem problemu. W zeszłym roku spędziłem na stażu w Brazylii sześć miesięcy, prowadząc badania nad tamtejszymi religiami synkretycznymi i wędrując po wioskach i dżungli. Miałem całkiem niezły zestaw butów trekkingowych, szortów i lekkich kurtek chroniących przed wiatrem i ulewami. Wrzuciłem także do jednej z toreb posążek Bakulgi, żeby szczęście mnie nie opuszczało - co Gibson obserwował z podejrzliwą miną. Spakowałem także laptopa. Przy odrobinie szczęścia może uda mi się skończyć tę cholerną książkę.
* * *
Dziesięć godzin później kołowaliśmy w Bamako, stolicy Mali. Różnica temperatur z mroźną zimową Pragą wynosiła prawie pięćdziesiąt stopni. Na szczęście słońce właśnie skrywało się za horyzont, ale i tak gorące, wilgotne afrykańskie powietrze uderzyło nas w twarz. Gibson i Hort rozwiązali ten problem, wkładając papierosy do ust i zapalając je, gdy tylko schody podjechały do samolotu i otworzyły się drzwi. Ja nigdy nie miałem papierosa w ustach.
Wojskowi zatrzymali się w odległej części lotniska. Dało się to poznać po tym, że w zasięgu wzroku znajdowała się tylko mała budka strażnicza, a nad nią powiewała malijska flaga narodowa z zielonym, żółtym i czerwonym paskiem. Jej krawędzie były postrzępione, więc czerwony pasek był już znacznie cieńszy niż pozostałe.
Zeszliśmy po schodach, a na spotkanie z nami przyjechał wojskowy jeep. Miał na sobie francuską flagę i kamuflaż, ale siedziało w nim dwóch cywilów. Chudy Murzyn, czarny jak sumienie mordercy ze Spartakiady, a obok niższy facet z wystającym brzuchem, czarnymi kręconymi włosami i brązowymi oczami - Zdeněk Kouda.
Samochód gwałtownie zahamował tuż przed nami. Przednie koła przestały się kręcić zaledwie pół metra przed Gibsonem. Murzyn za kierownicą albo nauczył się jeździć w zeszłym tygodniu, albo był uzależniony od adrenaliny.
Kouda zeskoczył z jeepa i entuzjastycznie uścisnął mi dłoń.
- Cieszę się, że przyjął pan moją ofertę. Mam nadzieję, że lot był przyjemny - powiedział, patrząc na mnie jak na swojego bratanka, który właśnie wyszedł z więzienia po dwudziestu latach i któremu chciał wynagrodzić stracony czas, oferując mu basen pełen nagich kobiet.
- Droga była dobra, ale milcząca. - Rzuciłem miażdżące spojrzenie moim dwóm towarzyszom, którzy zdążyli już wpakować się do jeepa. Na szczęście przynajmniej wsadzili mój bagaż do bagażnika.
- Moim ludziom nie płaci się za dostarczanie informacji, tylko za ich zdobywanie. Wszystkiego się pan dowie za jakieś pół godziny. Chciałbym pana zapoznać z naszym problemem możliwie najszybciej, o ile nie jest pan zbyt zmęczony podróżą - powiedział, wskakując z powrotem na przednie siedzenie pasażera. Gdy tylko ulokowałem się na tyle samochodu, Murzyn wcisnął pedał gazu i gwałtownie ruszył, jakby zazdrościł samolotom ich przyspieszenia.
* * *
Przez Bamako przedarliśmy się stosunkowo płynnie. Przez większość drogi jechaliśmy przedmieściami pełnymi slumsów. Miasto liczyło prawie dwa miliony mieszkańców i podobnie jak w Ameryce Południowej, do której paradoksalnie byłem bardziej przyzwyczajony niż do Afryki, większość z nich była stłoczona w nędznych dzielnicach. Bardziej niż na samochody nasz kierowca musiał uważać na ludzi i ciągnięte przez nich wozy. Ale najbardziej niebezpieczne były kozy, które najwyraźniej miały przeświadczenie, że wyjdą zwycięsko z każdego zderzenia z autem. Pomimo stylu jazdy kierowcy żadna z nich nie sprawdziła tego na własnej skórze. Miałem wrażenie, że było mu autentycznie przykro z tego powodu.
* * *
Po ledwie dwudziestu minutach dotarliśmy do części miasta, w której materiałami budowlanymi nie były trzcina, błoto, metal i kartony pozostałe po pomocy humanitarnej, ale beton, stal i szkło. Na jednym ze skrzyżowań znajdowała się nawet sygnalizacja świetlna, która - ku rozczarowaniu naszego kierowcy - działała.
Ta część Bamako zdradzała, że miasto miało swój okres świetności. Ale minął on wraz z ostatnim przewrotem wojskowym i późniejszą rebelią islamistów. Brodaci mężczyźni z kałasznikowem w jednej ręce i Koranem w drugiej zdecydowali, że najlepszą rzeczą dla Mali będzie szariat, czyli obrzezanie kobiet, strzelanie do niewiernych, zakaz muzyki i tańca i mnóstwo innych muzułmańskich rozrywek. Francuzi z Legią Cudzoziemską na czele byli jednak przeciwnego zdania i dość zdecydowanie opowiedzieli się po stronie słabego malijskiego rządu. Bezlitosne i szybkie ataki w głównych miastach, w połączeniu z bombardowaniem z powietrza baz islamistów osadzonych na wsiach, przyniosły wkrótce zwycięstwo i względny pokój na większości terytorium Mali. Islamiści zniknęli w górach, a nawet jeśli pozostali w miastach, siedzieli w ukryciu, ujawniając się tylko w sporadycznych atakach na znienawidzonych Francuzów. Ale czy naprawdę znienawidzonych? Zwykli cywile ich lubili. Znacznie bardziej niż islamistów. Brodacze mieli jednak w dupie wolę ludu. Liczyło się to, co myślał ich imam. A jeśli przy tym krzyczał "Allah akbar" z odpowiednio zaciekłą nienawiścią, wola ludu schodziła na dalszy plan. W końcu to podstawowa cecha wszystkich fanatyków tego typu. Wierzą, że to, co jest najlepsze dla ludzi, musi być im wyjaśnione za pomocą rozgrzanych do czerwoności luf karabinów maszynowych.
Zatrzymaliśmy się przed żelazną bramą. Przed możliwym atakiem zamachowca samobójcy w samochodzie wypełnionym materiałami wybuchowymi chroniły ją trzy betonowe bariery, wokół których musieliśmy powoli zygzakować. Francuski żołnierz przy bramie, z twardym wzrokiem, nawet na nas nie spojrzał. Kouda tylko pomachał do niego, wskazał na swoją twarz i za chwilę brama powoli zaczęła się otwierać. Chwila gorączkowego manewrowania i znaleźliśmy się w sercu francuskiej bazy wojskowej.
* * *
Przejechaliśmy przez nią. Wszędzie panowała swobodna atmosfera. Francuzi zakończyli wojnę, islamiści musieli się schować i wszyscy cieszyli się spokojem po zakończeniu walk, czekając na plany stopniowego wycofywania się. Cóż, nie wszyscy. Według raportów, które znalazłem w Internecie podczas lotu, kilkuset żołnierzy miało tu pozostać jako gwarancja stabilności, a także w charakterze instruktorów szkoleniowych dla miejscowej armii.
Zatrzymaliśmy się przy jednopiętrowym białym budynku z niebieskim pasem na poziomie dachu. Mój francuski był dobry jak żarcie z więziennej kuchni, ale jakoś domyśliłem się, że to szpital. Czerwony krzyż nad napisami przy drzwiach wejściowych stanowił wystarczającą wskazówkę. Weszliśmy z Koudą do środka. Reszta załogi jeepa nie podążyła za nami.
Przeszliśmy przez cichy korytarz, minęliśmy kilka zamkniętych drzwi i w końcu trafiliśmy na znak z żółtym trójkątem z dobrze znanym symbolem, który do swojej nazwy włączyła sobie niejedna metalowa kapela.
- Zagrożenie biologiczne?
- Proszę się nie obawiać. To tylko po to, by odstraszyć ewentualnych ciekawskich. - Kouda machnął ręką i swoim potężnym brzuchem otworzył drzwi. Nie były zamknięte na klucz.
Za nimi znajdował się kilkumetrowy korytarz, który kończył się przed drzwiami strzeżonymi przez dwóch milczących francuskich żołnierzy. Wpuścili nas do środka bez żadnych problemów. Kouda zamknął je za nami ostrożnie, jakby bał się obudzić trzech mężczyzn leżących pod kroplówkami. Ale jego obawy wydawały się bezpodstawne. Wystarczył szybki rzut oka, by ocenić, że nawet jeśli nie wegetowali w śpiączce, to byli jej bardzo bliscy. Każdy z nich u wezgłowia łóżka miał urządzenie do pomiaru parametrów życiowych. Wydawało się, że ich stan jest stabilny, bez żadnych wahań.
- Sylvian Dubois, Alfred Decault i Petr Pavlík. - Wskazał na poszczególne łóżka. - Mieli wychodne i pojechali do miasta na dziewczyny. Rano znalazła ich bamacka policja. Byli już w takim stanie. Żadnych widocznych obrażeń, takich jak uderzenie w głowę lub uszkodzenie narządów wewnętrznych, żadnej trucizny, żadnego narkotyku. Wysłaliśmy próbki ich krwi aż do Paryża, ale nawet tam niczego nie znaleźli.
Na widok dwóch francuskich i jednego czeskiego żołnierza przykutych do łóżek zacząłem panikować. "Co ja tu, u licha, robię?"
- Panie Kouda, co prawda jestem doktorem, ale mój doktorat jest z antropologii i religioznawstwa. Nie jestem lekarzem. - Nie mogłem sobie darować odrobiny sarkazmu.
Kouda uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem i wyciągnął z kieszeni kawałek materiału, który ostrożnie mi podał.
- To ściskał w ręce czeski żołnierz - powiedział, jakby to miało wszystko wyjaśnić.
Ostrożnie wziąłem szmatkę w dłonie i ją rozwinąłem.
- Wygląda jak grigri, jakaś kość, prawdopodobnie węża, suszone zioła, dość mocno już zbutwiałe, i trochę pyłu. Zgaduję, że z jakiegoś grobu lub świętego miejsca. Na Haiti lub w Luizjanie powiedziałbym, że to jakiś rodzaj voodoo, ale tutaj to dzieło kapłana Vodun lub szamana, który długo przebywał w Beninie lub Nigerii. To wszystko, co mogę powiedzieć. Trzeba to wysłać do analizy, może jest w tym jakaś naturalna trucizna, która to wszystko spowodowała - wzruszyłem ramionami.
- Już to robiliśmy i na nic się to zdało - odezwał się za nami stanowczy głos. Mężczyzna, do którego należał, był kawałem chłopa w czeskim mundurze, na który miał założony fartuch medyczny. Nie leżał na nim zbyt dobrze, więc prawdopodobnie po prostu skądś go wziął i założył.
- Major Kašpar, lekarz czeskiej misji - przedstawił nas Kouda.
- Proszę nazywać mnie Lukáš, nienawidzę formalności - uśmiechnął się krzepki facet i wyciągnął do mnie rękę. Miał cholernie mocny uścisk.
Nie byłem do tego przyzwyczajony. Akademicy w większości podawali sobie dłonie w delikatny sposób, jakby uważali to za krępujące. Co więcej, natychmiast puszczali uścisk i wkładali rękę do kieszeni. A ten lekarz zupełnie odwrotnie - zdawał się czerpać przyjemność z tego połączenia dwóch nieznajomych sobie ludzi.
- Ale to, co trzyma pan w dłoni, to nie jest nasza główna zagadka. Co gorsza, oni wszyscy mają rany na klatkach piersiowych, które nie chcą się zagoić - powiedział, gdy w końcu puścił moją rękę. Podszedł do czeskiego żołnierza i zdjął z niego lekki koc, a następnie odsłonił białą szpitalną koszulę, w którą go ubrano. Na klatce piersiowej żołnierza widniał naklejony kwadrat gazy. Major ostrożnie odkleił gazę z jednej strony, ukazując mi plątaninę blizn tworzących mały, nieregularny okrąg. Dopiero po chwili udało mi się dojrzeć w tej plątaninie coś na kształt wzoru. Był to niewątpliwie jakiś symbol. Nie mógł jednak reprezentować niczego konkretnego, ważniejsze było ogólne wrażenie, jakie sprawiał. Poszczególne blizny układały się wokół siebie w regularne wzory. Wyglądało to trochę jak pajęczyna, ale utkana przez pająka, który miał oko do szczegółów i pojęcie o sztuce konceptualnej.
- Inni też to mają? - zapytałem.
- Tak. Dokładnie to samo. I jeśli raczył pan zauważyć, wygląda to tak, jakby zaczęło się goić dopiero przed kilkoma godzinami. A przecież leżą tu już drugi tydzień. Średnio raz dziennie zaczyna im to krwawić. I nic na to nie pomaga. Jednego zszyliśmy i było tylko gorzej. Jego skóra popękała, szwy poluzowały się w ciągu nocy, a ciało je wydaliło. Nigdy czegoś takiego nie widziałem, podobnie jak i francuski personel, który tu służy. Sprowadziłem trzech doktorów z Lekarzy bez Granic, którzy pracują na obrzeżach miasta. Jeden z nich aż się przeżegnał, ale nikt nie wie, co z tym zrobić - wzruszył ramionami major Kašpar.
- Nie przypomina to panu czegoś? - odezwał się Kouda po tym, jak pozwolił mi się temu dłużej przyjrzeć.
Potrząsnąłem głową.
- Nigdy czegoś takiego nie widziałem. A przynajmniej niczego takiego sobie nie przypominam. Zrobię zdjęcie i spróbuję przyjrzeć się temu na spokojnie - powiedziałem, wyciągając z kieszeni komórkę. Zrobiłem kilka zdjęć, a następnie poprosiłem majora, aby dla pewności pokazał mi jeszcze blizny dwóch Francuzów. Im też zrobiłem zdjęcie. Następnie lekarz ostrożnie nałożył na nie opatrunek i okrył ich kocami.
- Proszę mi wybaczyć, ale muszę się przygotować do nocnej akcji. Francuski wywiad planuje nalot na grupę islamistów ukrywających się w dzielnicy fabrycznej na obrzeżach Bamako. Muszą mieć lekarza w pogotowiu, a to właśnie ja wyciągnąłem krótszą zapałkę - uśmiechnął się i na pożegnanie uścisnął nam ręce.
* * *
Wyszliśmy zaraz po nim. Kouda odprowadził mnie przed szpital, gdzie niemal z namaszczeniem nabił fajkę tytoniem, a następnie zapalił ją z malującym się na twarzy zadowoleniem. Odezwał się dopiero po trzech mocnych zaciągnięciach.
- Fascynujące, nie?
Brzmiało to tak, jakby nie miał w pokoju trzech facetów w śpiączce, ale odkrył stado wilkoworów. Nie wiedziałem, jak na to zareagować. W zakłopotaniu wzruszyłem tylko ramionami.
- Musieli wejść w konflikt z kimś, kto praktykuje magiczne rytuały, ale nadal nie wiem, jak mógłbym panu pomóc. Magia jest kwestią sugestii, wpływa tylko na tych, którzy w nią wierzą, a ci faceci zdecydowanie nie wyglądają, jakby byli pod wpływem jakiejś sugestii. Muszą tu działać jakieś obiektywne czynniki, których jeszcze nie udało się panu rozgryźć.
Kouda tylko zmarszczył brwi, jakby właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał, i nie wiem czemu, ale uznał ja za zabawną.
- Myśli pan jak naukowiec, a nie jak detektyw.
- Detektyw?
- Tak, jak detektyw. Tym właśnie jestem ja i moi towarzysze. Cóż, mówiąc dokładniej, jestem prawnikiem, ale w mojej praktyce specjalizuję się w nietypowych sprawach, które wymagają nie tylko reprezentacji w sądzie, lecz także śledztwa. Dlatego zatrudniam Gibsona i Horta. To byli policjanci. Armia wynajęła nas właśnie do przeprowadzenia śledztwa. Nie podoba im się to, że jeden z naszych dzielnych chłopców jest w śpiączce, a oni nie wiedzą dlaczego ani kto jest za to odpowiedzialny. Czy może pan sobie wyobrazić nagłówki gazet, gdy minister obrony będzie musiał wyjawić prawdę?
- Ale ja nie jestem detektywem... - Zmarszczyłem brwi, nie kończąc tego, co chciałem powiedzieć dalej. Pomimo mojej nieugiętości powoli zaczynałem rozumieć, do czego zmierza.
- Jeśli znajdziemy osobę, która to spowodowała, z pewnością znajdziemy sposób na ich wyleczenie. Więc proszę się nie obawiać, nie proszę pana o znalezienie antidotum na czary, ale proszę o pomoc w znalezieniu tego, kto im to zrobił. Pan Gibson już wytrząśnie z niego to antidotum, proszę mi wierzyć - uśmiechnął się w sposób, który przyprawił mnie o dreszcze.
* * *
Po wypaleniu fajki Kouda przekazał mnie swojemu kierowcy, który zawiózł mnie tylko kilka metrów od szpitala pod trzypiętrowy dom. Prawdopodobnie był to obiekt do krótkoterminowego zakwaterowania gości w bazie. Odebrałem na recepcji klucze od francuskiego żołnierza, a następnie nasz bezimienny kierowca pomógł mi zanieść rzeczy do pokoju.
Położyłem się na łóżku i próbowałem zasnąć. Ale jakoś nie mogłem. Rozpakowałem więc swoje rzeczy, otworzyłem komputer, ściągnąłem zdjęcia z telefonu i przez chwilę wpatrywałem się w plątaninę blizn. Niczego mi to nie przypominało. Wyciągnąłem wszystkie książki, które zabrałem z praskiego mieszkania, i zacząłem przeglądać stronę po stronie, żeby znaleźć chociażby wzmiankę o czymś podobnym. W końcu przeniosłem się z książkami na łóżko i nawet nie wiem, kiedy usnąłem.
* * *
Nie obudziłem się sam z siebie. Gibson stał nade mną, mocno trzymając mnie za ramię i mną potrząsając. Otworzyłem oczy. Na zewnątrz wciąż było ciemno. Mój wzrok padł na "Zapiski podróżnika po Afryce Zachodniej i jego doświadczenia z wierzeniami tubylców" Karla Winkelhofera. Była to naprawdę gruba książka, więc pomyślałem, że mogę nią walnąć byłego policjanta, aby w końcu przestał mną potrząsać.
- Wstajemy! - powiedział, gdy zobaczył, że otworzyłem oczy.
- Jeśli jest pan tu za potrzebą, toaleta jest z tyłu. Nie musiał mnie pan po to budzić - burknąłem.
Gibson potrząsnął głową z rozbawieniem.
- Mamy kolejnych osobników w śpiączce. Kouda czeka na pana w szpitalu.
* * *
Sala szpitalna, do której zabrał mnie Gibson, była cholernie przepełniona. Byli tam nie tylko Kouda i major Kašpar, lecz także francuski lekarz i dwóch żołnierzy. Rozpoznałem mundury Legii Cudzoziemskiej, a po liczbie gwiazdek wnioskowałem, że prawdopodobnie byli oficerami. Rozmawiali razem po francusku, a ja nie rozumiałem ani słowa.
Kouda nawet mnie nie przedstawił. Po prostu chwycił mnie za ramię i poprowadził do czterech łóżek. Każde z nich miało już swego pacjenta. Żaden z nich nie był żołnierzem. Sądząc po potężnych brodach, byli to islamiści.
- Chłopcy z Legii mieli dziś łatwiejsze zadanie. Kiedy wtargnęli do mieszkania, zastali tam już tę bandę - wyszeptał, po czym powiedział coś po francusku do pozostałych. Jeden z legionistów wyciągnął plastikowy worek z przewieszonej przez ramię torby. Był w niej kolejny grigri.
- Czy mogę się temu przyjrzeć? - spytałem.
Kouda przez chwilę spierał się o coś z legionistą, który w końcu wziął do ręki papierową chusteczkę i za jej pomocą otworzył plastikowy worek, którego zawartość wysypał na stół. Zapewne był ostrożny ze względu na możliwe pozostałości DNA.
Naprawdę był to kolejny grigri. Jego skład był taki sam jak u żołnierzy. Identycznie wyglądały też ornamenty na piersi islamistów.
- Chciałbym zobaczyć mieszkanie, w którym dopadli ich Francuzi - oznajmiłem.
Adwokat pokiwał głową.
- Jutro pogadam z francuskim wywiadem, żeby nas tam zabrali.
- Musimy tam iść natychmiast. Serio - powiedziałem, tak artykułując słowa, by Kouda nie polemizował.
Nastąpiła kilkuminutowa kłótnia w języku francuskim z dwoma oficerami. Ze sposobu, w jaki wyższy z nich machnął ręką, wywnioskowałem, że mój obecny szef wygrał tę słowną batalię.
* * *
Już po dwudziestu minutach siedziałem w jeepie, który odebrał nas z lotniska. Kierowca był ten sam. Brakowało tylko Koudy. Zamiast niego z przodu siedział młodszy legionista, którego poznałem w szpitalu. Panowie Hort i Gibson przyjechali w kamizelkach kuloodpornych bez oznaczeń. Na nie założyli kolejne kamizelki z mnóstwem kieszeni, które - jak się później dowiedziałem - nazywane są kamizelkami taktycznymi. Obaj mieli za pasem po dwa pistolety, a Hort trzymał też w ręce dodatkową kamizelkę kuloodporną.
- Dla pana. Powiedzieli, że jeśli coś się panu stanie, polecą nam po premiach - uśmiechnął się i pomógł mi ubrać kamizelkę. Pierwszy raz miałem na sobie coś takiego.
Jeep ruszył z impetem. Pomimo mojego wcześniejszego doświadczenia nie spodziewałem się tego. Walnąłem czołem w oparcie kierowcy, a z ręki wypadł mi plecak, który szybko spakowałem w pokoju. Zawierał kilka przedmiotów, które mogły nam się przydać. Pochyliłem się i próbowałem go znaleźć. Weszliśmy w ostry zakręt, szarpnąłem plecak, a ponieważ nie był zamknięty, wszystko rozsypało się po podłodze.
- Pomogę panu. - Gibson, który siedział obok mnie, schylił się ku podłodze. W kamizelce kuloodpornej był tak samo niezgrabny jak ja.
Przez chwilę szurał po podłodze, ale potem zamarł i spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem.
- Chwycił pan Bakulgę? - uśmiechnąłem się, a Hort, który zrozumiał, dlaczego Gibson tak zbladł, głośno się roześmiał.
* * *
Kiedy po trzech kwadransach dotarliśmy na miejsce, zaczynało już świtać. Znajdowaliśmy się w dzielnicy przemysłowej na końcu miasta. To znaczy, w dawnej dzielnicy przemysłowej. Sądząc po stanie budynków, po raz ostatni coś tu produkowano, kiedy John Fitzgerald Kennedy ganiał za dziewczynami na imprezach mafiozów. Filary budynków fabrycznych zardzewiały, szyby w oknach zniknęły: albo zostały wykorzystane do innych celów, albo po prostu je wybito, a podjazdy były porośnięte trawą i krzewami. Ale te fabryczne zabudowania wcale nie były opuszczone. Ludzie wprowadzili się do pustych budynków. Uchodźcy, banici lub po prostu biedacy, których nie było stać nawet na zbicie sobie chatki z pudeł pomocy humanitarnej.
* * *
Zatrzymaliśmy się w najbardziej ustronnym miejscu pod rozłożystą akacją. Kierowca położył kałasznikowa na siedzeniu pasażera, zapalił papierosa (co dziwne, nie palił podczas jazdy) i mrugnął do nas na pożegnanie. Legionista poprawił zielony beret i szybko ruszył przed siebie. Minęliśmy pierwszą halę. Przez puste otwory po drzwiach mogłem zobaczyć, jak to miejsce zostało przekształcone w fascynujące osiedle mieszkaniowe. Ludzie, w tym całe rodziny, zajmowali swoje skrawki przestrzeni, które oddzielali kartonowymi pudłami lub po prostu płachtą z brudnej plastikowej folii, aby stworzyć prywatne miejsce do życia. Wszyscy pogrążeni byli we śnie, oprócz kobiet, które rozpalały małe ogniska i przygotowywały śniadania dla swoich rodzin. Nikt nie zwracał na nas uwagi. To było tak, jakbyśmy byli niewidzialni. Moi towarzysze zachowywali się dokładnie tak samo. Legionista wraz z Gibsonem i Hortem po prostu przeszli obok nędzy tego świata bez mrugnięcia okiem. Prawdopodobnie przyzwyczaili się, że jest to niezbędny element lokalnego kolorytu.
Afrykanie byli w tej samej sytuacji, jeśli chodzi o mężczyzn w kamizelkach kuloodpornych.
* * *
Przeszliśmy przez trzy hale i dotarliśmy do budynku, który kiedyś był hotelem robotniczym. Był to ogromny czteropiętrowy blok z wielkiej płyty. Teraz prawdopodobnie zamieszkali w nim ci najbogatsi lub najdrapieżniejsi ludzie. Przy wejściu, które nie miało drzwi, leżał czarnoskóry mężczyzna.
- Martwy? - zapytałem.
- Śmierdzi khatem, tak że po prostu jest naćpany. - Hort machnął ręką i przekroczył przez niego.
Khat, a raczej "catha edulis", to plaga Afryki, narkotyk roślinny, którego działanie jest podobne do amfetaminy lub klasycznego ecstasy. Arabowie byli mistrzami w handlu tym świństwem. W Jemenie leciał na tym co trzeci mężczyzna. Znałem tę roślinę bardzo dobrze. Jak każdy naturalny narkotyk odgrywała rolę w magicznych rytuałach. Kiedyś w Sudanie spróbowałem jej z jakimś amerykańskim psychonautą, który podróżował po świecie, aby przetestować każdy narkotyk na kuli ziemskiej. Przez tydzień miałem koszmary.
Przedarliśmy się na czwarte piętro i w końcu dotarliśmy do mieszkania z wyłamanymi drzwiami. Miało tylko dwa małe pokoje i prawie żadnego umeblowania. Tylko kilka koców leżących na podłodze i Koran z wyraźnym śladem buta żołnierza, który nadepnął na niego podczas nalotu, a do tego dwa dzbanki z wodą. Nic ponadto.
- W porządku, zaczekamy tu - powiedziałem, sadowiąc się w kącie drugiego pomieszczenia. Wyciągnąłem z plecaka książkę "African Magic: Traditional Ideas that Heal a Continent", aby nie tracić zbytecznie czasu.
Tym chyba wkurzyłem swoich towarzyszy.
- Doktorze, mógł sobie pan poczytać w koszarach. - Hort potrząsnął głową.
- Niby tak, ale wtedy ominęłoby mnie czekanie na zbieraczy pozostałości - uśmiechnąłem się do niego i wyciągnąłem nogi, żeby mi było wygodniej.
Początkowo chciałem się im zrewanżować za te ich sekrety w samolocie, ale francuski legionista sprawiał wrażenie nerwowego i raczej niecierpliwego, więc zacząłem im wyjaśniać.
- W świecie magii są mistrzowie i początkujący. Ci drudzy nie mają zbyt wiele wiary we własną magię, więc muszą się wspomagać, próbując zgarnąć jak najsilniejsze wolty, tj. magiczne przedmioty i składniki. W europejskiej magii chodziło zazwyczaj o sznur z pętli wisielca. W afrykańskiej magii, gdy wielkiemu szamanowi uda się rzucić potężne zaklęcie, zbieracze zabierają wszystko, co z tego zostało. Na przykład ząb trupa zabitego za pomocą magii albo od razu jego serce, resztki grigri, a nawet kurz z miejsca, w którym rzucono zaklęcie. Wierzą, że w ten sposób zyskują część mocy wielkiego szamana. Ma to również wpływ na tych, na których rzucono zaklęcie. Wystarczy, że powiedzą, że to ząb trupa zabitego przez klątwę rzuconą przez wielkiego szamana, i od razu wszyscy ulegną zaklęciu - powiedziałem.
- Ale co mamy zrobić z takimi zbieraczami? - zapytał Gibson.
- Jeśli ktokolwiek ma tu przyjść, by zebrać resztki zaklęcia wielkiego szamana, będzie to tylko osoba, która wie, że zaklęcie zostało rzucone i kto je rzucił, nie?
- No tak - uśmiechnął się Hort. - Przecież nawet stare powiedzenie mówi, że sprawca wraca na miejsce zbrodni, ale tu nie chodzi o sprawcę, tylko o informatora.
- Dokładnie. Miejmy nadzieję - wzruszyłem ramionami.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej