Przyczajony diabeł, ukryty trup - Iwona Banach

Reflow text when sidebars are open.
- Proszę tędy - powiedział jakiś niezbyt wyraźnie wyglądający osobnik, któremu usiłowała się przyjrzeć, ale jego wygląd trochę umykał jej oczom, ponieważ osobnik ten wydawał się dość niepozorny i właściwie nic go nie wyróżniało.
Szli korytarzem, jedno za drugim. Zupełnie nie wiedziała ani jak się tam znalazła, ani co gorsza, gdzie właściwie jest. Nawet korytarz nic jej nie sugerował. Był zwykły, bury, ponury, zdecydowanie nie szpitalny, ale raczej też nie biurowy. Po obu jego stronach widać było jakieś drzwi, ale bez tabliczek, nie była więc w stanie się zorientować, co to za przybytek.
Same zresztą tabliczki też niewiele jej mówiły. Gdzieś na samym początku przeczytała: "OGRYWAT ORTOSKOŚNY", i nic nie zrozumiała, co to może znaczyć. O ile słowo "Ogrywat" kojarzyło jej się z jakimś ogrem albo z kimś, kto kogoś ogrywa, czy obrywa, to ostatnia litera czyniła słowo zupełnie niezrozumiałym.
W końcu weszli do jakiegoś pomieszczenia oświetlonego jaskrawym, zimnym i paskudnym światłem jarzeniówek, w którym za biurkiem siedział kolejny nijaki urzędnik.
Chyba urzędnik.
Zupełnie nie rozumiała, po co została tu przyprowadzona.
Usiadła na wskazanym krześle naprzeciw biurka. Rozejrzała się. Dziwnie tu było. Nie mieli nawet komputerów.
Po lewej stronie zobaczyła kolejne drzwi, a nad nimi napis. Poczuła, że może coś zrozumie, dlatego dokładnie mu się przyjrzała.
Dwa razy go przeczytała, zanim jego treść dotarła do jej świadomości. Najpierw było niedowierzanie i przekonanie, że coś jej się pomyliło, potem gigantyczne zdziwienie. Bo w jakim biurze, w jakiej instytucji może istnieć pomieszczenie o takiej nazwie?
- Przedpiekle - powiedziała głośno, bo była tak zaskoczona, że zareagowała całkiem bezwiednie. - Przedpiekle?! - zawołała zaszokowana, patrząc pytająco na urzędników.
Jej mina musiała robić wrażenie, bo usłyszała coś w rodzaju westchnienia, po którym nastąpiło ciche syknięcie.
- No tak, fakt, to jest przedpiekle - powiedział osobnik siedzący przed nią. - Rozumiem, że zaczyna pani kojarzyć fakty? - zapytał, uśmiechając się nieco złośliwie, ale ona nie kojarzyła nie tylko faktów, niczego nie kojarzyła.
Takie proste sprawy jak miejsce, czas, nazwa miasta, cokolwiek, wszystko się w jej pamięci zamazało.
Nie, że była białą kartą, tabula rasa, czy w ogóle kimś całkowicie bez żadnej wiedzy. Coś tam wiedziała o życiu. Wiedziała, że lubi kanapki z kurczakiem, że nienawidzi flaków, że nie należy przebiegać przez ulicę i że niebo jest niebieskie, ale była to przypadkowa sałatka z wiedzy ogólnej, która niekoniecznie musiała być przydatna. A już z pewnością nie w tej chwili.
- Znaczy co? - zapytała, choć pewne skojarzenia zaczęły jej się pojawiać w głowie. Ciąg znaczeń, jaki wywołał ten napis, prowadził w dość makabrycznym kierunku: piekło, niebo, zaświaty, śmierć...
- No czy nic pani nie czuje, że tak zapytam? - Urzędnik był trochę jakby nachalny, ale też beznamiętnie grzeczny. Pasował na urzędnika urzędu paszportowego na posterunku milicji za czasów, które dawno minęły, ale pozostawiły po sobie skojarzenia.
Był bezosobowo wredny i przekonany o swojej wszechwładzy.
***
- Pyta pan, czy coś czuję? Nie, nic, a co miałabym czuć? Siarkę? - Roześmiała się niepewnie, licząc, że ten jej żart trochę rozbroi przeciwnika.
- No siarkę trochę też - odpowiedział z przekąsem. - Ale chodzi mi bardziej o pani samopoczucie. - Urzędnik zrobił minę, a la Jaś Fasola, która miała znaczyć: "No, wysil się, kretynko". Jego rozłożone ręce też nie pomogły.
- Nie, niczego nie czuję.
- Ale wie pani, że pani umarła? - To stwierdzenie spadło na nią jak przysłowiowy kamień nagrobny na głowę szabrownika, bo czegoś tak durnego w życiu nie słyszała, ale jakoś czuła, że to nie może być realne, choć we śnie różnie to bywa, bo we śnie nawet najdurniejsze pomysły wydają się śniącemu całkowicie realistyczne.
- Wiem, że pan zwariował albo chce mnie pan zastraszyć, ale nic z tego! Mnie się nie da zastraszyć... - burknęła.
Po chwili jednak z pewnym opóźnieniem coś do niej dotarło.
- Zaraz. Jak to? Umarłam? Znaczy kiedy? Jak? Gdzie? Co się stało?!
- Prawdopodobnie wypadek, komunikacyjny. - Urzędnik wzruszył ramionami. - Mamy niepewne dane, ale skoro jest pani tutaj, to pod coś pani wpadła. Bo my jesteśmy od wpadania właśnie, ale nie ciążowego. - Tu wskazał na tabliczkę stojącą na biurku, której dotąd nie zauważyła.
"Kolizjomat ewenementalny".
- Czyli co to znaczy? - Upierała się, jakby wiadomości o własnej śmierci jakoś nie zamierzała brać za bardzo do siebie, a tabliczki nie rozumiała. To znaczy odrobinę może tak, ale nie całkiem.
Przez chwilę milczeli.
Trwała cisza, i ta cisza nagle została zakłócona jakimiś dźwiękami z zewnątrz.
Dziewczyna nie była pewna, czy inni też usłyszeli to co ona.
To był jakiś damski głos.
- Zróbcie coś do cholery jasnej z tym światłem, bo zaraz ktoś się zabije o te śmieci na korytarzu! Zośka znowu rozwaliła brudne pampersy. - Usłyszała głos, jakby przez mgłę dochodzący, z korytarza.
Zdziwiła się.
Urzędnik siedzący przed nią skrzywił się trochę. Był blady, nieco wymęczony i wyraźnie zrezygnowany. Doskonale nadawałby się do ilustracji Procesu Kafki. Drugi zaś, ten, który stał oparty o ścianę, był chyba mniej wymęczony. Obaj zresztą byli w nieokreślonym wieku, ale młodzi zdecydowanie nie byli.
- No zwyczajnie. Jeżeli mówię, że prawdopodobnie wypadek komunikacyjny, znaczy prawdopodobnie wypadek komunikacyjny, nie da się tego inaczej powiedzieć.
- Dajcie kroplówkę na szóstkę, co? - Znowu zabrzmiało z korytarza. Nikt nie zareagował.
- Ale to znaczy, że umarłam czy nie umarłam? - zapytała, bo ta wiadomość bardzo ją zainteresowała. Oczywiście takie zainteresowanie jest naturalne, ale ona przecież czuła, że żyje, więc jak mogła nie żyć?
- Nie jesteśmy całkowicie pewni, ale chyba jest pani martwa. Wie pani, mamy tu czasami przypadki życia klinicznego. - Rozłożył ręce w bardzo bezradnym i do tego pełnym irytacji geście, jakby to, o czym mówił, bardzo go smuciło, a może i denerwowało, ale nic nie mógł na to poradzić.
- Znaczy śmierci klinicznej?
- Nie, życia właśnie, mówię o życiu klinicznym, tak to tu nazywamy, ale to zależy od tego, jak na to spojrzeć. Niektórzy wpadają tu jak po ogień i to właśnie jest życie kliniczne, a inni zostają. Zdarzają się też jakieś takie... nie wiem. Niestabilne oznaki śmierci.
Trzeba sobie powiedzieć wyraźnie. Życie kliniczne to tylko druga strona tego samego medalu zwanego śmiercią kliniczną.
- A ja?
- No raczej to drugie. To znaczy stabilne, ale, no, czekamy.
***
- No, ale dlaczego idę do piekła?! - jęknęła, wskazując na tablicę nad drzwiami, bo w tym momencie jakoś te dwie sprawy połączyły się jej w całość, a logika podpowiadała, że jak ktoś wchodzi do przedpiekla, to naturalnym ciągiem dalszym będzie właśnie piekło.
Nie była jakoś bardzo grzeczna czy uduchowiona w życiu. To wiedziała na pewno, ale podobnie jak inni, nie wierzyła w to, że pójdzie akurat w te najbardziej dolne regiony piekielnego wszechświata.
Szczękanie jakiegoś wózka jadącego po korytarzu dotarło do niej jak przez mgłę i nieco ją zastanowiło. Jakby nie pasowało do tego miejsca. Jakby wdzierało się tu zza jakiejś zasłony.
- Co tam się, do cholery, dzieje? Czy ktoś może otworzyć okno? - powiedział ktoś gdzieś w oddali daleko i nie był to nikt z obecnych.
Odgłosy z korytarza zaciekawiły ją, ale rozejrzawszy się wokół, stwierdziła, że nigdzie nie ma okien. W każdym razie nie w pomieszczeniu, w którym się znajdowała.
Była bardzo zaskoczona.
W ogóle średnio wierzyła w piekło z całym tym asortymentem diabłów, tortur i kotłów, i teraz nagle stanęła u wrót piekieł!
Dziwne uczucie. Miało w sobie coś z niedowierzania i wielkiego zaskoczenia.
Co prawda, faktem było, że biuro było mało mistyczne i jakoś nie czuła grozy, ale jednak wolała się upewnić.
- Bo jak rozumiem, idę tam, tak? - zapytała, nadal bardziej zdziwiona niż przerażona.
- Nie, nie, tym proszę się nie sugerować! - zawołał urzędnik, machając rękoma, jakby chciał tym machaniem rozproszyć jej paskudne myśli sprzed oczu.
Przyjrzała mu się. Nie wyglądał na diabła. Nawet najgorszy czy najmarniejszy diabeł nie powinien tak wyglądać. Był niepozorny, chudy, przylizany i zupełnie bez wyrazu.
- No, ale jak mam się nie sugerować?! Jak? Jest tabliczka przedpiekle, a tabliczki przedniebie nie ma. To co mam myśleć? - zapytała i teraz poważnie zaczęła się zastanawiać, co wczoraj zjadła i czy ta niestrawność może być niebezpieczna dla zdrowia, oraz czy nie siedzi albo nie zasnęła przypadkiem za kierownicą samochodu. To wyeliminowała natychmiast z zadowoleniem. Jakoś tak czuła, że odebrano jej prawo jazdy.
Czuła. O to chodzi, nie wiedziała, a czuła.
***
- Ale dlaczego macie mało przyjęć? - zapytała odrobinę złośliwie, patrząc na piekielnych urzędników.
Facet, którego wzięła za diabła (nie miał zewnętrznych atrybutów diabelskości, ale mógł je ukrywać, jak na przykład ogon, kopyta czy rozdwojone penisy - te można łatwo ukryć, większy problem z rogami) skrzywił się nieco. Zobaczyła, że nad lewą piersią ma plakietkę z imieniem i nazwiskiem. Spodziewała się jakiegoś diabelskiego imienia, ale nic z tych rzeczy, żaden Behemot, Sataniusz czy Lucyfer, nie. Mężczyzna nazywał się Lucjan Obłoczek. Owszem, Lucjan mogło być pochodną od Lucyfera, ale wcale nie musiało, zwłaszcza przy tym nazwisku.
- No, panie Lucjanie? Dlaczego? - zaczęła nalegać, choć nie miało to wielkiego sensu.
- No cóż, świat się zmienił i myśmy za tymi zmianami nie nadążali, ale po remoncie będzie w porządku. Trochę to potrwa, dlatego teraz wszyscy trafiają tutaj.
- Do piekła?! - wrzasnęła z przerażeniem.
- Ale proszę pani, proszę się nie obawiać to całkiem nowoczesne, przyjazne piekło!
- Jasne! Przyjazne miejsce z kotłami i smołą?
- Ależ nie, no co pani?! Najwyżej jeden czy dwa, ale to też tylko tak, dla dekoracji, no i tradycja rzecz święta, tfu, przeklęta! Jesteśmy bardzo nowoczesną instytucją. Nie topimy ludzi w smole. No chyba, że sami tego chcą.
- A ktoś chce?
- A jasne! Jest całe mnóstwo masochistów. Ludzie mają różne upodobania, zresztą od czasu remontu to właściwie nie jest już to stare dobre piekło. Wszędzie firanki, kosze na śmieci. Pokoje jednoosobowe.
- A małżeństwa? Nie kwaterujecie ich razem? - zapytała, nie całkiem pewna, czy jest mężatką, czy singielką.
- Małżeństwa? Razem? Pani żartuje?! Nie! Odeszliśmy od tortur wieki temu! U nas można nawet trzymać zwierzęta. Zdecydowanie najlepiej sprawdzają się koty, ale jak ktoś chce, to i ośmiornice się nadają. Jeden kot ostatnio nam uciekł, biały z czarnym ogonem. Wielki jak stodoła. No, ale - zawahał się przez chwilę, po czym westchnął i ciągnął dalej - wracajmy do sprawy. Mamy do pani pytanie. Jest bardzo ważne.
- Proszę pytać, ale nie za bardzo, to znaczy, nie jestem ideałem. Niestety. To znaczy nie kradłam, choć w internecie to tak, nawet sporo, nie cudzołożyłam, choć seks uprawiałam zdalnie, przez internet, to się nie liczy, prawda? W ogóle internet się nie liczy? Prawda? Co tam jeszcze, zazdrość i zawiść, jak najbardziej, ale też tylko w internecie. - Wymieniła wszystkie swoje słabości, które uważała za coś obciążającego. Liczyła, że potraktują ją ulgowo.
Urzędnik nawet się uśmiechnął.
- A nie, nie o to chodzi. Zupełnie. Te sprawy to ewentualnie na potem, na sądzie ostatecznym, teraz chodzi nam o coś bardziej istotnego.
- To o co? - Teraz była jeszcze bardziej zdziwiona i zaciekawiona.
- Czy pani może wie, gdzie pani jest? - Urzędnik zadał jej to pytanie wręcz uroczystym tonem, którego się nie spodziewała.
Dziewczyna oniemiała. Trochę z zaskoczenia, trochę też ze złości. Czuła, że ten ktoś, facet czy diabeł, choć rogów nie miał, robi ją w balona.
- Jasne, że wiem! - powiedziała wściekła. - Tutaj! Nie róbcie ze mnie idiotki! Jestem w piekle, sami mi to powiedzieliście!
- Nie, nie, nie o to chodzi. Chodzi mi o to, czy wie pani, gdzie może być pani ciało?
***
Na chwilę zapadło kłopotliwe milczenie, podczas którego usiłowała przypomnieć sobie, co właściwie robiła przed tym, zanim znalazła się w tym dziwnym miejscu. Nic nie przychodziło jej do głowy. Miała w niej absolutną pustkę. Żadne, nawet mgliste wspomnienie nie zaświtało jej w głowie. Ba, nagle zdała sobie sprawę z tego, że nie wie właściwie nic na swój temat. Jakieś rzeczy życiowe, codzienne, dotyczące świata zewnętrznego - tak, owszem - ale nie prywatne. A i z tym światem też nie było najlepiej, bo nawet nazwy miejscowości nie była w stanie sobie przypomnieć.
- Eee... - To pytanie ją zaskoczyło, bo była całkowicie przekonana, że jest tu, gdzie jest. A więc jej ciało też tu jest. Na ogół tak zawsze bywa. Nie czuła się istotą bezcielesną w żadnym calu.
- Czyli nie wie pani? - Urzędnik westchnął zawiedziony.
- No, w sumie nie zastanawiałam się nad tym - odpowiedziała. - Czy ja zaginęłam? - Jej zdziwienie było pełne zaskoczenia tak wielkiego jak Kilimandżaro.
Poczuła, że dzieje się coś, co jej umyka. Niby od początku pobytu tutaj wszystko było dziwne, a może nawet dziwaczne, ale teraz to uczucie się pogłębiło. Poczuła lęk.
- Czyli coś jest nie tak?
- Nie. To chyba nie to. Po prostu nie ma pani. Nikt nie wie, gdzie pani jest, ale na razie nikt jeszcze nikogo nie szuka. Zdaje się, że ma pani w zwyczaju takie znikanie, ale my wiemy, że pani umarła, bo jest pani tutaj, a jeżeli w ciągu tygodnia nie znajdziemy pani ciała i nie potwierdzimy śmierci, to pani córka nie dostanie spadku.
- To ja mam córkę?! - krzyknęła zaszokowana, bo coś takiego jednak powinna pamiętać. Chciała też zapytać, co diabły mają do spadku, ale zrezygnowała.
- Nawet tego pani nie wie? No to mamy kłopot. - Lucjan westchnął. Mimo swojej wymoczkowatej postury jawił się on jej kimś w rodzaju diabelskiego szefa.
- Czy ja może zostałam zamordowana? - Wzięła taką możliwość pod uwagę, gdyż prawdopodobnie czytała dużo książek, oglądała całe mnóstwo filmów, a to, co się z nią w tym momencie działo, mimo wszelkich pozorów realności, jakoś za bardzo rzeczywiste nie było. Pomyślała, że może jest to jakiś sen. Taki, który wykorzystuje durne schematy z durnych filmów. Miesza je, zapętla i dodaje do podświadomości w postaci sieczki z bąbelkami.
***
Każdy kiedyś widział choć jeden taki film, w którym człowiek po śmierci idzie do nieba czy tam piekła, a potem się okazuje, że został zamordowany, i musi sam odnaleźć swojego mordercę.
- Myśli pani, że została zamordowana? - Drugi domniemany diabeł, o nazwisku na plakietce sugerującym, że jest potomkiem wielkiego i niestety sławnego rodu, bo nazywał się Hr. Trakula, odpowiedział westchnięciem: - Raczej nie. Nie ma pewności, ale to możliwe, choć...
- Ma pan błąd na plakietce, Drakula pisze się przez D. - Zwróciła mu uwagę. - Czyli jest pan wampirem?
- Nie, nie jestem! Mam na nazwisko Trakula! A "Hr.", to od HR, human resources, zarządzam zasobami ludzkimi. Wie pani, ile tu się przewija istot, które zupełnie nie wiedzą, co ze sobą zrobić?!
Pomyślała, że źle wytypowała schemat. Oczywiście, znała kilka innych na podobny temat.
- A! Już rozumiem! Już wiem! Widzę wyraźnie! - zawołała w ferworze zachwytu.
To ucieszyło też urzędnika.
- Co pani widzi? Proszę, niech pani mówi, może razem do czegoś dojdziemy!
- No, że chodzi o zadośćuczynienie za jakieś złe rzeczy, które zrobiłam za życia, że niby mam coś zrobić, żeby naprawić zło, które wyrządziłam, tak? To tak jak w takim jednym filmie! Teraz będę musiała wrócić na ziemię w postaci psa i załatwić coś ważnego, i będzie hycel, szalone ucieczki po dachach i jacyś złoczyńcy, a jak mi się uda, to wpuścicie mnie do nieba, tak? Fajnie! W sumie lubię psy! - Ucieszyła się dziecinnie.
- Nie wiem, o czym pani mówi! - Zmroził ją ton urzędnika. On ucieszony nie był. - Co to za bzdury? - warknął.
Spodziewała się zobaczyć wampirze kły, ale nie, nie miał ich albo je ukrywał.
- No film o niebiańskim psie! - zawołała nadal radosna.
- Ludzie to mają dziwne pomysły! - burknął.
- Nie widział pan tego filmu z takim małym pieskiem? I z takim wrednym facetem? No niech pan nie mówi. To niemożliwe! To był cudny film, fakt, stary, ale świetny!
- Nie oglądam filmów, mam istotniejsze rzeczy do roboty. Poza tym ja tu pracuję! Nie rozumie pani? Pra-cu-ję! - Urzędnik był wyraźnie wkurzony.
- A, czyli chodzi o kota? - Zaryzykowała. - Takiego jak z Uwierz w ducha, który będzie syczał na...
- Nie!
- A książki pan czyta? Bo to tak jak w tej takiej jednej... Nie musi być film, naprawdę, książki są oczywiście o wiele lepsze.
- Nie, nie czytam książek. Mam co innego do roboty!
- Szkoda. Lubię książki. Znaczy chyba lubię. Albo może lubiłam? - Nie była już niczego pewna.
- Nie o to chodzi!
- Czyli nie kot? Taki, wie pan, miau, miau? To może szczur?
- Nie! - warknął jej rozmówca.
- To znaczy, że wrócę tam w postaci ducha? Nie chcę wracać jako duch! Nie będę straszyć. Nie lubię ani wycia, ani dzwonienia łańcuchami.
***
- Nie, pani w ogóle nie musi tam wracać! Może pani powiedzieć, gdzie pani jest, i mamy sprawę załatwioną. Znajdziemy panią, tylko musimy wiedzieć, gdzie szukać!
- Kiedy nie wiem - mruknęła niepewnie.
W zasadzie dziwiła się sama sobie, bo się nie bała, a powinna się bać (coś jej mówiło, że powinna) i to bardzo, bo przecież śmierć, czyli koniec ostateczny, do tego własny, przeraża, diabły też nie są najmilsze na świecie, a w zasadzie zupełnie jej to jakby nie obchodziło. Zero emocji, zero strachu, żadnej paniki. To nie było normalne.
Czuła, że nie zachowuje się tak jak zawsze, ale nie pamiętała, jak się zawsze zachowywała, więc nie miała porównania. Takie duszne masło maślane. I do tego ten pomysł z powrotem.
Przez chwilę się zastanawiała, co dla niej byłoby lepsze: zostać tu czy wrócić tam. I tu też tak jakby nie miała wielkiego wyboru. Nie znała tego, co było tutaj, ale też zupełnie nie pamiętała tego, co było tam. Może gdzieś tam była bardzo nieszczęśliwa? Może była obłożnie chora? Może była wariatką? Za tym ostatnim przemawiała sprawa z córką. Raczej nie miała wielkiego instynktu macierzyńskiego, tak to czuła, ale córkę powinna chyba pamiętać? Albo poród? Kobiety takie rzeczy raczej pamiętają. No i ten spadek? Przecież tylko bogacze i arystokraci zostawiają spadki, a ona nie czuła się bogaczką ani tym bardziej żadną hrabiną.
Postanowiła przypomnieć sobie jakieś jedzenie, co by mogło jej dać poczucie tego, kim była. Niestety, przed oczami pojawiła jej się krwista, bo surowa, wątróbka z bitą śmietaną, lody o smaku śledziowym i flaki na słodko. Żadna z tych rzeczy jej nie kusiła.
- No, to co robimy? - Urzędnik popatrzył na stojącego obok ściany drugiego mężczyznę, tego, który ją przyprowadził i nie był wampirem.
- No widzisz? Nic się nie da zrobić... - Ten rozłożył ręce w geście bezradności.
Kobieta dopiero teraz zaczęła się zastanawiać nad pewnymi mniej dotąd istotnymi aspektami tej rozmowy i w ogóle całej sytuacji.
- A kim pan w ogóle jest? Kim panowie są? - zapytała, patrząc na tego za biurkiem. - Diabłami? Tylko dlaczego żaden z was nie wygląda jak diabeł? - zapytała i wskazała oskarżycielsko na jednego z nich palcem, jakby to mogło w czymś pomóc.
Popatrzyli na siebie skonsternowani.
- Bo pani oczywiście wie, jak wyglądają diabły? - Urzędnik skrzywił się złośliwie. - Oj, ludzie, ludzie...
- Jasne, każdy wie! - Nie przejęła się jego miną. - Mają rogi i czerwone pyski.
- No tak. Jasne. Oczywiście. - Roześmiał się znów złośliwie, po czym pogładził się po brodzie. - Jednak nie - powiedział po chwili.
- Nie mają czerwonych pysków? - zapytała zdziwiona kobieta, bo obraz diabła, jaki miała przed oczami wyobraźni, był jednoznaczny i w sumie dość wyraźny.
- Nie jestem diabłem! - odburknął wkurzony urzędnik.
- A więc jest pan aniołem? To w takim razie, dlaczego nie ma pan skrzydeł i dlaczego pan wygląda jak wyliniały sęp? - rzuciła bezczelnie.
- Nie jestem aniołem, jestem urzędnikiem.
- Z zaświatów?
- No cóż, to wasze antropomorficzne postrzeganie rzeczywistości. Dobrze! Niech pani zresztą będzie. Z zaświatów czy przedświatów, z nadświatów, ale stanowczo urzędnikiem.
- A on? - Wskazała na tego, który ją tutaj przyprowadził. Dotąd był dość cichy i statyczny, praktycznie można go było nie zauważyć, ale był.
- Opiekuje się pani córką.
- Czyli jest aniołem stróżem? - zawołała, łapiąc się okrucha czegoś, co jak jej się wydawało, wiedziała na sto procent. - Czy on może pokazać skrzydła?
- Nie mam skrzydeł! - warknął prawie tamten. - Czy ci ludzie muszą być tacy nienormalni?! Najpierw wampir, teraz anioł...
Zapadła cisza, ale kobieta nie dawała za wygraną.
- Ja to już nic nie rozumiem, diabły bez rogów, anioły bez skrzydeł? To jakiś przekręt! - krzyknęła wściekła, że całe jej wyobrażenie o zaświatach w pewnym sensie diabli wzięli. - Wy jesteście jakimiś oszustami!
- Urzędnikami. I proszę nas nie obrażać, bo to wcale pani się nie opłaci.
- Grozicie mi? Zaraz, zaraz, niech panowie przestaną! Przecież stąd do prawnika nie zadzwonię. Czy zadzwonię? - Zaczęła klepać się po tylnych kieszeniach spodni i w ten sposób zdała sobie sprawę, że w zasadzie nie ma kieszeni, nie ma też całej reszty, włącznie ze spodniami i... z tyłkiem. - Co ja mam teraz zrobić? - jęknęła zaszokowana, nie wiadomo czym najbardziej.
- Skupić się. Co pani pamięta?
- Nic. Ale wy przecież możecie mnie sprawdzić. Macie wszystko w swoich papierach. Wiecie dokładnie co, jak, gdzie i kiedy robiłam. Wszystkie grzechy i tak dalej, może to się przyda? Sprawdźcie to i już. Podpowiecie mi coś, to ja sobie przypomnę i będę wiedziała, co i jak.
- Jak mamy to zrobić?
- No macie wszystko zapisane, tak mówią, więc to proste, wystarczy poszukać i tak dalej? Moglibyście coś mi podpowiedzieć?
Obaj popatrzyli na siebie i pokręcili głowami, jakby chcieli wyrazić najgłębszą możliwą dezaprobatę.
- Ale jak pani to sobie wyobraża? Na świecie w tej chwili jest osiem miliardów ludzi. Osiem! Miliardów! - podkreślił z mocą. - Myśli pani, że spisujemy dane wszystkich? Minuta po minucie?! Jakim cudem? A przecież od początku istnienia ludzkości było tego jeszcze o wiele więcej. Nie mamy takich mocy przerobowych!
- A komputery?
- Nie używamy za bardzo, są bezduszne. - Urzędnik wzruszył ramionami.
Ta wypowiedź w ustach tego akurat urzędnika wydała jej się zabawna, ale i znacząca.
- No, ale przecież... Jest powiedziane, że to wszystko, znaczy, że Bóg...
- Bóg owszem, ale Bóg to nie komputer, a poza tym nie mam zamiaru zawracać mu głowy takimi głupotami! Mamy teraz kilka sporych wojen, nie mówiąc już o innych kataklizmach, personel lata jak w ukropie, a On dodatkowo jest chwilowo nieosiągalny.
- Jak to? Nieosiągalny?
- Implantuje ludzkość na kilku okolicznych planetach, a to poważny problem, nie chce tam tego spaskudzić jak u was. Po prostu jest zajęty.
- To znaczy, że co?
- Że chwilowo nie pomoże.
- No, a te wszystkie grzechy?
- Jakie? Może one nam pomogą? - Obaj urzędnicy się ucieszyli, licząc na to, że dziewczyna coś w końcu sobie przypomni.
- Nie pomogą, skoro nikt ich nie zapisał jak trzeba! Bo jeżeli paliłam w klasie maturalnej marihuanę, to nic za to nie oberwę? Zwyczajnie nic? Wiecie, to niesprawiedliwe. - Obruszyła się, choć było to bez sensu.
- A paliła pani? - Jeden z obecnych się ucieszył.
- Nie wiem, to tylko przykład. Chcę sobie coś przypomnieć. Nic nie przychodzi mi do głowy.
- No, niech pani spróbuje.
- Ale co dokładnie? Co ja mam zrobić?
- Przypomnieć siebie cokolwiek, no, może się uda? Czy przed śmiercią wyświetlił się pani może jakiś film?
- Ogólnie to nie wiem. Coś tam latało mi przed oczami, ale co to było? Nic nie pamiętam. Nic zupełnie. Nie wiem nawet, skąd się tu wzięłam.
- Czyli trzeba będzie panią odesłać. To nie jest najlepsze wyjście, ale innego nie widzę. Może tam pani sobie coś poukłada? Przypomni?
Dziewczyna się uśmiechnęła. Nie była pewna, czy ten powrót to dobrze, czy nie, bo teraz wszystko wydawało jej się tak dziwne, że to, co czuła, mogło wcale nie być tym, co powinna czuć.
- Super! I wrócę do żywych! - Ucieszyła się tak bardzo, że aż podskoczyła na krzesełku, na którym siedziała. Radość, którą poczuła, była trochę niepełna, ale jednak chyba była radością.
- Ale nie jako żywa. Mowy nie ma! Nie możemy przecież pani wskrzesić! Zresztą nie mamy ciała, jak by to wyglądało? Przecież by się pani rozdwoiła. Tam gdzieś ciało bez duszy, a tu dusza bez ciała? Nie ma szans!
- No przecież! Pewnie! Czego ja się spodziewałam! Dowalcie mi bardziej! - Westchnęła wściekle. - No to wrócę jak? Jako co?
- No powiedzmy, jakiś byt pośredni?
Zupełnie nie wiedziała, co to jest ten byt pośredni. Nie wiedziała też, co może to dać.
- A jakbyście mnie odesłali jakoś bardziej dokładnie? Jako mnie, a nie jako to coś?
- Nie wiemy gdzie. Nie wiemy! Nic nie wiemy!
- I co to da?
- Nie wiem, ale może coś pani sobie przypomni? Znajdzie swoje ciało? Byłoby to bardzo korzystne.
- I wtedy co?
- Zwyczajnie, zajęlibyśmy się wszystkim jak należy.
- Czym wszystkim?
- No ciałem, i tak dalej. I duszą. I wróciłaby pani sobie do nas spokojnie, dostałaby pani ładny pokój z widokiem na wszechświat i w ogóle.
- I co ja bym tu robiła?
- Lubi pani szydełkować?
- Nie!
- To się dobrze składa, nie szydełkujemy tutaj, ale są zajęcia z różnych takich...
- Pan jest szalony! Zajęcia z różnych takich? Przez całą wieczność? Przecież to piekło!
- No, ale niech pani nie zapomina, że chóry anielskie wkrótce znów zaczną dawać koncerty. Może zgodzą się na jazz. Anioły są dość zachowawcze i konserwatywne, ale Mozarta chętnie wykonują.
- A diabelskie?
- Chóry?
- No chóry!
- No nie wiem, oni tylko black metal. Nie wszyscy to lubią. Poza tym sala koncertowa się przegrzewa, jak zieją ogniem. Niby nic, ale to spory dyskomfort.
***
- Czyli jeżeli znajdę swoje ciało, to wrócę tu i przez wieczność będę się nudzić? A jak go nie znajdę?
- W sumie też, ale córka, spadek... To jest ważne. Przecież matka powinna...
- Ale ja nawet nie pamiętam, żebym miała córkę. - Wzruszyła ramionami zupełnie nieadekwatnie do wagi tematu, bo przecież dzieci są ważne.
Diabelscy urzędnicy, a może piekielni, nagle jakby coś sobie przypomnieli.
- A zaraz... - zawołał Lucjan. - Czy pani Żanna? Komołek? Tak, Żanna Komołek? Tak? - Zrobił bardzo niepewną minę.
- Nie. Z tego, co mi się wydaje, to jestem Karolina Buziołek. O ile dobrze myślę, ale na pewno nie Żanna i zdecydowanie nie Komołek. Co to to nie.
- Boziuniu przedwieczny! I co myśmy narobili! - wrzasnął Hr. Trakula, łapiąc się teatralnie za głowę, ale minę miał jak najbardziej przejętą.
- No to spaskudziliśmy sprawę! I co teraz? - krzyknął urzędnik zza biurka. No przecież szef nas zabije jak nic! Nie wolno takich rzeczy robić. RODO! Masakra! Wywalą nas na zbity pysk! Na trzy zbite pyski i dwa tysiące ogonów!
Kobieta nie doceniła malowniczości tej wypowiedzi, natomiast natychmiast podjęła temat szefa, bo coś jej się z nim nie zgadzało.
- Szef was zabije? Znaczy Bóg?
- Żeby chociaż! Bóg jest miłosierny, szef niestety nie. I co teraz? - odpowiedzieli obaj prawie równocześnie.
- Nic teraz. Może ja ją znajdę, tylko powiecie mi coś więcej? Nazwisko nie wystarczy. Ale w normalnym świecie są komputery, więc i nazwisko może coś dać. - Zawahała się, a po chwili zapytała, co wydało się logiczne: - Czy ja jestem do niej podobna?
- Kiedy ja ludzi nie rozróżniam! Wszyscy wyglądacie tak samo! Nosy, włosy, oczy...
- A te nazwiska to skąd macie?
- Z taśmociągu. Tam był taki stary pamiętnik. Bardzo ważny stary pamiętnik. I papiery.
Nagle zamarł. Rozejrzał się dookoła, popatrzył na kolegę przy drzwiach, jęknął, jakby zapadł się w sobie. Przez chwilę stał spokojnie, jakby się nadymał, wciągnął powietrze, po czym wrzasnął:
- Kajetan! Gdzie jest ten debil Kajetan?!
Echo tego wrzasku przez chwilę rezonowało w pomieszczeniu, jakby było wielkie, głębokie i jaskiniopodobne, choć nie robiło takiego wrażenia.
Drugi urzędnik rozejrzał się wokół siebie, jakby szukał czegoś niedużego, co mu się gdzieś zapodziało, po czym pacnął się w czoło.
- No tak. Siedzi od rana w kanciapie i płacze. Nie miałem pojęcia dlaczego. - Westchnął.
- A teraz masz?
- Właśnie coś zaczynam rozumieć. - Obaj pokręcili głowami i wrzasnęli: - Kajetan! Dawaj tutaj! Natychmiast!
Z pokoju, którego wcześniej nie dostrzegła, wyszedł młody człowiek z zapuchniętymi oczami i zanosząc się szlochem, zawył.
- Cooooo? - ryknął, bo pytaniem trudno to było nazwać.
- Coś ty znów narozrabiał? Byłeś na taśmociągu? Gadaj!
Młody człowiek, niezbyt wysoki i zdecydowanie zbyt chudy, aż się zapowietrzył z tego szalonego płaczu.
- No by... bo... by... byłem, i wszystko się wysypało i pomieszało samo. Samo się pomieszało i dlatego teraz nie wiadomo, kto jest kim! A pamiętnik szlag trafił, bo się rozsypał.
- Ale co to za taśmociąg? - zapytała kobieta, bo o ile taśmociąg jakoś kojarzyła, to nie pasował jej do tego miejsca.
- Byłaś kiedyś na lotnisku?
- Tak mi się wydaje. A, czyli chodzi o taśmociąg bagażowy? - zapytała, choć innych chyba nie kojarzyła.
- No właśnie, tak jakby. U nas tak spływają akta duszne, ale Kajetan... Kajetanku, przedstaw się! - Szarpnął chłopaka za kołnierz, jakby był niesfornym dzieciakiem, choć zdecydowanie nim nie był.
- Dzień dobry, Kajetan Mrok jestem... - Tu się zawahał.
- Jest stażystą - wyjaśnił jeden z piekielnych bądź bardziej przedpiekielnych urzędników.
- Stażystą? Ale aniołem? Czy diabłem?
- Nie, no przecież mówię, że stażystą. Nie ma stażu na anioła, staż na diabła też już dawno zlikwidowano. Jest człowiekiem.
Dziewczyna popatrzyła na Kajetana. Był mniej więcej chodzącym nieszczęściem, do tego miał pryszcze. Przez chwilę się zastanawiała, czy po śmierci jednak nie powinny mu zniknąć, ale nie za bardzo się znała na tych sprawach. Bo to tak, jakby teraz to jego dusza miała pryszcze, a czy można mieć pryszcze na duszy?
- Jest martwy? - zapytała zaciekawiona całą tą przecież nową sytuacją.
- A gdzie tam! Żywy! Mówiłem, jest na stażu. No czy ty, dziewczyno, znaczy, pani dziewczyno, albo jakkolwiek, kobieto, czy ty nie słuchasz, co się do ciebie mówi?!
- Ale mówiliście, że jak ktoś jest tutaj...
- Szczególny przypadek.
- Jakim cudem?! - Zdziwiła się bardzo, bo nie wyobrażała sobie czegoś takiego, że żywy i normalny (zakładając, że chłopak był normalnym człowiekiem), czyli żywy i normalny człowiek pracuje w piekle. Po chwili jednak zdała sobie sprawę, że ona sobie nawet piekła nie umiała wyobrazić, a wiele miejsc pracy naprawdę przypominało piekło, więc to nie było chyba nic nowego. - Ale dlaczego mówi pan, że to szczególny przypadek?
W sali rozległ się śmiech, głęboki, groźny i niepokojący, na dodatek jakby z nutką szyderstwa na końcu.
- Podpisał cyrograf - wyjaśnił urzędnik zza biurka.
- Poważnie?! - Dziewczynę zatkało.
- A jak, własną krwią! - dodał drugi urzędnik.
Nie była w stanie tego zrozumieć, coś jej świtało, gdzieś jakoś w bajkach, ale nie do końca.
- Strasznie niehigienicznie i przestarzałe. Można się czymś zarazić! No, ale po jaką cholerę? - zapytała w końcu, krzywiąc się niemiłosiernie.
- Kiedyś się napił i o północy wywrzeszczał, że poszedłby do piekła, byle dostać pracę, no i masz, jest. Tutaj. Takie życzenia bywają niebezpieczne.
Obaj diabelni urzędnicy roześmiali się znów nieprzyjemnie.
- No, ale potem...
- Tak oczywiście. Mówiłem, że jest żywy.
- A ja?
- No i tu mamy problem taśmociągu, dane są pomieszane, nie wiem! Nie potrafię powiedzieć, możliwe, że jesteś martwa, możliwe, że nawalona, możliwe, że coś jeszcze innego. Brałaś coś?
- W sensie narkotyki?
- No?
- Nie sądzę, raczej nie, ale... nie wiem. Wydaje mi się, że nie robię takich rzeczy.
- No to sama widzisz. Kłopot, gdybyś była choć pijana... - przerwał. - A może się nachlałaś? - zapytał z nadzieją w głosie.
- Nie wiem. Chyba nie piję aż tak dużo. - Dziewczyna oczywiście mogła kłamać. Na temat alkoholu wszyscy kłamią, ale nie musiała. - I co teraz?
- No teraz to może ty pójdziesz poszukać tego ciała? My tam nie wychodzimy, szkodzi nam wasze powietrze.
- Za dużo zanieczyszczeń?
- Za mało siarki - odburknął.
Przez chwilę zastanawiali się, co to wszystko ma znaczyć.
- Jak rozumiem, to będzie tak, że jeden trup szuka drugiego trupa? No pięknie żeście to wymyślili. Naprawdę pięknie. - Westchnęła rozdzierająco. - O ile rozumiem, to potrzebujecie ciała jakiejś babki. Moje wam już do niczego nie jest potrzebne, tak?
- Nie jesteś trupem! Nie w ścisłym tego słowa znaczeniu! Zresztą nie wiem. Chyba nie jesteś.
- A moje ciało? Wiadomo, gdzie jest?
- Nie, ale, jak zauważyłaś, to akurat teraz jest bez znaczenia. Tamto jest ważne. Twoje niekoniecznie. Ja bym tego debila z tobą wysłał. - Wskazał ręką na Kajetana. - Niech się zrehabilituje. Przecież to wszystko przez niego.
Dziewczyna przyjrzała się stażyście.
- Dobra, nie mam nic przeciwko, ale czy on musi być taki pryszczaty?
Pryszczaty Kajetan znów wybuchnął płaczem.
- I taki... - Powstrzymała się i nie powiedziała tego, co chciała powiedzieć. Zrobiło się jej go szkoda. Ktoś kiedyś powiedział, że mężczyźni nie płaczą, i że to jest bardzo złe i bardzo źle wpływa na mężczyzn. Ach, ten patriarchat i ta toksyczna męskość... Dobra, niech płaczą, jak tak bardzo chcą. Proszę bardzo, ale na litość... ludzką? Boską czy diabelską? Z tym też nie należy przesadzać!
Wiadomość o tym, że nie żyje (że nie żyje ona sama, bo stan stażysty wcale jej za bardzo nie interesował), wcale nie stępiła jej złośliwości, nie poczuła się też wcale milsza czy lepsza, ale liczyła na to, że uda jej się coś w całej tej sprawie zyskać. Nie wiedziała, oczywiście, co, bo nie miała pojęcia, czego może chcieć, ale zawsze warto próbować.
Zresztą niektórzy mają już stiktokowany mózg, przeinstagramowany portfel i sfacebookowaną wrażliwość. Objawia się to przeliczaniem wszystkiego na klikalność, klikalności na pieniądze, a każdego słowa na hejt i łzy.
- A co dostanę, jeżeli ją znajdę? - zapytała przymilnie.
- Nic. To będzie z twojej strony przysługa dla nas. Dobry uczynek. Coś w tym stylu.
Dobre uczynki istnieją tylko wtedy, kiedy można je ogłosić na TokToku, zarobić na zdjęciu na Insta, a na Facebooku przerobić na łzawą opowieść o wielkim sercu. Bez tego nikt dupy nie ruszy.
Ona zdecydowanie nie należała do osób, które spełniają duże ilości dobrych uczynków tak o, dla swojej i tylko swojej przyjemności, nie oczekując za ich spełnienie żadnej gratyfikacji. Może i była martwa, ale nie była głupia.
Naprawdę się wkurzyła. Życie i tak było dostatecznie skomplikowane z tymi zależnościami: "Ty mi to, ja ci tamto". Myślała, że po śmierci wszystko będzie o wiele prostsze, milsze, ewentualnie mniej denerwujące, ale nie zamierzała dać się wykorzystywać.
- Nie ma mowy! Dla przysługi to mi się nie zechce nawet dupy ruszyć! Macie kłopoty? Macie, i to są wasze kłopoty! Nie moje! Ja, szukając tych zwłok, ratuję wam życie... Czy tam śmierć... jak zwał, tak zwał, czy cokolwiek innego, skórę, rogi, ogony, szlag, ale ratuję, chcę coś z tego mieć!
- A nie możemy o tym pogadać potem? - Jeden z urzędników popatrzył na drugiego i miała wrażenie, że nie jest to miłe spojrzenie.
- Nie, bo wiem, jak to się skończy. Znam życie. - Przez chwilę myślała, że wszystkie jej dotąd dość obrazowe wyrażenia mogą w tej sytuacji trochę nie pasować. - To znaczy chcę dostać drugą szansę.
- Aha... - jęknął jeden z urzędników. - Zaczyna się. Przecież ona zupełnie nie wie, o czym mówi!
- Ale co tam! Dajmy jej to, o co prosi i będzie z głowy. - Pospieszył drugi z uśmiechem, przysięgłaby, że wrednym, a nawet wrogim.
- Nie, nie tak zaraz! - Kajetan zatrzymał ją od wypowiedzenia magicznego "tak" albo czegoś podobnego. - Oni oszukują! Nie ufaj im. Znowu coś przekręcą. To oszuści! Czy ja chciałem tej pracy? Nie! Chciałem zwyczajnej, normalnej, nudnej pracy, a nie takiej, że duchy wszędzie, diabły wszędzie! Pracy, nie wariacji! Nie tego chciałem, ale oczywiście w ścisłym słowa znaczeniu spełnili moje życzenie. Mówiąc, że poszedłbym do piekła, byle dostać pracę, nie miałem na myśli pracy w piekle, to mógł być, powiedzmy, Pcim Dolny, albo jakaś pipidówka, piekielna, paskudna, ale nie! To nie miało być piekło, ale oczywiście wzięli to dosłownie. Zanim więc na coś się zgodzisz, przemyśl to dobrze, bo oni są gotowi dać ci drugą szansę na, powiedzmy, przejście przez ulicę, złamanie sobie życia albo paznokcia, na obrzyganie misia koala.
- Obrzyganie misia koala? - Zdziwiła się. - Ciekawe, dlaczego to ma dla mnie sens, choć nie powinno? - mruknęła zaskoczona. Coś z obrzyganiem misia koala było na rzeczy, choć nie spodziewała się, że mieszka w Australii ani że kiedykolwiek tam była, może chodziło o pluszaka?
- Szlag! Się wyrobił gnojek - mruknął jeden z urzędników.
- No, przestań się tak wymądrzać, bo w życiu nie znikną ci te pryszcze! - burknął drugi. - Już ja się o to postaram. - Zagroził mu i trafił w czuły punk męskiego ego.
Dziewczyna jeszcze raz rozejrzała się po biurze. Nie było tu miło.
- A możecie pokazać te akta? Bo w końcu nie wiadomo, gdzie szukać... Jak się dziewczyna nazywała?
- Albo nazywa? - dodał Kajetan.
- Żanna Komołek.
- Nie znam. Zupełnie. Choć imię jakby ...
- O, tu jeszcze coś jest. Żanna Komołek z domu Żabot.
- Żanka Żabot? Żaneczka? Żanusia? Poważnie? To ona nie żyje?! - wykrzyknęła dziewczyna dokładnie takim samym tonem, jakim zrobiłaby to, gdyby dowiedziała się o tym jeszcze za swojego życia. - Ale jakim cudem?! Przecież ona była młoda! Nie miała nawet czterdziestki! Co się stało?
- Znasz ją?
- Znałam ją chyba, tak mi się wydaje - odpowiedziała dziewczyna dość zagadkowym tonem. - Jeszcze zanim wyszła za mąż. O ile to ona, ale nazwisko raczej rzadkie. Zawsze się śmiałyśmy, że Brigitte Bardot to była BB, a ona to ŻŻ. Czy wiadomo, co się porobiło? Wypadek? Coś wiecie na ten temat?
- Niestety nie, to znaczy pewnie tu gdzieś jest to zapisane, ale akta się pomieszały i dlatego nie możemy znaleźć jej ciała.
- A nie są jakoś oznaczone?
- Ciała? Pytasz, czy ciała są oznaczone? - zdziwił się przedpiekielny urzędnik.
- Nie, pytałam o akta.
- Nie. Nigdy dotąd nie potrzebowaliśmy żadnych oznaczeń. Wszystko było, jak należy. Nikt niczego nie gubił. Nie mieszał, nie przekładał.
Obaj popatrzyli groźnie na stażystę, który aż skulił się w sobie, bo doskonale wiedział, że to jego wina.
- Potknąłem się! O psa! O tego białego, co tam się uśmiecha w kącie! - Kajetan znowu się rozpłakał i dziewczyna znowu pomyślała, że jak na dorosłego faceta naprawdę z tym przesadza.
Przecież chłopaki tak nie ryczą, a już na pewno nie z powodu akt, gdyby mu taśmociąg jaja urwał, to by było dozwolone, no chyba że to jest przedstawiciel tego całkiem nowego typu męskości, który pozwala mężczyznom płakać, nosić kolorowe sukienki, malować paznokcie i łkać na Titanicu. On wył, ryczał, szlochał, jakby ktoś zrobił mu wielką krzywdę.
- Dotąd nie mieliśmy takich pracowników, żeby wprowadzanie oznaczeń było konieczne.
- Ale teraz?
- Teraz to już jedna wielka katastrofa.
***