PROLOG
Środa, 6 grudnia, 19.30
Pogwizdując z cicha, Hank Roberts szedł sprężystym krokiem, kierując się
na wschód Czterdziestą Szóstą Zachodnią, w dzielnicy Manhattanu znanej
jako Hell's Kitchen. Do końca lat siedemdziesiątych, a może i początku
osiemdziesiątych, ta część miasta należała do rodzin robotniczych
irlandzkiego pochodzenia i słynęła z wysokich wskaźników przestępczości,
pośród tutejszych kamienic i magazynów zaś nie brakowało barów o bardzo
wątpliwej reputacji. I nawet jeśli właśnie tam mieściło się słynne
Actors Studio, a w okolicy pomieszkiwały przyszłe gwiazdy kina i telewizji, to w tamtych czasach nazywanie tej dzielnicy szemraną było
wręcz eufemizmem. Hank dobrze znał jej historię, bo gdy był ledwie
gimnazjalistą, jego starszy brat - niespokojny duch, któremu marzyła się
kariera aktorska - czasem, wbrew rozsądkowi, zabierał go w te strony.
Hank przyjechał do Hell's Kitchen uberem z Upper West Side, gdzie
obecnie mieszkał. Poprosił kierowcę, by wypuścił go na rogu Dwunastej
Alei i Czterdziestej Szóstej Ulicy, dosłownie w cieniu lotniskowca
Intrepid z czasów drugiej wojny światowej, obecnie funkcjonującego
jako muzeum i na stałe przycumowanego przy jednym z nabrzeży nad
Hudsonem. Dzień był słoneczny, ale chłodny - w sam raz na ciemny, ciepły
płaszcz i obcisłą, wełnianą czapkę. Hank niósł na ramieniu torbę od
Gucciego na skórzanym pasku, a w niej glocka 19 z tłumikiem oraz kilka
narzędzi i środków czyszczących, które mogły mu się przydać. Zabrał ze
sobą także drugiego glocka, którego zamierzał zostawić na miejscu.
Hank czuł podniecenie i z pewnym trudem panował nad sobą, czekając na
zmianę świateł, by przejść na drugą stronę ruchliwej alei. Gdy to
zrobił, z werwą ruszył przed siebie, mijając witryny modnych barów,
bramy klubów nocnych i serwujące dania z całego świata restauracje,
wciśnięte między nieliczne już lokale pamiętające dawny charakter tej
szybko rozwijającej się dzielnicy. Choć był to wieczór w środku
tygodnia, okolica tętniła życiem, a tłumy modnie ubranych ludzi mocno
kontrastowały z tym, co Hank pamiętał sprzed lat, gdy bywał tu z bratem.
W istocie jednak, podobnie jak to miejsce, i on zmienił się nie do
poznania: nie był już cherlawym chłopakiem, ale muskularnym - dzięki
codziennym ćwiczeniom na siłowni - czterdziestoośmioletnim byłym
żołnierzem jednostki SEAL, mającym ponad sto dziewięćdziesiąt
centymetrów wzrostu i ważącym dziewięćdziesiąt pięć kilogramów.
Tym, co sprawiło, że Hank czuł jednocześnie radosne podniecenie i lekki
niepokój, był dobrze mu znany stan pełnego zaangażowania - ciałem i duszą - w misję. Jego obecny pracodawca, Action Security, zlecił mu
zadanie, które wymagało dwudziestoczterogodzinnych przygotowań, i obiecał sowitą premię za jego bezbłędne wykonanie. Podobnie jak kilka
poprzednich, i ta misja wymagała odeń skorzystania nie tylko z ogromnego
doświadczenia bojowego, ale i z umiejętności zdobytych podczas szkolenia
w Siłach Specjalnych Marynarki Wojennej oraz Kursu Kwalifikacyjnego
SEAL.
Ów dawno odbyty trening sprawił mianowicie, że dwudziestoparoletni
wówczas Hank Roberts przestał być względnie normalnym, pełnym empatii,
ambitnym absolwentem uczelni, a stał się świetnie wyszkolonym zabójcą.
Realizował zlecane mu wtedy zadania bez większych problemów aż do
czwartej misji, z którą posłano go do Idlibu w Syrii. Jej celem była
likwidacja Abu Rahima al-Afriego, zastępcy przywódcy Islamskiego Państwa
w Iraku i Lewancie. Choć zakończyła się sukcesem, pozostawiła trwały
ślad w psychice Hanka. Sześć lat później wciąż pamiętał każdy szczegół
owej operacji, jakby uczestniczył w niej ledwie przed tygodniem. Należał
wtedy do Piątego Zespołu SEAL, który wziął już udział w czterech udanych
akcjach przeciwko ISIL na terytorium Iraku. Znakomite przygotowanie
wywiadowcze, staranne planowanie i liczne, z rozmachem przeprowadzone
próby sprawiły, że w żadnej z nich nie doszło do nieprzewidzianych
komplikacji.
Nawet teraz, zbliżając się do celu swej wieczornej misji, Hank doskonale
pamiętał ciemną kabinę black hawka na krótko przed świtem, gdy wraz z sześcioma towarzyszami, podobnie jak on podnieconymi perspektywą walki,
zbliżał się do celu. Warkot silnika i terkot wirnika śmigłowca były na
tyle głośne, że nie mogli rozmawiać, więc mógł jedynie rozmyślać o tym,
co się za chwilę wydarzy, ale nie miał powodu podejrzewać, że piąta
misja, przygotowana równie skrupulatnie jak cztery poprzednie, będzie
się od nich znacznie różnić.
Gdy znaleźli się nad celem - dwukondygnacyjnym betonowym budynkiem o płaskim dachu - Hank zgodnie z planem zjechał po linie jako drugi z żołnierzy, tuż za komandorem podporucznikiem Millerem. Zdumiał się, gdy
jeszcze w powietrzu, mimo hałasu silnika i wycia wiatru, usłyszał
charakterystyczny terkot wystrzałów z kałasznikowa. Dom terrorysty był
obserwowany dniem i nocą przez niemal miesiąc i nigdy nie dostrzeżono
wartownika na dachu, lecz wszystko wskazywało na to, że tej pamiętnej
nocy coś się zmieniło.
Hank zareagował instynktownie: natychmiast wypiął się z liny kilka stóp
nad ziemią, nie czekając, aż poczuje pod nogami podłoże. Wylądował ze
sporym impetem na nieruchomym ciele dowódcy, stoczył się z niego na
beton i sięgnął po pistolet P266, który nosił na biodrze, bo na czas
desantu z helikoptera swój szturmowy karabin M16A2 zarzucił na plecy.
Sekundę później na zwłokach Millera wylądował starszy bosman Nakayama.
Słysząc jego świszczący oddech i widząc niekontrolowane skurcze ciała,
Hank zorientował się, że i on dostał kilka kul od wartownika. Znowu
zaterkotał rosyjski karabin, świsnęły pociski i bosman znieruchomiał.
Nie bez wysiłku - bo ciało Nakayamy częściowo spoczywało i na nim - Hank
przewrócił się na brzuch i ostrożnie wyjrzał ponad zwłokami Millera. W zielonkawej poświacie gogli noktowizyjnych dostrzegł wartownika
przyczajonego w cieniu nadbudówki mieszczącej drzwi, przez które
żołnierze Piątego Zespołu mieli się dostać do domu. Trzymając karabin na
wysokości biodra, terrorysta ostrzeliwał krótkimi seriami opancerzony
brzuch black hawka. Hank nie wahał się ani chwili: skierował laserowy
celownik swego sig sauera w stronę celu i kilka razy nacisnął spust. Z satysfakcją stwierdził, że przeciwnik upuścił broń, ostatkiem sił cofnął
się o kilka chwiejnych kroków, po czym zniknął za krawędzią dachu.
Trzej towarzysze z karabinami gotowymi do strzału dołączyli do Hanka
sekundę później, a helikopter natychmiast odleciał, by w bezpiecznym
oddaleniu czekać na sygnał do ewakuacji. Hank spojrzał na porucznika
D'Agostina i najpierw wskazał na Millera i Nakayamę, a potem wykonał
dłonią ruch w poprzek gardła. Oficer skinął głową i gestem wskazał
żołnierzom cel. Otwarcie drzwi w nadbudówce nie zajęło im wiele czasu.
Od tej chwili nie było kolejnych ofiar w Piątym Zespole, ale misja
przebiegała równie pechowo, jak się zaczęła. Warkot helikoptera i odgłosy strzelaniny zbudziły domowników, w tym także zastępcę przywódcy
Państwa Islamskiego, który uznał, że najbezpieczniej będzie uciec z sypialni na piętrze do miniharemu na parterze budynku.
Świetnie znając rozkład rezydencji, żołnierze nie mieli problemów z odnalezieniem i zlikwidowaniem Abu Rahima al-Afriego, choć próbowała im
w tym przeszkodzić całkiem spora grupa bojowników ISIL, zwabionych z pobliskich domów odgłosami strzelaniny.
Inaczej niż podczas poprzednich misji, w których Hank uczestniczył, tym
razem ofiar było bardzo wiele, także wśród kobiet i dzieci. Co gorsza,
ewakuacja była mocno opóźniona, bo śmigłowiec musiał sprowadzić
specjalną platformę, by zabrać do bazy ciała Millera i Nakayamy.
Żołnierze jednostki SEAL nigdy nie zostawiają na polu walki poległych
towarzyszy.
Idąc ulicą w stronę nowego celu, odległego już tylko o jedną przecznicę,
Hank znowu czuł gwałtowny przypływ adrenaliny, kojarzący mu się z najwspanialszymi chwilami czynnej służby. Była jego narkotykiem; nie
potrafił bez niej żyć. Nowa praca miała jednak i mniej radosną stronę -
za każdym razem, gdy wpadał w euforię, wykonując zadanie, pamięć
automatycznie podsuwała mu obrazy z nieudanej misji w Idlibie, która tak
głęboko odmieniła jego życie. Miał szczęście, bo nie zginął jak dwaj
jego towarzysze, ale nie spodziewał się, że ta jedna noc tak drastycznie
wpłynie na jego przyszłość. Choć był z natury opanowany, już wcześniej
udział w akcjach bojowych zaczął zmieniać jego charakter: pojawiły się
huśtawki nastrojów, migawkowe wspomnienia z walki i problemy ze snem,
nasilające się zwłaszcza wtedy, gdy był na urlopie, z dala od kolegów z Piątego Zespołu. Indagowany przez żonę oczywiście uparcie wszystkiemu
zaprzeczał, choć dla niej jasne było, że jego nieprzewidywalne
zachowanie negatywnie wpływa na rodzinę, a w szczególnie na dwie
córeczki. Problem polegał na tym, że jako żołnierz SEAL Hank specjalnie
został wyszkolony - żeby nie powiedzieć: poddany praniu mózgu - by w żadnych okolicznościach nie przyznawać się do ludzkich słabości.
W rezultacie w ciągu sześciu, może siedmiu miesięcy od feralnych
wydarzeń w Idlibie jego życie prywatne po prostu się rozsypało, a on sam
usłyszał wreszcie, że cierpi na zespół stresu pourazowego. Wciąż bardzo
się starał zaprzeczać faktom, ale w końcu musiał się z nimi zmierzyć -
po ciężkim rozwodzie i zwolnieniu ze służby stracił najpierw prawo do
opieki nad córkami, a później nawet do odwiedzin.
Przez rok zstępował w kolejne kręgi piekieł, próbując rozmaitych form
terapii, by poradzić sobie ze stresem pourazowym - nie pomogły mu ani
sesje z psychologiem, ani środki farmakologiczne. Desperacko szukał
pocieszenia w alkoholu i narkotykach, a gdy już niemal stracił nadzieję,
półtora roku temu wydarzył się - jak mu się wydawało - istny cud.
Zadzwonił Chuck Barton, jego nieco starszy kolega, który również rozstał
się z jednostką SEAL. Poznali się, gdy Hank kończył szkolenie, a teraz
Chuck z powodzeniem prowadził firmę o nazwie Action Security, w której
większość personelu stanowili byli żołnierze sił specjalnych. Po kilku
spotkaniach - pełnych drwin z problemów psychologicznych, o których
otwarcie opowiadał Hank - Chuck zaproponował mu pracę, ponoć idealną dla
kogoś tak świetnie wyszkolonego i doświadczonego w boju. Dla Hanka była
to manna z nieba; nie mógł odmówić. Gdy tylko zaczął pracować, jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki poprawiła się jego samoocena, a nawet ustąpiły objawy zespołu stresu pourazowego. Zbawienny wpływ miały
na niego zwłaszcza misje wykonywane wspólnie z innym pracownikiem Action
Security, Davidem Machem, byłym rangerem Armii Stanów Zjednoczonych.
Razem podróżowali do Meksyku, głównie po to, by likwidować osoby, które
wypadły z łask w tym czy innym kartelu narkotykowym.
Jeśli tylko nie brakowało kolejnych zadań, trzymał się całkiem nieźle.
Uważał, że to świetna terapia immersyjna, znacznie lepsza od tych
psychologicznych, których próbował wcześniej. Problemy były coraz mniej
dokuczliwe: znowu mógł spać, koszmarne sny nie budziły go w środku nocy,
potrafił się skoncentrować; pozwolono mu nawet widywać się z córkami.
Kilka miesięcy później sytuacja jeszcze bardziej się poprawiła, gdy
Action Security nawiązała współpracę z Oncology Diagnostics. Ich
zlecenia bardzo przypadły Hankowi do gustu, choć tak naprawdę nie
wiedział, w czym firma się specjalizuje. W istocie nawet nie chciał
wiedzieć. Ważne było to, że zleciła mu już sześć misji na miejscu, w Nowym Jorku, dzięki czemu nie musiał tracić czasu na zagraniczne wojaże
ani energii na ich przygotowanie od strony logistycznej. Wszystkie te
zadania wykonał sam, choć w razie potrzeby mógł skorzystać z pomocy
Davida Macha. Misję, która właśnie trwała, realizował dla tego samego
klienta i był pewny, że wsparcie nie będzie mu potrzebne, co oznaczało
spore oszczędności dla zleceniodawcy.
Zbliżając się do celu, zastanawiał się - nie po raz pierwszy - dlaczego
organizacja działająca na polu medycyny zleca eliminowanie ludzi. Nie
umiał tego pojąć, ale wdzięczny za "nowe życie" nie zamierzał zaglądać w zęby darowanemu koniowi. Szczególnym wyzwaniem podczas owych
nowojorskich misji było nietypowe żądanie klienta: zależało mu na takim
wykonaniu egzekucji, by nikt nawet nie podejrzewał zabójstwa. Ze strony
Action Security wymagało to starannego planowania, a ze strony Hanka -
szczególnej dbałości o stworzenie pozorów samobójstwa. Jak dotąd plan
sprawdzał się znakomicie, a najważniejsze było to, że klient był
zadowolony. Tym razem celem był trzydziestoletni mężczyzna, a do
wykonania akcji - tą samą, sprawdzoną metodą - niezbędne były dwa
pistolety.
Hank minął zasłoniętą na noc roletami witrynę sklepiku Armii Zbawienia i kilka bram dalej przystanął przed pięciopiętrowym budynkiem z cegły,
zwieńczonym ozdobnym gzymsem. Z informacji, które zebrał przez ostatnie
dwadzieścia cztery godziny, wynikało, że cel - niejaki Sean O'Brien -
mieszka samotnie na trzecim piętrze, w głębi kamienicy. Przeniósł się na
Manhattan przed trzema laty i od tamtej pory pracował w sektorze
finansowym. Miał dziewczynę, z którą - jakże dogodnie - spotykał się
tylko w weekendy, co oznaczało, że w środowy wieczór niemal na pewno
będzie w domu sam. Na Manhattanie mieszkało na stałe ponad półtora
miliona ludzi, lecz poza kilkoma spóźnionymi imprezowiczami w sąsiednim
kwartale, między Dwunastą a Jedenastą Aleją, Hank nie spotkał już
nikogo. Okoliczności były niemal idealne.
Czując gwałtowny przypływ adrenaliny, Hank wyjął z torby kopertę
zaadresowaną do Seana O'Briena i opatrzoną adresem zwrotnym firmy
Oncology Diagnostics. Potem jednym skokiem pokonał trzy stopnie dzielące
go od drzwi frontowych i nacisnął guzik dzwonka do mieszkania 3B.
Przyjął dobrze wyćwiczoną swobodną pozę i czekał, gotów wygłosić
formułkę dopracowaną w dziale operacyjnym Action Security. Wreszcie z głośnika dobiegł trzask, a zaraz potem męski głos zapytał:
- Tak?
- Panie O'Brien - odezwał się Hank, pochylając się nad mikrofonem - mam
dla pana list z Oncology Diagnostics. To pilna sprawa.
- Naprawdę? - spytał Sean.
- Naprawdę - odparł Hank.
Tak jak się spodziewał - nauczony doświadczeniem poprzednich misji dla
Oncology Diagnostics - nastąpiła krótka pauza, a potem warknął brzęczyk
domofonu. Hank energicznie pchnął drzwi i wkroczył do budynku. Z satysfakcją pomyślał, że jak zawsze akcja przebiega bez najmniejszych
problemów.
Rozdział 1
Czwartek, 7 grudnia, 05.45
Laurie Montgomery ocknęła się nagle, gdy odezwał się budzik w jej
smartfonie. Był to standardowy sygnał radaru, nawet niezbyt głośny, lecz
mimo to poderwała się niemal w panice, sięgnęła po telefon i wyłączyła
alarm tak prędko, jakby zależało od tego jej życie. Już jako nastolatka
wykształciła w sobie ten odruch warunkowy i nie umiała go zwalczyć.
Wtedy powodował nią strach o to, że spóźni się do szkoły i będzie
musiała ponieść konsekwencje - choć przecież nigdy nie była leniwą
uczennicą. Gdy dojrzała i potrafiła bardziej wnikliwie wejrzeć w siebie,
nabrała przekonania, że źródłem owego odruchu był nieuświadomiony lęk
przed zwierzchnikami - wtedy przed dyrektorem szkoły. Czuła, że obawy
przed ich gniewem to echo więzi z ojcem, władczym i chłodnym
kardiochirurgiem.
Wyłączywszy przeklęty budzik, pozwoliła sobie jeszcze na kilka chwil w przytulnej pościeli, by uspokoić oddech i przygotować się na kolejny
pracowity dzień. Odwróciła głowę, by spojrzeć na Jacka i jak zawsze
przebudzić go serią lekkich kuksańców. I wtedy wystraszyła się po raz
drugi: nie było go!
Usiadła w bezruchu i półmroku grudniowego poranka - za oknami z widokiem
na Sto Szóstą Ulicę w Upper West Side na Manhattanie dopiero zaczynało
świtać - i nadstawiła uszu, nasłuchując nietypowych dźwięków. Jako matka
pomyślała najpierw, jak zawsze, o dzieciach - Jack Junior, na którego
wołali JJ, miał trzynaście lat, a Emma siedem. Być może któreś z nich
zbudziło się przed czasem i wywabiło Jacka z łóżka. Istniała i inna
możliwość: od śmierci męża mieszkała z nimi także Dorothy, jej matka.
Laurie z ulgą stwierdziła jednak, że jedynym dźwiękiem mącącym ciszę
poranka jest szum wody. Najwyraźniej Jack pozbierał się bezszelestnie i był już pod prysznicem.
Laurie ułożyła się z powrotem na jeszcze ciepłej poduszce, zastanawiając
się na wpół sennie, co mogło zbudzić jej męża. Od czasu dość
przerażającego wypadku rowerowego sprzed roku, gdy na cel wziął go
kierowca morderca - przez długie miesiące rekonwalescencji po złamaniach
szyjki kości udowej i kości strzałkowej prawej nogi - z reguły to ona
musiała budzić Jacka, choć nigdy nie była rannym ptaszkiem. Powód był
prosty: uwielbiała czytać wieczorami w łóżku, zwykle dłużej, niż
powinna. Już za starych dobrych studenckich czasów, ale i później, gdy
została patologiem, przepadała za brytyjską prozą z XIX wieku. Zmieniło
się to, z przykrej konieczności, dopiero gdy została szefową
Inspektoratu Medycyny Sądowej Nowego Jorku.
Teraz spędzała późne wieczory, czytając wyłącznie dokumenty przyniesione
z pracy, bo nieustannie czuła, że są sprawy, które jeszcze wymagają jej
czasu i skupienia, nawet jeśli wcześniej poświęciła im dziesięć, a czasem i dwanaście godzin w biurze. Gdy pięć lat wcześniej przyjmowała
tę posadę, nie miała pojęcia, jak bardzo pochłonie ją praca; zderzenie z rzeczywistością było dla niej bardzo nieprzyjemne. Teraz, gdy rozmyślała
nad tym z perspektywy czasu, czuła, że mogła to wszystko przewidzieć.
Wiedziała przecież, że nowojorski Inspektorat Medycyny Sądowej, czyli
OCME, bada mniej więcej siedemdziesiąt tysięcy zgonów rocznie, co
oznacza pracę przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Była też świadoma, że
do tej herkulesowej pracy z wielkim trudem wystarcza ponad sześciuset
pracowników, w tym prawie czterdziestu certyfikowanych patologów,
podobna liczba śledczych medyczno-prawnych oraz budżet w wysokości ponad
siedemdziesięciu pięciu milionów dolarów. Posada szefa największej
instytucji tego typu na świecie była przeciwieństwem synekury.
Gdy Jack wrócił do domu po operacji, przez kilka dni nie ruszał się z łóżka. Spał dłużej, niż zwykle, a to oznaczało, że Laurie musiała
nastawiać sobie budzik. Po miesiącu, gdy uparł się, że wróci do pracy -
choć wcale nie był w pełni mobilny - wreszcie zgodziła się skorzystać z jednego z benefitów związanych z zajmowanym przez nią stanowiskiem, a mianowicie ze służbowego samochodu. Boleśnie świadoma problemów
budżetowych Inspektoratu, Laurie nie zdecydowała się, rzecz jasna, na
zakup nowego wozu i zatrudnienie kierowcy - postanowiła, że skorzystają
z taboru i personelu działu transportu OCME, by w miarę sprawnie
docierać z Jackiem do pracy. Problem polegał na tym, że nocna zmiana
kończyła się o siódmej rano, a to oznaczało, że kierowca musiał
przyjeżdżać po nich jeszcze wcześniej, zwykle o szóstej trzydzieści,
może czterdzieści. Poranne przygotowania zajmowały Laurie więcej czasu
niż Jackowi, więc nie miała wyjścia i musiała polegać na budziku. Przed
wypadkiem to mąż wstawał zawsze jako pierwszy i budził ją, nim wyruszał
rowerem do pracy. Działali w tym rytmie z powodzeniem przez dziesięć lat
z okładem.
Laurie westchnęła, gdy zerknęła na zegar i uświadomiła sobie, że dłużej
nie może zwlekać. Niechętnie odrzuciła kołdrę, wstała, wsunęła stopy w kapcie i zarzuciła szlafrok na ramiona, po czym ruszyła w stronę
łazienki. Powitała ją fala przyjemnie gorącego i wilgotnego powietrza.
Gdy stawała przy jednej z dwóch identycznych umywalek, Jack właśnie
wyłączał natrysk i chwilę później wyszedł z przestronnej kabiny. Gorąca
woda sprawiła, że świeże blizny na jego biodrze i łydce mocno się
zaczerwieniły.
- Pięknego poranka - odezwał się pogodnie, naśladując wytworny,
brytyjski akcent, po czym sięgnął po ręcznik wiszący na grzejniku.
- Dzień dobry - odpowiedziała Laurie, spoglądając w lustro, by jak
zawsze po nocy "oszacować straty". - Coś ty taki wesoły?
- Bo dziś jest ten dzień! - odparł entuzjastycznie Jack, energicznie
trąc ręcznikiem włosy. - Nie mogę się doczekać!
- Na miłość boską, o czym ty mówisz? - spytała Laurie. - Co takiego ma
się wydarzyć?
Poranny wigor Jacka nigdy nie przestał jej zadziwiać, ale tego ranka
jego poziom był wręcz zdumiewający.
- Dziś wreszcie odbieram nowego treka, którego zamówiłem cholerne cztery
miesiące temu - wyjaśnił Jack, odwieszając ręcznik. Kilkoma
nieskomplikowanymi ruchami ułożył włosy "na Cezara". Zaraz potem wyszedł
do sąsiedniego pomieszczenia, które szumnie nazywali przebieralnią,
będącego w istocie krótkim łącznikiem między sypialnią a korytarzem. -
Nie do wiary, że tyle to trwało - rzucił przez ramię, zanim zniknął
Laurie z oczu, po czym dorzucił podniesionym głosem: - Gdybym wiedział,
że tak będzie - podziękujmy pandemii i problemom z łańcuchami dostaw -
to chyba zamówiłbym go od razu po wyjściu ze szpitala.
- Dobry Boże - szepnęła Laurie, wciąż przyglądając się sobie w lustrze.
Zdążyła już zapomnieć o rowerze, a w głębi duszy liczyła na to, że Jack
także zapomni. Nie podobało jej się, że uparł się na to codzienne
pedałowanie po mieście, a od czasu wypadku miała nadzieję, że zrozumiał,
jakie to niebezpieczne, i wreszcie przyzna jej rację. Była świadoma, że
kolarskie hobby zyskuje na popularności - nowe stacje rowerowe pojawiały
się w mieście jak grzyby po deszczu, a i ścieżek rowerowych przybywało -
ale niezmiennie wierzyła, że w Nowym Jorku tylko samobójcy decydują się
na ten środek lokomocji. Każdego roku w OCME badano od trzydziestu do
czterdziestu zgonów na skutek wypadków rowerowych. Co gorsza, tendencja
była wzrostowa, bo wypożyczający rzadko kiedy używali kasków, a elektryczne rowery jeździły, jak na jej gust, zdecydowanie zbyt szybko.
Pochyliła się nad umywalką, nie mając zbytniej ochoty na gorącą dyskusję
o tym, dlaczego jej zdaniem Jack, jako ojciec i mąż, nie powinien sobie
pozwalać na szaleństwa w rodzaju jeżdżenia rowerem po centrum wielkiego
miasta. Uważała jego postawę za przejaw nieodpowiedzialności, a może i egoizmu, ale już dawno pogodziła się z tym, że nie zwycięży w tym
sporze, bo w istocie kolarska pasja, podobnie jak wieczorne mecze
koszykówki na pobliskim boisku, była dla niego czymś więcej niż prostym
ćwiczeniem fizycznym. Jedno i drugie stanowiło ważny element walki z demonem poczucia winy, który prześladował go od tragicznej śmierci jego
pierwszej rodziny. Laurie musiała w duchu przyznać, że nie był to
najgorszy sposób. To, jak wiele emocji dusił w sobie, widać było także w jego zaangażowaniu w pracę. Był zdecydowanie najbardziej efektywnym ze
wszystkich patologów w OCME i nieustannie poszukiwał wyzwań, które bez
reszty pochłonęłyby jego myśli.
Westchnęła ciężko. Wojna była nie do wygrania, ale mogła uniknąć
kolejnego starcia, więc po prostu zmieniła temat.
- Ja też się cieszę na dzisiejszy dzień - zawołała.
- Naprawdę? - zainteresował się Jack. Chwilę później stanął w drzwiach
garderoby, wkładając podkoszulek. - A co takiego masz w planach?
- Dziś czwartek - odrzekła, gorączkowo szukając wiarygodnej odpowiedzi.
Przed rokiem wprowadziła żelazną zasadę: w każdy czwartek osobiście
przeprowadzała sekcję zwłok z którymś ze stażystów, którzy regularnie
pojawiali się w OCME - odbycie szkolenia w Inspektoracie było jednym z wymogów uzyskania certyfikatu lekarza medycyny sądowej - albo z jednym z rezydentów ze szpitala uniwersyteckiego, którzy w czwartym roku nauki
musieli odbyć w Inspektoracie miesięczną praktykę. Prawda była taka, że
właśnie dlatego czwartki stały się ulubionymi dniami Laurie.
Nie tylko długie godziny biurowej pracy i frustrujące gierki polityczne
zniechęcały ją do piastowania stanowiska szefowej OCME. Coraz bardziej
brakowało jej codziennej pracy przy stole sekcyjnym; wyzwań związanych z przeprowadzaniem sekcji zwłok celem ustalenia przyczyn i okoliczności
zgonów. Wprawdzie co rano przeprowadzała obchód kostnicy i chodząc od
stołu do stołu, wysłuchiwała meldunków swych podwładnych, a czasem, jako
doświadczony fachowiec, udzielała im rad, ale wszystko to nie mogło się
równać z osobistym zaangażowaniem w pracę patologa.
- Ach, racja! - odkrzyknął Jack, który znowu zniknął w garderobie. -
Czeka cię poranna sekcja?
- Pewnie! - zawołała Laurie. - Za nic bym jej nie przegapiła. Chyba
tylko dzięki tym czwartkom jeszcze nie zwariowałam.
- Kogo dziś bierzesz pod skrzydła? - zapytał Jack.
- Dobrze, że pytasz. Otóż będę pracować z nowym rezydentem z patologii,
który przyszedł do nas przed tygodniem, w piątek. Nazywa się Ryan
Sullivan. Poznałeś go już?
Jack stanął w drzwiach łazienki. Zapinał guziki koszuli chambray, która
wraz ze sztruksową marynarką stanowiła niemal stały element jego ubioru.
- Nie, jeszcze nie. Nie pracowaliśmy razem, nie rozmawialiśmy nawet, ale
widziałem go z jakąś rezydentką w kostnicy. - Jack nie pracował jeszcze
tak intensywnie jak dawniej, bo gdy zbyt długo stał przy stole
sekcyjnym, zaczynało mu dokuczać biodro. Nie unikał aktywności fizycznej
- z koszykówką włącznie - ale Chet McGovern, odpowiedzialny za szkolenie
stażystów i rezydentów, wolał na razie nie przydzielać mu do pomocy
nowicjuszy, by niepotrzebnie nie przedłużać sekcji.
- A słyszałeś coś na jego temat od patologów, którzy już z nim
pracowali?
Jack pokręcił głową.
- Ani słowa. A dlaczego pytasz?
- Ponieważ to Chet mnie poprosił, żebym z nim dzisiaj popracowała. Jego
zdaniem Ryan ma nieodpowiednie podejście. Nie ma serca do medycyny
sądowej i nie uśmiecha mu się miesięczna praktyka w OCME. Chet zleca mu
udział w sekcjach, a on potrafi wtedy wymknąć się z prosektorium,
najchętniej po południu, żeby prowadzić analizy histopatologiczne na
oddziale pediatrii w szpitalu dziecięcym Hassenfelda.
- Oho - mruknął Jack. - Jakbym miał déja vu.
- I słusznie - odrzekła Laurie.
Kilka lat wcześniej mieli podobny problem z rezydentką z NYU, Arią
Nichols, która uchylała się od niektórych obowiązków podczas praktyki w OCME. Chet poprosił wtedy Laurie, by przeprowadziła wspólnie z nią
sekcję zwłok i spróbowała jakoś rozniecić w niej zainteresowanie
przedmiotem, co w przeszłości udało jej się co najmniej raz, z inną
rezydentką. Niestety, choć i z Arią osiągnęła sukces, skutki okazały się
tragiczne. Jej świeżo obudzona pasja do medycyny sądowej uruchomiła
serię wydarzeń, wskutek których Aria padła ofiarą morderstwa, a Jack
musiał dokonać sekcji jej zwłok. Przypadek, który zainteresował Arię,
dotyczył rzekomego przedawkowania narkotyków. Gdy rezydentka udowodniła,
że w istocie doszło do morderstwa, i ruszyła tropem sprawcy, ten
uśmiercił i ją.
- Tylko mi nie mów, że ten Sullivan to nowa Aria Nichols - rzekł Jack,
przewracając oczami.
- Miałam takie obawy - przyznała Laurie - ale zanim o tym wspomniałam,
Chet mnie uspokoił: ponoć Ryan nie przejawia tej aspołecznej agresji,
którą emanowała Aria. Opisał go jako "pasywno-agresywnego". Za to jest
podobno równie bystry jak panna Nichols. Dowodem na to ma być oferta,
którą według Cheta już złożył Ryanowi NYU: czeka tam na niego etat
patologa na oddziale pediatrycznym. Faktycznie musi mieć talent. Oni nie
składają takich propozycji byle komu.
- A niech to! Kolejny trudny rezydent to jasny sygnał, że praktyka w OCME powinna być fakultetem, a nie obowiązkowym elementem rezydentury z patologii na NYU. Wiadomo, że nie ma co liczyć na taką zmianę, ale ktoś
mógłby nas przynajmniej ostrzegać, że przyjdzie kolejny negatywnie
nastawiony kandydat; na kogoś takiego wypada się przygotować.
- Święte słowa - przytaknęła Laurie. - I w sumie ciekawy pomysł.
Potrzebowałam pretekstu, żeby wybrać się do nowej szefowej patologii na
NYU, i zdaje się, że właśnie mi go podsunąłeś. Może znajdę na to chwilę
jeszcze dziś po południu. Nie wiem, czy coś wskóram, ale przynajmniej
niech wiedzą, że po tragedii z Arią Nichols zachęcamy naszych patologów,
żeby próbowali mocniej angażować rezydentów w swoją robotę, zwłaszcza od
czasu, gdy rada zabroniła nam powierzania im naprawdę odpowiedzialnych
zadań.
- Aha - mruknął Jack. Zerknął na zegarek, dopinając pasek wokół
nadgarstka. - Wskakuj pod prysznic; jest już po szóstej.
- Rany - odpowiedziała. Zrzuciła szlafrok i kapcie, weszła do kabiny i zawołała: - Skoro jesteś już ubrany, może zaparzyłbyś kawy?
- Załatwione - odrzekł Jack.
Rozdział 2
Czwartek, 7 grudnia, 07.00
Przenikliwe cykanie świerszczy dobiegające z telefonu Isabelli Lopez
znienacka wyrwało ją ze snu. Ledwie zdążyła wyłączyć budzik, gdy dotarło
do niej, jak nieprzyjemną suchość czuje w ustach. Na szczęście na
stoliku nocnym przy łóżku czekała szklanka z wodą. Zaraz potem Isabella
poczuła lekki ból głowy, niewątpliwie będący pokłosiem wczorajszego
picia. Jak zawsze obiecała sobie, że będzie rozważniejsza, ale dobrze
wiedziała, że gdy tylko znowu ruszy w miasto, będzie chciała żyć chwilą,
bo taki był jej styl.
Była ambitną, marzącą o karierze, dwudziestoośmioletnią córką kubańskich
imigrantów. Urodziła się w Miami na Florydzie, tam też studiowała
grafikę. Ciężko pracowała na to, by zdobyć pracę w branży reklamowej w Nowym Jorku, i właśnie tu, w Wielkim Jabłku, zaczęła żyć pełną piersią.
Odwróciła się, by spojrzeć na Ryana, który, ku jej zaskoczeniu, w ogóle
nie zareagował na dźwięk budzika. Spał głębokim snem, leżąc na plecach z dłońmi splecionymi na piersi, i spokojnie oddychał. Spędzili noc w jego
mieszkaniu w Kips Bay, przy Dwudziestej Piątej Wschodniej. Poznali się w sieci i spotykali się od nieco ponad dwóch miesięcy, ale Isabella czuła
już, że sprawy podążają w dobrym kierunku. Spali ze sobą ledwie trzy
razy, a Ryan już dał jej klucz do mieszkania, by mogła czasem skorzystać
z jego wspaniałego razera, wyposażonego w kartę graficzną
nieporównywalnie szybszą od tej, którą miała w swoim macu. Przyglądając
się śpiącemu, pomyślała, że na żywo jest równie atrakcyjny jak na
zdjęciach, które zamieścił w Internecie: miał porcelanową cerę, ciemne
włosy, wysokie kości policzkowe, zabójczy uśmiech i - co najważniejsze -
zadarty nos, którego tak mu zazdrościła. Tak, właśnie o takim nosie
marzyła jako nastolatka.
Tym, co najbardziej zaskoczyło Isabellę, gdy poznała Ryana osobiście,
był fakt, że naprawdę jest lekarzem. Nie bardzo wierzyła w to, co
napisał o sobie w sieci; doświadczenie nauczyło ją, że internetowy
wizerunek większości ludzi nie ma wiele wspólnego z tym, kim są w rzeczywistości. Na co dzień nie bardzo się tym przejmowała, bo wirtualne
spotkania z mężczyznami traktowała jako rodzaj gry i rzadko kiedy miała
ochotę poznawać ich osobiście. Co więcej, przyłapywanie ich na
konfabulacjach było niezłą zabawą i przyjemnym wyzwaniem, wartym długich
godzin przeglądania profili setek ludzi w popularnych serwisach
randkowych. Z Ryanem było jednak inaczej. Choć bardzo się starała
znaleźć nieścisłości w informacjach, które podawał, jego tożsamość od
pierwszego dnia wydawała się stuprocentowo autentyczna.
Poprzednie wieczory spędzali głównie w klubach, gdzie - jak na gust
Isabelli - było zbyt dużo głośnej muzyki i alkoholu, co w gruncie rzeczy
uniemożliwiało prowadzenie normalnej rozmowy. Ostatniej nocy było jednak
inaczej: spotkali się na kolacji w Via Carota w Greenwich Village.
Restauracja była zatłoczona, ale w końcu mogli pogadać - więc gadali, i to bardzo długo. Ryan skupiał się przede wszystkim na narzekaniu na
swoją aktualną sytuację. Mówił, że jest rezydentem patologii skierowanym
na miesięczne szkolenie w nowojorskim prosektorium, które nazywał OCME,
i zamiast ratować ludzi - kroi trupy. Serdecznie nienawidził tego
zajęcia i nie mógł się doczekać zmiany. Współczuła mu odruchowo, bo
robota, którą mu powierzono, wyglądała na obrzydliwą. Poczuła niemal
macierzyńską troskę o niego i było to dla niej coś nowego.
Isabella zerknęła na zegarek w telefonie. Musiała się zbierać; nie mogła
sobie pozwolić na spóźnienie, bo jej zwierzchnicy stawiali znak równości
między brakiem punktualności a brakiem zainteresowania pracą. Spojrzała
na Ryana, zastanawiając się, co zrobić. Mogła wymknąć się po cichu z łóżka, ubrać się i wyjść. Ostatniej nocy opowiedziała mu o sobie więcej
niż zazwyczaj i być może dlatego czuła, że nie powinni się tak
rozstawać. Wiedziona tą myślą, uniosła się na łokciu i delikatnie
potrząsnęła jego ramieniem. Otworzył orzechowe oczy i natychmiast usiadł
na łóżku.
- Która godzina? - spytał jakby w panice.
- Jeszcze wcześnie - odpowiedziała Isabella, podciągając kołdrę pod
brodę. - Jest parę minut po siódmej, ale muszę wracać do siebie i przebrać się do pracy. Nie chciałam wymykać się chyłkiem.
- Doceniam to - mruknął Ryan, opadając na poduszkę. Wyglądał na
zadowolonego, że nie musi rozpoczynać dnia na wysokich obrotach.
Rozluźniony, wsunął dłonie pod głowę i odetchnął z ulgą.
- Dobrze się wczoraj bawiłam - powiedziała Isabella, kładąc się przy
nim. Uspokoiła ją nagła myśl, że przecież mieszkanie Ryana dzieli od
sąsiedniego Gramercy Park jedynie krótki spacer i tak naprawdę nie musi
się spieszyć.
- Ja też - odparł. - Mam tylko nadzieję, że uszy cię nie bolały od
mojego gadania.
- Wcale. Obawiam się, że to raczej ja paplałam bez końca.
- Niepotrzebnie. Z przyjemnością słuchałem, co masz do powiedzenia o swojej pracy. Nie mam bladego pojęcia o świecie reklamy, a ty mówiłaś z takim zaangażowaniem... Naturalnie trochę ci zazdrościłem, szczególnie na
myśl o tym, z czym mam ostatnio do czynienia w OCME. To jakiś koszmar.
- Fakt, nieprzyjemny obraz mi odmalowałeś.
- Raczej odrażający - sprostował Ryan i z niechęcią machnął ręką. - W dodatku mam taki czuły węch. Wczoraj się przekonałem, że trudno tam
wytrzymać nawet w dwóch maskach, szczególnie gdy trafi się ciało pełne
larw, w stanie zaawansowanego rozkładu. - Skrzywił się i wzdrygnął na
samo wspomnienie. - Przepraszam. Nie chcę cię katować tymi opisami, ale...
to naprawdę ohydne.
- Fuj! - odpowiedziała Isabella, marszcząc nos. - Nawet sobie nie
wyobrażam.
- Uwierz mi, czułabyś to samo co ja. Jak każdy normalny człowiek.
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak wytrzymam tam cały miesiąc. To
jakiś koszmar. Nie żartuję. Nawet budynek jest tragiczny. To chyba jeden
z najpaskudniejszych w całym mieście, w zasadzie przeznaczony do
rozbiórki, z którą moim zdaniem mogliby dłużej nie zwlekać. A w środku
jest jeszcze gorzej niż na zewnątrz, zwłaszcza w okolicy sali sekcyjnej.
Powiem ci bez żadnej przesady, że mogliby tam kręcić klasyczne horrory.
A przecież mówimy tylko o miejscu... bo chyba nie opisywałem ci jeszcze
bywalców tej trupiarni?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki