Przybyszewska/Pająkówna. Głuchy krzyk - Anna Kaszuba-Dębska

Kup ebooka

79.90 zł
64.72 zł (63,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZY­PISY

[95] Spra­woz­da­nie Dy­rek­cji C.K. Se­mi­na­ryum na­uczy­ciel­skiego żeń­skiego w Kra­ko­wie za czas od r. 1872 do 1875, Kra­ków 1875, on­line: ti­ny­url.com/yeaeb2ev, do­stęp: 30.05.2023.
[96] Ża­łobna karta, "Świat" 1912, R. 7, t. 13, nr 26, s. 17, on­line: ti­ny­url.com/bdd2wkth, do­stęp: 30.05.2023; list Mie­czy­sława Paw­li­kow­skiego do Igna­cego Ma­cie­jow­skiego, Kra­ków, 25 VI 1887, za: Mi­scel­la­nea li­te­rac­kie 1864-1910, dz. cyt., s. 132-133.
[97] Ja­nina Kras, Wyż­sze Kursy dla Ko­biet im. A. Ba­ra­niec­kiego w Kra­ko­wie 1868-1924, Kra­ków 1972.
[98] Anna z Dzia­łyń­skich Po­tocka, Mój pa­mięt­nik, War­szawa 1973, s. 90.
[99] Tamże, s. 266.
[100] List Anieli Pa­ją­kówny do He­leny z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­skiej, Pa­ryż, 15 III 1887, zbiory Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej.
[101] List Anieli Pa­ją­kówny do He­leny z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­skiej, Pa­ryż, 19 VI 1888, zbiory Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej.
[102] To­masz Le­wan­dow­ski, Dra­mat in­te­lektu, Gdańsk 1982, s. 13.
[103] List Anieli Pa­ją­kówny do He­leny z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­skiej, Pa­ryż, 3 XI 1889, zbiory Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej.
[104] Wa­cław Gą­sio­row­ski, Emi­gra­cja in­te­lek­tu­alna, za: Ewa Bo­brow­ska, Eman­cy­pantki? Ar­tystki pol­skie w Pa­ryżu na prze­ło­mie XIX i XX wieku, "Ar­chi­wum Emi­gra­cji" 2012, z. 1-2 (16-17), s. 17.
[105] List Anieli Pa­ją­kówny do He­leny z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­skiej, Pa­ryż, 16 II 1890, zbiory Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej.
[106] List Anieli Pa­ją­kówny do He­leny z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­skiej, Pa­ryż, 25 XII 1890, zbiory Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej.
[107] List Anieli Pa­ją­kówny do He­leny z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­skiej, Pa­ryż, 27 VI 1889, zbiory Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej.
[108] List Mie­czy­sława Gwal­berta Paw­li­kow­skiego do Igna­cego Ma­cie­jow­skiego, Kra­ków, 25 VI 1887, za: Mi­scel­la­nea li­te­rac­kie 1864-1910, dz. cyt., s. 133.
[109] List Igna­cego Ma­cie­jow­skiego do Mie­czy­sława Gwal­berta Ma­cie­jow­skiego, Bra­cie­jowa, 28 X 1891, za: Mi­scel­la­nea li­te­rac­kie 1864-1910, dz. cyt., s. 224.
[110] List Mie­czy­sława Gwal­berta Paw­li­kow­skiego do Igna­cego Ma­cie­jow­skiego, [Kra­ków] Kle­parz, 3 XI 1891, za: Mi­scel­la­nea li­te­rac­kie 1864-1910, dz. cyt., s. 226.
[111] List Mie­czy­sława Gwal­berta Paw­li­kow­skiego do Igna­cego Ma­cie­jow­skiego, [Kra­ków] Kle­parz, 16 XII 1891, za: Mi­scel­la­nea li­te­rac­kie 1864-1910, dz. cyt., s. 244.
[112] Le­szek Za­sztowt, Z dzie­jów taj­nej dzia­łal­no­ści oświa­to­wej stu­den­tów Ce­sar­skiego Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Koło Oświaty Lu­do­wej (1894-1898), "Roz­prawy z Dzie­jów Oświaty" 1987, t. 30, s. 65-89, on­line: ti­ny­url.com/bdf6rjka, do­stęp: 15.06.2021.
[113] Kry­styna Ko­liń­ska, Córka..., dz. cyt., s. 39.
[114] Kry­styna Ko­liń­ska, Damy..., dz. cyt., s. 173.
[115] List Se­we­ryny Dzie­du­szyc­kiej do He­leny z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­skiej, praw­do­po­dob­nie je­sień 1882, zbiory Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej.
[116] List cy­to­wany w ar­ty­kule: Sta­ni­sław Helsz­tyń­ski, Aniela Pa­ją­kówna czyli serce ko­biety. (Kartka z dzie­jów Mło­dej Pol­ski), "Wici Wiel­ko­pol­skie" 1936, nr 12, s. 93, on­line: ti­ny­url.com/2p83tyja.
[117] Adam Grzy­mała-Sie­dlecki, Nie­po­spo­lici lu­dzie..., dz. cyt., s. 41.
[118] Tamże, s. 43.
[119] List Igna­cego Ma­cie­jow­skiego do Ma­rii i Wa­cława Wol­skich, Kra­ków, 10 X 1898, za: Mi­scel­la­nea li­te­rac­kie 1864-1910, dz. cyt., s. 327.
[120] Kry­styna Ko­liń­ska, Sta­chu..., dz. cyt., s. 153.
[121] Tamże, s. 154.
[122] Sta­ni­sław Helsz­tyń­ski, Przy­by­szew­ski. Opo­wieść bio­gra­ficzna, War­szawa 1973, s. 266.
[123] Bar­bara Mał­kie­wicz, "Paon" - pierw­sza ka­wiar­nia ar­ty­styczna Mło­dej Pol­ski, "Roz­prawy Mu­zeum Na­ro­do­wego w Kra­ko­wie", t. 2, Se­ria Nowa, s. 107-121, on­line: ti­ny­url.com/4y­y­pa­h2d, do­stęp: 17.06. 2021.
[124] Sta­ni­sław Helsz­tyń­ski, Przy­by­szew­ski..., dz. cyt., s. 264.
[125] Adam Grzy­mała-Sie­dlecki, Nie­po­spo­lici lu­dzie..., dz. cyt., s. 169.
[126] Tamże.
[127] List cy­to­wany w ar­ty­kule: Sta­ni­sław Helsz­tyń­ski, Aniela Pa­ją­kówna..., dz. cyt., s. 92-93.
[128] Re­pro­duk­cje trzech prac Edwarda Mun­cha, "Ży­cie" 1989, nr 40-41, s. 524, 529 i 530, on­line: ti­ny­url.com/544je­3za, do­stęp: 15.06.2021.
[129] Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski, Na dro­gach du­szy, Kra­ków 1900, w: te­goż, Edvard Munch, War­szawa 1983, s. 52.
[130] Tenże, Li­sty, t. 1, dz. cyt., list do Da­gny Juel Przy­by­szew­skiej, 5 VI 1899, s. 221, on­line: ti­ny­url.com/bddp­txh4, do­stęp: 16.06.2021.
[131] Kry­styna Ko­liń­ska, Córka..., dz. cyt., s. 11.
[132] Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski, Li­sty, t. 1, dz. cyt., list do Anieli Pa­ją­kówny, Lwów, 5-12 VI 1899, s. 222.
[133] Tamże, list do Ja­dwigi Ka­spro­wi­czo­wej, Lwów, 5-12 VI 1899, s. 222.
[134] Kry­styna Ko­liń­ska, Damy..., dz. cyt., s. 180.
[135] Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski, Li­sty, t. 1, dz. cyt., list do Anieli Pa­ją­kówny, Za­ko­pane, 30 VIII 1899, s. 231.
[136] Tamże, list do Ja­dwigi Ka­spro­wi­czo­wej, Za­ko­pane, 31 VIII 1899, s. 231.
[137] Tamże, list Da­gny Juel Przy­by­szew­skiej do męża Sta­ni­sława Przy­by­szew­skiego, s. 224, przy­pis Sta­ni­sława Helsz­tyń­skiego do li­stu Przy­by­szew­skiego.
[138] Tamże, list do Anieli Pa­ją­kówny, 10 VII 1899, s. 224.
[139] Tamże, list Wa­syla Ste­fa­nyka do Anieli Pa­ją­kówny, 10 VII 1899, s. 224-225.
[140] List Anieli Pa­ją­kówny do Wa­cława Mo­ra­czew­skiego, Karls­bad [Kar­lowe Vary], 27 VI 1899, Ar­chi­wum Mu­zeum im. Jana Ka­spro­wi­cza w Ino­wro­cła­wiu.
[141] List Anieli Pa­ją­kówny do Wa­cława Mo­ra­czew­skiego, Karls­bad [Kar­lowe Vary], 9 VII 1899, Ar­chi­wum Mu­zeum im. Jana Ka­spro­wi­cza w Ino­wro­cła­wiu.
[142] List Anieli Pa­ją­kówny do Wa­cława Mo­ra­czew­skiego, Kra­ków, 27 VII 1899, Ar­chi­wum Mu­zeum im. Jana Ka­spro­wi­cza w Ino­wro­cła­wiu.
[143] List Anieli Pa­ją­kówny do Wa­cława Mo­ra­czew­skiego (list V), nie­da­to­wany, Ar­chi­wum Mu­zeum im. Jana Ka­spro­wi­cza w Ino­wro­cła­wiu.
[144] List Anieli Pa­ją­kówny do Wa­cława Mo­ra­czew­skiego, nie­da­to­wany, Ar­chi­wum Mu­zeum im. Jana Ka­spro­wi­cza w Ino­wro­cła­wiu.
[145] List Anieli Pa­ją­kówny do Wa­cława Mo­ra­czew­skiego, lato 1899, Ar­chi­wum Mu­zeum im. Jana Ka­spro­wi­cza w Ino­wro­cła­wiu.
[146] Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski, Li­sty, t. 1, dz. cyt., list do Ja­dwigi Ka­spro­wi­czo­wej, s. 225.
[147] Tamże.
[148] Tamże, list do Ja­dwigi Ka­spro­wi­czo­wej, s. 243.
[149] Tamże.
[150] Tamże, list do Anieli Pa­ją­kówny we Lwo­wie, s. 252.
[151] Tamże, list do Anieli Pa­ją­kówny we Lwo­wie, s. 233.
[152] Tamże, list do Anieli we Lwo­wie, Kra­ków, wio­sna 1900, s. 252.
[153] Sta­ni­sław Helsz­tyń­ski, Me­te­ory Mło­dej Pol­ski, Kra­ków 1969, s. 116-117.
[154] Kry­styna Ko­liń­ska, Sta­chu..., dz. cyt., s. 174.
[155] Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski, Li­sty, t. 1, s. 271, przy­pis Sta­ni­sława Helsz­tyń­skiego.
[156] Sta­ni­sław Helsz­tyń­ski, Me­te­ory..., dz. cyt., s. 131.
[157] Tamże, s. 132.
[158] Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski, Li­sty, t. 1, dz. cyt., list do Ja­dwigi Ka­spro­wi­czo­wej, s. 272.
[159] List Igna­cego Ma­cie­jow­skiego do Ta­de­usza Mi­ciń­skiego, za: Alina Zię­tek-Sal­wik, Ignacy Se­wer Ma­cie­jow­ski w śro­do­wi­sku ar­ty­stycz­nym Kra­kowa, "Rocz­nik Kol­bu­szow­ski" 2011, R. 11, s. 41, on­line: ti­ny­url.com/45u­c28cz, do­stęp: 15.06.2021.
[160] List Igna­cego Ma­cie­jow­skiego do Ta­de­usza Mi­ciń­skiego, Kra­ków, 28 II 1901, za: Mi­scel­la­nea li­te­rac­kie 1864-1910, dz. cyt., s. 314-315.
[161] Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski, Li­sty, t. 1, dz. cyt., list do Anieli Pa­ją­kówny we Lwo­wie, Lwów, sty­czeń 1901, s. 264.
[162] Tamże, list do Ja­dwigi Ka­spro­wi­czo­wej we Lwo­wie, zima 1900/1901, s. 264.
[163] Tamże, list do Anieli Pa­ją­kówny we Lwo­wie, s. 264.
[164] Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski, Li­sty, t. 2, Gdańsk-War­szawa 1938, list do Anieli Pa­ją­kówny, Gries, 4 V 1907], s. 626.
[165] Kry­styna Ko­liń­ska, Córka..., dz. cyt., s. 244.
[166] Sta­ni­sława Przy­by­szew­ska, Li­sty, t. 2, dz. cyt., list do Sta­ni­sława Helsz­tyń­skiego, Gdańsk, 14-16 VII 1933, s. 478-479.
[2*] Sy­nowa hra­biny, żona Ta­de­usza Paw­li­kow­skiego.
Wy­dawca ADAM PLUSZKA
Re­dak­torka pro­wa­dząca DO­MI­NIKA PO­PŁAW­SKA
Re­dak­cja IDA ŚWIER­KOCKA
Ko­rekta AU­RE­LIA HO­ŁU­BOW­SKA, MAŁ­GO­RZATA KU­ŚNIERZ
Pro­jekt okładki, opra­co­wa­nie gra­ficzne i ty­po­gra­ficzne ANNA POL
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Zdję­cia na okładce po­cho­dzą ze zbio­rów Sek­cji Rę­ko­pi­sów Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej i Ar­chi­wum Pol­skiej Aka­de­mii Nauk w War­sza­wie
Ob­raz na wy­klejce: Aniela Pa­ją­kówna, Au­to­por­tret z córką ? Mu­zeum Na­ro­dowe w Kra­ko­wie
Ła­ma­nie
Co­py­ri­ght ? by Anna Ka­szuba-Dęb­ska Co­py­ri­ght ? by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2023
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67790-71-0
Pro­jekt zre­ali­zo­wano w ra­mach sty­pen­dium z bu­dżetu Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego
Pro­jekt zre­ali­zo­wany w ra­mach Sty­pen­dium Twór­czego Mia­sta Kra­kowa
Pro­jekt zre­ali­zo­wany przy wspar­ciu fi­nan­so­wym Na­grody Kra­kowa Mia­sta Li­te­ra­tury UNE­SCO re­ali­zo­wa­nej przez Kra­kow­skie Biuro Fe­sti­wa­lowe ze środ­ków Gminy Miej­skiej Kra­ków
Książka po­wstała w ra­mach sty­pen­dium z Fun­du­szu Po­pie­ra­nia Twór­czo­ści ZA­iKS
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75 re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ROZ­DZIAŁ 1

Pa­ryż

Dziew­czyna z ludu, Aniela Pa­ją­kówna, otrzy­muje naj­zna­ko­mit­sze wy­kształ­ce­nie ar­ty­styczne, na ja­kie po­zwala się ko­bie­cie pod ko­niec XIX wieku. Wszystko za sprawą zwo­len­ni­ków re­form oświa­to­wych, rzecz­ni­ków to­le­ran­cji re­li­gij­nej, an­ty­kle­ry­ka­łów, ide­olo­gów po­zy­ty­wi­zmu ga­li­cyj­skiego, de­mo­kra­tów, li­be­ra­łów i dar­wi­ni­stów - mał­żeń­stwa He­leny i Mie­czy­sława Paw­li­kow­skich. Dzięki nim koń­czy naj­pierw C.K. Se­mi­na­rium Na­uczy­ciel­skie Żeń­skie pod dy­rek­cją dok­tora fi­lo­zo­fii, ku­sto­sza zbio­rów Aka­de­mii Umie­jęt­no­ści, se­kre­ta­rza ko­mi­sji hi­sto­rycz­nej Aka­de­mii Umie­jęt­no­ści Wła­dy­sława Se­re­dyń­skiego[95]. Kursy ofe­rują tu na­ukę psy­cho­lo­gii, re­li­gii, ję­zyka pol­skiego, nie­miec­kiego, fran­cu­skiego, geo­gra­fii, hi­sto­rii po­wszech­nej, ma­te­ma­tyki, hi­sto­rii na­tu­ral­nej, śpiewu, ka­li­gra­fii, fi­zyki, ry­sun­ków, ro­bót ręcz­nych, pe­da­go­giki i dy­dak­tyki. Ry­sunku i ma­lar­stwa uczy się Aniela pry­wat­nie u pro­fe­so­rów kra­kow­skiej Szkoły Sztuk Pięk­nych, ucznia Jana Ma­tejki Flo­riana Cynka i wy­kształ­co­nego w Wied­niu i Pa­ryżu Le­opolda Löf­flera[96]. Uczęsz­cza też na Wy­dział Sztuk Pięk­nych Wyż­szych Kur­sów dla Ko­biet za­ło­żo­nych dzięki sta­ra­niom i za­an­ga­żo­wa­niu le­ka­rza spo­łecz­nika dok­tora Ad­riana Ba­ra­niec­kiego, twórcy kra­kow­skiego Mu­zeum Tech­niczno-Prze­my­sło­wego, które po­wstało na wzór im­po­nu­ją­cego mu­zeum w Edyn­burgu[97].

Kursy Ba­ra­niec­kiego to uni­ka­towa ini­cja­tywa edu­ka­cyjna prze­zna­czona dla głod­nych wie­dzy dziew­cząt, skłon­nych po­zna­wać taj­niki nauk ści­słych, przy­rod­ni­czych i pra­gną­cych roz­woju ar­ty­stycz­nego. W kon­ser­wa­tyw­nym Kra­ko­wie nie wszyst­kim przy­pada do gu­stu idea ucze­nia pa­nien, trwa dys­ku­sja nad sen­sow­no­ścią tego przed­się­wzię­cia. Ba­ra­niecki, czło­wiek "nie­sły­cha­nej pracy i po­świę­ce­nia, znaj­do­wał nie tylko mało po­par­cia w wyż­szym to­wa­rzy­stwie kra­kow­skim, ale na­wet pewne uprze­dze­nie, ja­koby jego dzia­łal­ność miała ja­kąś nie­zdrową dąż­ność do eman­cy­pa­cji ko­biet wpro­wa­dzać [...] prądy prze­ciwne prawu Bo­żemu"[98]. My­ślą po­stę­pową Ba­ra­niecki wy­prze­dza epokę, nie­mal pół wieku przed ofi­cjalną zmianą spo­łeczną staje się pio­nie­rem w za­kre­sie wyż­szej edu­ka­cji ko­biet, co na pol­skim grun­cie sta­nowi no­vum, a dla nie­któ­rych wręcz nie­zdrową fa­na­be­rię.

Na kur­sach, które od­by­wają się w za­ło­żo­nym przez Ba­ra­niec­kiego Mu­zeum Tech­niczno-Prze­my­sło­wym, miesz­czą­cym się w za­pro­po­no­wa­nym przez wła­dze mia­sta lo­kalu w bu­dyn­kach klasz­toru Oj­ców Fran­cisz­ka­nów przy ulicy Fran­cisz­kań­skiej 4, Aniela uczy się pod okiem ma­la­rza Jó­zefa Sie­dlec­kiego, który pro­wa­dzi ćwi­cze­nia ry­sun­ków głów i fi­gur z gip­sów oraz wzo­rów. Pry­wat­nie to bli­ski przy­ja­ciel Sta­ni­sława Wit­kie­wi­cza, który za kilka lat za­pro­jek­tuje dla Jana Gwal­berta Paw­li­kow­skiego słynną za­ko­piań­ską willę Pod Je­dlami. Go­dziny spę­dzone na ry­sun­kach u Sie­dlec­kiego mają dla pa­nien cha­rak­ter te­ra­peu­tyczny, to "chwile zu­peł­nego za­po­mnie­nia [...] w któ­rych roz­tro­jone nerwy się uspo­ka­jały"[99]. Kie­row­ni­kiem i opie­ku­nem wy­działu ar­ty­stycz­nego kur­sów jest nie kto inny jak sam mistrz Jan Ma­tejko. Na rok kursu przyj­muje się za­le­d­wie dwa­dzie­ścia pa­nien - od paź­dzier­nika do maja zo­bo­wią­zane są one do od­by­cia dwu­stu sześć­dzie­się­ciu go­dzin kursu. Obok ry­sun­ków, ma­lar­stwa, mo­de­lo­wa­nia i rzeźby or­ga­ni­zo­wane są też wy­kłady teo­re­tyczne z ana­to­mii ar­ty­stycz­nej, teo­rii per­spek­tywy, hi­sto­rii sztuki. Do­dat­kową wie­dzę zdo­bywa się, uczest­ni­cząc w nie­dziel­nych od­czy­tach or­ga­ni­zo­wa­nych w Mu­zeum, na które Aniela chęt­nie uczęsz­cza.

Z ko­lei od je­sieni 1886 roku Aniela Pa­ją­kówna przez ko­lejne pięć lat, z prze­rwami na let­nie wa­ka­cje, stu­diuje ma­lar­stwo w cen­trum świa­to­wej sztuki - w Pa­ryżu. Dla hi­sto­rii ma­lar­stwa rok 1886 to prze­łom - po ośmiu la­tach wy­staw na do­rocz­nym Sa­lo­nie na­resz­cie trium­fują im­pre­sjo­ni­ści, koń­cząc tym sa­mym do­mi­na­cję aka­de­mi­zmu. To rok, kiedy Vin­cent van Gogh spro­wa­dza się do Pa­ryża i tej je­sieni w ple­ne­rze na Mont­mar­trze ma­luje cykl ob­ra­zów Le Mo­ulin de la Ga­lette i Ta­ras ka­wiarni w Mont­mar­tre (La Gu­in­gu­ette). Pew­nie nie­raz, spa­ce­ru­jąc uli­cami Mont­mar­tre'u, Aniela na­po­tka tego dziw­nego eks­cen­tryka, może za­in­te­re­suje się roz­sta­wioną szta­lugą i ma­lo­wa­nym ner­wowo miej­skim pej­za­żem. W tym sa­mym roku Geo­r­ges Seu­rat ukoń­czy jedno ze swych pierw­szych dzieł po­in­ty­li­stycz­nych - Nie­dzielne po­po­łu­dnie na wy­spie Grande Jatte, uży­wa­jąc po­pu­lar­nych już w Pa­ryżu no­wo­cze­snych farb olej­nych, które roz­sze­rzają ma­lar­ską pa­letę o żyw­sze od­cie­nie.

Pa­ją­kówna otrzy­muje na po­byt i kształ­ce­nie się w Pa­ryżu od Paw­li­kow­skich mie­sięczną pen­sję, dzięki któ­rej tra­fia do so­lid­nej szkoły por­tre­ci­sty, pej­za­ży­sty i mi­ło­śnika scen ro­dza­jowo-hi­sto­rycz­nych, świet­nego pe­da­goga, ja­kim był Ca­ro­lus-Du­ran (Char­les-Émile-Au­gu­ste Du­rand). Ma­lar­stwo wy­kłada tam rów­nież ro­man­tyk Jean-Ja­cques Hen­ner. W ciągu tych nie­zwy­kłych pię­ciu lat stu­diów Aniela otwiera się na no­wo­cze­sne nurty w sztuce, trendy i mody. Te­ma­tycz­nie po­zo­sta­nie wierna por­tre­towi, po­dob­nie jak inna kra­ko­wianka - Olga Bo­znań­ska, z którą - zdaje się - bę­dzie w tym za­kre­sie ry­wa­li­zo­wać. W marcu 1887 roku pi­sze list do do­bro­dziejki: "U mnie te­raz wszystko do­brze. Mo­delka ładna blon­dynka. W prze­szłym ty­go­dniu ka­tar, chrypka i nie­po­goda za­trzy­mały mnie trzy dni w domu. Dziś już wszystko prze­szło. Zimno tu te­raz i silne wia­try"[100]. Mieszka na stan­cji u pani Wi­śniow­skiej wraz z in­nymi pol­skimi dziew­czę­tami, kształ­cą­cymi się w za­wo­dach le­karki, na­uczy­cielki, ma­larki i rzeź­biarki, ale od to­wa­rzy­stwa trzyma się ra­czej z da­leka. Wie­czory spę­dza sa­mot­nie z książką we wła­snym po­koju, rzadko da­jąc się ko­le­żan­kom wy­cią­gnąć z łóżka na we­sołe po­ga­danki przy za­cho­dzie słońca na ogro­do­wej huś­tawce. Osa­mot­nie­niu sprzyja nie naj­lep­szy stan zdro­wia, wieczny ka­tar, prze­zię­bie­nia, osła­bie­nie to­wa­rzy­szące Anieli od naj­młod­szych lat. Za­ła­mana cho­robą od­bie­ra­jącą jej cenny czas na two­rze­nie i na­ukę, bę­dzie la­tami po­dej­mo­wać nowe ku­ra­cje i le­czyć się u pa­ry­skich spe­cja­li­stów. Cza­sem taka ku­ra­cja unie­moż­liwi po­wrót w ro­dzinne strony, jak w 1888 roku. Dzie­więt­na­stego czerwca pi­sze wy­ja­śnia­jący list do uko­cha­nej opie­kunki:

"Chcia­łam zo­stać w Pa­ryżu aby się uczyć, te­raz kiedy mi po­wie­dziano, że mu­szę się le­czyć, le­czyć się będę. W so­botę skoń­czył się mój mie­siąc u Ca­ro­lusa - we czwar­tek pójdę go po­że­gnać. Będę ma­lo­wała z Ame­ry­kanką w la­sku - mamy już ob­rane miej­sce tylko zimno w ostat­nim ty­go­dniu nie po­zwo­liło nam za­cząć do tej pory. Mam jesz­cze na parę dni ro­boty w Lo­uvrze, a także my­ślę za­cząć co w domu. Czasu nie stracę. Na gar­dło mam się le­piej, głos mam sil­niej­szy i kaszlę bar­dzo mało. Aby przyjść do Fo­rela na­mó­wiła mnie Pani Wi­śniew­ska dla­tego, że od po­łowy zimy i na wio­snę kasz­la­łam dość mocno i chrypkę mie­wa­łam czę­sto. Było to mniej wię­cej to samo co wcze­śniej - mniej niż prze­szłego lata w Za­ko­pa­nem. Pierw­szy raz by­łam w kli­nice 2-go maja, wtedy po­wie­dział, że to nie jest nic bar­dzo waż­nego i prze­pi­sał: 1) in­ha­la­cje [...] dwa razy na dzień, 2) pi­cie rano szklankę mleka cie­płego z roz­pusz­czo­nym w nim prosz­kiem siar­cza­nym, 3) pędz­lo­wa­nie dwa razy na ty­dzień jo­dem. Ka­zał przyjść za 2 ty­go­dnie"[101].

Każdą wolną od cho­ro­wa­nia chwilę prze­zna­cza na ma­lo­wa­nie. Ran­kami ry­suje i ma­luje u Ca­ro­lusa, co roku wy­naj­muje małe ate­lier na Mont­mar­trze, by pra­co­wać po­po­łu­dniami, a ob­razy kon­sul­to­wać u swego mi­strza. Ro­ze­zna­jąc się w śro­do­wi­sku ar­ty­stycz­nym, cie­kawa no­wo­cze­snych tren­dów, roz­pocz­nie rów­no­cze­śnie na­ukę w Aca­démie Ju­lian u Wi­liama-Adolfa Bo­ugu­ereau i Tony'ego Ro­bert-Fleury'ego oraz miesz­czą­cej się przy rue de la Grande Chau­mi­?re Aka­de­mii Fi­lippa Co­la­ros­siego, o któ­rej na­pi­sze opie­ku­nowi Mie­czy­sła­wowi Paw­li­kow­skiemu, że jest "da­leko lep­sza" od po­przed­nich[102]. Tu spo­tka zna­ko­mite ar­tystki: Ma­rię Du­lę­biankę i Annę Bi­liń­ską, i za­przy­jaźni się z rzeź­biarką Tolą Cer­to­wi­czówną. W tym sa­mym cza­sie w Aka­de­mii Co­la­ros­siego na mę­skich kur­sach na­uki po­bie­rają inni kra­ko­wia­nie: Jó­zef Me­hof­fer i Sta­ni­sław Wy­spiań­ski. Oprócz nie­koń­czą­cych się kło­po­tów ze zdro­wiem Aniela ma pro­blemy z wy­na­ję­ciem ate­lier. Trudne de­cy­zje kon­sul­tuje oczy­wi­ście z hra­biną:

"Naj­droż­sza Pani! Zmar­twiona je­stem bar­dzo sta­nem rze­czy co do mego ate­lier. O spółce żad­nej na ra­zie my­śleć nie można. Na próżno mó­wi­łam o tem z p. Asto­wicz i p. Bi­liń­ską. A tu czas na­gli bo już tylko 4 mie­siące do Sa­lonu - a ja po tak dłu­giej prze­rwie, jak zwy­kle wy­szłam tro­chę z wprawy. I ate­lier co raz trud­niej bę­dzie póź­niej zna­leźć. Wi­dzia­łam już kilka pra­cowni w są­siedz­twie i od zna­jo­mych pp Ca­ro­lu­osa i Bi­liń­skiej, za­się­gnę­łam in­for­ma­cji. Wi­dzę, że wszystko to więk­sze po­cią­gnie za sobą koszta niż przy­pusz­cza­łam. Ate­lier naj­tań­sze ma­leń­kie z nie­naj­lep­szem świa­tłem do­stać można za 75 fr.[an­ków]. Na 3 mie­siące, piec kosz­to­wałby 5 fr.[an­ków] mie­sięcz­nie ob­sługa. I za­mie­ce­nie i za­pa­le­nie w piecu rów­nież 5 fr.[an­ków]. Opał około 15 fr.[an­ków] mie­sięcz­nie na pół dnia. Wszystko ra­zem 50 fr.[an­ków] mie­sięcz­nie i 150 na 3 mie­siące. Ate­lier więk­sze z do­brym świa­tłem na rue N.D. des Champs można mieć za 140 fr.[an­ków] na 3 mie­siące (mie­sięcz­nie nie wy­naj­mują, albo bar­dzo drogo). Tu­taj piec wy­na­jęty kosz­to­wałby około 10 fr.[an­ków] ob­sługa tylko, opał około 20 fr.[an­ków]. To jest na mie­siąc około 90 fr.[an­ków] - To jest za drogo i my­ślę, że trzeba by wziąć tamto ate­lier [...]. Wy­na­ję­cie [...] szta­lugi i parę ta­bu­re­tów [...] 15 fr.[an­ków] mie­sięcz­nie. Te­raz prze­cho­dzę przez naj­gor­sze - mo­del i tło. Mo­del[om] się płaci zwy­kle 5 fr.[an­ków] za po­zo­wa­nie, pan­nom 4 fr.[anki] Otóż mo­del kosz­to­wałby mię­dzy 24 a 30 fr.[an­ków] mie­sięcz­nie. Tło trzeba by choć jako ku­pić - wię­cej może mo­gła­bym po­ży­czyć od kogo. Zresztą tło już zo­sta­nie na za­wsze i to jest rzecz dla mnie nie­zbędna. O moja droga ko­chana Pani - bar­dzo mnie to wszystko mar­twi. Z nie­cier­pli­wie­niem cze­kać będę na od­po­wiedź Pań­stwa - co mam ro­bić, czy brać to małe ate­lier. Jest ono na rue de Mont­par­nasse - nie­da­leko stąd. Żeby mnie tylko kto nie uprze­dził. My­ślę, że gdy­bym wzięła to ate­lier na 3 mie­siące, a resztę czasu cho­dziła do Co­la­rossi, gdzie jest na­uka tak ta­nia, to może jedno dru­giemu choć w czę­ści zo­sta­łoby po­kry­tem. Te­raz mam jesz­cze 250 fr[an­ków], więc mo­gła­bym za­pła­cić to ate­lier za 3 mie­siące tj. 75 fr[an­ków] - urzą­dzić się tam i tło ja­kie ku­pić - na mo­del może by mi przez to do 1go nie wy­star­czyło - ale to zo­ba­czy­ła­bym póź­niej. W każ­dym ra­zie pra­co­wa­ła­bym tam z mo­de­lem tylko pół dnia, bo mo­del dwa razy na dzień kosz­to­wałby sumy"[103].

Każdy otrzy­many od Paw­li­kow­skich grosz skru­pu­lat­nie prze­li­cza na stu­dia ma­lar­skie, wie, że na­leży do elity Po­lek mo­gą­cych się kształ­cić pra­wie na równi z męż­czy­znami, choć ko­bie­tom na­dal za­ka­zuje się ma­lo­wa­nia na­giego mę­skiego ciała. Na kur­sach trwa stu­dencka wy­miana do­świad­czeń róż­no­rod­nej na­ro­do­wo­ściowo gro­mady dziew­cząt z ca­łego świata, każda wnosi do to­wa­rzy­stwa bo­gaty ba­gaż kul­tu­rowy i cie­kawe, nie­znane in­nym tra­dy­cje. Pa­nują tu wol­ność my­śli, swo­boda i to­le­ran­cja. Od­czuwa się ko­biecą so­li­dar­ność i pro­pa­guje myśl fe­mi­ni­styczną dą­żącą do zrów­na­nia w pra­wach oby­wa­tel­skich i oby­cza­jo­wych z męż­czy­znami.

Pa­ryż daje Po­lkom moż­li­wość kształ­ce­nia się w upra­gnio­nym kie­runku i wy­sta­wia­nia two­rzo­nej sztuki, ale prawdą jest rów­nież to, że "ko­biety ar­tystki nie­mal wszyst­kie i na­wet te, które zdo­były so­bie roz­głos, po­sia­dają bądź wła­sne ka­pi­ta­liki i do­chody, nie ma­jące nic ze sztuką wspól­nego, bądź za­opa­trze­nie do­mowe. Nę­dza po­śród nich bywa wy­jąt­ko­wym zja­wi­skiem. Ma to swoje bez­po­śred­nie na­stęp­stwo w su­mie pracy. Ilość dzieł ar­ty­stek Po­lek na wy­sta­wach pa­ry­skich jest sto­sun­kowo trzy razy więk­sza niż ar­ty­stów Po­la­ków"[104]. A pol­skich ma­la­rek w Pa­ryżu jest za­le­d­wie kil­ka­na­ście, bo to pierw­sze po­ko­le­nie ko­biet, któ­rym umoż­li­wiono edu­ka­cję ar­ty­styczną. Na re­wo­lu­cję oby­cza­jową trzeba jesz­cze za­cze­kać, ar­tystki pro­wa­dzą się nie­na­gan­nie, nie uczest­ni­czą w noc­nym ka­wiar­nia­nym ży­ciu i dys­pu­tach wiel­kich ma­la­rzy. Aniela, mimo że po­siada krąg bli­skich przy­ja­ció­łek: rzeź­biarki Toli Cer­to­wi­czów­nej, ma­la­rek Szkotki, An­gielki i Ame­ry­kanki, jest sa­motna, tę­skni za kra­jem, żyje wia­do­mo­ściami z li­stów od Paw­li­kow­skich, Se­we­rów, ro­dzi­ców, Adama Asnyka. Pustkę pró­buje za­głu­szyć kon­cer­tami, zwie­dza­niem mu­zeów i wy­staw. Naj­gor­sze du­chowe ka­tu­sze prze­żywa zimą, gdy spad­nie śnieg, dni stają się szare, ulice Pa­ryża po­kry­wają się bło­tem, a w po­wie­trzu krąży znie­na­wi­dzona in­flu­enza. Wpada w stan me­lan­cho­lii, traci wiarę we wła­sny ta­lent i wątpi w swe wy­bory ży­ciowe.

"Przy­znać mu­szę, że je­stem kom­plet­nie do ni­czego od czasu tej in­flu­en­zyi. Nie kaszlę bar­dzo, ale le­czę inne do­le­gli­wo­ści nie do­le­czone. I cią­gle mu­sze brać naj­roz­ma­it­sze le­kar­stwa [...] Przy­tem schu­dłam, zmi­zer­nia­łam, po­sta­rza­łam się do nie­po­zna­nia. Nie wiem co to da­lej bę­dzie. Pra­cuje ile tylko sił star­czy i ta praca ja­koś nie idzie. [...] Zro­bi­łam tam dwa stu­dia. Te­raz mam śliczną małą mo­de­leczkę. Ro­bię ją w moim po­koju z my­ślą o Sa­lo­nie, a ro­bota tak mi nie idzie, jak ni­gdy. W szka­rad­nym je­stem uspo­so­bie­niu. Roz­ma­itych słod­ko­ści uży­wam na tę me­lan­cho­lię i nic nie po­ma­gają. Po­nie­waż praca jest nie za­wsze naj­lep­szym le­kar­stwem - więc chcia­łam się za­pra­co­wać cały swój czas za­jąć pracą i o ni­czem in­nem nie my­śleć. Cho­dzi­łam na­wet wie­czór do ate­lier na wie­czorne ry­sunki przy ga­zie. Tam tylko smu­tek. [...] Kie­dyś tak mi było smutno że rady so­bie dać nie mo­głam. Po­trzeba mi było wi­dzieć ko­goś kogo lu­bię i kto by mnie choć tro­chę lu­bił"[105].

Święta Bo­żego Na­ro­dze­nia na­pa­wają ją jesz­cze głęb­szą tę­sk­notą za bli­skimi i ro­dziną. Tak od­po­wiada na list hra­biny: "Naj­droż­sza, do­bra, ko­chana Pani! Ser­decz­nie rączki ca­łuję za list, opła­tek i prze­pisy ku­char­skie. Wczo­raj na wili były u nas trzy panny: Hopf ma­larka szwaj­car­ska, Lande dok­torka Fran­cu­ska i Viarda na­uczy­cielka Nie­miecka. Był karp ze słod­kim so­sem [...]. Wcale do­brze się udał i sma­ko­wał go­ściom. Wszystko by­łoby do­brze tylko że Cer­to­wi­czówna od dni kilku jest nie­zdrowa, ja­kieś reu­ma­ty­zmy ma w no­gach i ple­cach. Po­dobno z po­wodu wil­goci w jej pra­cowni. Nie chce się le­czyć, wy­cho­dzi po­mimo zimna lekko ubrana i cho­dzi cią­gle, po­mimo że dok­torka ka­zała jej le­żeć. Nie wiem, jak to da­lej bę­dzie i mar­twi mnie to bar­dzo. Wczo­raj wie­czór tak cią­gle my­śla­łam o Me­dyce i o Kle­pa­rzu, że nic mó­wić nie mo­głam - szczę­ście że inne roz­ma­wiały. Już to ja co­raz bar­dziej prze­ko­ny­wam się, że po­win­nam żyć gdzieś na pu­styni - da­leko od lu­dzi. Nie umiem żyć z ludźmi, w to­wa­rzy­stwie wy­glą­dam jak­bym trzech zli­czyć nie umiała, albo jak słu­żąca, która od­czu­wać się boi. A tak to już jest z moją na­turą, że tracę na­dzieję, abym się kie­dy­kol­wiek mo­gła od­mie­nić. A po­nie­waż ucho­dzić za głu­pią albo słu­żącą to przy­kro, więc wo­la­ła­bym ni­gdy ni­kogo nie wi­dzieć"[106].

Sa­mot­nie od­bywa nie­dzielne spa­cery wo­kół wieży Eif­fla, za­li­cza kur­tu­azyjne wi­zyty u przy­ja­ciół pań­stwa Paw­li­kow­skich, bywa u dok­tora Lo­ewen­hardta i ro­dziny Or­dę­gów, z któ­rymi la­tem wy­bie­rze się nad fran­cu­skie mo­rze. Do He­leny z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­skiej na­pi­sze: "Naj­droż­sza Pani! W po­nie­dzia­łek wie­czór naj­nie­spo­dzie­wa­niej w świe­cie przy­szedł do mnie P. Or­dęga z pro­po­zy­cją abym po­je­chała z nimi do mo­rza. Ja bę­dąc u nich przed paru ty­go­dniami mó­wi­łam im, że może po­jadę do mo­rza. Wtedy PP. Or­dę­go­wie wy­bie­rali się do Za­ko­pa­nego. Wczo­raj wie­czór by­łam u nich. Oboje bar­dzo po­czci­wie i ser­decz­nie mnie za­pra­szają. Kiedy na­po­mknę­łam, że nie chcia­ła­bym po­więk­szać kosz­tów ich - pani O. po­wie­działa, że gdzie jest miej­sce na 8 osób tam jest na 9. Swoją drogą przy­kro mi jest ten spo­sób je­chać z nimi - a wy­mó­wić się nie było spo­sobu. Co droga Pani na to? Ja pewna je­stem, co mi tam trzeba bę­dzie ale... Będę się sta­rała zro­bić por­tret któ­rego z dzieci. Ale cóż zna­czy por­tret mo­jej ro­boty, a do tego por­tret zro­biony bez do­brego świa­tła. Wy­jadę 10-go. Na ty­dzień jesz­cze za­pewne za­pi­szę się do Ca­ro­lusa od 1-go-6-go. Na to będę jesz­cze miała pie­nią­dze. [...] Or­dę­go­wie jadą do Bre­ta­nii pod St. Malo. Jaką suk­nię let­nią, ta­nią, ko­stium ką­pie­lowy, bu­ciki, 2 pary poń­czoch, tro­chę chu­s­tek do nosa, farby i płótna. To już wszystko. Te­raz tam nie wiem ja­kie wy­datki na­raz będą. Dr. ka­zał mi wziąć 20 ką­pieli bar­dzo krót­kich. Sukni nie­bie­skiej tej w któ­rej je­stem fo­to­gra­fo­waną wcale nie za­bie­ram, po­nie­waż ko­lor jest nie trwały a po­wie­trze mor­skie znisz­czy­łoby ją. Zresztą ubrać się tam nie po­trze­buje. Wdzięczna je­stem ca­łym ser­cem, całą du­szą Pań­stwu za to mo­rze. Zdaje mi się, że ono mnie fi­zycz­nie i mo­ral­nie wy­le­czy. A chcia­ła­bym zdrowa wró­cić do Pań­stwa i Ro­dzi­ców"[107].

Wraca co roku na krót­sze lub dłuż­sze wa­ka­cje do Kra­kowa, Me­dyki, Za­ko­pa­nego i Bra­cie­jo­wej. Mie­czy­sław Gwal­bert Paw­li­kow­ski dumny z pa­ry­skich do­ko­nań wy­cho­wanki do­nosi w li­ście przy­ja­cie­lowi: "Ko­chany Se­we­rze! [...] Panna Aniela przy­je­chała tedy z Pa­ryża, zdrowa, we­soła, rześka, wy­ład­niała, bar­dzo się nią cie­szymy. Przy­wio­zła z 27 stu­diów z na­tury ma­lo­wa­nych w Pa­ryżu, sześć do Kra­kowa, a mię­dzy nimi pierw­sze i ostatnie, aby­śmy mo­gli mieć miarę jej po­stę­pów. Te ostat­nie stu­dia pójdą na wy­stawę, je­śli je ko­mi­sja roz­po­znaw­cza przy­pu­ści. Oba­czysz je. Löf­fler i Cynk bar­dzo za­do­wo­leni, choć ma­luje te­raz cał­kiem in­nym pędz­lem, niż oni ją uczyli. Po­je­chała do Me­dyki"[108].

Na swoim we Lwo­wie

W 1891 roku Aniela Pa­ją­kówna spro­wa­dza się na stałe do Lwowa, choć wcze­śniej okre­sowo z prze­rwami na wy­jazdy do Pa­ryża wy­naj­muje tu po­koje i ate­lier ma­lar­skie. Se­wer pi­sze do przy­ja­ciela: "Ko­chany Mie­czu! [...] Gdy będę we Lwo­wie, wpadnę od­wie­dzić Pannę Anielę, je­śli dasz mi Jej ad­res"[109]. Mie­czy­sław Paw­li­kow­ski od­po­wiada: "Py­tasz o ad­res panny Anieli. Oto go masz: Lwów, ul. Garn­car­ska, 1 24, II-e pię­tro"[110]. "Ko­chany Se­we­rze! [...] Ar­tystka na­sza sprze­dała we Lwo­wie Sie­rotkę i na za­mó­wie­nie ko­pio­wała roz­mo­dloną dzie­weczkę z ob­razu Marra, ma­lo­wała por­tret i w tych dniach spo­dziewa się znowu za­mó­wie­nia"[111].

Frag­ment z ko­re­spon­den­cji pa­ry­skiej Anieli Pa­ja­kówny. Pierw­sza próba szkicu akwa­relą

Aniela po­sta­na­wia za­miesz­kać bli­sko Me­dyki, chce od­wie­dzać i wspie­rać fi­nan­sowo ro­dzi­ców, młod­szego brata i szes­na­ście lat młod­szą sio­strę He­lenę. Za­mie­rza ją uczyć ję­zy­ków, mu­zyki, prze­ka­zać jak naj­wię­cej wie­dzy, którą sama zdo­była. We Lwo­wie, za sprawą spo­łecz­nicy i dzia­łaczki oświa­to­wej Ma­rii Wy­sło­ucho­wej, jako wy­kształ­cona "pa­ry­żanka" włą­cza się w dzia­łal­ność za­ło­żo­nego przez Ka­syldę Ku­li­kow­ską z War­szawy Ko­bie­cego Koła Oświaty Lu­do­wej[112]. An­ga­żuje się w pracę na rzecz edu­ka­cji, uświa­da­mia­nia kul­tury na­ro­do­wej, pol­skiej lud­no­ści wiej­skiej, szcze­gól­nie tej z za­boru ro­syj­skiego, na zbie­ra­niu pol­skich ksią­żek, cza­so­pism i prze­my­ca­niu ich przez gra­nicę.

Si­łaczki, bo tak są na­zy­wane, wi­dzą ogromną po­trzebę edu­ka­cji na wsi, przede wszyst­kim dziew­cząt, choć ta idea nie znaj­duje apro­baty u wszyst­kich spo­łecz­ni­ków dzia­ła­ją­cych na rzecz oświe­ce­nia wło­ścian. Ruch po­stu­luje two­rze­nie li­te­ra­tury dla niż­szych klas spo­łecz­nych, za­równo lud­no­ści miej­skiej, jak i wiej­skiej, a or­ga­nem re­ali­zu­ją­cym te idee są cza­so­pi­sma: znany we wszyst­kich trzech za­bo­rach "Ty­dzień" oraz "Zo­rza" z ha­słem: "Słu­żymy po­czci­wej spra­wie, a jako kto może, niech ku po­żyt­kowi do­bra wspól­nego po­może". Aniela po­dej­muje współ­pracę z tym ostat­nim ty­tu­łem nie tylko w dziale pla­stycz­nym, ale an­ga­żuje się rów­nież w ak­cje spo­łeczno-pa­trio­tyczne, któ­rych ini­cja­torką jest nie­oce­niona na tym polu Ma­ria Wy­sło­uchowa.

Aniela ni­g­dzie nie czuje się u sie­bie. We Fran­cji tę­skni za oj­czy­zną, we Lwo­wie - za Pa­ry­żem. Nie na­leży ani do wsi, jak jej przod­ko­wie, ani do mia­sta, jak opie­ku­no­wie

Zimą 1896 roku, ja­dąc z ob­ra­zami na wy­stawę do War­szawy, Aniela prze­myca do in­nego za­boru nie­le­galną "bi­bułę", wkła­da­jąc nie­bez­pieczne cza­so­pi­sma po­mię­dzy zwią­zane sznu­rami blejt­ramy. Nie zo­staje za­trzy­mana na gra­nicy i nie do­cho­dzi do kon­fi­skaty. Ma­ria Wy­sło­uchowa jest za­chwy­cona po­my­sło­wo­ścią i spry­tem Anieli, w li­ście kie­ruje do niej słowa uzna­nia i po­dzię­ko­wa­nia, ale ta, nie­pewna swych umie­jęt­no­ści i atu­tów, od­po­wiada: "Gdyby mnie Pani znała le­piej, to może nie uzna­łaby mnie za za­słu­gu­jącą na taką życz­li­wość bo ja sama mam so­bie wiele do wy­rzu­ce­nia. Ży­cie mi się po­plą­tało, prze­dziwne wpływy na mnie dzia­łały, ja sama nie je­stem za­do­wo­lona z sie­bie; nie tyle z mo­ich czy­nów, ile z mo­ich we­wnętrz­nych uspo­so­bień i na­stro­jów. Czuje się cza­sem bar­dzo słabą istotą"[113]. Okresy smutku, nie­za­do­wo­le­nia, fa­tal­nej kon­dy­cji psy­chicz­nej zda­rzają się Anieli czę­sto, w Pa­ryżu tę­sk­niąc za oj­czy­zną, wie­lo­krot­nie pi­sała o "nie­przy­jem­nym cza­sie uspo­sa­bia­ją­cym do me­lan­cho­lii"[114]. Te­raz we Lwo­wie tę­skni za Pa­ry­żem, ma­rzy o po­wro­cie do świata ar­ty­stek, twór­czej at­mos­fery, roz­mów o sztuce i ży­cia nią, do mia­sta wol­nych ko­biet re­ali­zu­ją­cych za­wo­dowe pra­gnie­nia. Wró­ciła do pol­skiego kli­matu, ma­low­ni­czych pej­zaży, do bli­skich. Ale nie­ustan­nie trwa w za­wie­sze­niu, ży­jąc po­mię­dzy dwoma sta­nami, bo ani - jak jej przod­ko­wie - nie na­leży już do wsi, ani - jak jej opie­ku­no­wie - do świata ary­sto­kra­cji. Jest zdolną, su­mienną, pra­co­witą ar­tystką ba­lan­su­jącą po­mię­dzy sta­nami, ko­bietą, od któ­rej wy­maga się usta­lo­nych za­cho­wań. Nie­za­mężną panną do­bie­ga­jącą trzy­dziestki, ma­larką pra­gnącą pracą wła­snych rąk utrzy­mać dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie i ate­lier. Ob­razy wy­sta­wia w ga­le­riach lwow­skich, kra­kow­skich, war­szaw­skich, pa­ry­skich i wie­deń­skich. Na za­mó­wie­nie two­rzy stu­dia por­tre­towe, wy­ko­nuje świetne ko­pie dzieł eu­ro­pej­skich, udziela lek­cji za­moż­nym pan­nom. Jako wy­cho­wanka Paw­li­kow­skich ma wstęp do lwow­skich sa­lo­nów. Uty­tu­ło­wane damy chęt­nie wy­cho­dzą z pro­po­zy­cjami współ­pracy, zma­wia­jąc u "pa­ry­żanki" ob­razy i lek­cje dla zdol­nych có­rek. Se­we­ryna Dzie­du­szycka pi­sze w tej spra­wie do swo­jej krew­nej - He­leny z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­skiej:

"Ko­chana Hel­ciu! [...] Otóż pro­szono mię o do­wie­dze­nie się od Cie­bie czy i kiedy przy­jeż­dża Anielka do Lwowa z Pa­ryża i osie­dli się tamże dla da­wa­nia lek­cyi ry­sunku i ma­lo­wa­nia. Py­tała się o to naj­ser­decz­niej­sza moja są­siadka Pani Bar­tło­mie­jowa Roz­wa­dow­ska wdowa wy­cho­wu­jąca swoje 5cioro dzieci z naj­więk­szem sta­ra­niem i po bo­żemu. Jej star­sza córka ma wi­doczny ta­lent ry­sunku, chciała mieć na­uczy­cielkę uta­len­to­waną a poza tem po­rząd­nie wy­cho­waną - wspo­mnia­łam jej o Anieli i Jej pro­jek­to­wa­nym przy­by­ciem i za­miesz­ka­niem we Lwo­wie. Chwy­ciła się tej my­śli i pro­siła o do­wie­dze­nie się do­kład­nie. Zdaje mi się, że i dla Anielki bę­dzie to z ko­rzy­ścią zna­leźć je­den dom wię­cej. Za­cny i ro­zumny, a pod tem wzglę­dem Pani Roz­wa­dow­ska z domu Szy­ma­now­ska może za­jąć pierw­szo­rzędne sta­no­wi­sko, czego naj­lep­szy do­wód sta­nowi, że ni­czyje to­wa­rzy­stwo tak bar­dzo nie upraw­nia dla mo­jej Ni­nusi jak to­wa­rzy­stwo jej có­rek"[115].

Na­uczy­cielka re­ko­men­do­wana dla "cho­wa­nych po bo­żemu" pa­nien musi mieć do­sko­nałe ma­niery, być miłą, przy­jemną, nie­ska­zi­telną mo­ral­nie. Panna Aniela to ide­alna kan­dy­datka, zdolna, wy­kształ­cona po pa­ry­sku i, co ważne, dość skromna. Tak po­strze­gana i po­le­cana mię­dzy ary­sto­krat­kami bę­dzie Aniela Pa­ją­kówna do czasu, gdy na­ru­szy nie­prze­kra­czalną dla opi­nii pu­blicz­nej i miesz­czań­skiej mo­ral­no­ści gra­nicę. Za­uro­cze­nie pi­sa­rzem An­to­nim Po­toc­kim, niby-na­rze­czo­nym, które kosz­tuje Anielę ofia­ro­wany przez Paw­li­kow­skich po­sag kilku ty­sięcy flo­re­nów, zo­staje jej w śro­do­wi­sku wy­ba­czone, ale dziecko bez ślub­nej ob­rączki na palcu - ni­gdy. I na­wet naj­uko­chań­sza He­lena z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­ska, naj­cu­dow­niej­szy anioł stróż, wy­po­wie wtedy do Anieli okrutne słowa: "Mo­żeby ci było le­piej, gdy­byś nas była na dro­dze ży­cia nie spo­tkała i nie­doj­rzała przez na­sze po­śred­nic­two szer­szych ho­ry­zon­tów. Ale stało się, musi już tak być, jak jest, Bóg świad­kiem, że chcie­li­śmy do­brze"[116].

Przy­bysz

Po wielu la­tach nie­uda­nego go­spo­da­ro­wa­nia ma­jąt­kiem w Bra­cie­jo­wej sta­rze­jący się, ale du­chem wciąż młody Se­wer przy­bywa do Kra­kowa. Obej­muje opieką wy­daw­ni­czą cza­so­pi­smo "Ży­cie", a jego re­dak­cję po­wie­rza mło­demu przy­ja­cie­lowi Ar­tu­rowi Gór­skiemu. To wła­śnie jemu epoka za­wdzię­czać bę­dzie na­zwę Młoda Pol­ska. "Po­nie­waż to Se­we­rowe "Ży­cie" było do­sko­na­łym re­flek­sem nie­fra­so­bli­wo­ści swego wy­dawcy, więc nie od rze­czy bę­dzie po­mó­wić o tej im­pre­zie. [...] Na­by­wa­jąc i wy­da­jąc "Ży­cie", na­by­wało się nie ja­kiś zwy­czajny or­gan pra­sowy: na­by­wało się sztan­dar - sztan­dar kry­sta­li­zu­ją­cego się już no­wego prądu w li­te­ra­tu­rze i sztuce [...] Zo­sta­jąc wy­dawcą "Ży­cia", Se­wer pie­ścił oczy­wi­ście prze­ko­na­nie, że speł­nia mi­sję, bo to i "oświaty ka­ga­niec", i nowe idee"[117].

Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski, nowy wódz kra­kow­skiej cy­ga­ne­rii. Choć o jego eks­cen­trycz­nych de­ka­denc­kich za­cho­wa­niach krą­żyły le­gendy, Przy­bysz zna­lazł wier­nych wy­znaw­ców za­równo wśród mło­dych li­te­ra­tów, jak i ma­tron z wyż­szych sfer

"Ży­cie" nie jest do­cho­do­wym in­te­re­sem. Re­dak­cja cza­so­pi­sma mie­ści się przy ulicy Świę­tej Ger­trudy, w dwóch po­ko­jach miesz­ka­nia te­ścio­wej Se­wera, pani Gün­the­ro­wej z Do­łęgi. Na wy­strój lo­kalu skła­dają się ogromny stół, ka­napa, for­te­pian i bla­szane łóżko z sien­ni­kiem. Re­dak­to­rzy w trud­nym po­ło­że­niu ży­cio­wym, stra­ciw­szy nie­opła­cane miesz­ka­nia, mają tu bez­pieczną bazę noc­le­gową. Poza łóż­kiem i ka­napą - rów­nież for­te­pian służy jako miej­sce do spa­nia. "Któ­re­goś wcze­snego po­ranka Me­hof­fer i No­wa­czyń­ski po ca­ło­noc­nej bir­bantce przy­pro­wa­dzili [...] "na Ger­trudę" Przy­by­szew­skiego, który, po la­tach emi­gra­cji, przy­był po­przed­niego dnia do Kra­kowa - i tu, z roz­rzew­nie­nia pa­trio­tycz­nego, tak się urżnął, że już tylko beł­ko­tem wy­po­wie­dzieć mógł po­wi­talny dla "Ży­cia" kom­ple­ment: "Przy­cho­dzę z tym - jakże mu tam - czo­ło­bi­ciem dla pra­pol­skiego or­ganu li­te­rac­kiego i jego po­tęż­nych kie­row­ni­ków - daj­cie mi, rany bo­skie, tro­chę czar­nej kawy, ro­dacy!" - po czym się roz­sz­lo­chał i za­pew­nił [...], że jest wiel­kim grzesz­ni­kiem - "któ­rego nie ominą ognie pie­kielne, i jak by­ście do kawy mieli tro­chę ko­niaku - to i ko­niaku""[118].

Se­we­rowe "Ży­cie" wę­druje w ręce mło­dych in­no­wa­to­rów: Przy­by­szew­skiego, Wy­rzy­kow­skiego i Wy­spiań­skiego. Se­wer z ulgą do­nosi: "Od­stą­pi­łem, czyli od­da­łem bez żad­nych pre­ten­sji Przy­by­szew­skiemu, który wśród mo­der­ni­stów kra­kow­skich ucho­dzi za pół­boga [...], są­dzę, że nie mo­głem le­piej zro­bić, jak upa­da­jące "Ży­cie" mo­der­ni­styczne od­dać przy­wódcy mo­der­ni­stów"[119].

Nowy wódz kra­kow­skiej cy­ga­ne­rii wpro­wa­dza do ma­ło­pol­skiego za­ścianka po­wiew wiel­kiego ar­ty­stycz­nego świata i no­wo­cze­snej Eu­ropy. Czuć nad­cho­dzącą re­wo­lu­cję w za­kre­sie sztuki, li­te­ra­tury i miesz­czań­skich oby­cza­jów. Kra­ków sza­leje na punk­cie Przy­by­sza i jego nor­we­skiej żony. Oboje mają tu wier­nych wy­znaw­ców i mi­ło­śni­ków, mło­dych li­te­ra­tów i bo­ga­tych me­ce­na­sów, cno­tliwe pa­nienki i ma­trony z wyż­szych sfer. Do Anieli do Lwowa rów­nież do­cho­dzą wie­ści o no­wym "Ży­ciu" i jego eks­cen­trycz­nym, choć in­try­gu­ją­cym re­dak­to­rze.

Da­leko poza gra­nice Kra­kowa niosą się wie­ści o de­ka­denc­kich na­stro­jach Przy­by­sza, o od­pra­wia­niu czar­nych, sa­ta­ni­stycz­nych mszy, o eg­zo­tycz­nej ru­do­wło­sej żo­nie dys­ku­tu­ją­cej na równi z męż­czy­znami, o pi­ciu wódki i ab­syntu, o hu­lan­kach do bia­łego rana w ka­mie­nicy na rogu ulic Sie­mi­radz­kiego i Kar­me­lic­kiej 53, o le­że­niu "ty­go­dniami ca­łymi w łóżku pod czarną koł­drą"[120], o mar­twych pło­dach w sło­ikach, o strasz­nych ma­lun­kach na ścia­nach - "fo­teu­sach z wiel­kimi gło­wami"[121], czyli re­pro­duk­cjach dzieł Goi i Mun­cha. Z cza­sem na ta­pe­tach sa­lonu miesz­ka­nia wy­na­ję­tego przez ro­dzinę Przy­by­szew­skich za­wi­sną por­trety pani domu, ru­do­wło­sej Da­gny, au­tor­stwa We­issa i Wy­spiań­skiego. Bie­siady przy ulicy Kar­me­lic­kiej i kli­mat tego miej­sca opi­suje jego by­wa­lec, ad­o­ra­tor i wiel­bi­ciel Da­gny, młody stu­dent me­dy­cyny Ta­de­usz Boy-Że­leń­ski: "Świt, fi­lu­jąca lampa do­gasa, okno bal­konu otwarte na ogród, z któ­rego wnika chłód po­ranka i ćwier­ka­nie ptasz­ków. Stach śpi głę­boko w fo­telu, cała jego gro­madka z zie­lon­ka­wymi twa­rzami kipi po­roz­kła­dana, gdzie tam któ­remu pa­dło, a w środku pod sto­łem, leży młody me­dyk Szyszka, mu­zy­kalny jak Cy­gan, i rżnie może od go­dziny na skrzyp­cach Znaszli ten kraj Mo­niuszki. Gra, le­żąc z głową wspartą o pu­stą flaszkę i raz po raz trąca smycz­kiem o blat stołu, to ory­gi­nal­nie rwie na strzępy tę płynną me­lo­dię, bo­ga­cąc ją ka­pry­sem nie­spo­dzia­nek. [...] Al­ko­hol i mu­zyka. Mu­zyka brzmiała w domu Przy­by­szew­skich cią­gle. Da­gny grała Schu­manna, Griega, ja­kieś nor­we­skie me­lo­die lu­dowe lub we­spół z Szyszką so­naty skrzyp­cowe Beetho­vena. Po­tem Stach, wciąż z nie­stru­dzo­nym Szyszką, Ba­cha. Po­tem, gdy już "doj­rzał", od­pę­dzał Szyszkę i sam za­czy­nał grać Cho­pina"[122].

Kra­ków sza­leje na punk­cie Przy­by­sza i Da­gny Juel Przy­by­szew­skiej, jego nor­we­skiej żony. Do ma­ło­pol­skiego za­ścianka wno­szą po­wiew świe­żo­ści, no­wo­cze­snej Eu­ropy

Zgor­szeni miesz­cza­nie opo­wia­dają o czar­nej ma­gii upra­wia­nej przez Przy­by­sza i za­tru­wa­niu umy­słów kra­kow­skiej mło­dzieży. Sta­rzy prze­strze­gają przed sza­ta­nem z rudą bródką, mło­dzi po­dą­żają za nim w noc­nych or­sza­kach, ra­do­śnie wę­dru­jąc od jed­nej knajpy do dru­giej, od pi­wiarni ko­rzen­nej u Le­si­sza na Rynku pod nu­me­rem 21 do składu wó­dek Jana Dep­tu­cha na Szew­skiej 14, od ka­wiarni Schimdta na rogu Szew­skiej i Plant do re­stau­ra­cji Tur­liń­skiego na Szpi­tal­nej 38[123]. Ta ostat­nia to ulu­biony lo­kal "dzieci sza­tana". Usy­tu­owany na­prze­ciw nowo wy­bu­do­wa­nego gma­chu Te­atru Miej­skiego, dwa kroki od Szkoły Sztuk Pięk­nych, staje się ide­al­nym miej­scem noc­nych pi­ja­tyk i waż­kich roz­mów o sztuce. Knajpę ochrzczono Pa­onem, ina­czej Pod Pa­wiem, któ­rego ślicz­nie na­ma­lo­wał Wy­spiań­ski i za­wie­sił na jed­nej ze ścian we wnę­trzu lo­kalu. Prze­sia­duje tu cała ga­le­ria "za­ła­ma­nych, tra­gicz­nych eg­zy­sten­cji"[124].

"Gdy re­stau­ra­tor Tur­liń­ski w swoim Pa­onie roz­wie­sił kil­ku­me­trowe płótno, by się ono mo­gło wy­peł­nić utwo­rami pa­ono­wej sta­łej klien­teli: utwo­rami li­te­ra­tów, ak­to­rów, ma­la­rzy i mu­zy­ków - i gdy Lu­cjan Ry­del je­den z pierw­szych za­mie­ścił na nim "po­zdro­wie­nie": "Niechże ja Cię wier­szem sła­wię, knajpo, gdzie przy czar­nej ka­wie drogi czas na ni­czym tra­wie""[125], Wy­spiań­ski wy­jął pę­dze­lek i do­ma­lo­wał wła­sną od­po­wiedź: "Szkoda, Pa­nie Ry­del, szkoda, drogi czas na ni­czym tra­wić; można jesz­cze się na­pra­wić, boś pan sława pono młoda"[126]. Na wiel­kim płót­nie pa­onowcy ma­lują sen­ten­cje, pej­zaże, ka­ry­ka­tury i por­trety. Jó­zef Me­hof­fer por­tre­tuje Sta­ni­sława Przy­by­szew­skiego, a Mar­celi Na­łęcz-Do­bro­wol­ski kre­śli zgrabny wi­ze­ru­nek Ta­de­usza Paw­li­kow­skiego, obec­nego dy­rek­tora Te­atru Miej­skiego w Kra­ko­wie i syna opie­ku­nów Anieli Pa­ją­kówny, nie­gdyś mło­dzień­czo w niej za­du­rzo­nego.

"Cie­kawe, cóż tam się wy­ra­bia w tym Kra­ko­wie" - do­py­tuje Aniela w li­stach sła­nych do hra­biny ze Lwowa. Do­pra­sza się waż­nych in­for­ma­cji, ja­kichś cie­ka­wo­stek, może plo­te­czek i wszel­kich no­wi­nek. W li­sto­pa­dzie 1898 roku otrzy­muje od zna­ko­mi­cie zo­rien­to­wa­nej w świe­cie to­wa­rzy­skim He­leny Paw­li­kow­skiej garść in­te­re­su­ją­cych in­for­ma­cji:

"O "Ży­ciu" i Przy­by­szew­skim, cóż ci jesz­cze po­wiem, oprócz tego co ci po­wie­dzia­łam wczo­raj. Przy­bysz, jest "al­ko­ho­lik na­ło­gowy" czyli po pro­stu pi­jak, który jed­nak ni­gdy pi­ja­nym się nie wy­daje. Ja są­dzę, że pi­sze bę­dąc bar­dzo excy­to­wa­nym, w ro­dzaju roz­ma­itych faz de­li­rium tre­mens. Może po­wie­trze ro­dzinne, inne sto­sunki i wa­runki ży­cia otrzeź­wią go, po­zwolą spoj­rzeć przy­tom­niej i zdro­wiej, a wtedy - mógłby się stać ge­niu­szem, bo jest w nim ma­ter­jał, jest w nim ta­lent i du­sza nie­zwy­kła. Je­żeli po­zo­sta­nie ta­kim, ja­kim jest, to wpływ jego do­dat­nim nie bę­dzie, a wpływ jego wielki na grono mło­dzieży i ar­ty­stów - for­mal­nie sza­leją za nim, zwą Mes­sja­szem, a urok jego ma być tak wielki, że nikt oprzeć mu się nie zdoła. Idalka[2*], Se­we­rowa nie mogą się o nim na­ga­dać, choć tylko czło­wiek, a nie to, co on pi­sze, im się po­doba. W ży­ciu ma być zu­peł­nie inny niż w pi­śmie, skromny, pro­sty, na­tu­ralny, stąd więc są­dzę, że w nim jest dwóch lu­dzi, że pi­sze w ro­dza­jach wi­zyj, eg­zal­ta­cji nie­na­tu­ral­nej.

[...] Bar­dzo bym pra­gnęła spo­tkać się z nim. Po­la­kiem ma być całą du­szą, cie­szy się, że jest w kraju, po­wiada, że wchła­nia w sie­bie wszyst­kiemi po­rami pol­ską mowę, ser­deczny i cie­pły jest w obej­ściu. Żona jego piękna i ko­chają się bar­dzo i nie roz­łą­czają ni­gdy pra­wie, dzieci mają dwoje, biedni są bar­dzo. W Ber­li­nie w ta­kiej byli nę­dzy, że ona i dzieci pu­chły z głodu. Za "Ży­cie" on nie za­pła­cił wcale, prze­szło tylko kie­row­nic­two z rąk Se­wera w jego ręce. Gdy przy­je­chał, nie miał się zu­peł­nie za co urzą­dzić, więc na wy­ścigi za­częli ob­da­rzać go roz­ma­itemi rze­czami, a gdy z po­czątku przy­jąć nie chciał, a po­tem dzię­ko­wał, dzię­ko­wać nie po­zwa­lała za­hip­no­ty­zo­wana mło­dzież, mó­wiąc, że prze­ciw­nie oni winni mu wdzięcz­ność, że ra­czył przy­jąć ich ofiarę, że dumni są z tego, że mu przy­słu­żyć się mo­gli. Jed­nem sło­wem uwiel­biają, scho­dzą się do nich tłum­nie. Je­den przy­nie­sie szynki, drugi wina, trzeci cu­kru etc. i ra­zem je­dzą, piją, dys­pu­tują, czy­tają. Cał­kiem ja­kieś inne, nor­weg­skie wnie­śli ży­cie, oby­czaj. Ona także pi­sze i dru­kuje w Nor­we­gji, swej oj­czyź­nie. Jest wą­tła, wy­gląda jak ja­kieś senne, roz­wiewne ma­rze­nie - po­wia­dają. Gdy np. w re­stau­ra­cji Tur­liń­skiego lub u nich w domu, mąż za­gada się po pol­sku, a ona nie ro­zu­mie i zmę­czy się, to nie­wiele my­śląc kła­dzie się na so­fie, gdzie leżą po­rzu­cane pa­le­toty tych pa­nów i śpi. Dziw­nie ma wy­glą­dać jej po­etyczna po­stać w tem miej­scu i oto­cze­niu, śpiąca na tych pa­le­to­tach. W każ­dym ra­zie cie­kawi, bar­dzo cie­kawi lu­dzie, cie­kawe ich oby­czaje, zwy­czaje, wy­obra­że­nia, cie­kawe ich du­sze i umy­sły. Bar­dzo pra­gnę spo­tkać się z niemi. By­wają u Se­we­rów, Że­leń­skich, Włod.[zi­mie­rzów] Tet­ma­je­rów, zdaje się u Idalki także, Axen­to­wi­czów, Pio­trow­skich... Co się ty­czy ilu­stra­cyj "Ży­cia", to tem Wy­spiań­ski głów­nie kie­ruje. Pie­nię­dzy nie mają, więc od­bi­ja­jąc, uży­wają klisz już zu­ży­tych, na pół za­ma­za­nych, które Przyb.[yszew­ski] otrzy­muje z Nie­miec, Nor­we­gji, Wy­spiań­ski zaś z Wied­nia, stąd źle się to pre­zen­tuje, przy­naj­mniej jesz­cze go­rzej niżby mo­gło. A To­bie? Czy przy­pa­dają do gu­stu? I czy tłu­ma­cze­nia ob­ra­zów Mun­cha, pióra Przy­by­szew­skiego, ro­zu­miesz? Ja ro­zu­miem niby, ale za te ob­razy stanu du­szy dzię­kuję. Sym­bol jest wa­dli­wie na­ry­so­wany, a ramy nie­przy­zwo­ite, na stole w przy­zwo­itym domu nie mogą prze­cie le­żeć ta­kie rze­czy, jak płód nie­do­no­szony w ło­nie matki i różne koło niego przy­na­leż­no­ści, fa­ta­łaszki obrzy­dliwe; zresztą ko­bieta tak zbu­do­wana, jak ta w Sym­bolu matką być nie może. Upiór wy­gląda jak nie­do­sku­bana kura. W ogóle "uprzej­mie" dzię­kuję za ta­kie ob­razy. Ta na mostku sie­dząca to krzy­czy po­rząd­nie, tylko nie wie­dzieć czego..."[127].

Re­pro­duk­cje prac Edvarda Mun­cha w re­da­go­wa­nym przez Przy­by­szew­skiego cza­so­pi­śmie "Ży­cie"

W wy­da­wa­nym co so­botę kra­kow­skim ty­go­dniku "Ży­cie", w nu­me­rze z 29 paź­dzier­nika 1898 roku, za­miesz­czono re­pro­duk­cje trzech prac Edvarda Mun­cha, za­ty­tu­ło­wa­nych Sym­bol, Upiór i Krzyk[128]. Twór­czość Mun­cha bez­sprzecz­nie wiele za­wdzię­cza Przy­by­szew­skiemu, to on jako pierw­szy na ła­mach ber­liń­skiej prasy re­cen­zuje i za­chwala dzieła nor­we­skiego przy­ja­ciela, a pi­sze o nich w ten spo­sób: "Krzyk! Nie­mo­żeb­nem dać po­ję­cie o tym ob­ra­zie, bo cała jego nie­sły­chana po­tęga tkwi w ko­lo­rze. Niebo roz­wście­kliło się krzy­kiem bied­nego syna Ewy. Każdy ból to ot­chłań stę­chłej krwi, każde prze­cią­głe wy­cie bólu to ol­brzy­mie to skłę­bione pasy, nie­wy­rów­nane, bru­tal­nie ze sobą zmie­szane, jak ki­piące pier­wiastki po­wsta­ją­cych świa­tów w dzi­kich rże­niach two­rze­nia. I niebo krzy­czy, cała na­tura sku­piła się w strasz­li­wym or­ka­nie krzyku, a na przo­dzie, na po­mo­ście stoi krzy­czący czło­wiek, obiema rę­kami ści­ska swą głowę, bo od ta­kich krzy­ków żyły pę­kają i włosy bie­leją"[129].

He­lena Paw­li­kow­ska ne­ga­tyw­nie oce­nia prace słyn­nego Nor­wega. W li­ście pyta Anieli: "A To­bie? Czy przy­pa­dają do gu­stu? I czy tłu­ma­cze­nia ob­ra­zów Mun­cha, pióra Przy­by­szew­skiego, ro­zu­miesz?"

Aniela ina­czej niż Paw­li­kow­ska oce­nia twór­czość nor­we­skiego ma­la­rza, choć jesz­cze nie może wie­dzieć, że in­spi­ruje się on swą muzą i mi­ło­ścią - Da­gny Juel Przy­by­szew­ską, a jego dzieła są wy­ra­zem jego oso­bi­stych do­świad­czeń i wy­ra­żają smu­tek oraz tę­sk­notę za uko­chaną ko­bietą. Jesz­cze nie wie, że Munch, Da­gny i Przy­bysz to część ber­liń­skiego dra­matu, za­klę­tego w kręgu mi­ło­ści i śmierci, to prze­raź­liwe fa­tum, które bę­dzie mieć ciąg dal­szy. Wkrótce i ona do­łą­czy do tego tra­gicz­nego danse ma­ca­bre.

"Jak ćma do słońca"

Oka­zja uj­rze­nia i po­zna­nia Przy­by­sza nada­rza się we Lwo­wie w czerwcu 1899 roku. Afi­sze roz­wie­szone na mie­ście i anonsy w ga­ze­tach do­no­szą o od­czy­cie na te­mat Cho­pina. Do­chód z im­prezy ma być prze­zna­czony na bu­dowę po­mnika Adama Mic­kie­wi­cza we Lwo­wie, bi­lety roz­cho­dzą się jak świeże bu­łeczki. W po­nie­dzia­łek o szó­stej po po­łu­dniu Aniela za­siada w trze­cim rzę­dzie ob­szer­nej sali ra­tu­szo­wej po­śród licz­nie zgro­ma­dzo­nego tłumu słu­cha­czy i po­dzi­wia mi­strza.

Nie jest jed­nak je­dyną ko­bietą, która tego wie­czoru ule­gnie cza­rowi i ma­gne­ty­zmowi pre­le­genta. W pierw­szym rzę­dzie krze­seł, na ho­no­ro­wych miej­scach, wy­kładu słu­cha przy­ja­ciel Przy­by­sza z lat dzie­ciń­stwa - mistrz Jan Ka­spro­wicz z bar­dzo fi­li­gra­nową, bar­dzo piękną, bar­dzo słodką i sub­telną żoną Ja­dwigą. Przy­wi­tany we Lwo­wie z wielką pompą i ho­no­rami, Przy­bysz pi­sze do Da­gny prze­by­wa­ją­cej z dziećmi w Za­ko­pa­nem: "Moje złote dziecko, Wielki był try­umf. [...] Dwie noce pi­sa­łem i głowa moja była tak prze­pra­co­wana, że spać nie mo­głem. Brom mnie uspo­koił tak, że z peł­nym spo­ko­jem gło­śno i wy­raź­nie czy­ta­łem. Sala była prze­peł­niona, około ty­siąc lu­dzi; kiedy wsze­dłem na es­tradę, kla­skali jak sza­leni. Od­czyt mój po­rwał lu­dzi, byli tak nie­zwy­kle po­ru­szeni, za­chwy­ceni, że kiedy skoń­czy­łem - mó­wi­łem przez trzy kwa­dranse - sala zu­peł­nie osza­lała. Ta­kiego przy­ję­cia ni­gdy jesz­cze nie mia­łem. Miesz­kam u Ja­sia Ka­spro­wi­cza, który na­wia­sem mó­wiąc zro­bił się abs­ty­nen­tem. Żona jego jest naj­słod­szym stwo­rze­niem, ja­kie po­my­śleć można i bar­dzo sub­telna, bar­dzo fi­li­gra­nowa, bar­dzo piękna. Oboje ko­chają mnie bez­gra­nicz­nie. Dziś we wszyst­kich ga­ze­tach dłu­gie, dłu­gie spra­woz­da­nia z od­czytu. Och gdy­byś Ty tu­taj była. Lwów jest pięk­nym i wiel­kim mia­stem"[130].

Gdyby Da­gny tego lata nie utknęła z ma­leńką Iwą i trzy­let­nim Ze­no­nem pod Ta­trami, lecz to­wa­rzy­szyła mę­żowi w po­dróży do Lwowa, może nie uda­łoby mu się za­ini­cjo­wać dwóch ro­man­sów rów­no­cze­śnie - do sza­leń­stwa roz­pa­la­jąc zmy­sły żony przy­ja­ciela i panny Anieli chło­ną­cej "każde jego słowo pod­kre­ślane su­ge­styw­nymi ru­cham ciała, eks­pre­sją pięk­nych dłoni. I tę nie­zwy­kłą, raz po raz zmie­nia­jącą się in­to­na­cję głosu, opa­da­jącą nie­kiedy do de­mo­nicz­nego szeptu, to znów wzno­sząca się do schryp­nię­tego krzyku"[131]. Oso­bi­ście zo­stają so­bie przed­sta­wieni kilka dni póź­niej na uro­czy­stym obie­dzie wy­da­nym przez syna hra­biny, Jana Gwal­berta Paw­li­kow­skiego, po ko­lej­nym od­czy­cie o Królu-Du­chu Ju­liu­sza Sło­wac­kiego, gdzie tym ra­zem głów­nym pre­le­gen­tem ma być go­spo­darz im­prezy. Przy­bysz z Kra­kowa ma wy­gło­sić ko­re­fe­rat, ale nie­przy­go­to­wany, w po­al­ko­ho­lo­wym sta­nie spóź­nia się skan­da­licz­nie, wy­wo­łu­jąc kon­ster­na­cję wśród sza­cow­nych mów­ców. Na­za­jutrz ga­zety do­niosą, że choć wpraw­dzie mistrz głosu nie za­bie­rał, jego na­zwi­sko pa­dało wie­lo­krot­nie pod­czas dys­ku­sji. No trudno. Zo­staje mu to wy­ba­czone, za­po­mniane. Tego sa­mego wie­czoru, gdy na po­rząd­nym kacu po­znaje Anielę, uro­czą "pa­ry­żankę" z równo ob­ciętą, krótką grzywką, ja­snymi oczami przy­sło­nię­tymi wo­alem opa­da­ją­cym z fi­ku­śnego ka­pe­lu­sza, ubraną w błę­kitną bluzkę za­piętą pod szyją ele­gancką per­łową broszką, wy­syła jej pierw­szy bi­le­cik z za­py­ta­niem: "Otóż Droga Pani, po­zo­staję jesz­cze do po­nie­działku. Kie­dyż bę­dzie można Pa­nią wi­dzieć? Ser­deczny Uścisk dłoni"[132]. Od­wie­dzi ją w pra­cowni, obej­rzy ob­razy, po­roz­ma­wia o Mun­chu, Ber­li­nie i Pa­ryżu. Rów­no­cze­śnie po­śle kilka mi­ło­snych li­ści­ków do fi­li­gra­no­wej żony przy­ja­ciela Jana Ka­spro­wi­cza z elek­try­zu­ją­cym py­ta­niem: "No więc do­brze? Och, bar­dzo, bar­dzo do­brze? Dziś o 12-tej w parku. Do­brze? Jam tego tak mocno, tak strasz­nie pra­gnął"[133].

Od te­raz słał bę­dzie z Kra­kowa i Za­ko­pa­nego do Lwowa na­miętne, ero­tyczne li­sty do no­wej ogni­stej ko­chanki oraz smutne li­sty pełne uty­ski­wa­nia do mi­ło­sier­nej panny Anieli. Po­dwójna, ba, po­trójna gra trwa: żona, za­mężna ko­chanka i nie­winna panna z po­sa­giem. Aniela jest wielką mi­ło­śniczką i en­tu­zjastką "Ży­cia" - pi­sma o no­wej sztuce i li­te­ra­tu­rze. To pod re­dak­cją Przy­by­sza uważa wprost za ge­nialne. Za­an­ga­żo­wana w pro­jekty spo­łeczno-ar­ty­styczne, chętna do współ­pracy, ofe­ruje przy­jaźń i po­moc fi­nan­sową. Nie za­wie­dzie Przy­by­szew­skiego, na każde we­zwa­nie przy­śle za­mó­wioną kwotę, ra­tu­jąc od ta­ra­pa­tów i ban­kruc­twa. Ten pi­sze: "Kogo można pro­sić o wielką przy­sługę, myśl się za­trzy­my­wała upo­rczy­wie przy To­bie, usta­wicz­nie przy To­bie. Słu­chaj, ja­sne dziecko, je­żeli mo­żesz po­ży­czyć mi 30 reń­skich do 19 wrze­śnia, to przy­ślij mi je te­le­gra­ficz­nie na­tych­miast"[134]. Ona po­syła, on od­pi­suje: "Nie masz wy­obra­że­nia, jaka to męka dla mnie pro­sić cię, naj­droż­sze dziecko, ale je­żeli mo­żesz to przy­ślij mi na­tych­miast choć z 10 guld.[enów], bo mi co­dzien­nie ro­bią skan­dal o nie­za­pła­cone miesz­ka­nie, praczka hece wy­pra­wia, a ja w do­datku chory. Przy­ślij wprost do domu, a na te­le­gra­mie na­pisz "Z po­le­ce­nia Mo­ra­czew­skiego" - i Twoje na­zwi­sko. Mó­wi­łem żo­nie o To­bie, żeś nie­zmier­nie słodka, do­bra i je­dy­nym moim przy­ja­cie­lem. Tylko się śpiesz, naj­droż­sza, dziś już na pa­pie­rosa nie mam. Roz­pacz. Ca­łuje ty­siąc­krot­nie Twoje ręce"[135].

Przy­by­szew­ski po­znaje Anielę na po­rząd­nym kacu. Uro­cza "pa­ry­żanka" z równo ob­ciętą grzywką za­pada mu jed­nak w pa­mięć. Wkrótce wy­syła jej bi­le­cik z prośbą o spo­tka­nie: "Kie­dyż bę­dzie można Pa­nią wi­dzieć?"

Ona znowu po­syła. Nie przy­pusz­cza, że jej pie­nią­dze on spo­żyt­kuje na cał­kiem inny cel, na znaczki, li­sty i wy­cieczki do Rabki, gdzie na let­ni­sko ze Lwowa przy­bywa Ja­dwiga Ka­spro­wi­czowa. Do niej li­sty pi­sze się ina­czej: "Dzień mój ja­sny. Te­raz mi już zu­peł­nie do­brze, wy­sta­ra­łem się tro­chę pie­nię­dzy - i ja­koś mi raź­niej - nie je­stem już tak strasz­nie zroz­pa­czony - tylko pisz pisz - pisz, dziś by­łem trzy razy na po­czcie - wczo­raj rów­nież i nic - nic. Skoro otrzy­mam od Cie­bie od­po­wiedź, otrzy­masz długi list. Ca­łuję ręce i nogi Twoje"[136].

Dra­mat mi­ło­snego czwo­ro­kąta roz­grywa się w let­nich mie­sią­cach 1899 roku. Stach krąży mię­dzy Kra­ko­wem, wy­da­jąc tu ko­lejne nu­mery "Ży­cia" i tra­cąc ko­lejne wy­na­jęte miesz­ka­nia, Rabką, gdzie za­do­wala wy­ma­ga­jącą ko­chankę i gdzie pe­cho­wym zbie­giem oko­licz­no­ści nie­ocze­ki­wa­nie zja­wia się Aniela, a Za­ko­pa­nem, gdzie Da­gny z dziećmi zo­staje po­zba­wiona da­chu nad głową i zmaga się z bra­kiem środ­ków do ży­cia. Ona już prze­czuwa nad­cią­ga­jącą ka­ta­strofę, pi­sząc do męża: "Ko­cha­nie, je­stem taka smutna i pełna me­lan­cho­lii od czasu Twego wy­jazdu, że to prze­cho­dzi wszelką miarę. Dwie całe go­dziny cho­dzi­łam dziś rano tam i z po­wro­tem my­śląc z za­ci­śnię­tymi pię­ściami o tym wiel­kim ży­cio­wym świń­stwie i nie mo­głam się uspo­koić. W ostat­nich dniach by­łeś dla mnie po­wo­dem tylu obaw, złych prze­czuć. Czas do Twego po­wrotu bę­dzie dla mnie wię­cej niż złym cza­sem. Dziś spo­tkała mnie nie­przy­jem­ność. Go­spo­dyni wy­na­jęła bez wszyst­kiego moje po­koje, je­stem więc znowu bez miesz­ka­nia, a co gor­sza, jak wiesz, bez pie­nię­dzy, żeby za­pła­cić za miesz­ka­nie. Czy mo­żesz mi przy­słać 50 reń­skich? Wiem oczy­wi­ście, jak to trudno, lecz cóż mam zro­bić bez pie­nię­dzy? - Na­stęp­nie - jesz­cze jedna rzecz: Sta­sinku - tak, za­sta­na­wia­łam się by­łoby na­prawdę głu­pio i smutno sprze­da­wać te zie­lone me­ble. Do­sta­niesz za nie naj­wy­żej 60 reń­skich, a za to nie można nic, nic na nowo ku­pić. Me­ble są ta­kie piękne. Fo­tele i małe krze­sła za­trzy­maj w każ­dym ra­zie. Sofa nie jest taka ładna, mo­żesz ją też bez wszyst­kiego sprze­dać, a także wszyst­kie me­ble z po­koju sto­ło­wego, to wszystko nie jest po­trzebne, ale wła­śnie zie­lone krze­sła są ta­kie piękne, ory­gi­nalne i wy­godne. Do­brze ko­cha­nie? Zrób to o co Cię pro­szę. Bar­dzo Cię pro­szę. We­iss musi te­raz z ob­ra­zem po­cze­kać, aż prze­pro­wa­dzę się do no­wego miesz­ka­nia, bo tam jest inne świa­tło. Ko­cham Cię bez gra­nic, po­zdra­wiam po ty­siąc­kroć przy­ja­ciół w Kra­ko­wie! Twoja, Twoja Du­cha. Ze­non do­py­tuje cią­gle o ta­tu­sia"[137].

Pie­nią­dze na ra­to­wa­nie Da­gny i jej dzieci przy­syła Aniela, na spo­tka­nia z ko­chanką w Rabce - nie­świa­doma tego - rów­nież. Ra­tuje me­ble, zie­loną ka­napę i ob­my­śla plan zdo­by­cia fun­du­szy na oca­le­nie od ban­kruc­twa "Ży­cia", które w lipcu 1899 roku zmie­nia się z ty­go­dnika w mie­sięcz­nik. Przy­ja­ciele, ukra­iń­ski po­eta Wa­syl Ste­fa­nyk i tłu­macz jego li­te­ra­tury, z wy­kształ­ce­nia le­karz, Wa­cław Mo­ra­czew­ski, biją na alarm i do­no­szą Anieli o tra­gicz­nym po­ło­że­niu ga­zety i Przy­by­sza. Ste­fa­nyk pi­sze: "Wi­dzia­łem dzi­siaj P. na ulicy. Był za­stra­szony jak zbłą­kane dziecko w polu. Mu­siał się ze swego miesz­ka­nia wy­nieść, po­nie­waż wie­rzy­ciele-ży­dzi bar­dzo mu do­ku­czali. O 5-tej go­dzi­nie rano ro­bot­nicy prze­nie­śli go do in­nej chaty a w na­grodę za trud do­stali tę zie­loną ka­napę, na któ­rej sie­dział, kie­dy­śmy z nim roz­ma­wiali. Po Kra­ko­wie roz­nio­sła się wieść, że uwiódł ja­kąś ko­bietę i uciekł z nią do Pa­ryża. Te­raz cho­dzi po wszyst­kich pu­blicz­nych ze­bra­niach, po zna­jo­mych, żeby go wi­dzieli... Mó­wił, że ma do­syć Po­la­ków i li­te­ra­tury pol­skiej i pro­sił, żeby mu bromu ku­pić"[138].

Po tych wie­ściach Aniela na­tych­miast po­syła Ste­fa­ny­kowi nowe fun­du­sze na ra­to­wa­nie Sta­cha i me­bli i otrzy­muje od­po­wiedź: "Szu­ka­łem dwa dni P. i zna­la­złem go w względ­nie do­brym po­ło­że­niu. Ma nowe miesz­ka­nie przy Kar­me­lic­kiej l. 31 na trze­cim pię­trze. Czuje się do­syć zdrowy. Pie­nią­dze da­łem mu jako nie moje lecz zło­żone u mnie przez jedną pa­nią na pe­wien cel... Wziął 15 złr. A 5 złr. dał mnie, aże­bym mu do­rę­czył około 20-go lipca, gdy bę­dzie je­chał do Za­ko­pa­nego na od­czyt. Z ka­napą za­rzą­dzi­li­śmy tak, że się ją wy­kupi po fe­riach, gdy wrócę do Kra­kowa... Zresztą no­wego nic. P. cią­gle zo­staje w to­wa­rzy­stwie pi­ja­ków i de­ka­den­tów"[139].

Dok­tor Wa­cław Mo­ra­czew­ski i Wa­syl Ste­fa­nyk wi­dzą w oby­tej w to­wa­rzy­stwie pan­nie Anieli szansę dla "Ży­cia", pro­szą o ra­tu­nek i wspar­cie tej ini­cja­tywy. Ona od­po­wiada: "Ma­cie sza­nowny Pa­nie cu­downy dar wpły­wa­nia na mnie zba­wien­nie. Każde słowo Wam pa­nie dziw­nie miłe. Le­piej mi po li­ście Wa­szym Pa­nie Le­ka­rzu! Nic Panu nie opo­wiem o so­bie, bo Pan wszystko wie. Gdyby moje łzy i mój smu­tek ulżyły tam­tej "nie­szczę­śli­wej gło­wie" - zgo­dzi­ła­bym się wię­cej cier­pieć. Gdyby choć je­den cierń wy­jąć. Od­su­nął mnie zu­peł­nie od sie­bie, zmie­nił się. Gu­bię się w do­my­słach dla­czego. Nic nie wiem. Nie chcę przy­pusz­czać, aby w tem była jaka in­tryga, ale co jest? Czy może zbyt wielka ser­decz­ność z mo­jej strony? A może. Naj­bo­le­śniej­szem jest to po­czu­cie zu­peł­nej bez­sil­no­ści w chwili, kiedy pra­gnie się ra­to­wać. Kiedy zro­bi­łoby się wszystko co moż­liwe. Oto jest kilka osób, które pra­gną, aby mu było le­piej. Jest nas czworo z pa­nem Ste­fa­ny­kiem. Czyż my nic zro­bić nie mo­żemy? Pa­nie, niech Pan po­my­śli nad tem, może pan co znaj­dzie. Niech pan ra­dzi i roz­po­rzą­dza. Może choć chwilę ulgi. Czy mi Pan nic wię­cej o nim nie na­pi­sze? Czy trzeba Pana prze­pra­szać za to py­ta­nie? Dzię­kuję Panu za wszystko"[140].

W ko­lej­nym li­ście pi­sze: "[...] list pana czy­tam po raz setny. Umiem go na pa­mięć. I pła­ka­łam nad nim i spra­wił ra­dość ser­deczną. - czy Pan czuje, ile mi Pan do­brego robi? Cu­downą rolę mi Pan wska­zuje. Ale bez po­mocy Pana nic zro­bić nie zdo­łam. Niech mi Pan do­po­może! Co tylko zro­bić mo­żemy, róbmy, nie zwle­kajmy, idźmy na­prze­ciw. By­ła­bym szczę­śliwa, gdy­bym tego "smut­nego" opieką oto­czyć mo­gła. Ale czy ja mogę? Wszystko zro­bię, co w ludz­kiej mocy. Ma­rzy­łam o tem, aby Mu być przy­ja­cie­lem. Ale wi­dać nie godna je­stem tego. Mu­szę po­zo­stać z dala. W każ­dym ra­zie do­brze je­śli na­wet z dala pa­trzeć na tego "wiel­kiego Pana" mogę(?) Ach, gdyby Mu mo­gło być choć tro­chę le­piej. Choćby już nic nie dał, to to, co dał świeci i świe­cić bę­dzie"[141].

Wkrótce zaś do­nosi "By­łam dziś w Re­dak­cji [...] Wy­szedł śliczny nu­mer "Ży­cia". Czy go Pan otrzy­mał? [...] Wie Pan, mnie cią­gle po gło­wie cho­dzi pro­jekt zwró­ce­nia się do Pa­de­rew­skiego. Do­wia­dy­wa­łam się o Pa­de­rew­skiego i mó­wiono mi, że jest tam u sie­bie, na wsi, w Ga­li­cji. Gdyby tak na­pi­sać do niego, przed­sta­wić mu czem jest "Ży­cie", ile do­brego zro­biłby dla li­te­ra­tury i sztuki, gdyby chciał do­po­módz. Po­słać kilka nu­me­rów np. trzy ostat­nie, w któ­rych jest Go­dzina cudu. Na­pi­sać w imie­niu przy­ja­ciół "Ży­cia". Mo­żeby ze­brać tro­chę pod­pi­sów a może je­den pod­pis w imie­niu in­nych. Gdyby trzeba było moż­naby po­je­chać do niego. Po­je­cha­ła­bym. Mnie jako ma­larce uszłoby. Przy­tem znam Pa­de­rew­skiego. Po­wie­dzieć, że oni sami, że re­dak­tor, za dumni są aby sami uda­wali się do niego, ale że oto "Ży­cie upada". Co Pan my­śli o tym pla­nie? Je­żeli to moż­liwe, to trzeba by za­raz to ro­bić, bo Pa­de­rew­ski wy­je­dzie. Pa­de­rew­ski tyle daje na różne cele, że ra­czej nie od­mó­wiłby. Co Pan o tem my­śli? Czy Pan chciałby na­pi­sać o "Ży­ciu" - czem jest i dla­czego trzeba je ra­to­wać? Ja zresztą po­jadę, pod­pi­szę, wszystko zro­bię, je­żeli nie ma ni­kogo ktoby to zro­bił le­piej ode mnie. Przy­by­szew­skiemu nic nie mó­wić przed­tem, do­piero jak wszystko się za­ła­twi. Mnie się zdaje, że uda się. Trzeba go­rąco na­pi­sać. Czy Pan na­pi­sze? Czuję się źle, cza­sem bar­dzo źle. Znowu brak sił. Jadę w so­botę do Rabki, gdzie jest już moja zna­joma, a gdzie znajdę po­koik. Chcia­ła­bym dużo sa­mot­no­ści i ci­szy. Zo­stanę tam cały sier­pień. Może, może zro­bię wy­cieczkę do Za­ko­pa­nego na parę dni"[142].

Osta­tecz­nie z ra­to­wa­nia "Ży­cia" przy wspar­ciu zna­ko­mi­tego pia­ni­sty i kom­po­zy­tora Jana Igna­cego Pa­de­rew­skiego nic nie wy­nik­nie. Do uszu Anieli do­cho­dzą nie­wia­ry­godne plotki o ro­man­sie Ka­spro­wi­czo­wej i Przy­by­szew­skiego, ale nie daje im wiary. Nie przy­pusz­czała, że tak mocno się za­an­ga­żuje, po­czuje tak ogromną sym­pa­tię, może na­wet mi­łość. Na prze­strogi He­leny Paw­li­kow­skiej, by nie ule­gać cza­rowi Przy­by­szew­skiego, żar­to­bli­wie od­po­wiada, że to nie­moż­liwe. Po pierw­sze, z po­wodu róż­nicy wieku, ona jest od niego o kilka lat star­sza, po dru­gie, on jest żo­naty i ma dzieci. Gdy w przy­ja­ciel­skiej roz­mo­wie Przy­bysz wy­ja­wia Anieli ta­jem­nicę ero­tycz­nej fa­scy­na­cji żoną Jana Ka­spro­wi­cza, ona wie, że nic do­brego z tego wy­nik­nąć nie może, że gra­nica zo­stała prze­kro­czona, że wy­buch­nie skan­dal. Do Wa­cława Mo­ra­czew­skiego pi­sze: "Wczo­raj by­łam w re­dak­cji "Ży­cia", aby od­no­wić pre­nu­me­ratę i za­sta­łam tam Przyb. Nie po­je­chał bo nie­miał pie­nię­dzy na drogę. By­łam z Nim po­tem po po­łu­dniu u Szmita. Sie­dzie­li­śmy tam parę go­dzin. [...]. Od­pro­wa­dzi­łam go po­tem do domu. Zna­la­złam go znowu ta­kim ja­kim go wi­dzia­łam we Lwo­wie. Nie w sto­sunku do mnie, lecz w ogóle. Cu­downy jest. Ale wi­dzę, że jest nie­szczę­ście wiel­kie. Lę­kam się. On mówi, że ją bar­dzo ko­cha. A ja wi­dzę, że to nie jest mi­łość, któ­raby mu dała siłę - a sił trzeba mu dużo. [...] Dużo Panu będę opo­wia­dała o wczo­raj­szej roz­mo­wie. Do­tąd je­stem pod wra­że­niem. Na­wet pi­sać mi trudno"[143].

"Lę­kam się cie­szyć czem­kol­wiek, lę­kam się na­wet my­śleć o tem co jest mi miłe i dro­gie. Przy­tem od ja­kie­goś czasu je­stem ogrom­nie zmę­czona, znu­żona fi­zycz­nie i du­chowo. Nic nie ro­bię. Je­stem już drugi ty­dzień na wsi, pędzla ani ołówka nie tknę­łam. Je­stem w sta­nie go­dzi­nami ca­łemi sie­dzieć lub le­żeć bez ru­chu i pra­wie bez my­śli. Jest to ja­kiś sen du­cha. Może jesz­cze obu­dzę się orzeź­wiona. Chcia­ła­bym o wielu rze­czach z Pa­nem mó­wić. Może kie­dyś będę mó­wiła. Pra­gnę za­słu­żyć so­bie na tę przy­jaźń. Lę­kam się po­wie­dzieć, że ona jest akor­dem wiel­ko­ści. Lę­kam się cie­szyć. Ale zdaje mi się, że Pan nie wie, że wiele złego jest we mnie, na­de­wszystko wiele bra­ków"[144].

"Jesz­cze je­stem w Rabce i zo­stanę tu­taj praw­do­po­dob­nie do 20go. Po­goda tam prze­śliczna. Do­brze mi tu­taj. Od trzech ty­go­dni je­stem zu­peł­nie sama, nie mam ani jed­nej ży­wej du­szy zna­jo­mej w ca­łej Rabce. Pani K.[aspro­wi­czo­wej] nie spo­tka­łam wię­cej, ale po­dobno jest tu jesz­cze, ale mieszka tak da­leko ode mnie, że na­sze drogi ni­gdy się nie scho­dzą. Moja zna­joma wy­je­chała, je­stem więc sama, w cha­cie oto­czo­nej szu­mią­cemi to­po­lami, gru­szami, wierz­bami. Do­brze mi, o ile może być do­brze - cza­sami bar­dzo smutno i tak sa­mot­nie. Winna je­stem Panu wia­do­mość o li­ście do Pa­de­rew­skiego. Otóż mia­łam już ad­res, i chcia­łam wy­słać ale po­sta­no­wi­łam po­mó­wić o tem z Przy­by­szew­skim. By­łam w Kra­ko­wie w tym celu i pan P. nie po­zwo­lił. Nie ma ochoty wy­da­wać "Ży­cia" na­wet, gdyby wa­runki się zmie­niły. List który Pan był ła­skaw na­pi­sać, zo­sta­nie u mnie aż do zo­ba­cze­nia się z Pa­nem, wtedy od­dam go Panu, bo te­raz po­sy­łać nie chcę. Pan P. był parę ty­go­dni w Kra­ko­wie. Był sza­le­nie zmę­czony. Te­raz od dwóch ty­go­dni jest w Za­ko­pa­nem, gdzie na­wet miał za­miar le­czyć się. [...] Pani K.[aspro­wi­czowa] bar­dzo wiele pie­nię­dzy za­biera. Strasz­nie, strasz­nie my­śleć o tem wszyst­kiem. A są rze­czy, na które nikt nie po­ra­dzi, mo­głaby je­dy­nie po­ra­dzić żona, albo ja­kiś bar­dzo silny a ko­chany przy­ja­ciel. Trzeba by cią­głej opieki, ta­kiej któ­rej on pra­gnął by, bo je­dy­nie taka mo­głaby się tu na co przy­dać. Strasz­nie smutno być tak bez­silną. [...] Czuję się do­syć do­brze. Za­ży­wam że­lazo i to mi do­daje tro­chę sił. Ach, ale to wszystko, zdro­wie moje i ży­cie moje całe, ta­kie marne"[145].

Mał­żeń­stwo Przy­by­szew­skich wali się. Z miesz­ka­nia sły­chać krzyki Da­gny, awan­tury i pi­ja­tyki Sta­cha, płacz dzieci. Lwów i Kra­ków trą­bią o skan­dalu. Przy­by­szew­ski jest na stra­co­nej po­zy­cji. "Ży­cie" ban­kru­tuje. W po­szu­ki­wa­niu po­sady wy­jeż­dża do Lwowa, po­tem do War­szawy, by re­da­go­wać "Chi­merę". Zdru­zgo­tana, na­pięt­no­wana i od­rzu­cona to­wa­rzy­sko Ja­dwiga Ka­spro­wi­czowa szan­ta­żuje go sa­mo­bój­stwem i żąda se­pa­ra­cji z Da­gny, po­rzu­ce­nia jej i dzieci oraz roz­wodu. Jest za­ła­mana. Przy­by­szew­ski pró­buje po­zbyć się nie­wy­god­nej żony, wy­sy­ła­jąc ją do zna­jo­mych w Ber­li­nie, Pa­ryżu, cze­skiej Pra­dze. Da­gny od­wie­dza Nor­we­gię, a Stach szy­kuje po­dróż do Gru­zji. Ale ma wielki kło­pot z dziećmi. Do ko­chanki, "ja­snej kró­lewny"[146] od­czu­wa­jąc "chorą, wście­kłą na­mięt­ność"[147], pi­sze: "Je­stem sam z dziećmi, bo ją wy­rzu­ci­łem z domu. Tylko mam ogromną biedę z dziećmi, bo jesz­cze nie wiem, co z nimi zro­bię"[148]. "Nie wiem jesz­cze jak się upo­ram. Ogromna trud­ność, że mam dzieci, a ta­kie małe ka­narki to święta rzecz. Trzeba im być matką, a to nie­sły­cha­nie trudno"[149]. Nie na­miętna ja­sna kró­lewna, do któ­rej kie­ruje te słowa, za­stąpi go w trud­nej roli ro­dzica, lecz Aniela. Przy­by­szew­ski ulo­kuje dzieci u zna­jo­mych w róż­nych czę­ściach kraju, unie­moż­li­wia­jąc matce kon­takt z nimi. Dwu­let­nią có­reczkę Iwę wy­śle z Kra­kowa do Lwowa ze słu­żącą Hel­cią i kar­teczką, którą ta wrę­czy Anieli: "Naj­droż­sza moja. Po­se­łam ci Hel­cię, moja złota za­opie­kuj się nią; bar­dzo, bar­dzo­bym się ucie­szył, je­że­liby mo­gły po­zo­stać u Cie­bie - ale to wszystko jak Pan Bóg chce. Tak mi strasz­nie tę­skno za Iw­cią, ale tak Pan Je­zus chce. Zresztą wszystko Ci Hel­cia opo­wie"[150]. Przez nie­mal pół­tora roku Aniela mat­ko­wać bę­dzie ma­lut­kiej Iwie, wie­rząc, że ra­tuje ro­dzinę Sta­cha, że ten otrzą­śnie się ze skan­da­licz­nego ro­mansu. O Ka­spro­wi­czo­wej Stach wspo­mina w li­stach mniej en­tu­zja­stycz­nie, pi­sze: "P.K. po­je­chała do Lwowa i nie wąt­pię, że prę­dzej czy póź­niej wy­woła ja­kiś wielki skan­dal, bo groźby co­raz czę­ściej się po­wta­rzają. Ja­kaś za­pal­czywa nie­na­wiść bu­cha wprost z jej li­stów, a to prze­cież ko­bieta, dla któ­rej znisz­czy­łem całe moje sta­no­wi­sko, przez którą prze­sze­dłem naj­strasz­niej­sze mę­czar­nie mego ży­cia"[151].

Da­gny i Sta­ni­sław Przy­by­szew­scy po­zo­stają w se­pa­ra­cji przez pięt­na­ście mie­sięcy. W tym cza­sie na Anielę spada obo­wią­zek utrzy­ma­nia i wy­cho­wa­nia ich có­reczki Iwci oraz opieki nad słu­żącą Hel­cią. Obie za­biera na dłu­gie let­nie mie­siące do le­śni­czówki brata Wła­dy­sława Pa­jąka w Czyw­czy­nie. Na za­wo­ła­nie, gdy ży­czy so­bie tego Przy­by­szew­ski, przy­wozi je do Kra­kowa. Da­gny nie ma od mie­sięcy, Stach utrzy­muje, że ucie­kła z in­nym, po­rzu­ca­jąc wła­sne dzieci. Rów­nież Aniela, opie­ku­jąc się od mie­sięcy Iw­cią, pod­daje się ta­kiej nar­ra­cji i daje wiarę sło­wom Sta­cha kre­ślo­nym na kar­tach li­stów i pocz­tó­wek.

"Naj­droż­sza moja Nel­ciu, jak ja Ci bez­gra­nicz­nie je­stem wdzięczny za Twoją mi­łość, za wszyst­kie Twoje po­świę­ce­nia. Ale te­raz już na­le­żymy do sie­bie i wszystko jest nam wspólne i roz­kosz i tro­ski i szczę­ście i ból. Nie­prawda? Czy ja Cię lu­bię? Ja Cię nie­zmier­nie lu­bię, i wiesz te­raz bar­dzo tę­sk­nię za Tobą i pra­gnę Cię. Ja tak po­ko­cha­łem Twoje ciało, ta­kie miłe i słod­kie i czy­ste. Nie­długo, nie­długo Cię zo­ba­czę naj­droż­sza. Otóż słu­chaj: Pani mi pi­sała list, w któ­rym mi pi­sze, że je­żeli mam co­kol­wiek li­to­ści już nie nad ko­bietą, ale ob­cym czło­wie­kiem, to mam ją wy­rwać z Pragi, bo albo osza­leje, albo so­bie ży­cie od­bie­rze. Na to jej od­pi­sa­łem, że ma na ra­zie przy­je­chać do Kra­kowa, za­miesz­kać u mnie, aż się po­sta­ram o pie­nią­dze [...] Na to bła­gała, by mo­gła tak długo z Iw­cią po­zo­stać. Więc Iw­cię spro­wa­dzam znowu na czas po­bytu pani Da­gny do Kra­kowa. Więc naj­słod­sza, skoro ten list od­bie­rzesz, to po­myśl nad przy­jaz­dem. Ale, że ja biedny czło­wiek nie mam od trzech dni za co obiadu zjeść, tzn., że li­te­ral­nie gło­dzę się, więc bie­dac­two naj­droż­sze bę­dziesz mu­siała po­my­śleć i nad kwe­stją fi­nan­sową przy­wie­zie­nia Iwci i Helci. Pie­nią­dze, któ­reś mi przy­słała po­szły w tej sa­mej chwili do Pragi - w głowę za­cho­dzę, co bę­dzie da­lej. [...] Wi­dzisz słodki Ne­lu­tek nie mam te­raz ni­kogo prócz Cie­bie. Ty je­dyna, któ­raś wszystko ro­biła, co tylko czło­wiek zro­bić jest w sta­nie. Reszta to ma­zgaje nie­do­łęgi. Je­żeli cho­dziło mnie o przy­ja­ciela, tom z pod ziemi wy­grze­bał a oni wszy­scy mają tylko piękne słowa. [...] Pie­kiel­niem zroz­pa­czony; ona mi jest zu­peł­nie obcą; du­sza moja ją wy­pluła, ale nie mogę po­zwo­lić, by matka mo­ich dzieci zmar­niała... [...]. Słu­chaj Ne­luś, po­móż mi naj­droż­sze dziecko, z nią za­ła­twić, a po­tem bę­dziemy wolni. Ty i ja. Znamy się, Ty mnie tro­chę znasz, ja Cię do­brze znam, i chcę i pra­gnę, być z Tobą ra­zem. Przy­jedź tylko, długo - długo, po­mó­wimy ze sobą. I Ne­lu­tek naj­słod­szy, ile bę­dziesz mo­gła pie­nię­dzy wy­rwać z Lwowa, to się o to wszyst­kiemi si­łami po­sta­raj - wiesz, na słowo, na dwa ty­go­dnie. 1-go kwiet­nia do­stanę z War­szawy 150 ru­bli. A To­bie lu­dzie wie­rzą, je­żeli na słowo weź­miesz, to Ci da­dzą. Tylko mi za­te­le­gra­fuj, jak, co i wszystko - wszystko. Po­mnij, że 30 słów kosz­tuje tylko 90 cen­tów. Ści­ska Cię i ca­łuje po ty­siąc razy Twój Stach"[152].

Aniela na­iw­nie wie­rzy w te słod­kie de­kla­ra­cje. Gdy w marcu 1901 roku Da­gny po­wróci do męża i za­mieszka z nim ra­zem w War­sza­wie z na­dzieją na po­prawę mał­żeń­skich re­la­cji, Aniela bę­dzie w trze­cim mie­siącu ciąży i na­dal bę­dzie opie­ko­wać się Iw­cią, nie ma­jąc kon­taktu z oj­cem dziew­czynki. Za­jęty ro­man­sem z Ja­dwigą Ka­spro­wi­czową Stach ob­my­śla ko­lejny spo­sób po­zby­cia się żony. W War­sza­wie Da­gny od­czuwa sa­mot­ność, po­zba­wiona kon­taktu z dziećmi, wśród ob­cych, nie­pewna losu swo­jego mał­żeń­stwa. Chcia­łaby uwie­rzyć od nowa w ży­cie ze Sta­chem, ra­to­wać ro­dzinę, zna­leźć ja­kieś za­ję­cie dla za­bi­cia czasu, my­śli o zor­ga­ni­zo­wa­niu wy­stawy przy­ja­cie­lowi z Nor­we­gii, pi­sze do niego: "Drogi Mun­chu, [...] bar­dzo Ci dzię­kuję za przy­obie­cane prze­sła­nie li­to­gra­fii, o które pro­si­łam. Nie­zmier­nie się cie­szę, że je do­stanę. Zresztą, moja prośba do Cie­bie była tylko pre­tek­stem, abym mo­gła otrzy­mać oso­bi­ście wia­do­mość o To­bie. Lu­dzie mó­wią, że je­steś chory, że się bo­isz to­wa­rzy­stwa, że trudno z Tobą prze­sta­wać. [...] Sta­chu prze­bywa w tej chwili we Lwo­wie, gdzie in­sce­ni­zuje nowy dra­mat, który będą grać na sce­nach we Lwo­wie i Kra­ko­wie. [...] Po­wo­dzi nam się te­raz do­brze, a to dla­tego, że Sta­chu jest naj­sław­niej­szym współ­cze­snym pi­sa­rzem Pol­ski i już za­czął za­ra­biać tro­chę pie­nię­dzy. [...] Ale jed­nak je­ste­śmy dość smutni. [...] Zresztą, gdy­byś Ty przy­szedł, mie­li­by­śmy z kim wy­pić sznapsa, pa­lić pa­pie­rosy i w ogóle ukła­dać so­bie ży­cie ja­koś przy­jem­niej. [...] Dużo po­zdro­wień prze­syła Twoja od­dana Da­gny P."[153].

Go­towa jest wy­ba­czyć zdradę mę­żowi, zbu­do­wać re­la­cję od nowa. Z ochotą i en­tu­zja­zmem przy­staje na po­mysł wspól­nej po­dróży do da­le­kiej Gru­zji, pla­no­wa­nej przez Sta­cha na maj 1901 roku. W wy­pra­wie mają wziąć udział Da­gny z syn­kiem Ze­no­nem, Stach i jego przy­ja­ciel Wła­dy­sław Eme­ryk. Przy­go­to­wa­nia idą pełną parą. W dniu wy­jazdu ob­ła­do­wana ba­ga­żami, z dziec­kiem zo­staje we­pchnięta przez Sta­cha do wa­gonu po­ciągu zmie­rza­ją­cego na Kau­kaz. Ma jej to­wa­rzy­szyć je­dy­nie Wła­dy­sław Eme­ryk, Stach coś za­ła­twi i wkrótce do nich do­je­dzie. Onie­miała, z nie­do­wie­rza­niem pa­trzy przez okno opusz­cza­ją­cego pe­ron po­ciągu. Stach kiwa ręką, w gło­wie kłę­bią się mu pew­nie my­śli i ero­tyczne wi­zje na te­mat Ja­dwigi Ka­spro­wi­czo­wej.

Za kilka ty­go­dni pol­ska, nie­miecka i nor­we­ska prasa do­nie­sie o okrut­nej zbrodni w Grand Ho­telu w Ty­fli­sie. Po dłu­giej po­dróży, wy­cze­ku­jąc ko­lej­nych ty­go­dni na przy­jazd męża, Da­gny pi­sze z ho­te­lo­wego po­koju: "Ro­zum już prze­staje dzia­łać. Od mie­siąca ani słowa. Te­le­gra­fo­wa­łam do Kra­kowa, do Lwowa, do War­szawy - żad­nej od­po­wie­dzi. Do­brze! Ju­tro wy­jeż­dżamy z Ty­flisu do wspól­nika Eme­ryka na wieś w po­bliżu Mo­rza Czar­nego. Bar­dzo ważne! Mu­sisz mi od­wrotną pocztą przy­słać tu­taj pasz­port dla mnie i Ze­nona. Je­stem zbita z tropu, zu­peł­nie zbita z tropu. Ze­non ca­łuje Cię. Da­gny"[154].

Nie otrzyma od­po­wie­dzi. Wkrótce ga­zety na­pi­szą:

"W ho­telu tym dawno już miesz­kał szlach­cic gu­berni war­szaw­skiej Wła­dy­sław Eme­ryk. Mie­siąc temu wy­je­chał on do War­szawy, skąd przed dwoma ty­go­dniami po­wró­cił wraz z pewną pa­nią i jej pię­cio­let­nim syn­kiem: przed­sta­wił ją jako swoją sio­strę i umie­ścił w są­sied­nim po­koju bez oka­za­nia jej pasz­portu... 23 maja Eme­ryk wy­pro­wa­dził chłop­czyka z po­koju matki, po­ca­ło­wał go i za­pro­wa­dził do są­sied­niego po­koju, za­ję­tego przez zna­jo­mego, po­czem po­wró­cił do Da­gny i za­mknął drzwi po­koju na klucz. Wkrótce po­tem o g. 1.20 roz­le­gły się dwa wy­strzały, a za­we­zwa­nej po­li­cji, po wy­ła­ma­niu drzwi, taki uka­zał się wi­dok. Na łóżku, bro­cząc we krwi, le­żała Da­gny Przy­by­szew­ska w ubra­niu, z raną w gło­wie; obok na dy­wa­niku przed łóż­kiem - Eme­ryk, mar­twy już; z ust jego są­czyła się krew...

Są­dząc z po­ło­że­nia trupa i rany w tyl­nej czę­ści głowy, Da­gny zo­stała za­bita pod­czas snu, a śmierć na­stą­piła na­tych­miast. Zga­dza się to z de­cy­zją wy­po­wie­dzianą przez Eme­ryka w jed­nym z po­zo­sta­wio­nych li­stów, że za­bija Da­gny w chwili, kiedy nie bę­dzie się tego spo­dzie­wała"[155].

Dzien­nik "Dag­bla­det" dru­kuje re­por­taż, bę­dący po­noć opi­sem sceny za­zdro­ści, pod­czas któ­rej roz­wście­czony śmie­chem Da­gny Wła­dy­sław Eme­ryk ma jej gro­zić sło­wami: "Je­śli bę­dziesz się śmiać, strze­lam"[156]. Śmiała się, więc strze­lił naj­pierw w nią, po­tem w sie­bie. Ta wy­godna dla owdo­wia­łego Sta­ni­sława Przy­by­szew­skiego wer­sja przy­czyni się do upo­wszech­nie­nia opi­nii o dra­ma­cie ko­chan­ków Da­gny i Eme­ryka, znie­kształ­ca­jąc prawdę o za­mor­do­wa­nej. Je­dy­nie Edvard Munch za­chowa ry­cer­ską po­stawę, bro­niąc do­brego imie­nia swo­jej uko­cha­nej przy­ja­ciółki i muzy. Po­wie: "Smu­kłą i czy­stą, i wolną, i z gruntu nor­we­ską ko­bietą była Da­gny Juel, po­krze­pie­niem dla nas w na­szym ubó­stwie, ko­jącą i sta­no­wiącą źró­dło na­tchnie­nia"[157].

Przy­by­szew­ski nie po­je­dzie na po­grzeb żony, nie przy­wie­zie synka do kraju, ni­gdy nie od­wie­dzi grobu Da­gny. Wy­ru­szy do Ja­dwigi Ka­spro­wi­czo­wej, po­prze­dza­jąc swój przy­jazd sło­wami: "Ro­zu­miesz, że cała ta hi­storja kosz­to­wała kil­ka­set ru­bli. Szcze­góły Ci opo­wiem, jak przy­jadę do Lwowa, co na­stąpi w jaki ty­dzień. Zna­la­zła się przy­ja­ciółka zmar­łej, która po dziecko po­je­chała. Jedna rzecz, która Cię mo­gła za­bo­leć, a mnie na kłamcę wy­sta­wić. Otóż w no­tatce w "Kur­je­rze War­szaw­skim" stało, że ja mia­łem za nią po­dą­żyć ra­zem z Iw­cią. Na moje za­py­ta­nie dla­czego ta­kie świa­dome kłam­stwo po­peł­niono, od­po­wie­dziano mi, że chciano mnie osło­nić, bo ro­ze­szła się po­gło­ska po War­sza­wie [...] żem żonę Eme­ry­kowi sprze­dał i ja je­stem wszyst­kiemu wi­nien. [...] Ale okropna rzecz z pie­niędzmi. Będę mu­siał do­brze rok pra­co­wać, za­czem te wszyst­kie za­liczki od­ro­bię. Co się stało tak po­waż­nego? Na­pisz mi. W tej chwili, jak Ze­non przy­je­dzie, wra­cam do Lwowa. Te­raz, kiedy wszyst­kie strasz­liwe i nie­zmier­nie kosz­towne for­mal­no­ści po­za­ła­twia­łem, będę pi­sy­wał do Cie­bie co­dzien­nie. Ilem ja sił i pie­nię­dzy stra­cił na wszystko! [...] Ca­łuję Cię, naj­słod­sza Iniu, po ty­siąc ty­sięcy razy Twój"[158].

Kiedy ten list do­ciera do Ja­dwigi, Aniela jest w szó­stym mie­siącu ciąży i od ty­luż mie­sięcy czeka na wie­ści od Sta­cha. Ukry­wa­jąc brzuch i źle się czu­jąc, prze­bywa już w Kra­ko­wie, gdzie ze wsty­dem przy­znaje się Paw­li­kow­skim i Se­we­rom do swo­jego stanu. Po tra­gicz­nej śmierci Da­gny czeka z na­dzieją na ja­kąś wia­do­mość od Sta­cha, bo duma nie po­zwala jej ode­zwać się pierw­szej.

Nie ak­cep­tu­jąc spo­sobu ży­cia, skan­dali i sy­tu­acji, w ja­kiej Przy­by­szew­ski po­zo­sta­wił pannę Anielę, Se­wer po­dej­muje ak­cję de­ma­sku­jącą i do­nosi przy­ja­cio­łom: "Po­dzi­wiam sze­roką fan­ta­zję, styl wście­kły, na­strój, lecz jed­nej mu rze­czy brak - uczu­cia, ogól­nej wiel­kiej mi­ło­ści. [...] Przy­by­szew­ski to zwy­kła szuja i naj­zwy­czaj­niej­szy szu­bra­wiec, który wszystko za go­tówkę sprzeda, a na­wet swoją ubó­stwianą Da­gnę. [...] Forma i fan­ta­zja ładna - wię­cej nic... nic, nic... wszystko inne kra­dzione!... kra­dzione, kra­dzione... naj­wię­cej jego meta mu­zyka, która jest blagą, tak jak i on"[159].

W lu­tym 1901 roku śle do pi­sa­rza Ta­de­usza Mi­ciń­skiego list na­stę­pu­ją­cej tre­ści: "Tu­taj u nas w Kra­ko­wie dużo rze­czy, o któ­rych by na­le­żało pi­sać roz­działy, i znowu nic tak nad­zwy­czaj­nego. [...] "Chi­mera" wy­szła, pierw­szy ze­szyt [...] Przy­by­szew­ski w "Chi­me­rze" dru­kuje po­wieść o po­by­cie swym w Kra­ko­wie z Da­gny. W po­wie­ści tej pi­sze, że Da­gny zro­biła z jego domu "dom pu­bliczny", on to wi­dział i na to po­zwa­lał!... Jest to skoń­czony nik­czem­nik, uwiódł tu we Lwo­wie biedną, nie­szczę­śliwą sie­rotę, ob­darł ją z pie­nię­dzy i po­je­chał do War­szawy do Ze­nona Prze­smyc­kiego [...] Jest to pod­lec, cy­nik i kry­mi­na­li­sta, ja­kiego nie tak ła­two spo­tyka się w Eu­ro­pie... Ko­chany Tadku, mało się znasz na lu­dziach - ja go od razu od­ga­dłem wę­chem przez skórę"[160].

PO­TEM

Stało się to w ad­wen­tową noc 1900 roku. Zi­mową noc brze­mienną w skut­kach. Aniela snuje plany świą­teczne. He­lena z Dzie­du­szyc­kich Paw­li­kow­ska za­pra­sza na wi­gi­lię na Kle­parz, ale tym ra­zem Pa­ją­kówna od­mówi - opie­kuje się Iw­cią. Stach za­de­kla­ro­wał wspólne Boże Na­ro­dze­nie w jej miesz­ka­niu we Lwo­wie. Ni­gdy do niego nie doj­dzie. Ten ad­wen­towy wie­czór bę­dzie ich ostat­nim. Rano ko­cha­nek wyj­dzie i ni­gdy nie wróci, po­je­dzie na święta w umó­wione z Ja­dwigą miej­sce. Po No­wym Roku Aniela od­czuwa zde­ner­wo­wa­nie. Przez po­słańca otrzy­muje od Sta­cha ostrze­gaw­cze li­ściki: "Naj­droż­sza, nie idź tam te­raz ani ju­tro na moje miesz­ka­nie. Ju­tro do Cie­bie przyjdę, bądź w pra­cowni całe przed­po­łu­dnie. Cze­kaj na mnie od 10-tej do 2-ej. Za­szło coś, ju­tro Ci opo­wiem. Więc na ra­zie nie chodź Aniel­ciu tam, pro­szę Cię bar­dzo o to. Gdy­bym nie mógł być przed po­łu­dniem, to będę z pew­no­ścią o 4-tej po po­łu­dniu. Pani K.[aspro­wi­czowa] zu­peł­nie osza­lała. Ale ja ju­tro wszystko za­ła­twię. Więc pa­mię­taj, naj­słod­sza nie chodź ani dziś ani ju­tro na to miesz­ka­nie. O czwar­tej po­po­łu­dniu będę u Cie­bie z pew­no­ścią. Wszystko Ci opo­wiem. Mi­chała z ni­czem tam do­tąd nie po­sy­łaj. Bar­dzo moż­li­wie, że będę u Cie­bie rano o 9-tej. Twój Stach"[161].

Gra roz­po­czyna się na nowo. Ja­dwiga otrzy­muje ko­re­spon­den­cje zde­cy­do­wa­nie inną w wy­mo­wie: "Naj­droż­sza moja, naj­słod­sza Dziń, tak mnie list Twój dzi­siej­szy szarp­nął, tak po­tar­gał moją du­szę, że nic - nic pi­sać nie mogę. Tylko Cię ko­cham - ko­cham - ko­cham, - jak ni­gdy przed­tem - i pra­gnę Cię - och! Jak bo­le­śnie, jak strasz­nie Cię pra­gnę. Ju­tro Ci na­pi­szę długi list. Ale dziś już nie. Idź w wto­rek na pocztę. Ja­kaś Ty piękna i cu­downa. Cie­bie ko­cha - twój - Twój! Słod­kie, ja­sne słońce moje. Ja wczo­raj w Twej at­mos­fe­rze, w pło­mien­nym ża­rze, który mnie do szału do­pro­wa­dza, na­pi­sa­łem to, cze­go­bym bez Cie­bie na­pi­sać nie mógł - ko­chasz go? O mnie za­po­mnia­łaś? Dzina! Za­po­mnia­łaś o mnie i tylko jego twarde - na­iwne ręce? Jego ręce ko­chasz? O mo­ich za­po­mnia­łaś? Je­stem strasz­li­wie zmę­czony - dziś już Ci wię­cej nic nie po­wiem - idź w wto­rek na pocztę bę­dzie długi, długi list..."[162].

Stach obie­cuje spo­tka­nia i je od­wo­łuje, za­bra­nia wi­zyt u sie­bie. W końcu pi­sze: "Naj­droż­sza Moja Aniel­ciu, jadę dziś o 3-ciej po­po­łu­dniu. Zbyt je­stem smutny, by módz się roz­draż­niać po­że­gna­niem - a ty sama te­raz bar­dzo smutna. Jedno na po­że­gna­nie: czuje dla Cie­bie nie­sły­chaną cześć - tak, wprost cześć; nie my­śla­łem, że ko­bieta umie być taką, jaką Ty je­steś. Po­zo­sta­wiam Iw­cię na Two­jej opiece. Wszyst­kiem je­steś dla niej te­raz. Bo ja wrócę za jaki mie­siąc lub 6 ty­go­dni. [...] Ca­łuję Cię i Iw­cię Twój"[163].

Nie wróci ani do Anieli, ani po córkę Da­gny. Swoje szó­ste z ko­lei dziecko, Stachnę, zo­ba­czy przez je­den krótki wie­czór do­piero za kilka lat. Wtedy wzru­szony przy­po­mni Anieli tę ad­wen­tową noc: "Ko­cha­nie moje, ja­kieś Ty się do mnie gar­nęła, tu­liła, ja­kieś Ty mi nie­skoń­czone piesz­czoty da­wała - Chry­ste Pa­nie, gdy te­raz o tem wszyst­kiem po­my­ślę, to mnie zimny deszcz bólu zbiega i po­jąć nie mogę co się ze mną wtedy działo, cze­mum Cię nie po­jął za żonę? Ła­two mi ga­dać: milczmy! - a ty­siąc wspo­mnień ci­śnie mi się do głowy. I ta pierw­sza chwila, gdy­śmy do Rabki je­chali i te roz­ko­sze w domu Pauli, a po­tem u mnie, gdym Cię wziął po raz pierw­szy i u Cie­bie, u Cie­bie, ko­cha­nie moje - oj dla­tego Lwów ko­cham. I każde słowo, któ­reś mi po­wie­działa, tkwi w mym mó­zgu, mógł­bym Ci rze­czy przy­po­mnieć, któ­rych pewno sama nie po­mnisz i te chwile upo­je­nia, kie­dyś po­tem z oj­czul­kiem z Krzy­żo­wej do domu wra­cała (ja bie­dak, chory spa­łem, jak ka­mień) i te chwile, kiedy pa­mię­tasz: Je n'y pa­rvien­drai ja­mais - mó­wi­łem. Tu pa­rvien­dras, tu pa­rvien­dras - od­po­wie­dzia­łaś. Anie­lu­tek - wszak mi wolno to wspo­mi­nać? I te chwile, kiedy się tak go­rąco tu­li­łaś do mnie? A ja Cię wzią­łem w ta­kie do­bre, go­rące ra­miona - bo były chwile, w któ­rych nic poza Tobą nie czu­łem - i Nu­sia, Nu­sia - w jed­nej z ta­kich chwil spło­dzi­li­śmy Sta­się. Dziecko mi­ło­ści"[164].

Aniela ro­dzi w kra­kow­skim szpi­talu po­łoż­ni­czym, po­ród zbiega się w cza­sie z na­głą śmier­cią i po­grze­bem Se­wera. To do­dat­kowy cios. Jest cie­pła je­sień pierw­szego roku no­wego stu­le­cia. Gdy za pół roku wróci do zdro­wia, w Swo­szo­wi­cach za­no­tuje: "Przy­szła na świat 1 paź­dzier­nika 1901 roku we wto­rek. Dzień był zu­peł­nie letni i upalny. Rano o szó­stej był pierw­szy sy­gnał, a o pierw­szej po po­łu­dniu pierw­sze bóle, o 5.30 wie­czo­rem pierw­szy krzyk Dzi­dziusi. Całe oto­cze­nie obce, obo­jętne, brak bie­li­zny dla Dzi­dzi. Ja bar­dzo chora, po sil­nym krwo­toku. Po­ka­zano mi ją uką­paną. Ma­leńka drobna twa­rzyczka ciem­nej cery, oczka duże, bar­dzo ciemne. Nie chcia­łam oka­zy­wać roz­czu­le­nia przy ob­cych, by­łam zresztą bar­dzo słaba. Zda­wało mi się, że Dzi­dzia do mnie po­dobna i było mi przy­kro. Dali temu ru­mianku, po­ło­żyli w ko­ły­sce i spało. Po­karmu jesz­cze nie było. Za­bro­niono mi kar­mić. Mu­sia­łam sto­czyć całą wojnę, upar­łam się i dru­giego dnia dano mi Dzi­dzię do piersi. Była już bar­dzo głodna. Krzy­czała już cią­gle i sil­nie. [...] Trze­ciego dnia już był po­karm. Ssała cią­gle ile chciała. A gry­zła tak sil­nie, że trzeba było goić kwa­sem bo­ro­wym"[165].

Ni­komu nie zdra­dza na­zwi­ska ojca dziecka.

Za trzy­dzie­ści lat Sta­ni­sława Przy­by­szew­ska na­pi­sze do bio­grafa swo­jego ojca: "Osoba mamy za­słu­guje na wy­do­by­cie z za­po­mnie­nia. [...] Przy­znaję jed­nak, że mi jest bar­dzo trudno pi­sać. Mu­sia­łam szu­kać przy­czyn tej nie­ja­snej, lecz istot­nie wiel­kiej we­wnętrz­nej trud­no­ści; zna­la­złam je. Pierw­sza - to szczu­płość fak­tów, ja­kimi roz­po­rzą­dzam i brak do­ku­men­tów. Druga głęb­sza; w niej tkwi, zdaje się, praw­dziwa poza-świa­doma przy­czyna zwłoki. To mój sto­su­nek do ojca. Ła­twiej mi za­tem bę­dzie, je­żeli na­świe­tlę ten punkt od razu i bez­względ­nie; ina­czej po­ty­ka­ła­bym się o niego co krok. Przy­kro to wy­po­wia­dać - ale trzeba, bo taka jest prawda: nie­stety uczu­cie moje do ojca nie jest do­dat­nie. Pod­kre­ślam jed­nak, że jak­kol­wiek sza­le­nie ją ko­cha­łam - nie mama stała się po­wo­dem tej nie­chęci. Wie­dzia­łam wszystko, co dziś wiem o sto­sunku wza­jem­nym ro­dzi­ców - a wiel­bi­łam, wręcz ubó­stwia­łam ojca (ma­jąc 17-19 lat): uwa­ża­łam go bo­wiem wów­czas za ge­nial­nego pi­sa­rza. To de­cy­do­wało w mo­ich oczach; a ge­niu­szowi go­towa by­łam przy­znać prawo do wszel­kich wad cha­rak­teru i po­mi­nąć wszystko, co smutne w jego ży­ciu pry­wat­nym. Lecz na­wet wtedy już, wbrew woli sza­no­wa­łam matkę bar­dziej. Sta­ra­łam się sama o tym nie wie­dzieć. Nie dzie­li­łam, i do­tąd nie dzielę ro­dzi­ców na s t r o n y - by sta­nąć po tej lub tam­tej. A wów­czas ko­cha­łam matkę i ubó­stwia­łam ojca rów­no­cze­śnie; uczu­cia te stały w sprzecz­no­ści. Tak by było po dziś dzień; nie­stety jed­nak... Za­wio­dłam się w tym, co dla mnie de­cy­duje. Mu­sia­łam dojść do bo­le­snego prze­ko­na­nia, że u ojca prze­ce­ni­łam ogrom­nie i ar­ty­stę, i umysł. A ta­kiego po­wodu nie można prze­ba­czyć. Smutna nie­spra­wie­dli­wość na­szej na­tury: bo cóż przed­miot za­wodu wi­nien temu, że­śmy kult nie­pro­por­cjo­nalny dlań upra­wiali? Od­tąd uni­kam tylko Przy­by­szew­skiego jako te­matu - bo kła­mać nie chcę, a wy­ra­żać się bez sza­cunku o wła­snym ojcu - to smutna i przy­kra rzecz. [...] Ży­cie matki było ta­kie, że mo­głaby była miesz­kać w szkla­nym domu. Nie, nie ma tu nic, co by le­piej było prze­mil­czeć, przy­tłu­mić. Prze­ciwnie! O nie, ma­mie dys­kre­cji nie po­trzeba. (Za­strze­gam: wsku­tek wy­bit­nie "ce­re­bral­nego" za­ło­że­nia je­stem lo­do­wato nie-emo­cjo­nalna, wręcz nie­ludzka w bez­względ­no­ści swego obiek­ty­wi­zmu. Tego zresztą do­wio­dłam wła­śnie, pi­sząc o ojcu. Gdyby za­tem matka nie za­słu­gi­wała na ten sza­cu­nek, ten aż po­dziw, jaki we mnie wzbu­dza - sam fakt że to matka nie miałby naj­lżej­szego wpływu na mój osąd).

Wszelka nie­le­gal­ność przy­pada w udziale dwu prze­ciw­nym ka­te­go­riom lu­dzi i zja­wisk: tym, co nie się­gają po­ziomu po­wszech­nego - i tym, któ­rzy go prze­ro­śli. Mi­łość i ma­cie­rzyń­stwo nie­ślubne sta­no­wią ude­rza­jący przy­kład. Ko­bieta może być wów­czas zmy­słową gę­sią o sła­bym cha­rak­te­rze i bez tej re­zerwy, która wzbu­dza sza­cu­nek - wtedy daje się "uwieść", po czym ża­łuje i prze­klina ko­chanka: lub, co gor­sza, cze­pia się go szan­ta­żem. Taka "mi­łość" to smutna i brzydka rzecz - za­wiewa ofi­cyną. To typ po­ni­żej prze­cięt­nego po­ziomu (na któ­rym panna, jak­kol­wiek ogra­ni­czona, wie przy­naj­mniej czego chce i ma bo­daj mi­łość wła­sną): i w ta­kich wy­pad­kach trzeba istot­nie trak­to­wać sprawę z dys­kre­cją.

W prze­ciw­nym ra­zie na­to­miast ko­bieta ma taką siłę cha­rak­teru i umysłu, że nie w unie­sie­niu, nie zba­ła­mu­cona, lecz pełną, do­ro­słą świa­do­mo­ścią go­dzi się po­nieść ostra­cyzm ca­łego swego świata w za­mian za szczę­ście do­szczęt­nego da­ro­wa­nia się (dziś to ła­two, ale w la­tach do­okoła 1900, w mie­ście pro­win­cjo­nal­nym...! Wtedy to było wręcz bo­ha­ter­stwo) - by po­tem, za­miast roz­pa­czać i na­rze­kać, roz­po­cząć z ra­do­ścią nowe ży­cie, oparte na ma­cie­rzyń­stwie, wstrzy­mu­jąc z po­godną dumą wro­gość po­wszechną (ale też ta po­stawa zy­skała matce kilku przy­ja­ciół praw­dzi­wych: ta­kich, któ­rzy go­towi byli do­słow­nie dać się za­bić dla niej /wtedy by­wały jesz­cze po­je­dynki/ i przy­ja­ció­łek, które dla niej po­świę­cały ko­rzy­ści to­wa­rzy­skie - a to wiele zna­czy!).

Taka była hi­sto­ria mo­jej matki. To­też trudno brać mi za złe, że je­stem tro­chę dumna ze swego nie­ślub­nego po­cho­dze­nia i że je tak czę­sto pod­kre­ślam"[166].

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki