Przybysz - Agnieszka Majczyna

Reflow text when sidebars are open.
Pomieszczenie było ogromne, słabo oświetlone wiszącymi u sufitu lampami. Pośrodku stał mężczyzna. Wysoki na dwa metry, o nieskazitelnej urodzie. W jego wyglądzie wszystko było idealne - kształt ust, nosa, proporcje, śnieżnobiała cera, każdy szczegół. Jedynym odstępstwem były dłonie, których palce kończyły się długimi, ostrymi jak brzytwy pazurami. Na jego twarzy malowały się satysfakcja i szyderstwo. Duże, czarne jak bezgwiezdna noc oczy patrzyły na stojącego przed nim mężczyznę. Pomiędzy nimi stała drobna kobieta. Jej blond włosy przycięte do ramion były rozpuszczone i potargane. Podszedł do niej. Próbowała uciec, zasłonić się, ale ręce odmówiły jej posłuszeństwa. Rozpaczliwie krzyknęła, gdy pazury zagłębiały się w jej ciele.
- Meg! Meg!
- Nie umiałeś jej obronić! Nie jesteś dość dobry! - Potężny głos nie dochodził z żadnego konkretnego kierunku.
- Meg!
Marka obudził jego własny krzyk. Usiadł spocony, po twarzy płynęły łzy. Drżał. Śmierć partnerki stała się krwawiącą raną, która wciąż nie chciała się zagoić. Wstał z łóżka. Meg była jego partnerką, od skończenia Szkoły pracowali razem. Zawsze tak do niej mówił, bo przypominała mu znaną aktorkę. Wciąż nie mogąc się uspokoić, poszedł do kuchni, żeby zrobić sobie herbaty. Ciepły, aromatyczny napój zawsze przynosił odrobinę ukojenia. Nie sądził, żeby była potrzeba, ale odruchowo zaczął szeptać ochronne zaklęcia. Gwizd czajnika przywołał go do rzeczywistości. Zalał torebkę wrzątkiem i usiadł przy stole. Dochodziła piąta, w pokoju już dawno zagościł blask poranka. Nie było sensu próbować zasnąć. Dopił herbatę i poszedł wziąć prysznic. Spojrzał w lustro na swoją zmęczoną i wymiętą twarz. Potargane włosy przypominały miotłę. Stylizowane drzewo wytatuowane na ramieniu było ochronnym symbolem wykrywającym grożące mu niebezpieczeństwo. Ciało znaczyły liczne blizny, namacalny dowód tego, przez co przeszedł w ciągu swoich trzydziestu kilku lat życia. Wszedł do kabiny, wraz z wodą odpływały koszmary, napięte mięśnie nieco się rozluźniły. Ogolił się, ubrał. Dziś miał zajrzeć do biblioteki i poczytać o dziewiętnastowiecznym okultyzmie. Tych książek nie traktował jako źródła wiedzy, która mogła się przydać w praktyce, raczej jako interesujące tło historyczne. Koszmary kompletnie pozbawiły go apetytu, wypił kawę i wmusił w siebie niewielką kanapkę. Z mieszkania wyszedł o dziewiątej. Na klatce spotkał sąsiada spod czterdziestki.
- Dzień dobry, panie Marku. - Znajomy jak zwykle tryskał energią i optymizmem.
- A dzień dobry. - Barnet uśmiechnął się uprzejmie.
Obaj wsiedli do windy.
- Piękny dziś dzień, w sam raz na spacer. Wybiera się pan? - zapytał sąsiad.
- Nie, na razie muszę załatwić sprawy na mieście. Może wieczorem uda mi się przejść po parku.
- Koniecznie niech pan to zrobi, bo zapowiadają tydzień albo dwa deszczu.
Zamienili jeszcze kilka zdań, nim winda dojechała na parter. Pożegnali się jak zwykle uprzejmie. Marek ruszył na przystanek. Wzdłuż chodnika rosły piękne, rozłożyste drzewa, dające upragniony cień w upalne dni takie jak ten. Starannie pielęgnowane rabatki pyszniły się wielobarwnym kobiercem. Można było zapomnieć, że to środek wielkiego miasta. Na przystanku jak zawsze o tej porze czekał już spory tłumek. Podjechał autobus i ludzie ruszyli w jego kierunku z nadzieją, że wsiądą. Udało się dużej grupie, ale część została. Irytacja i zniecierpliwienie uderzyło Marka niczym fala. Osłonił się przed nią, szepcząc stosowną mantrę. Pół godziny później w końcu wsiadł do autobusu. Sto dwudziestka nie była optymalnym wyborem, ale wolał wycieczkę po osiedlu niż jazdę w tłoku i gorącu, poza tym nigdzie mu się nie spieszyło. Usiadł przy oknie, licząc na odrobinę chłodu, gdy autobus już ruszy. Klimatyzacja nie działała albo kierowca z oszczędności jej nie włączył. Wraz z kolejnymi przystankami i gęstniejącym tłumem pasażerów robiło się coraz gorzej. Marek ustąpił miejsca starszej kobiecie, która narzekając na brak kultury wśród młodzieży, usadowiła się na siedzeniu. Przy tej okazji otrzymał siatką porządny cios w piszczel. Zacisnął zęby. Nie było sensu zwracać uwagi starszej pani, jeśli nie chciało się brać udziału w dzikiej awanturze. On nie miał ochoty, więc starał się nawet nie patrzeć w jej kierunku. Strategia się opłaciła i w spokoju dotarł na plac Konstytucji. Lubił jego socrealistyczną, monumentalną zabudowę.
Hol biblioteki na Koszykowej powitał go przyjemnym chłodem. Książki, którą zamierzał przeczytać, nie można było wypożyczyć, musiał więc skorzystać z czytelni. Po kilku minutach bibliotekarka podała mu opasłe tomisko "Historii magii i okultyzmu" Jerzego Panewskiego. Zagłębił się w lekturze, od czasu do czasu zapisując interesujące informacje. Nim zdążył się zorientować, do czytelni weszła ta sama kobieta, która wypożyczyła mu książkę.
- Szanowni państwo - rzekła, mimo że jedynym czytelnikiem był Marek - za dziesięć minut zamykamy bibliotekę. Proszę dokończyć rozdział i przynieść książki do zwrotu. - Ton jej głosu był uprzejmy, acz stanowczy.
Marek wiedział, że choć to miła dziewczyna, w pewnych kwestiach nie da się z nią negocjować, jest niczym żandarm. Właśnie przeczytał długi rozdział o jasnowidzach, więc uznał, że to dobry moment, by przerwać. W notatkach zapisał numer strony i zamknął podręcznik.
- Dziękuję - powiedziała dziewczyna, gdy położył książkę na kontuarze.
- Za co? - zdziwił się lekko.
- Za to, że zawsze jest pan taki skrupulatny. Nigdy nie trzeba pana poganiać. - Uśmiechnęła się do niego.
- Nie ma za co. Staram się szanować czas innych, sam go nie mam aż tak wiele.
Wyraźnie wyczuwał emanujące od niej życzliwość, zainteresowanie i coś jeszcze. "Przeklęta empatia" - pomyślał, gdy zaczęła ogarniać go fala znajomego, choć już zapomnianego ciepła. Uśmiechnął się. Miał nadzieję, że nie dostrzeże jego zakłopotania.
- Proszę podpisać. - Podała mu pokwitowanie zwrotu książki. Odwróciła się i odłożyła książkę, a druk włożyła do szuflady. - Proszę, to dla pana. - Przesunęła w jego kierunku kopię pokwitowania.
- Dla mnie? - spytał mało inteligentnie Barnet.
- Tak, zmieniły się przepisy - rzuciła szybko bibliotekarka, a Marek wyczuł w niej napięcie, jakie towarzyszy ludziom, gdy kłamią.
- Dziękuję. - Odruchowo odwrócił kartkę.
Stare przyzwyczajenie, nigdy nie wiadomo, co jest po drugiej stronie, często są to ważne rzeczy. Zobaczył ciąg dziewięciu cyfr, numer telefonu. Spojrzał na nią.
- Anna. - Dziewczyna uśmiechnęła się, choć cień niepewności i zawstydzenia pojawił się na twarzy.
- Marek. - Przedstawił się, podając jej rękę.
Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Nie powinien był. Nie wolno mu. Jej dłoń była delikatna i ciepła. Kolejna fala przetoczyła się przez jego ciało i umysł, oddech przyspieszył. Uśmiechnął się. Czuł się jak uczniak.
- Do zobaczenia - rzuciła lekko zawiedziona.
- Na pewno. - Uśmiechnął się do niej, żeby złagodzić jej żal, a sobie zostawić uchyloną furtkę. Poczuł jej nadzieję i radość. - Do zobaczenia - dodał, zbierając rzeczy i pakując je do torby.
Wyszedł na ulicę. Myśli goniły w szaleńczym tempie, wspomnienia, żal, tęsknota. Czuł się podle. Nie wiedział nawet, kiedy znalazł się na przystanku. Nogi zaniosły go same. Nie miał ochoty wracać do pustego mieszkania. Teraz jeszcze bardziej pustego i zimnego. Wysiadł dwa przystanki od domu i zajrzał do znajomego pubu. W ciepły, letni wieczór ruch był duży, ale wszyscy woleli ogródek, więc w środku było niemal pusto. Zajął miejsce przy swoim ulubionym stoliku. Z Gosią spędził tu wiele godzin, prowadząc długie rozmowy. Upił łyk piwa. Było gorzkie i zimne. Dziś miał ochotę się upić. Zdjął zabezpieczenia, teraz był zwyczajnym, smutnym facetem. Zamyślony spoglądał na dno swojego kufla. Nie zauważył mężczyzny, który podszedł do stolika. Był niski, miał fizjonomię tajniaka. Co zresztą było prawdą, pracował w wydziale zabójstw.
- Mogę? - spytał, wskazując na krzesło.
- Co? - Marek spojrzał na niego mało przytomnym wzrokiem. Po chwili poznał mężczyznę. Z Robertem Wilczyńskim pracował rok temu. - Nie, nie możesz. - Wrogość i ból mieszały się w jego głosie.
- Marek, to ważne, proszę. Przez wzgląd na to, co było, proszę - nalegał przybyły.
- Właśnie dlatego nie. - Nie zamierzał się poddać, a przynajmniej nie tak łatwo.
Czuł, że Robert jest zmęczony i się boi.
- Marek... - nie zamierzał ustąpić Wilczyński.
- No dobra, siadaj - skapitulował.
To, że porozmawiają, jeszcze nic nie znaczy.
- Wiesz, co się dzieje na mieście? - Robert usiadł i postawił swoje piwo na stoliku.
- Nie i kompletnie mnie to nie obchodzi. - Marek nie zamierzał ułatwiać mu zadania.
- Giną ludzie - ciągnął niewzruszony Robert.
- W dużym mieście to normalka.
- Nie wtedy, gdy wyglądają, jakby wyszli z maszynki do mięsa. Dwudziestu, z czego dziesięciu w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Za chwilę będzie panika. To robota dla fachowca takiego jak ty.
- Przestałem się tym zajmować. Są inni.
- Wzięliśmy dwóch. Obaj są martwi. - Głos mówiącego lekko zadrżał, gdy przypomniał sobie ich zmasakrowane ciała, które znaleźli na tyłach jednej z restauracji.
- Kto?! - Po udawanej obojętności nie było już śladu.
- Beata Dobecka i Krzysztof Tynecki.
- Beata i Krzysiek! - Marek nie umiał ukryć uczuć.
Oboje znał z czasów studenckich, a później w Szkole się przyjaźnili. Byli zgraną paczką. Razem wydawali się niezwyciężeni. Zadrżał na myśl o tym, z czym musieli się zmierzyć. Wspomnienia zawirowały niczym liście na wietrze. Poczuł, że pocą mu się dłonie.
- Nie. - Sięgnął do kieszeni po paczkę. Ręce mu drżały, gdy zapalał papierosa. - Naprawdę nie mogę. Przepraszam. - Nie umiał i nie chciał się tłumaczyć.
- Proszę. Jesteś jedynym, który może nam pomóc. Nie mamy do kogo się zwrócić. Giną kolejne osoby.
Robert widział cierpienie na twarzy dawnego przyjaciela. Podkrążone oczy wymownie świadczyły o tym, że nie jest mu łatwo.
- Zastanowię się. OK? - zapytał Marek, ale raczej po to, żeby Robert dał mu święty spokój.
- Dzięki! - Wilczyński nie ukrywał ulgi i radości.
- Posłuchaj, niczego ci nie obiecuję. Rozumiesz?
- Rozumiem - odpowiedział, kiwając odruchowo głową.
Zadzwonił telefon. Robert odebrał.
- Dzwonili z wydziału. Muszę iść. Przemyśl sprawę i zadzwoń. Proszę. - Cały czas grzebał w kieszeniach. W końcu znalazł pieniądze i wizytówkę. Obie rzeczy wylądowały na stole. - Zmieniłem numer, a barmanowi wiszę za piwo. - Ostatnie zdanie rzucił już przez plecy, wychodząc w pośpiechu.
Marek został sam. Zamówił kolejne piwo i zapalił papierosa. Robert był jego przyjacielem, gliną. On sam nie pracował w policji, a jedynie pełnił funkcję konsultanta, czasem z trudem tolerowanego na komisariacie. Pracowali razem, bo Robert jako jedyny się go nie bał. Wspólne akcje i wypady do pubu, gdzie przegadywali długie godziny, mocno ich zbliżyły. To było dawno, kiedyś, w innym świecie. Dokończył piwo. Zapłacił barmanowi i wyszedł w wisielczym nastroju. Myślał, że to wszystko ma już za sobą, że więcej nie zobaczy Roberta. Do domu miał dwa przystanki, pół godziny spacerem. Zamierzał się przejść i przewietrzyć głowę. Wieczór był ciepły i pogodny. Niektórzy tak jak on spacerowali, inni spieszyli się do domów, spóźnieni. W pobliskim parku żaby dawały koncert. Sielska atmosfera, ale jemu było ciężko na duszy. Szedł powoli, jakby chciał odwlec nieuniknione. Przyjdzie do domu i pójdzie spać. Przyjdą koszmary, ostatnio działo się to każdej nocy.
Nie wiedział, kiedy znalazł się przed swoim blokiem. Otworzył drzwi do klatki, było ciemno, znów przepaliła się żarówka. W windzie panował mrok, ale ręce same pamiętały położenie przycisku. Wjechał na piąte piętro. Winda zatrzymała się przy akompaniamencie głośnego łomotu. Tyle razy prosił o jej naprawę. Nie chciał podrywać na nogi sąsiadów za każdym razem, gdy późno wracał. Tu też nie było światła. Zaklął, kiedy próbował trafić kluczem do zamka, za trzecim razem się udało. Wśliznął się do mieszkania, jednym przyciskiem włączył wszystkie światła, nie lubił ciemności. Zmęczony zdjął buty. Tatuaż na jego ręce dał znać o sobie, mężczyzna poczuł charakterystyczne pieczenie i mrowienie. Ułamek sekundy wystarczył, żeby rzucił mantrę neutralizującą działanie alkoholu i postawił osłony. Był już gotów do walki. Jego organizm przechodził w tryb bojowy. Sięgnął umysłem w głąb pomieszczenia. W odróżnieniu od innych nie potrzebował do tego zaklęć czy mantr. Wyczuł obecność niewielkiego bytu; ślad był słaby, więc byt nie mógł być duży i bardzo groźny. Nie dysponował magią. Marek musiał być jednak ostrożny. Nawet małe stworzenie mogło mocno zranić. Szedł najciszej, jak potrafił, dodatkowo tłumiąc kroki stosownym zaklęciem. Ostrożnie zajrzał do łazienki, pusto. Zbliżał się do pokoju, kiedy z sąsiedniego pomieszczenia wyskoczyło na niego coś, co przypominało jaszczurkę, tylko uzbrojoną w ogromne pazury i szczękę najeżoną rzędem ostrych zębów. Lata treningu sprawiły, że ułamek sekundy wcześniej mężczyzna był już przygotowany na atak. Schwycił poczwarę w locie i rzucił nią o ścianę. Ryknęła wściekłe, zapewne liczyła na zaskoczenie przeciwnika. Podniosła się i ruszyła w jego kierunku. Ta chwila dała Markowi czas na przygotowanie obrony. Krzyknął zaklęcie, a w kierunku intruza poleciała niewielka kula błękitnego światła. Zwierzę pisnęło żałośnie i padło martwe na podłogę. Truchło zniknęło, a jedynym śladem jego obecności był odprysk tynku w miejscu, gdzie uderzyło o ścianę. Barnet odetchnął głęboko. Wysłał kolejnego mentalnego szpiega po mieszkaniu. Niczego nie znalazł, żadnej wrogiej obecności. Nadal ostrożny, mężczyzna wszedł do salonu, który pełnił jednocześnie funkcję sypialni. Zamarł w pół kroku. Wiszący na ścianie amulet, który chronił mieszkanie przed intruzami z innych światów, leżał potrzaskany na podłodze. Na ścianie, w miejscu, gdzie wisiał, Marek zobaczył duży napis. Wyglądał, jakby ktoś namalował go rzadką, czerwoną farbą, która spływając, deformowała litery i robiła zacieki. To nie była farba, lecz ludzka krew. Był tego pewien. Drobne włoski na karku zjeżyły mu się, gdy przeczytał napis: "WRÓCIŁEM". Zdał sobie sprawę, że zupełnie nieświadomie wymawia zaklęcia ochronne. Został dobrze wyszkolony. Teraz był już bezpieczny. Drżał ze zmęczenia i emocji, zużył duże ilości energii w krótkim czasie. Bardziej zwalił się na podłogę, niż usiadł wykończony. Był pewien, że mieszkanie jest dobrze chronione, że nic nie przełamie zabezpieczeń. Tak w istocie było aż do dziś. Czasem odnajdywał ślady prób wtargnięcia przez obce byty, ale osłony wytrzymywały. To, co je przełamało, było naprawdę silne i nie uczyniło tego owo jaszczurkokształtne coś. To był tylko harcownik, który miał sprawdzić jego siły i czujność. Wojna się zaczęła.
***
Obudził go szary blask świtu. Marek z trudem otworzył oczy. Leżał na podłodze, kompletnie nie wiedział, kiedy zasnął. Tym razem we śnie spacerował z Meg po parku, zanim została zabita. Nie czuł mrowienia, więc nic złego się nie działo. Spróbował wstać. Bolał go każdy mięsień, jakby go ktoś starannie i gorliwie obił kijem. Jęknął, kiedy ból zaatakował każdą cząstkę jego ciała, ale zignorował go. Czuł suchość w gardle, efekt wypitego piwa i wczorajszych wydarzeń. Powlókł się do kuchni. Nastawił czajnik. Miał nadzieję, że wizyta intruza nie narobiła za wiele hałasu, sąsiedzi byli dosyć wrażliwi na tym punkcie. Na początek dnia zrobił sobie kawę. W jego przypadku porządna dawka kofeiny i cukru potrafiły zdziałać cuda. Z każdym łykiem czuł, że wracają mu siły. Spokojniej i pewniej patrzył w przyszłość. Musiał wierzyć, że da radę, w przeciwnym wypadku przegrał, zanim bitwa się rozpoczęła.
Kiedy Marek skończył kawę, zabrał się do codziennych ćwiczeń i medytacji. Wziął prysznic i przygotował śniadanie. Usiadł, żeby je zjeść, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Jednak wczoraj nie był dostatecznie cicho. Zignorował dzwonek, ale rozległ się kolejny, a później jeszcze jeden i jeszcze jeden. Ktoś nie dawał za wygraną. Zrezygnowany Marek poszedł otworzyć. Do mieszkania niczym granat wpadła starsza pani. Mieszkała przez ścianę i to ona najczęściej skarżyła się na hałasy.
- Panie Marku - zaczęła wyraźnie zdenerwowana. - Nie wiem, co pan robi w nocy, i nie chcę wiedzieć - dodała, gdy rozmówca otwierał usta, żeby się wytłumaczyć. - Powinien pan jednak wiedzieć, że ludzie w nocy śpią. Ja śpię, panie Marku - dokończyła z naciskiem.
- Jest mi ogromnie przykro, naprawdę. Jestem spokojnym człowiekiem, nie robię imprez. - Właśnie wpadł na pomysł, jak odeprzeć atak. - Kiedy wróciłem do domu, w przedpokoju zastałem szczura. Proszę sobie wyobrazić szczura i to takiego dużego. - Rozłożył ręce, żeby pokazać, jak wielka to była bestia.
- Szczura?! - Oczy sąsiadki rozszerzyły się z przerażenia. - Jak to możliwe?
- Mamy zsyp na śmieci, więc takie rzeczy mogą się zdarzać. - Marek starał się być maksymalnie przekonywający w swej roli. - Zawiadomiłem dozorcę, zajmie się tym jeszcze dziś - uspokoił sąsiadkę.
- To dobrze, panie Marku, bardzo dobrze - mówiła, cały czas wycofując się w kierunku drzwi, jakby bała się, że kolejna szara poczwara rzuci się na nią. - Mam nadzieję, że Tadeusz zrobi z tym czymś porządek. Do widzenia, panie Marku. - Dotarła do drzwi.
- Do widzenia i przepraszam.
- Nie ma za co. Muszę już iść. Do widzenia.
Sąsiadka wydawała się całkowicie przekonana i nie zamierzała przebywać w pomieszczeniu, w którym znaleziono szczura, dłużej, niż to jest konieczne.
Marek zamknął za nią drzwi. Wizja katastrofy została zażegnana, w przeciwnym razie jeszcze dziś rozmawiałby z dzielnicowym. Wrócił do swojego śniadania. Herbata całkowicie wystygła i choć żal mu było, wylał ją do zlewu. Wstawił wodę na nową. Jeden problem został rozwiązany. Nie podobało mu się, że tak perfidnie okłamał sąsiadkę, wymyślając historię o szczurze, tym bardziej że wiedział o panicznym lęku kobiety przed myszami i szczurami. Z drugiej strony aż takie wielkie kłamstwo to nie było, w końcu zamiast szczura była jaszczurka, a przynajmniej coś, co było do niej podobne. Nie lubił kłamać bez względu na okoliczności. Czajnik zagwizdał, więc mężczyzna wstał i przygotował herbatę. Musiał się zastanowić, co dalej.
Na początek należy lepiej zabezpieczyć mieszkanie, jeśli nie przed demonem, to przynajmniej przed jego sługami. Później zadzwoni do Roberta. Pora na dłuższą rozmowę. Rozejrzał się po mieszkaniu. Amulet nie wystarczył, trzeba będzie sięgnąć po coś mocniejszego.
- Będziesz musiał się nieźle wysilić - mruknął.
Potrzebował mnóstwo energii, więcej niż miał do dyspozycji. Niezbędny był dodatkowy zasobnik, coś, co spełni rolę akumulatora. Ich nauczyciel pasjonujący się starożytną magią nazywał je kamieniami mocy. Marek lubił to określenie, sam takich używał. Nie ufał innym przedmiotom, poza tym skały same w sobie miały sporo energii. Taką rzecz musi zrobić sam. Nie było to łatwe. Nie wiedział, czym ma ten kamień naładować. Najprościej użyć mocy pozytywnych wspomnień, nie miał ich wiele, a wracanie do nich otwierało rany.
"Będzie kac gigant" - pomyślał zrezygnowany. Najlepsi potrafili używać ognia czy wody, ale to wymagało rzucania zaklęć, które były poza zasięgiem jego możliwości, pozostawały więc prostsze i bardziej bolesne dla niego metody.
Na środku salonu położył poduszkę i niewielki kamień, który podarowała mu znajoma przed wielu laty. Marek uśmiechnął się na jej wspomnienie. Skupił się, a później wyrecytował mantrę zabezpieczającą jako ostatni ratunek, gdyby sytuacja go przerosła. Jednym wypowiedzianym zdaniem mógł popełnić samobójstwo. Wyrecytował zaklęcie inicjujące i wziął kamień w dłonie. Zamknął oczy i popłynął na fali wspomnień.
Pierwsza dziewczyna, pierwsza miłość, pierwsza randka i wspólna noc. Uniesienie, radość, euforia. Kamień w jego dłoniach zaczął jarzyć się słabym blaskiem. Zdał egzamin na studia. Poznał Gosię. Podniecenie i niepewność, gdy zapraszał ją na pierwszą randkę. Spacer w parku, słowa "Kocham cię" powiedziane szybko drżącym głosem, jej ciepłe usta w pierwszym pocałunku, wspólne wieczory i poranki, moment, gdy zaufał jej i otworzył się przed nią. Oddychał coraz szybciej, pot spływał po twarzy. Zdany egzamin, ulubiony pub, zgodziła się zostać jego żoną.
Kamień nie był już w stanie wchłonąć więcej energii, uruchomiła się procedura kończąca. Marek otworzył oczy, kamień lśnił bursztynowym blaskiem. Mężczyzna odłożył go, szepcząc zaklęcie utrwalające. Skończył. Położył się skulony jak małe dziecko, płakał, dopóki nie zasnął.
Obudził się kilka godzin później. "Może zrezygnuję z łóżka, skoro śpię na podłodze" - pomyślał, otwierając oczy po tym, jak jego umysł wykonał kontrolę otoczenia. Usiadł. Robił się wieczór. Trzeba dokończyć stawianie osłon. Na szczęście pomyślał o poduszce, więc tym razem nie był tak obolały. Powoli recytował zaklęcie, trzymając w ręku kamień. Nie było to potrzebne, ale on nie potrafił inaczej, więc nie próbował tego zmienić. Ot, nieszkodliwe odstępstwo od reguły. Delikatna mgiełka zaczęła materializować się przed nim. Było to złudzenie stworzone przez jego umysł, który próbował sobie poradzić z różnymi aspektami rzucania zaklęcia. Mgiełka rosła i wnikała w ściany, a gdy skończył, zniknęła. Sprawdził, była na miejscu i tym razem przed tym, co przez nią przejdzie, nie ma już zabezpieczeń. Jak zwykle poczłapał do kuchni. Był wykończony fizycznie i psychicznie. Nie miał ochoty na jedzenie, choć powinien coś zjeść, żeby nabrać sił. Wmusił w siebie kanapkę i bardzo słodką kawę. Zastanawiał się, czy nie zadzwonić do Roberta jutro, kiedy się pozbiera, ale nie wiedział, czy może sobie pozwolić na taką stratę czasu. Westchnął i wyjął z kieszeni wizytówkę.
- No proszę, pan komisarz. - Marek ucieszył się z awansu przyjaciela. Wybrał numer, długo nikt nie odbierał. Miał wcisnąć czerwoną słuchawkę, gdy odezwał się Robert.
- Komisarz Robert Wilczyński, słucham. - Głos miał uprzejmy, choć trzymający rozmówcę na pewien dystans.
- Cześć, Robert, tu Marek.
- Marek! Myślałem, że nie zadzwonisz. - Po oficjalnym tonie nie było już śladu.
- Przeszkadzam?
- Ty? Nigdy.
- Musimy pogadać - powiedział poważnie Barnet.
- Zajrzyj do mnie na komendę - zaproponował Robert.
- Nie, może jednak nie - próbował się wykręcić. Nie miał dziś siły znosić spojrzeń pełnych nieufności i strachu. Zdawało się, że mówiły: "Patrz, to ten facet". - Może być tam, gdzie wczoraj?
- Jasne. Będę za godzinę. - Wilczyński kuł żelazo, póki gorące.
- Dobra, to ja się ogarnę i wyruszę.
- Świetnie, do zobaczenia. - Robert nie pytał o przyczyny, dowie się na miejscu, ale musiało się wydarzyć coś poważnego, skoro kolega zadzwonił.
- Do zobaczenia. - Marek rozłączył się. Położył komórkę na stole.
Poszedł do łazienki umyć twarz. Z lustra patrzył na niego facet, którego przepuszczono przez wyżymaczkę. Zimna woda trochę go orzeźwiła. Przynajmniej umysł nie był już tak otępiały. Powoli wracał do świata żywych. Pognieciony podkoszulek wrzucił do kosza na brudną bieliznę. Nie może się pokazać publicznie w takim stanie. Jeszcze raz spojrzał w lustro. Przyczesał włosy i poszedł do pokoju. Z szafki wyjął czyste ubranie. Włożył je. Zlustrował pokój uważnym spojrzeniem. Wszystko było, jak trzeba, mógł spokojnie wyjść.
Do pubu dotarł przed Robertem. Zamówił piwo i usiadł tam, gdzie zawsze. Kolega przyszedł lekko spóźniony.
- Przepraszam. Straszne korki na mieście. Nawet na sygnale nie było łatwo - wysapał.
- Uprawiasz prywatę? - Marek uśmiechnął się. Wypił łyk piwa. Postanowił, że dziś nie będzie upijania się. - Co wiadomo o ofiarach? Łączy je coś? - Na razie nie był gotowy na rozmowę o sobie.
- Niewiele. Większość jest między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia. To chyba jedyne, co je łączy, bo nic poza tym: ani wygląd, ani zawód, ani zainteresowania. Kompletnie nic, jakby były zupełnie przypadkowe.
- Może są. - Barnet czuł się, jakby kopał leżącego.
- Na razie nie wiemy. Nad profilami pracują najlepsi, od miesięcy śpią na komendzie. Twierdzą, że mają za mało danych, a my nie jesteśmy w stanie niczego więcej dodać.
- A Beata i Krzysiek, ustalili coś?
- Nie wiem.
- Zostawili jakieś notatki? - zapytał z nadzieją Marek.
- Nie.
Milczeli przez chwilę.
- On wrócił, prawda? - W głosie Roberta czaił się strach.
- Tak, wrócił.
Wilczyński sięgnął po kufel, upił spory łyk. Zbierał się na odwagę.
- Dlaczego odszedłeś? - spytał w końcu.
- Nie mogłem inaczej. Ja... - Mężczyzna umilkł, słowa nie chciały przejść przez gardło.
Robert milczał, czekał. Tej cierpliwości, a raczej wyczucia, nauczył się od Marka.
- Mogłeś przeze mnie zginąć. Ufałeś mi, a ja zawiodłem. - Tylko tyle Barnet umiał powiedzieć. Znów słyszał oskarżycielski głos ojca.
- Ty zawiodłeś?! Uratowałeś mi życie.
- Nie rozumiesz?! Widziałem w parku Gosię. To był prosty trik - zesłać złudzenie, gdy przeciwnik nie jest dość czujny. Klasyczny atak psychiczny. Tego uczą na pierwszym kursie. Dałem się nabrać jak uczeń. Całą noc nie spałem, myślałem o niej. Przyszedłem na akcję zmęczony, rozkojarzony. Spieprzyłem robotę. - Marek spojrzał przyjacielowi w oczy. Oczekiwał ciosu. Za chwilę usłyszy, że zawiódł ludzi, których powinien był chronić.
- Nie zawiodłeś mnie. Ufam ci i bez wahania znów powierzę ci swoje życie. - Robert patrzył Markowi w oczy. Nigdy dotychczas nie widział w nich tyle bólu. - Ufam ci - powiedział jeszcze raz z naciskiem.
- Naprawdę? - W głosie Barneta brzmiało niedowierzanie i gorycz.
- Sprawdź. - Wilczyński ułożył palce w znak oznaczający otwarcie umysłu i zapewnienie, że mu nie przeszkodzi.
Marek nauczył go prostych technik obrony przed intruzami próbującymi manipulować jego umysłem. Starał się stosować do jego zaleceń.
- Nie będzie już żadnych niedomówień - zachęcił go, widząc wahanie i niepewność przyjaciela.
Marek skinął głową. Delikatnie musnął umysł przyjaciela. Naprawdę się przed nim otworzył, całkowicie. Miał dostęp nawet do najbardziej skrywanych sekretów. Sięgnął po wspomnienia z tamtej akcji. Poczuł ból, gdy przyjaciel otrzymał pierwszy cios pazurzastą łapą; wdzięczność i ulgę, gdy zasłaniał go sobą. Czuł żal i smutek Roberta, gdy widział siebie opuszczającego komendę bez słowa, gdy nie odbierał telefonów. Słyszał powtarzane po wielokroć pytanie "Dlaczego?". Musnął wspomnienia z dzisiejszego wieczoru - niepewność, oczekiwanie, nadzieja. Robert liczył na jego pomoc, potrzebował go. Marek delikatnie się wycofał, nie zamierzał sprawdzać więcej, niż to było niezbędne. Byli przyjaciółmi, ale są rzeczy, o których nawet przyjaciel nie powinien wiedzieć. Wykonał gest, po którym Robert automatycznie osłonił swój umysł, teraz nikt i nic nie ma do niego dostępu. Nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Niczego nie musisz mówić - rzekł Robert, ku swojemu zaskoczeniu, zniżając głos do szeptu. Nie musiał czytać w myślach, by wiedzieć, że Marek bez wahania poświęci dla niego życie, on zrobi dla niego to samo. - Wrócisz? Jesteś nam potrzebny.
- Nie zostawię cię samego. - Uśmiechnął się. Jego demon wciąż żył, ale przynajmniej na razie usnął. - Jasne, że wrócę.
Siedzieli w milczeniu. Za dobrze się znali, żeby ta cisza im ciążyła. W tym momencie powiedziane zostało wszystko, co należało powiedzieć. Nie chcieli psuć atmosfery rozmową o bzdurach i pracy. Robert spojrzał na zegarek, było już dobrze po dziesiątej.
- Tak, obaj powinniśmy się wyspać - uprzedził go Marek.
- Dobrze by było, żebyś zajrzał jutro na Kruczą, żeby przynajmniej rozeznać się w sytuacji.
- Wolałbym jednak nie pojawiać się na komendzie, pracować w domu i z tobą. Nie mieszczę się w tej całej hierarchii i tak dalej... Nie, nie wycofuję się. - Spojrzał na Roberta. - Powiedziałem, że pomogę, to pomogę.
- Spokojnie. - Wilczyński uśmiechnął się. - Wszystko w porządku. Pogadam ze starym, żeby pozwolił skopiować akta i przyniosę ci do domu. - Wciąż bez samochodu? Podwiozę cię - dorzucił, widząc potwierdzenie ze strony Marka.
- Nie, nie trzeba, mogę się przejść. - Nie chciał sprawiać kłopotu.
- No to sprawa załatwiona. Jedziemy razem.
Podeszli do barmana, odnosząc kufle. Nie było to konieczne, ale przy okazji chcieli się pożegnać. Barman uśmiechnął się do nich, widząc ich obu w dobrym humorze. Wyszli na zewnątrz. Marek zaczął się rozglądać za czerwonym polo, którym jeździł Robert. Tymczasem podeszli do ciemnej octavii.
- Zmieniłeś samochód? - zdziwił się trochę Marek. W końcu policjanci nawet po awansie nie zarabiali dużo.
- Nie, to służbowy, aż tak dobrze mi się nie powodzi. Dziewczyny też nie mam - dorzucił Robert, uprzedzając pytanie. - Mieszkasz tam, gdzie zawsze?
- Tak, wciąż na swoich trzydziestu metrach, wśród sąsiadów kochających ciszę. - Ostatnie stwierdzenie wypłynęło pod wpływem wspomnienia niedawnych przejść z sąsiadką.
- Wiesz, gdyby to był nasz rejon... - zaczął Wilczyński.
- Żadnej prywaty. - Mężczyzna uśmiechnął się. - Poradzę sobie, no chyba że sąsiadka oskarży mnie o zastraszanie.
- Ciebie? A czym ją straszysz?
To było ciekawe, czym ktoś taki jak Marek, mógł straszyć starszą panią.
- Wczoraj wieczorem miałem gościa. Trochę narobiliśmy hałasu.
- Ładna była? O szczegóły nie pytam. - Robert roześmiał się. Naprawdę miał nadzieję, że Marek znalazł sobie dziewczynę.
- Była super. Coś koło metra sześćdziesięciu, rzuciła się na mnie z kuchni, ale nie byłem w nastroju. Wiesz, wolę wyższe.
Robert spoważniał, Marek nigdy nie opowiadał sprośnych dowcipów i szczegółów swoich relacji z kobietami, a na zaczepki zawsze miał ripostę lub żart w zależności od nastroju i sytuacji. O przejściach z osobnikami z tego lub innych światów też nigdy nie mówił otwarcie, czasem rzucał sugestie w takim stylu jak ta.
- Mogę ci jakoś pomóc? - zmartwił się Wilczyński. Sytuacja była poważniejsza, niż myślał.
- Nie, dzięki. Załatwiłem sprawę szybko i skutecznie. Niestety dziadostwo narobiło hałasu. Rano miałem na głowie sąsiadkę spod trzydziestki ósemki. Znasz, taka niska i gruba. Upierdliwa jak wrzód na dupie.
- I co, pokazałeś jej truchło? - Robert uśmiechnął się, choć nie było mu już do śmiechu. Marek musiał być naprawdę zmęczony, skoro tak się wyrażał. Dotychczas trzymał się nad wyraz dobrze.
- Nie, no nie chciałem jej zabijać tym widokiem, choć pewnie zyskałbym dozgonną wdzięczność współlokatorów. Sprzedałem jej historię o wielkim szczurze. Panicznie się ich boi. Na razie więc mam spokój.
- Gdybyś czegoś potrzebował, daj znać.
- Dzięki. W tej chwili nie powinienem mieć już gości. Kosztowało to trochę zdrowia, ale teraz już nic nie przejdzie - dodał Marek, widząc zatroskane spojrzenie przyjaciela.
- Tym bardziej nie powinieneś się włóczyć do późna. - Robert otworzył drzwi samochodu, dając do zrozumienia, że zarządza odwrót.
Z parkingu skręcili w prawo w Aleję Komisji Edukacji Narodowej. O tej porze praktycznie nie było ruchu. Czasem tylko mijał ich autobus miejski czy taksówka. Z Ciszewskiego Robert musiał wjechać w Cynamonową, bo jedynie tak mógł skręcić w lewo.
- Naprawdę nie musisz więcej kręcić. Dam radę, nie trzeba mnie eskortować pod drzwi. Wszystko jest w najlepszym porządku. - Marek starał się uspokoić Roberta, który wciąż nie krył troski.
- Uważaj na siebie i spróbuj się wyspać. Do zobaczenia, mam nadzieję, jutro.
- Do zobaczenia. - Pomachał Robertowi, który odjeżdżał.
Ruszył przez ciemne osiedlowe uliczki. Tu nigdy nie było dość światła, a teraz wydało mu się, że jest jeszcze ciemniej. Cisza aż przytłaczała. Wiedział, że to nie jest tylko efekt przebywania w głośnym pubie. Instynkt podpowiadał mu, że coś jest nie tak. Nie umiał powiedzieć co. Sprawdził, niczego magicznego nie było w najbliższym otoczeniu. Koło altanki śmietnikowej musiał skręcić ostro w prawo, idąc później wzdłuż niej. Nie była to najprzyjemniejsza trasa, zwłaszcza w ciepłe dni, ale pozwalała skrócić drogę o kilkaset metrów. Właśnie mijał altankę, gdy z jej cienia wyszedł mężczyzna. Wyglądał na miejscowego pijaczka. Brudne włosy sterczały na wszystkie strony. Stare, miejscami dziurawe ubranie znaczyły liczne plamy. Twarz nabrzmiała od permanentnego nadużywania alkoholu była czerwona. Policzek przecinała szeroka blizna. Na widok takiego typa większość ludzi zaczyna w duchu odmawiać modlitwy. Marek dał się zaskoczyć. Na szczęście Robert zmusił go do zaliczenia intensywnego kursu samoobrony, więc zareagował instynktownie, gdy napastnik zadał cios nożem. Uchylił się na tyle, żeby rana była powierzchowna. Nóż ześliznął się po żebrach. Nie odwracając się, uderzył łokciem, trafiając w brzuch. Mężczyzna jęknął i skulił się. Ta chwila pozwoliła Markowi odskoczyć i uderzyć jeszcze raz. Napastnik upadł. Widząc, że nie wygra, nie próbował się podnosić. Uniósł skrzyżowane ręce w obronnym geście. Marek miał dosyć walki z pijaczkiem, który był zbyt głupi, żeby poprosić o datek na piwo. Zostawił go na trawniku.
W mieszkaniu panował spokój. Nic nie próbowało dostać się przez barierę. Uspokoiło go to trochę. Poszedł do łazienki obejrzeć i opatrzyć ranę. Jęknął, zdejmując podkoszulek, ubranie przyschło do rany. Wrzucił je do umywalki i zalał zimną wodą. Teraz mógł się zająć sobą. Obejrzał ranę w lustrze. Wyglądała dosyć paskudnie, długa i szeroka. Z szafki za lustrem wyjął wodę utlenioną i bandaż. Zdezynfekował rozcięcie i dosyć nieudolnie owinął bandażem. Nie zamierzał o tym mówić Robertowi, co to, to nie. Dopiero będzie się martwił i jeszcze naśle na niego tajniaków. Umył twarz i powlókł się do pokoju. Był wykończony. Wykorzystał resztki sił i samodyscypliny, zmuszając się do rozścielenia łóżka. Usnął, nim głowa zdążyła opaść na poduszkę.
***
Po raz pierwszy od wielu tygodni nie śniło mu się nic. Obudził go dopiero budzik. Krzątał się po mieszkaniu, gdy koło dziesiątej rozległ się dzwonek do drzwi. Kompletnie zaskoczony Marek poszedł otworzyć ubrany jedynie w dół od piżamy.
- Robert? Spać nie możesz? - Zupełnie nie spodziewał się przyjaciela.
- Nie wszyscy mogą się wysypiać. O ósmej już musiałem się zameldować u szefa. - Wilczyński spojrzał na Marka i zobaczył zabandażowany bok. - A to co? - Popatrzył na ranę.
- Nic się nie stało, naprawdę. - Nie chciał kłamać, ale też nie zamierzał informować przyjaciela o zajściu z pijaczkiem.
- Mam cię wziąć na komendę i przesłuchać? - zagroził Robert.
- Jak wracałem wczoraj, przy altance rzucił się na mnie jakiś pijaczek. Dostał kopa i się odczepił. - Marek starał się mówić lekko, jakby tego rodzaju sytuacje były czymś absolutnie normalnym.
- Widział to lekarz?
- Nie przesadzaj, jesteś gorszy niż moja matka. Rana jest powierzchowna, zalałem wodą utlenioną i jest dobrze. Napijesz się kawy? - postanowił zmienić temat.
- Chętnie.
Robert się poddał, nie zamierzał się kłócić. Martwił się o kolegę, ale musiał mu ufać i wierzyć, że ten panuje nad sytuacją.
- Mogę spytać, czego chciał stary?
Marek postawił na stole dwa kubki z kawą. Z lodówki wyjął mleko, w końcu obaj lubili białą.
- Jasne. Pytał, czy znalazłem kogoś, kto może nam pomóc. Ucieszył się, że się zgodziłeś. W trybie ekspresowym załatwiliśmy formalności. - Robert położył na stole legitymację. - Jesteś oficjalnie konsultantem z prawem dostępu do wszystkich dokumentów, którymi dysponuje policja. Chłopaki dostali polecenie udzielenia ci każdej pomocy, o którą poprosisz. To znaczy nogi z dupy im powyrywa, jeśli cię spławią.
- A jest taka możliwość? - Marek nie chciał otwarcie pytać o nastroje wśród kolegów.
- Jak zwykle dyskretny i dyplomatyczny. - Uśmiechnął się, choć nie umiał ukryć, że nie dzieje się dobrze. - Chłopaki zaczynają się bać, wstrząsnęła nimi śmierć Beaty i Krzysztofa. Zwłaszcza Beaty. Wiesz, wszyscy się w niej podkochiwali. Poza tym są plotki, że to jeden z was jest sprawcą całej tej masakry. - Robert umilkł. Czuł się, jakby rzucał oskarżenie na przyjaciela.
- Kto tak mówi? - Marek nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Owszem, ludzie czasem się ich bali, twierdzili, że wykradają tajemnice z mózgów ofiar, że zmieniają w zwierzęta swoich przeciwników. Zwykłe ludowe brednie.
- W jednym z popularnych tygodników - Robert się skrzywił - pojawił się artykuł. Jakiś jajogłowy mówił, że tylko ktoś po Szkole mógł być źródłem tego rodzaju zjawisk, że normalny człowiek nie stworzyłby takiego potwora.
- To prawda, ktoś taki jak ty nie stworzy potwora, ale może otworzyć bramę do świata, z którego taka poczwara przyjdzie. Wystarczy, że wie, jak to zrobić.
- Ale przecież o takich rzeczach nie piszą w podręcznikach, tego nie można ot tak znaleźć w Internecie!
- I tu się, bracie, mylisz - zaoponował Marek. - Można w nim znaleźć wszystko - przepis na ciasto czekoladowe, bombę domowej roboty, okultystyczne rytuały także. Część z nich to bzdury, część niestety nie. Paru moich znajomych zginęło, bo jakiś znudzony kretyn bawił się w satanizm i przywołał demona albo jakąś mało inteligentną, ale za to agresywną bestię.
- Co zamierzasz? - zapytał Robert.
- Nie wiem, wygląda na to, że dziennikarze wiedzą więcej niż my. - Marek nie krył goryczy. - Muszę chyba poczytać te popularne tygodniki. - Nie zamierzał bawić się w dyplomację, pozwolił sobie na okazanie otwartej dezaprobaty dla tego rodzaju dziennikarstwa.
- Myślisz, że coś tam naprawdę jest?
- Czasem wbrew pozorom można coś znaleźć, jak się wie, czego szukać. Sprawdziliście, czy to większa sprawa? - zapytał Marek.
- Nie istnieje oficjalny rejestr, więc musielibyśmy wysłać pytanie do każdej jednostki. Poza tym który komendant przyzna się, że na jego terenie szaleje tyranozaur miniaturka przerabiający ludzi na kotlety mielone, a oni nie mogą go złapać? Popytałem prywatnie znajomych, ale niczego nie wiedzą.
- Zatem, jak widzisz, zostają gazety. Przejrzę brukowce i prasę poświęconą zjawiskom nadprzyrodzonym. Zdarzają się w nich nawet autentyczne relacje, choć większość to bzdury wyssane z palca, żeby gospodynie domowe miały się czym ekscytować przed snem. Dobra, a co z dostępem do akt ze śledztwa? Potrzebuję faktów, zdjęć i tak dalej. Sam wiesz.
- Szef polecił już zrobić kopie, ale tego jest parę kilogramów makulatury, to potrwa ze dwa, trzy dni. Na razie skserowałem ci notatki ze swojego notesu. Mam nadzieję, że odczytasz te bazgroły. - Wilczyński położył przed nim kilkanaście kartek zapisanych pospiesznym, niestarannym pismem. Spojrzał na wiszący w kuchni ścienny zegar. - Słuchaj, muszę iść, za dwie godziny jest narada. Obowiązkowa dla wszystkich - dodał.
- Nie ma sprawy, spadaj. Ja mam co robić. Odezwę się, jak znajdę coś ciekawego.
- Jak będę miał te ksera, to wpadnę. I żadnej brawury - ostrzegł przyjaciela Robert.
- Spokojnie, na razie bibliotekarki są nieszkodliwe. - Marek uśmiechnął się. Miał nadzieję, że nie widać, że o jednej z nich myśli szczególnie mocno.
- Umów się z nią. Randka dobrze ci zrobi. - Wzruszył ramionami na zdziwione i zakłopotane spojrzenie Marka. - Mówię całkiem poważnie, przyda ci się odrobina normalności.
- A kto powiedział, że nie żyję normalnie? - próbował zaprzeczać.
- Ja. A teraz spadam, bo szef się wścieknie. - Zebrał się do wyjścia. - Jakby co, dzwoń o każdej porze dnia i nocy.
- Dzięki, choć nie planuję kłopotów. - Marek odprowadził Roberta do drzwi. Podał mu rękę.
- Trzymaj się, stary, i umów się z nią. - Robert nie dawał za wygraną.
- Pomyślę. Odezwę się, jak będę coś miał. - Zamknął drzwi za kolegą.
Nie spodziewał się, że tak szybko znów zawita w bibliotece. Czy naprawdę zamierza umówić się z Anną? Nie wiedział. Owszem podobała mu się, nawet bardzo, ale zbyt wiele argumentów było przeciw.
Rozmyślając, Marek machinalnie wykonywał poranną toaletę, którą uniemożliwiło mu przyjście Roberta. Włożył podkoszulek i spojrzał w lustro w łazience, żeby sprawdzić, czy wygląda, jak należy. "Ej, facet, idziesz pracować, a nie lansować się" - skarcił się w duchu. Zdecydował się pozostać w tym stroju, choć mu się nie podobał.
Droga na Koszykową zajęła mu mniej niż czterdzieści minut, ale dla niego była to wieczność. Dziś znów była Anna. Ubrana w letnią sukienkę w delikatne, drobne kwiatki emanowała naturalnym wdziękiem. Brązowe włosy opadały jej na twarz. Co chwilę odgarniała niesforny kosmyk. Zobaczyła Marka. Za taki uśmiech mężczyźni dawali się zabić, odkąd istniał świat.
- Marku, nie myślałam, że tak szybko wrócisz. - Dziewczyna jeszcze raz się uśmiechnęła, a jemu odebrało mowę. - Podać "Historię"?
- Nie. - Ledwie zdołał wydusić cokolwiek. - Dziś muszę przejrzeć gazety, takie bardziej popularne. - Nie wiedział, jakiego mógłby użyć określenia. Bał się narazić swojej rozmówczyni.
- Wszystko jest w czytelni. Wykładamy egzemplarze z ostatniego miesiąca, jakby były potrzebne starsze, są już tylko fotokopie.
- Na razie wystarczy to, co jest w czytelni, i tak pewnie nie dam rady tego przejrzeć. O której kończysz? - Jego samego kompletnie zaskoczyło to pytanie. Nie zamierzał się z nią umawiać.
- O dziewiętnastej, ale pewnie przed dwudziestą nie wyjdę. - Zdawało się, że jej oczy mówią: "Ale poczekasz, prawda?".
- Masz ochotę na kawę?
- Chętnie. - Anna spojrzała na niego.
- To ja nie przeszkadzam.
Stojący za nim starszy pan zaczynał się niecierpliwić. Marek uznał, że lepiej uniknąć awantury. Uśmiechnął się do Anny i poszedł do czytelni.
Z półek wziął naręcze dzienników poświęconych taniej sensacji i plotkom. Rozejrzał się po sali w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Długie stoły stały w rzędach, na każdym z nich dwie lampki z zielonymi abażurami. Tworzyło to trochę staroświecką atmosferę, ale jemu wydawała się jak najbardziej odpowiednia dla tego miejsca. Brakowało mu tylko skrzypienia podłogi, bo ta była całkiem nowa. Biblioteka przeszła gruntowny remont kilka lat wcześniej. Wybrał miejsce w rogu sali, jak najdalej od wejścia. Chciał mieć spokój. Usiadł, włączył lampkę, choć w pomieszczeniu nie było ciemno, i pogrążył się w lekturze. Po kolejnych informacjach o rozwodzie gwiazdki seriali telewizyjnych musiał powstrzymywać się, żeby nie krzyczeć. Miał tego serdecznie dosyć. Tania sensacja, kłamliwe wiadomości, manipulowanie faktami i interpretacjami wypełniały gazety od pierwszej do ostatniej strony, każdy egzemplarz. Została mu jeszcze godzina i kilka numerów do obejrzenia. Stracił nadzieję, że znajdzie coś sensownego, ale z poczucia obowiązku kontynuował. Zupełnie nie zauważył, gdy Anna pochyliła się nad nim.
- Kończymy na dzisiaj - szepnęła dziewczyna.
- Tak? - Marek podniósł wzrok i natychmiast go opuścił, zdając sobie sprawę, że patrzy dokładnie w jej dekolt. - Już skończyłem - dodał z nadzieją, że nie zauważy jego zakłopotania i rumieńca.
Zapach jej perfum powodował, że zakręciło mu się w głowie. "Stary, ile ty masz lat? Opanuj się" - pomyślał.
Parzył, jak szła. Jej smukła sylwetka kojarzyła mu się z wiosennym kwiatem poruszanym wiatrem. Złożył gazety i odniósł na półki. W holu nie było nikogo, Anna porządkowała rewersy.
- Będę czekał na zewnątrz. - Barnet nie mógł oderwać od niej wzroku.
- Postaram się szybko skończyć. - Anna uśmiechnęła się świadoma wrażenia, jakie na nim robiła.
Wyszedł, żeby jej nie przeszkadzać i nie narażać na gniew szefostwa. Było gorąco, słońce schowało się za budynkami. Nie miał pojęcia, gdzie w okolicy można wypić dobrą kawę. Rozejrzał się w poszukiwaniu szyldu jakiejś kawiarni. Znalazł tylko znaną sieciówkę. Nie miał kompletnie wyczucia, czy to właściwe miejsce na pierwsze spotkanie. Zaczynał wpadać w lekką panikę. Niemal podskoczył, gdy za swoimi plecami usłyszał jej głos.
- Jestem gotowa, dokąd idziemy?
- Może być? - spytał Marek, wskazując wypatrzoną wcześniej kawiarnię. - Przepraszam, nie znam tutejszych lokali. Mieszkam na Ursynowie, tu bywam rzadko - tłumaczył się.
- Jasne, że może, dają tam dobrą kawę. Mieszkam całkiem niedaleko, na Koszykowej po drugiej stronie placu, czasem tu zaglądam. No chodź. - Wzięła go za rękę i pociągnęła w kierunku kawiarni.
Weszli do środka. Wystrój był charakterystyczny dla kawiarni tej sieci. Ciemne, niewysokie i okrągłe stoliki ustawiono w pozornym chaosie. Przy niektórych stały staromodne fotele. Anna wybrała stolik z jednym z nich. Wygodnie umościła się w różowo-czerwonym fotelu.
- Jaką pijesz? - spytał, gdy już usiadła.
- Sama nie wiem, może latte. Klasyczne, bez dodatków. Albo nie - zmieniła zdanie - tu pyszna jest pomarańczowa. Chcę pomarańczową.
Marek poszedł zamówić. Miał problem ze skupieniem myśli i zamiast latte wziął dla siebie cappuccino. "Za chwilę nie będę wiedział, jak się nazywam" - przywołał się do porządku. Skupił się i ruszył z tacą w kierunku stolika Anny. Siedziała z łokciami opartymi o stół. Włosy opadły jej na twarz. Marek stał i patrzył, mógłby to robić wieczność, ale kawa stygła.
- Nie wiedziałem, czy słodzisz - wyjaśnił, stawiając jej latte.
Obok położył dwie saszetki brązowego cukru. Pomyślał, że kobiety pewnie taki biorą.
- Dziękuję. - Anna przysunęła do siebie szklankę. Wsypała cukier. - Czym się zajmujesz? - spytała, gdy usiadł naprzeciwko niej.
- Ja? Jestem kimś w rodzaju prywatnego detektywa, a teraz jestem policyjnym konsultantem.
Mógł powiedzieć, że jest dziennikarzem, ale kłamstwo miewa krótkie nogi, więc się nie odważył.
- To musi być ciekawa praca. W jakiej dziedzinie doradzasz?
- Trudno to nazwać. Uznajmy, że jest to pogranicze psychologii i nauk przyrodniczych. - Marek miał nadzieję, że kupi takie pokrętne wyjaśnienie. Nie chciał wdawać się w szczegóły, ludzie reagowali strachem na słowa "magia" czy "zjawiska nadprzyrodzone", nawet "parapsychologia" nie działała na nich dobrze.
- Historią okultyzmu i magii interesujesz się prywatnie czy zawodowo?
- Prywatnie, zawsze mnie to ciekawiło. Skończyłem kierunek ścisły, ale to nie przeszkadzało, żebym interesował się tym, czego nauka unikała w swych badaniach. Fakt, nie można było za bardzo afiszować się z takimi zainteresowaniami na wydziale. - Uśmiechnął się trochę smutno i sentymentalnie na wspomnienie tamtych czasów. To właśnie zainteresowania plus jego zdolności zaprowadziły go potem do Szkoły.
- A ja skończyłam bibliotekoznawstwo. Trudno się domyślić prawda? - Anna uśmiechnęła się.
- Z dużą dozą prawdopodobieństwa można było tak sądzić, ale czasem w bibliotekach pracują ludzie po innych kierunkach.
- Zawsze kochałam książki, więc cieszę się, że pracuję w bibliotece, w takiej bibliotece. Pewnie sądzisz, że to głupia i nudna praca?
- Ja pewnie umarłbym z nudów pośród tych wszystkich książek i gazet, ale ty zrobiłabyś to samo, gdybym ci kazał cztery godziny gapić się w miernik i zapisywać wyniki. Najważniejsze to robić to, co się kocha, i już, a co inni myślą, to ich spawa.
- Lubisz swoją pracę? - Spojrzała na niego uważnie.
- Kocham i nienawidzę jednocześnie - rzekł Marek aż nazbyt szczerze i gorąco. - Nie mówmy o tym - poprosił.
- Przepraszam, nie chciałam ci sprawić przykrości.
- Wszystko w porządku. - Uśmiechnął się. - Naprawdę. - Nie wiedział, co powiedzieć.
- Zapomniałeś o swojej kawie.
- Ja? No tak. - Barnet posłodził cappuccino i zaczął je pić.
Drżały mu ręce. Gorączkowo szukał czegoś, co pozwoliłoby kontynuować rozmowę.
- Czytasz coś oprócz podręczników? - Anna uprzedziła jego pytania.
- Kiedy mam czas, to gazety - zażartował. - A tak poważnie, to głównie sensację, kryminały, fantastykę. Ostatnio nie mam jednak za wielu okazji, sporo się dzieje.
Dopili już swoje kawy. Anna wstała.
- Chyba pora na nas.
- Masz ochotę na spacer? - spytał z nadzieją.
- Mam, ale jutro muszę wstać wcześnie rano. Może innym razem.
- Odprowadzę cię - zaproponował.
Szli w milczeniu. Marek był przygnębiony, nie tak wyobrażał sobie to spotkanie. Zachował się, jakby to była pierwsza randka w jego życiu. "Nie, na pierwszej poszło mi lepiej" - pomyślał ze złością. Nie próbował sprawdzić, czy Anna jest zadowolona z tego spotkania. Uważał, że to byłoby nie w porządku wobec niej. Przeszli przez plac Konstytucji. Włączyły się pierwsze latarnie. Pomimo wieczoru było ciepło. Idealna pogoda na długi spacer. Żałował, ale nie nalegał, miał nadzieję, że jeszcze będzie sposobność. Okazało się, że w zasadzie Anna mieszka na placu, bo weszli w pierwszą bramę na Koszykowej. Drzwi na klatkę otworzyła kodem. Trzymając je, odwróciła się do niego.