Wstęp
Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że w swoim życiu wydam książkę
kucharską, popukałabym się w głowę. Z ręką na sercu muszę przyznać, że
przez większość życia moje zdolności kulinarne ograniczały się do
czterech dań: spaghetti bolognese (z sosem z torebki, ma się rozumieć),
kurczaka z ryżem, wszelkich dostępnych w sklepach mrożonek, kanapek. Nie
myślcie, że autentycznie do gotowania miałam dwie lewe ręce. Jakoś tak
się moje losy w dzieciństwie potoczyły, że odkąd pamiętam, to ja byłam
tą od sprzątania, a moja młodsza siostra od gotowania. I uwierzyłam w to, że tak już musi pozostać. Że żadnej kucharki ze mnie nie będzie, że
przecież nie każdy musi być mistrzem w kuchni. Na długie lata powyższych
czterech dań w zupełności mi wystarczało. Urozmaiceniem moich posiłków
oraz czynności wykonywanych w kuchni było pieczenie, bo piec uwielbiałam
od zawsze. Świąteczne pierniki, aksamitne babki, świąteczne mazurki,
własnoręcznie zagniatane puszyste ciasta drożdżowe, biszkoptowe kremowe
torty, a nawet królowa beza! Tak, to wszystko już jako nastolatka byłam
w stanie sama wyczarować.
Nie zdziwi mnie, jeśli po tym wstępie niejeden z Was ze zgrozą pomyśli,
że książka, którą właśnie trzyma w ręce, jest jakimś nieporozumieniem,
kulinarnym kawałem albo, co gorsza, niewypałem.
Gwarantuję Wam, że nic z tych rzeczy!
Historia z moim niegotowaniem zmieniła się pięć, może sześć lat temu.
Pewnego dnia odkryłam, że tak jak w pieczeniu, w kucharzeniu również
istnieją gotowe przepisy, które wystarczy wykonać krok po kroku, by
wyczarować coś naprawdę smakowitego. Kiedy to sobie uzmysłowiłam, nie
śmiejcie się za bardzo, nie mogłam wręcz przestać gotować! Wtedy
wreszcie sama byłam w stanie przyrządzić dania, którymi uwielbiałam
zajadać się, podróżując po najrozmaitszych zakątkach świata. Najlepsze
zaś jest to, że miałam przy tym coraz więcej frajdy.
Pewnego dnia zapragnęłam podzielić się pomysłami na orientalne wariacje
smakowe z moją mamą, wspaniałą kucharką, oddaną klasycznej kuchni
polskiej. Wpadłam na pomysł, że przygotuję kilkanaście swoich ulubionych
dań z różnych krańców globu, sfotografuję je i zmajstruję dla mamy
miniksiążkę kucharską jako podarunek na nadchodzący Dzień Matki.
Pamiętam, że zaczęłam wtedy wypisywać przykładowe dania, wracając do
swoich licznych podróży do różnych zakątków świata. I wiecie co? Nie
mogłam zamknąć ich w tych kilkunastu opcjach. Tamtej pamiętnej
kwietniowej nocy zaczęła krążyć w mojej głowie myśl: a co, gdyby mój
drobny prezent dla mamy przekształcić w coś większego? W mojej głowie
wybuchła prawdziwa burza myśli. Nie mogłam zmrużyć oka prawie do rana.
Moja czaszka aż dymiła od kulinarnych pomysłów. Aż wreszcie połączyłam w myślach wszystkie kropki tej gastronomicznej łamigłówki, wstałam,
włączyłam światło, wzięłam kartkę i zaczęłam pisać:
A jak Australia: beza pavlova
I jak Indie: chlebki naan
T jak Tajlandia: pad thai
Zanim wstał świt, na kilku zużytych kartkach, wśród licznych skreśleń i poprawek, wyklarował się szkic mojej książki kucharskiej.
Od tamtej kwietniowej nocy minęły już ponad trzy lata. To długo,
pomyślicie. Nie ukrywam, że całego tego czasu nie przesiedziałam w kuchni. Miałam wzloty i upadki, zarówno podczas gotowania, jak i fotografowania, a wreszcie podczas tworzenia książkowego tekstu. W szkicu, który powstał tamtej nocy, wprowadziłam gigantyczne zmiany,
potroiłam liczbę pierwotnych potraw, wykreśliłam niektóre kraje, by w ich miejsce dołożyć coś ciekawszego. Swoją kuchnię zamieniłam w prawdziwe studio fotograficzne, z dwoma wielkimi lampami błyskowymi, z dziesiątkami serwetek, podkładek, kulinarnych teł, z setkami talerzy,
miseczek, kubków, filiżanek, sztućców. Stałam się stałą klientką sklepów
z używaną porcelaną, ale też krawieckich, bo gdzieś musiałam upolować
tkaniny nawiązujące do Zanzibaru czy Boliwii. Wielokrotnie widziano mnie
też w Castoramie, gdzie targowałam się o dobrą cenę pojedynczych płytek
podłogowych, kolekcjonowałam próbki farb i tynków strukturalnych. Stałam
się częstym bywalcem Kuchni Świata, a wreszcie zyskałam miano
najbardziej wybrednej klientki w osiedlowym warzywniaku, bo przecież
zakupione przeze mnie maliny, papryczki chili czy jadalne kwiaty musiały
być idealnie okrągłe, jednobarwne i, broń Boże, wygniecione czy
naderwane. Ale co najważniejsze, wyprowadziłam swoje umiejętności
kulinarne na zupełnie inny poziom. Nie odmierzam już przypraw
łyżeczkami, a sypię "na oko". Przestałam kurczowo trzymać się przepisów,
a postawiłam na improwizację. Nie marnuję jedzenia, bo jeśli coś zalega
mi w lodówce, w mig jestem w stanie wyczarować z tego jakieś popisowe
danie azjatyckie, włoskie czy meksykańskie. Mój smak i węch wyczuliły
się na tyle, że nie zadowalam się już byle kanapką, sosem z torebki, a już w żadnym wypadku sklepową mrożonką. Rzadziej jadam na mieście.
Jedzenie do domu zamawiam w naprawdę wyjątkowych sytuacjach, bo w końcu
sama jestem w stanie przygotować dorodnego burgera, pikantną afrykańską
samosę czy wypełniające cynamonowym zapachem przestrzeń wokół mnie i mych sąsiadów szwedzkie cynamonki.
Jest jeszcze jedna wypadkowa tej książki: znacznie poszerzyłam swoją
wiedzę nie tylko o kuchniach świata, ale też kulturach, zwyczajach,
tradycjach co najmniej dwudziestu trzech krajów i zakątków naszego
globu.
Przyznam, że nie ze wszystkimi potrawami szło mi jak po maśle. Choć
większość z nich po dwóch próbach trafiała na karty tej książki, były i takie, które kosztowały mnie zdecydowanie więcej czasu, pracy, a przede
wszystkim cierpliwości. Najwięcej trudności przysporzyły mi, o dziwo,
Włochy. Pizza, ravioli, arancini czy gnocchi są niczym najrozkoszniejsza
uczta dla podniebienia, lecz satysfakcjonujące własnoręczne ich
przygotowanie zajęło mi od czterech do sześciu prób. Pastéis de nata
liczbę tę podniosły do siedmiu, zaś bawarskim preclom zagroziłam, że
jeśli tym razem (ósmym) nie wyjdą, wyrzucę je z mojej książki. Wyszły. I bez obaw, wychodzą już zawsze. Były jednak i takie potrawy, które z racji smaku, wyglądu albo bycia niefotogenicznymi, faktycznie zostały
perfidnie skreślone z kart tej książki. Dodatkowo niektóre z nich na
tyle nadszarpnęły moją anielską cierpliwość, że nie mam najmniejszej
ochoty kiedykolwiek ich kosztować na absolutnie żadnym krańcu świata.
Tym bardziej w swojej kuchni. W książce tej znajduje się też nieliczna
grupa dań, których ponowne przyrządzenie podaję w wątpliwość z powodu
nadwyrężenia mojej fotograficznej twórczości: francuska zupa cebulowa,
hiszpańskie minikrokiety czy słynne klopsiki z Ikea. Większość jednak
prezentowanych tu potraw stała się moimi ulubionymi smakołykami, które
regularnie goszczą w moim menu albo których domagają się moi najbliżsi.
W książce tej czeka na Was aż 150 przepisów z całego świata: od gorzkiej
kawy parzonej po arabsku, przez sycące English breakfast, domowej roboty
turecki kebab w bułce, na oryginalnym torcie szwarcwaldzkim kończąc.
Książka została podzielona na 23 rozdziały, odpowiadające poszczególnym
literom alfabetu. Każdej z nich przyporządkowałam jedno państwo albo
region świata. Dlatego wraz z każdym kolejnym rozdziałem będziecie mogli
przenieść się kulinarnie do zupełnie innego miejsca na świecie. Poza
przepisami na najbardziej tradycyjne potrawy danego kraju na początku
każdego rozdziału znajdziecie też krótki wstęp, a w nim charakterystykę
regionu pod względem nie tylko kulinarnym. Przeczytacie tu o ulubionych
potrawach w poszczególnych stanach Ameryki, menu królowej Elżbiety,
tradycjach kulinarnych podczas ramadanu, ale też o tym, co najchętniej
kładzie się na ruszcie w Australii i RPA, czym zagryza się piwo podczas
bawarskiego Oktoberfestu, a wreszcie poznacie etykietę na czas trwania
tradycyjnej gruzińskiej supry.
Zapewne teraz zastanawiacie się, czy sama odwiedziłam wszystkie
wymienione w książce kraje. No cóż, chciałabym. I choć zdecydowana
większość z nich jest już odhaczona na mojej liście, jeszcze trochę
przede mną. Moje podróże do nieznanych mi jeszcze zakątków, dzięki
napisaniu tej książki, "wskoczyły" na zupełnie inny poziom. Jestem
bardziej świadoma miejsc, które odwiedzam, i to nie tylko pod względem
kulinarnym. Oczywiście, jeśli tylko mam okazję, kosztuję lokalnej
kuchni, zwłaszcza dań prezentowanych w książce. Dzięki poznaniu
zwyczajów i tradycji w różnych krajach jest mi znacznie bliżej do ich
mieszkańców.
Książkę tę polecam nie tylko wielkim fanom gotowania, ale też
podróżnikom, bo nie jest to typowa książka kucharska, a kulinarno-podróżniczy przewodnik po świecie. Z tego powodu bardzo
zachęcam Was do przeczytania nie tylko przepisów, ale też wstępów do
poszczególnych rozdziałów. Gwarantuję, że wyjdzie Wam to na dobre i błyśniecie w niejednym towarzystwie. Ponadto niech książka ta będzie dla
Was przykładem, że warto uwierzyć w swój potencjał. Nawet jeśli tysiące
razy usłyszeliście od kogoś, że nie nadajecie się do czegoś, nie
skreślajcie siebie. Nie pozwólcie, aby ta negatywna myśl opanowała Wasz
umysł, bo wtedy tak jak i ja na kilka, może nawet kilkanaście lat
uśmiercicie w sobie jakąś pasję, umiejętność, talent. Jakąś cząstkę
siebie.
Na zakończenie życzę Wam, aby ten kulinarno-podróżniczy przewodnik
pozwolił również i Wam przybyć, ugotować i zjeść 150 dań z podróży do
ciekawych miejsc na świecie. Liczę na to, że przeglądając karty książki,
nie tylko zgłodniejecie, nie tylko zapragniecie odtworzyć pyszności
własnoręcznie, ale będziecie chcieli wyruszyć w świat śladem zawartych
na stronicach książki kulinarnych opowieści.
Bez względu, czy w kulinarną podróż udacie się do swojej kuchni, czy
spakujecie plecak i podążycie we wspomniane w książce miejsca, wszystkim
Wam życzę smacznego!
Ajwar
4 SŁOIKI - 1,5 godz. - ŁATWY
Ajwar narodził się w Serbii i jego oryginalny przepis zawierał wyłącznie
paprykę. Współcześnie smak pasty wzbogaca się różnymi dodatkami:
bakłażanem, pomidorami, cukinią, a nawet korzeniem pietruszki. Ajwar
jest niezwykle wszechstronny w kuchni - doskonale sprawdza się jako
smarowidło do pieczywa, sos do makaronu i ziemniaków, a także jako baza
do zup i sosów mięsnych.
Na Bałkanach ajwar to też tradycja. Po obfitych zbiorach papryki te
warzywa, które nie zostały przeznaczone na ajwar, nawleka się na sznurki
i wiesza pod dachami, gdzie suszą się w promieniach bałkańskiego słońca.
Sam proces nawlekania papryk to nie tylko praca, ale również doskonała
okazja do spotkań rodzinnych i towarzyskich pogawędek. Przypomina dawny
polski zwyczaj skubania pierza.
Bułgaria. Dla mnie zaś ajwar na zawsze pozostanie wspomnieniem
śniadania pod namiotem. Najlepiej smakował wyjadany prosto ze słoika
kawałkiem niezbyt świeżego już chleba. Jeszcze lepiej po nocy spędzonej
w pospiesznie rozłożonym namiocie gdzieś pośród bułgarskich gór, tuż po
wybudzającej i jakże orzeźwiającej kąpieli w lodowatej, górskiej rzece.
Wtedy ta najsłynniejsza paprykowa pasta miała dla mnie smak najdroższego
kawioru świata.
Składniki:
kilogram czerwonej podłużnej papryki
2 małe bakłażany
2 papryczki chili3
pół główki nieobranego czosnku
30 ml oliwy z oliwek
2 łyżki octu spirytusowego
3 łyżki mielonej słodkiej papryki
2 łyżki soli
Przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 220°C z funkcją grilla. Umyj i osusz papryki i bakłażany. Przekrój papryki na pół, usuń gniazda nasienne. Pokrój
bakłażany w plastry. Oddziel od siebie ząbki czosnku, nie obieraj,
delikatnie rozgnieć je nożem. Ułóż warzywa na blasze wyłożonej papierem
do pieczenia. Grilluj 30-45 minut, aż skórka sczernieje. Przykryj
warzywa folią aluminiową i odstaw na 20 minut. Zdejmij skórkę z papryki
i bakłażanów, obierz czosnek. Zmiksuj warzywa w blenderze na gładką
masę, dodając papryczki chili, jeśli używasz. Przełóż pastę do dużego
garnka, dodaj oliwę, ocet, paprykę w proszku oraz sól i wymieszaj. Gotuj
na średnim ogniu 30 minut, mieszając od czasu do czasu. Dopraw pieprzem
i solą. Przełóż gorący ajwar do czystych słoików.4
Do podania: pieczywo, makaron, mięso
słoik: 400 g/194 kcal
białko: 5 g
tłuszcze: 9 g
węglowodany: 27 g
Węgierskie leczo
4 PORCJE - 50 min - ŁATWY
Na Węgrzech tradycyjnie leczo przyrządza się z obfitą ilością kiełbasy.
Czasem wraz z naczyniem pełnym parującego leczo podaje się dodatkowe
pęto swojskiej kiełbasy. Węgrzy spożywają leczo z dodatkiem chleba,
czasem zastępując go ryżem lub ugotowanym jajkiem. Nierzadko danie to
traktuje się jako dodatek do potraw mięsnych, nawet do kotleta
schabowego. W takim przypadku zwykle do leczo nie dodaje się już mięsa.
Złotą zasadą wyśmienitego leczo jest zachowanie równych proporcji
cebuli, pomidorów i papryki. Obecnie jednak, nawet w ojczyźnie tego
dania, można spotkać wersje z dodatkiem sezonowych warzyw, takich jak
cukinia, bakłażan, a nawet różnego rodzaju grzybów.
Węgry. Węgierskie leczo jest dla mnie czymś na miarę polskiego hot
doga kupionego na którejś ze stacji benzynowych podczas podróży. Ilekroć
przemierzałam okołobałkańską część Europy, rutynowo już zatrzymywałam
się na przypadkowej węgierskiej stacji, by miła pani z obsługi wielką
chochlą nalała do małej miseczki hojną porcję parującego, mięsnego
leczo. Zatrzymywałam się, by po chwili szczęśliwie zajadać się
przepysznym węgierskim gęstym daniem ze stacji benzynowej.
Składniki:
200 g grubej kiełbasy
100 g tłustego bekonu
4 duże pomidory
2 czerwone papryki
2 żółte papryki
2 średnie cebule
3 łyżki mielonej słodkiej papryki
Przygotowanie:
Pokrój w plastry kiełbasę, bekon w drobną kostkę. Sparz pomidory, obierz
je ze skórki i pokrój w ćwiartki. Umyj papryki, usuń gniazda nasienne i pokrój w cienkie paski. Pokrój cebule w piórka. Podsmaż bekon do
wytopienia tłuszczu. Odłóż na bok. Zeszklij cebulę na tym samym
tłuszczu. Dodaj mieloną paprykę, wymieszaj i smaż pół minuty. Zmniejsz
ogień, dodaj papryki, przykryj i gotuj 10 minut, mieszając od czasu do
czasu. Dodaj pomidory oraz kiełbasę. Zeskrob to, co przywarło do dna
garnka. Gotuj pod przykryciem 15-20 minut, aż warzywa zmiękną. Dopraw
pieprzem i solą. Dodaj usmażony wcześniej bekon.
Do podania: pieczywo
porcja: 490 g/295 kcal
białko: 18 g
tłuszcze: 14 g
węglowodany: 26 g
Musaka
6 PORCJI - 1,5 godz. - ŚREDNI
Musaką zajadać się można nie tylko w Grecji. Każde z państw regionu
bałkańskiego prezentuje swoją wariację tego dania. W Bułgarii do musaki
dodaje się jajka, szpinak, a nawet kwaśną kapustę i ryż. W Rumunii na
warstwę warzywną, poza bakłażanem, składają się seler, kalafior i kapusta.
Typowa grecka musaka to zaś warstwa pieczonych ziemniaków i bakłażana
przełożona aromatycznym mielonym mięsem oraz delikatnym sosem
beszamelowym. Całość uwieńczona jest hojną porcją sera. Tradycyjnie
podawana jest w jednoporcjowym glinianym naczyniu. Najlepiej smakuje
letnia - wtedy warstwy potrawy mają wystarczająco dużo czasu na
zastygnięcie, a danie lepiej zachowuje swój kształt, co ułatwia proces
konsumpcji. Jada się ją za pomocą noża i widelca, odkrawając porcje w sam raz na jeden kęs. Kto choć raz miał okazję zajadać się musaką, wie,
że danie to wymaga zręcznego operowania sztućcami. Pozostały w naczyniu
sos wyjada się za pomocą kawałka chleba, który w lokalnych restauracjach
towarzyszy musace.
Grecja. Grecję odwiedziłam wielokrotnie, ale musakę jadłam tylko raz.
I choć uwielbiam to danie, delektując się nim ten pierwszy raz,
sparzyłam się, a właściwie dotkliwie się poparzyłam. Być może gdybym w przeszłości nauczyła się podstaw greki, zrozumiałabym, kiedy Grek,
stawiając przede mną gorącą porcję świeżo przyrządzonej musaki,
wyjaśniał, że naczynie zostało wyjęte z wnętrza pieca minutę temu i trzeba uważać.
Składniki:
500 g mielonego mięsa (wieprzowo-wołowego lub baraniny)
4 duże ziemniaki
2 cukinie
bakłażan
średnia cebula
3 ząbki czosnku
250 g passaty pomidorowej
7 łyżek oliwy z oliwek
łyżka przecieru pomidorowego
łyżeczka mielonego cynamonu
3 gałązki świeżego tymianku
pół łyżeczki cukru
SOS BESZAMELOWY
100 g mąki pszennej
600 ml mleka
100 g masła
100 g parmezanu
3 żółtka
pół łyżeczki mielonego białego pieprzu
pół łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
Przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 200°C z termoobiegiem. Wysmaruj oliwą naczynie do
zapiekania. Obierz ziemniaki, pokrój w półcentymetrowe plastry. Dodaj
część świeżego tymianku, po pół łyżeczki pieprzu i soli oraz łyżkę oliwy
i wymieszaj. Przełóż do naczynia i piecz 15 minut. Pokrój bakłażan w półcentymetrowe plastry. Dodaj część tymianku, po pół łyżeczki pieprzu i soli oraz łyżkę oliwy i wymieszaj. Ułóż na ziemniakach i piecz 15 minut.
Pokrój cukinie w półcentymetrowe plastry. Dodaj pozostałą część
tymianku, po pół łyżeczki pieprzu i soli oraz łyżkę oliwy i wymieszaj.
Ułóż na warzywach i piecz 15 minut. Posiekaj cebulę i czosnek. Zetrzyj
na tarce parmezan. Podsmaż cebulę, po chwili dodaj czosnek i usmaż.
Dodaj cynamon, wymieszaj i smaż. Zrób wolne miejsce na patelni, dodaj
przecier, podsmaż minutę, a następnie wymieszaj z pozostałymi
składnikami. Dodaj cukier i wymieszaj. Dodaj mięso, wymieszaj i smaż
kilka minut, aż mięso będzie gotowe. Dodaj passatę pomidorową,
wymieszaj. Zmniejsz ogień i gotuj 10 minut do momentu odparowania
nadmiaru płynu. Dopraw pieprzem i solą. Rozpuść masło w osobnym garnku,
dodaj mąkę i energicznie wymieszaj. Mieszając, wlewaj mleko małymi
porcjami. Pozostaw na ogniu i mieszaj do momentu, aż sos stanie się
gęsty. Zdejmij z ognia. Dodaj pieprz, gałkę muszkatołową i żółtka.
Wymieszaj. Dodaj połowę parmezanu, wymieszaj. Rozprowadź sos mięsny na
warzywach, a na nim sos beszamelowy. Posyp wierzch pozostałym
parmezanem. Piecz 30 minut do momentu przyrumienienia sera. Odczekaj pół
godziny, zanim zaczniesz kroić.
Do podania: pieczywo
porcja: 500 g/728 kcal
białko: 30 g
tłuszcze: 51 g
węglowodany: 39 g
Placek po węgiersku
6 PORCJI - 1,5 godz. - TRUDNY
Placki po węgiersku z Węgrami wspólny mają gulasz (gulyás), którego w kraju tym zjada się codziennie ogromne ilości. Klasyczny węgierski
gulasz ma formę gęstej zupy, serwowanej w dużym kociołku na środku
stołu, z którego wszyscy się częstują. Do gulaszu obowiązkowo podaje się
pieczywo, koniecznie białe, bo do ciemnego, choć uważanego za zdrowsze,
Węgra trudno przekonać.
Rumunia. Najlepszy placek po węgiersku jadłam w... Rumunii! Wybrałam się
tam na zorganizowaną wycieczkę rowerową, na której od początku szło mi
niezmiernie cherlawo. Raczej zamykałam rozciągnięty wężyk
kilkudziesięciu jednośladów. W przedostatni dzień rowerowego tripa stał
się jednak cud. Do mety dotarłam jako trzecia. Być może moje mięśnie po
przejechaniu kilkuset kilometrów doszły w końcu do rowerowej wprawy. Być
może po odwiedzeniu poprzedniej nocy mrocznego cmentarza, położonego
niedaleko zamku Drakuli, tak bardzo nie chciałam zostawać w tyle. Być
może to zjedzony na obiad wyborny placek po węgiersku popity dwoma
kieliszkami mocnej palinki zrobił swoje.
Składniki:
GULASZ
500 g wieprzowego mięsa gulaszowego
100 g pieczarek
czerwona papryka
duża cebula
2 ząbki czosnku
500 ml bulionu wołowego
2 łyżki masła
łyżka przecieru pomidorowego
3 łyżki mąki pszennej
2 łyżeczki mielonej słodkiej papryki
łyżeczka mielonej ostrej papryki
3 ziela angielskie
2 liście laurowe
PLACKI ZIEMNIACZANE
1500 g obranych ziemniaków
duża cebula
2 duże jajka
4 łyżki mąki pszennej
olej do smażenia
Przygotowanie:
Umyj mięso i pokrój w kostkę o boku 1,5 centymetra. Oczyść pieczarki i pokrój na mniejsze kawałki. Przepołów paprykę, pozbądź się gniazd
nasiennych i pokrój w cienkie paski. Posiekaj cebulę i czosnek. Rozgrzej
masło, usmaż pieczarki i odłóż. Oprósz mięso dwoma łyżkami mąki i usmaż
na patelni po pieczarkach z dodatkiem oliwy. Odłóż. Rozgrzej oliwę w oddzielnym garnku, usmaż cebulę i czosnek. Dodaj mięso, wlej bulion i zagotuj. Zmniejsz ogień i duś pod przykryciem 30 minut. Dodaj paprykę,
pieczarki, przecier pomidorowy oraz przyprawy. Wymieszaj i duś godzinę,
mieszając od czasu do czasu. Dopraw pieprzem i solą. Wymieszaj jedną
łyżkę mąki z pięcioma łyżkami sosu z gulaszu. Dodaj do garnka i wymieszaj. Przygotuj placki ziemniaczane: Umyj obrane ziemniaki i zetrzyj na tarce o drobnych oczkach. Odciśnij nadmiar wody. Dodaj mąkę,
drobno pokrojoną cebulę i jajka. Dopraw pieprzem i solą. Smaż placki na
rozgrzanym oleju, na patelni o średnicy około 20 centymetrów, 4-5 minut
z każdej strony. Przełóż placek na talerz, nałóż porcję gulaszu,
przykryj drugą połówką placka.
Do podania: kwaśna śmietana
porcja: 560 g/562 kcal
białko: 28 g
tłuszcze: 22 g
węglowodany: 68 g
Burek
6 PORCJI - 1 GODZ. - ŚREDNI
Burek, zwany też bourék, byurek, bourekas, można zjeść w większości
krajów bałkańskich, a także w Turcji i Afryce Północnej. W krajach byłej
Jugosławii burek przygotowuje się z ciasta filo nadziewanego mielonym
mięsem, zwykle wołowym. Farsz powstały z różnych serów, ziemniaków,
szpinaku, a nawet jabłek z cynamonem równie dobrze jednak nadaje się do
przygotowania tego dania. Mówi się, że ile gospodyń, tyle wersji tej
potrawy.
Albania. Na Bałkanach burek zjadany jest zarówno jako przystawka, jak
i danie główne; jest idealny na śniadanie, obiad i kolację. Sprzedawany
jest w lokalnych piekarniach, podobnie jak nasze drożdżówki. Podczas
bałkańskich uroczystości i biesiad burek przyrządza się w płaskich,
okrągłych, pokaźnych formach. Po upieczeniu kroi się go na mniejsze
kawałki, zwykle trójkąty, i jeszcze ciepły serwuje przybyłym gościom.
Kiedy wracam myślami do opisanego we wstępie bałkantripa, to właśnie
burek zasługuje na miano lokalnego dania wyjazdu. Bo burek nadaje się
idealnie do jedzenia na wynos. Ileż ja tych różnych burków się objadłam:
ze szpinakiem, z albańskim górskim serem, z mieloną baraniną, a nawet
taki na słodko. Choć za tym ostatnim tęsknię najmniej. Na koniec
najważniejsze - najlepsze burki są w Albanii. I nie mam tu na myśli
tuzinów bezpańskich psów wałęsających się po ulicach miast i wsi.
Składniki:
NADZIENIE MIĘSNE
500 g mielonego mięsa wołowego lub wieprzowego
średnia cebula
2 łyżeczki mielonej ostrej papryki
łyżeczka mielonej słodkiej papryki
NADZIENIE SZPINAKOWE
900 g świeżego szpinaku
2 ząbki czosnku
300 g sera feta
2 łyżki masła
DO SMAROWANIA*
jajko
3 łyżki jogurtu naturalnego
3 łyżki oliwy z oliwek
3 łyżki wody
DODATKOWO
opakowanie ciasta filo5
Przygotowanie:
Przygotuj nadzienie mięsne: Pokrój cebulę w drobną kostkę. Rozgrzej
oliwę i usmaż cebulę. Dodaj mięso mielone i usmaż. Dodaj papryki. Dopraw
pieprzem i solą. Smaż kilka minut i odstaw z ognia. Przygotuj nadzienie
szpinakowe: Posiekaj szpinak i czosnek. Rozgrzej masło, dodaj czosnek i szpinak, smaż. Dodaj rozdrobnioną fetę. Dopraw pieprzem i solą. Odstaw z ognia. Przygotuj mieszankę do smarowania ciasta: Roztrzep jajko, dodaj
jogurt, oliwę oraz wodę. Wymieszaj. Rozgrzej piekarnik do 180°C z termoobiegiem. Natłuść prostokątne naczynie i ułóż w nim arkusz ciasta
filo, tak aby wystawał na boki. Posmaruj przygotowaną mieszanką, połóż
kolejny arkusz i dociśnij. Rozprowadź połowę dowolnego farszu. Ułóż
kolejny arkusz ciasta, tak aby nie wystawał na boki. Posmaruj mieszanką,
dodaj następny arkusz i rozprowadź na nim pozostały farsz. Ułóż kolejny
arkusz ciasta, posmaruj mieszanką. Połóż ostatni arkusz i na wierzchu
złóż wystające boki ciasta. Posmaruj pozostałą mieszanką wierzch burka.
Piecz 25-30 minut do uzyskania złocistego koloru.
BUREK MIĘSNY porcja: 200 g/449 kcal
białko: 22 g
tłuszcze: 26 g
węglowodany: 32 g
BUREK SZPINAKOWY porcja: 300 g/432 kcal
białko: 19 g
tłuszcze: 24 g
węglowodany: 33 g
Czarne risotto
4 PORCJE - 1 GODZ. - ŚREDNI
Każda szanująca się chorwacka restauracja, serwująca owoce morza, kusi w swoim menu tajemniczą potrawą - czarnym risottem, czyli crni rižoto.
To danie, będące wariacją na temat klasycznego włoskiego risotta z owocami morza, zawdzięcza swą niezwykłą barwę atramentowi z kałamarnicy
lub mątwy.
Warto pamiętać, że spożycie czarnego risotta pozostawia po sobie ślad -
charakterystyczny czarny uśmiech, który utrzymuje się długo po posiłku.
Dlatego crni rižoto nie jest najlepszym wyborem na pierwszą randkę,
chyba że oboje partnerzy mają poczucie humoru.
Wyspa Hvar, Chorwacja. Za to czarne risotto sprawdzi się idealnie na
tripie z grupą najbliższych znajomych. Bo kiedy razem spędza się całe
doby, razem szuka się dogodnego podłoża na rozbicie namiotu, razem
tworzy się prowizoryczną łazienkę, wreszcie razem znosi się spiekotę
dnia chorwackiego i trzęsie się w nocy pod śpiworem gdzieś w górach
Czarnogóry, można się też razem pośmiać z czarnego języka. Najlepsze
czarne risotto jadłam na wyspie Hvar, jako ukojenie na rozdygotane
nerwy, kiedy to pan odpowiedzialny za rezerwację motocykli postanowił
wykiwać siedmioosobową ekipę i wypłynął w morze. Siedem czarnych języków
dosadnie wyciągniętych w stronę morza przywróciło ekipie doskonały
wakacyjny nastrój.
Składniki:
300 g owoców morza (kalmary i mątwa)
średnia cebula
2 ząbki czosnku
200 g ryżu arborio
600 ml bulionu rybnego
200 ml białego wytrawnego wina
50 g parmezanu
2 łyżki masła
2 łyżki passaty pomidorowej
2 łyżki atramentu z kałamarnicy (lub mątwy)6
sok z cytryny
garść świeżej natki pietruszki
Przygotowanie:
Obierz i oczyść owoce morza, dokładnie umyj i pokrój na mniejsze
kawałki. Posiekaj cebulę, czosnek i natkę pietruszki. Zetrzyj na tarce
parmezan. Rozgrzej łyżkę masła, dodaj owoce morza i smaż kilka minut.
Odstaw. Rozgrzej oliwę w osobnym garnku, dodaj cebulę i czosnek,
podsmaż. Dodaj ryż, a następnie wlej wino, wymieszaj i gotuj do momentu
odparowania alkoholu. Dodawaj bulion małymi porcjami, tak aby ryż cały
czas był wilgotny. Gotuj 15 minut, mieszając od czasu do czasu. Dodaj
passatę pomidorową, wymieszaj i gotuj kilka minut. Dodaj owoce morza i tusz z kałamarnicy. Wymieszaj i pozostaw na małym ogniu 5 minut. Dopraw
pieprzem i solą. Zdejmij z ognia. Dodaj pozostałą łyżkę masła,
wymieszaj. Przykryj i odstaw na 3 minuty. Posyp parmezanem, natką
pietruszki oraz skrop sokiem z cytryny.
porcja: 390 g/524 kcal
białko: 27 g
tłuszcze: 37g
węglowodany: 87g
Tufahija
4 PORCJE - 40 min - ŁATWY
Tufahija cieszy się popularnością na całych Bałkanach, ale to w Bośni i Hercegowinie zajmuje szczególne miejsce w sercach mieszkańców. Chętnie
jest serwowana jako orzeźwiające zwieńczenie sycących, mięsnych
posiłków, charakterystycznych dla kuchni tego regionu.
Tradycyjnie tufahija podawana jest w dużych, szklanych pucharkach,
skąpana w słodkim syropie. Czasem, dla dodatkowej dekoracji i smaku, na
wierzchu jabłka, oprócz bitej śmietany, umieszcza się świeżą lub
kandyzowaną wiśnię, która nadaje deserowi elegancji i subtelnej
kwaskowatości.
Mostar, Bośnia i Hercegowina. Tufahija to doskonałe orzeźwienie w najbardziej upalny dzień. Zdążyłam się o tym przekonać, zwiedzając
Mostar, jedno z najbardziej gorących miejsc Półwyspu Bałkańskiego.
Podczas pobytu w tym mieście temperatura wskazywała piekielne 43
stopnie! Dlatego po odbębnieniu wizyty na słynnym mostarskim moście,
gdzie dwójka miejscowych śmiałków za niebagatelną kwotę 80 euro każdy(!)
chciała spektakularnie skoczyć do wody, ale zebranym tam ludziom nie w głowie było szperać w portfelach w poszukiwaniu euro, czym prędzej
odszukaliśmy wybawiające lokum z klimatyzacją. Ale dopiero idealnie
schłodzona tufahija ugasiła w nas żar bośniackiego słońca.
Składniki:
4 średniej wielkości jabłka
300 g białego cukru
70 g orzechów włoskich
50 g śmietany 36%
sok z cytryny
łyżka cukru pudru
Przygotowanie:
Obierz jabłka ze skórki, wydrąż w środku dziurę na wylot. Natrzyj owoce
sokiem z cytryny. Wlej litr wody do wysokiego garnka, dodaj biały
cukier, pozostały sok z cytryny oraz skórkę z dwóch obranych jabłek.
Zagotuj. Zmniejsz ogień i włóż jabłka. Przykryj i gotuj 6 minut.
Przewróć jabłka na drugą stronę, przykryj i gotuj kolejne 6 minut.
Wyjmij z syropu jabłka. Wystudź zarówno jabłka, jak i syrop. Odłóż 4
połówki orzechów, resztę zmiel. Dodaj kilka łyżek syropu z gotowanych
jabłek do mielonych orzechów. Wymieszaj. Przełóż masę orzechową do
rękawa cukierniczego i nadziewaj wnętrze jabłek. Ubij śmietanę na
sztywną pianę. Pod koniec ubijania dodaj cukier puder. Przyozdób wierzch
każdego z jabłek bitą śmietaną oraz orzechami. Umieść każde z jabłek w szklanym naczyniu i zalej syropem.
porcja: 350 g/553 kcal
białko: 4 g
tłuszcze: 16 g
węglowodany: 100 g
Węgierskie naleśniki
12 PORCJI - 1 GODZ. 10 Min - ŚREDNI
Palacsinta to dla Węgrów nie tylko danie, ale wręcz styl życia.
Zajadają się nimi od świtu do nocy, wypełniając je wszystkim, czego
dusza zapragnie: czekoladą, jabłkami, szpinakiem, grzybami, wędzonym
serem...
Niektóre nadzienia mają nawet swoje specjalne nazwy, jak na przykład
słynne hortobágyi - mielona cielęcina z ziołami, podawana z sosem
paprykowym i kwaśną śmietaną.
Prawdziwą gwiazdą wśród palacsinta jest jednak wersja a la Gundel -
słodki deser, który podbił serca smakoszy na całym świecie. Podawane
jako pojedyncze placki zwinięte w rulon lub złożone w trójkąt, albo w formie imponującego naleśnikowego tortu, palacsinta a la Gundel często
wieńczą lżejsze obiady. Lżejsze, ponieważ ten deser to prawdziwa bomba
kaloryczna!
Budapeszt, Węgry. Wracamy do początku tego rozdziału, czyli pamiętnego
sylwestra w Budapeszcie. To wtedy po raz pierwszy miałam przyjemność
zajadać się palacsintą oblaną gęstą, jeszcze ciepłą czekoladą. Zresztą
czekolada towarzyszyła nam wtedy nie tylko na talerzu i w ręce jako
przekąska. Ten jednak niezwykle zabawny czekoladowy epizod pozostawię
dla wiadomości nielicznego grona.
Składniki:
PALACSINTA
400 g mąki pszennej
400 ml mleka
300 ml wody
4 jajka
2 łyżeczki białego cukru
masło do smażenia
KREM ORZECHOWY
200 g mielonych orzechów włoskich
100 g rodzynek
300 g śmietany 36%
100 ml rumu
4 łyżki cukru pudru
skórka z 2 pomarańczy
SOS CZEKOLADOWY
tabliczka gorzkiej czekolady
100 g śmietany 36%
50 ml rumu
żółtko
Przygotowanie:
Sparz pomarańcze, zetrzyj na tarce skórkę. Dodaj rodzynki i zalej rumem.
Wymieszaj i odstaw na noc. Podgrzej śmietanę na krem orzechowy, nie
doprowadzaj jej do wrzenia. Dodaj orzechy, cukier oraz rodzynki i skórkę
pomarańczową wraz z rumem. Ciągle mieszając, gotuj na małym ogniu do
zgęstnienia sosu. Wystudź. Przesiej mąkę, dodaj cukier i jajka. Wlej
mleko i wodę. Wymieszaj na jednolitą masę. Usmaż naleśniki na złocisty
kolor. Przygotuj polewę czekoladową: Podgrzej śmietanę i dodaj połamaną
czekoladę. Lekko podgrzewaj i mieszaj do momentu rozpuszczenia
czekolady. Zdejmij z ognia. W osobnym naczyniu roztrzep żółtko z rumem,
dodaj do czekolady i śmietany. Wymieszaj.
WERSJA TORTOWA: Ułóż na talerzu lub paterze pierwszy naleśnik,
posmaruj go kremem orzechowym, ułóż kolejny naleśnik. Powtarzaj, aż
wykorzystasz wszystkie naleśniki. Polej całość obficie sosem
czekoladowym.
WERSJA POJEDYNCZA: Posmaruj naleśnikowy placek kremem orzechowym.
Zwiń w rulon lub złóż w trójkąt i polej sosem czekoladowym.
porcja: 200 g/528 kcal
białko: 12 g
tłuszcze: 30 g
węglowodany: 48 g
C jak CHINY - jak nie popełnić pałeczkowej zbrodni
Wielki chiński filozof Konfucjusz mawiał, że jedzenie jest najważniejszą
rzeczą na świecie. Do dziś część Chińczyków uważa żołądek za "drugi
mózg" człowieka, a tamtejsi mistrzowie kuchni skrupulatnie dbają o harmonię smaków i kolorów w każdym daniu. Jedzenie dla mieszkańców
Państwa Środka to nie tylko sposób na zaspokojenie głodu, ale wręcz
świętość, nierozerwalnie związana nawet z najmniejszą uroczystością.
W chińskiej kuchni od stuleci obowiązuje zasada równowagi składników w jednym daniu. Idealna potrawa powinna łączyć pięć smaków, czyli słodki,
gorzki, kwaśny, słony i ostry. Ta reguła ma swoje korzenie w chińskiej
medycynie, a konkretnie w teorii yin i yang, która podkreśla
znaczenie homeostazy i równowagi w dążeniu do zdrowia i dobrego
samopoczucia. Składniki yin, czyli te o słonym, kwaśnym i gorzkim
smaku, wilgotnej konsystencji oraz chłodnych, w większości zielonych
barwach, mają działanie ochładzające organizm. Natomiast składniki
yang, czyli produkty słodkie i ostre, w ciepłych kolorach, głównie
czerwonym i pomarańczowym, które są suche i pochodzą z ziemi, mają
właściwości rozgrzewające. Zachowanie równowagi między yin i yang
jest kluczowe dla należytego samopoczucia i zdrowia, a jej brak może
prowadzić do przykrych dolegliwości, a nawet poważnych chorób.
Rozległy obszar Chin pod względem kulinarnym najprościej można podzielić
na cztery główne regiony: północną kuchnię Pekinu, wschodnią kuchnię
Szanghaju, zachodnią kuchnię Syczuanu i południową kuchnię kantońską.
Najbardziej znane i rozpowszechnione na świecie są kuchnia syczuańska i kantońska. Ta pierwsza charakteryzuje się wyjątkowo pikantnymi daniami.
Niezbędnym dodatkiem do większości potraw jest tu bardzo ostra pasta z chili i czerwonej papryki. Kuchnia kantońska natomiast jest tą
najbardziej popularną wśród samych Chińczyków. Już od stuleci mieszkańcy
regionu słyną z wyrafinowanych gustów kulinarnych, dlatego wszystkie
składniki, tj. mięsa, warzywa i pozostałe dodatki, muszą być najświeższe
i najwyższej jakości, a potrawy przyrządza się tu z największą
sumiennością.
Na przestrzeni lat kuchnie poszczególnych prowincji wzajemnie się
przenikały, tworząc unikatową mieszankę smaków. To, co dziś możemy
znaleźć w chińskich restauracjach na całym świecie, jest połączeniem
słodkiego południa, kwaśnego wschodu, pikantnej północy oraz ostrego
zachodu.
Powszechnie wiadomo, że zarówno w Chinach, jak i w innych regionach Azji
zamiast noża i widelca do konsumowania posiłków używa się pałeczek.
Czasem, szczególnie w przypadku zupy, przydatna okazuje się też
porcelanowa łyżka. Tradycyjne chińskie pałeczki są wykonane z bambusa,
ale można je również spotkać w wydaniu z innych rodzajów drewna, kości
słoniowej, a nawet w bardziej luksusowych wersjach ze srebra czy złota.
Podczas wizyty w tradycyjnym chińskim domu czy restauracji osoby
nieznające tamtejszej kultury mogą nieświadomie popełnić faux pas
związane z używaniem pałeczek. Największym z nich jest wbicie pałeczek
pionowo w miskę ryżu, makaronu czy innego dania. Chińczykom przypomina
to kadzidełka palone na ołtarzu zmarłego i jest uważane za zwiastun
śmierci kogoś z obecnych przy stole. Kiedy nie używamy pałeczek, nie
należy ich zostawiać na stole. Lepiej ułożyć je poziomo na talerzu lub
skorzystać ze specjalnej podstawki. Większość restauracji oferuje
również stojaki na pałeczki.
Stukanie pałeczkami o naczynie kojarzone jest z zachowaniem żebraków. W oczekiwaniu na posiłek nie powinno się również bawić pałeczkami, a podczas jedzenia należy obchodzić się z nimi delikatnie, nie wbijając
ich w kawałki mięsa i warzyw. Dopuszczalne jest natomiast dzielenie
porcji jedzenia na mniejsze kawałki. Pałeczki powinno się trzymać w prawej dłoni między kciukiem a palcem wskazującym. Podczas jedzenia ryżu
miseczkę można przytrzymać w lewej ręce tuż pod brodą, co ułatwia
nabieranie kolejnych porcji i minimalizuje ryzyko upuszczenia jedzenia,
a to byłoby oznaką złych manier. Osoby, które nie czują się pewnie,
posługując się pałeczkami, zawsze mogą poprosić obsługę restauracji o tradycyjne sztućce. Prawie zawsze prośba ta zostanie wysłuchana. Należy
jednak pamiętać, że nóż w Chinach jest postrzegany jako narzędzie
agresji i nie powinien pojawiać się na stole.
Kto miał okazję odwiedzić typową chińską restaurację, z pewnością
zapamiętał panującą tam gwarną atmosferę. Mieszkańcy Państwa Środka
znani są z ożywionych konwersacji i wesołości podczas degustacji potraw.
Wydawanie z siebie dziwnych odgłosów, takich jak mlaskanie, bekanie,
siorbanie, jest tutaj na porządku dziennym i nie wywołuje zgorszenia,
choć może to zaskakiwać przybyszów z Zachodu. Również wypluwanie kości
na stół jest tutaj powszechnym zwyczajem. Ważne jednak, aby robić to po
prawej stronie talerza, co jest zgodne z chińską etykietą.
Najtrudniejszy do zaakceptowania dla wielu osób może być zwyczaj palenia
papierosów podczas posiłku.
W chińskiej kulturze obowiązuje określony sposób rozsadzania gości przy
stole. Najważniejsze miejsce, zawsze usytuowane naprzeciwko drzwi
wejściowych, zajmuje gospodarz lub najstarsza osoba w grupie. Po jego
prawej i lewej stronie zasiadają osoby o nieco niższej pozycji
społecznej, a im dalej od gospodarza, tym niższa ranga gości. Zazwyczaj
naprzeciwko gospodarza siedzą osoby najmłodsze, które w chińskiej
hierarchii mają mniejsze znaczenie.
Najlepsze dania są umieszczane naprzeciwko najważniejszej osoby przy
stole, która jako pierwsza ma prawo podnieść pałeczki i tym samym
oficjalnie rozpocząć posiłek. Dopiero po tym geście pozostali uczestnicy
uczty mają prawo zacząć jeść. Zgodnie z chińską tradycją w restauracjach
zawsze zamawia się parzystą liczbę dań, ponieważ nieparzysta liczba
symbolizuje śmierć. Dodatkowo, aby zapewnić dostatek jedzenia, przyjęło
się zamawiać liczbę potraw równą liczbie osób w grupie i powiększoną o jeden.
Oznaką życzliwości i gościnności jest gest nałożenia przez gospodarza
porcji jedzenia na talerz gościa. Właściwą reakcją jest zjedzenie
wszystkiego, co zostało podane, oraz wyrażenie głośnego uznania dla
smaku potrawy. Jeśli jednak danie nie przypadnie nam do gustu, najlepiej
grzecznie podziękować gospodarzowi, a gdy nie będzie zwracał uwagi,
dyskretnie przykryć nietrafiony wybór odrobiną ryżu, tak by nie rzucał
się w oczy. Pozostawienie na talerzu niewielkiej ilości jedzenia jest tu
akceptowalne.
W Chinach spożywa się dość nietypowe produkty, które w krajach
zachodnich często uznawane są za niejadalne, a nawet odrażające. Należą
do nich kurze nogi, świńskie uszy, zwierzęce jelita, mięso psa czy
słynne chińskie nietoperze. Ten zwyczaj ma swoje korzenie w historii,
kiedy to w Chinach przez długi czas panował głód, zmuszający ludzi do
jedzenia praktycznie wszystkiego, aby przetrwać. Sami Chińczycy żartują,
że są gotowi zjeść wszystko, co ma cztery nogi, a nie jest meblem.
Zupa wonton
6 PORCJI - 1 GODZ. - ŚREDNI
Zupa wonton, znana w Chinach od ponad dwóch tysięcy lat, to klarowny
rosół wzbogacony różnorodnymi dodatkami. W zależności od regionu do zupy
dodaje się warzywa, grzyby, zioła, sosy, czasem cienki makaron, a przede
wszystkim charakterystyczne pierożki, od których zupa wzięła swoją nazwę
- wontony.
Pierożki tradycyjnie nadziewane są mieloną wieprzowiną, krewetkami lub
ostrygami. Spotyka się też wersje z mięsem drobiowym i wołowiną. Skład
farszu różni się w zależności od prowincji, miasta, a nawet preferencji
osoby przygotowującej potrawę. Niezmienny pozostaje jednak wyrazisty i dość pikantny smak farszu. Na północy Chin pierożki nazywa się po
mandaryńsku huntún, hundun lub yúnt?n. W kuchni kantońskiej, gdzie
zupa również cieszy się dużą popularnością, znane są jako wantang lub
wuntuna.
Składniki:
CIASTO
350 g mąki pszennej
200 ml letniej wody
2 łyżeczki soli
FARSZ
450 g mielonej wieprzowiny
szalotka
2 papryczki chili
2 ząbki czosnku
3 plastry świeżego imbiru
łyżka sosu sojowego
łyżka oleju sezamowego
łyżka skrobi kukurydzianej
łyżeczka cukru trzcinowego
pół łyżeczki mielonego białego pieprzu
szczypta soli
BULION
2 ząbki czosnku
mała cebula
2 plastry imbiru
1200 ml bulionu warzywnego
łyżka sosu sojowego
DODATKOWO
garść świeżej kolendry
garść świeżego szczypiorku
Przygotowanie:
Przygotuj bulion: Umieść w garnku pokrojoną w ćwiartki cebulę,
rozgniecione ząbki czosnku, imbir, sos sojowy oraz bulion. Zagotuj,
zmniejsz ogień, przykryj i gotuj 30 minut. Przygotuj farsz: Wymieszaj
mieloną wieprzowinę z drobno posiekaną szalotką, papryczką chili,
czosnkiem i imbirem. Dodaj wszystkie płynne i sypkie przyprawy oraz
skrobię. Wymieszaj do uzyskania jednolitej masy. Przesiej mąkę, dodaj
sól. Wlewaj wodę małymi porcjami i mieszaj do uzyskania jednolitej masy.
Rozwałkuj ciasto na cienki placek na blacie oprószonym mąką. Wykrój z niego kwadraty o boku 6-7 centymetrów. Umieść łyżkę farszu na środku
każdego kwadratu. Sklej ze sobą przeciwległe wierzchołki tak, aby
powstał trójkąt. Sklej za sobą pozostałe dwa wierzchołki. Jeśli ciasto
się nie klei, lekko zwilż brzegi wodą. Usuń stałe elementy z bulionu, w razie potrzeby przelej zupę przez sitko. Dopraw pieprzem i solą.
Ponownie zagotuj bulion. Dodaj do garnka pierożki wonton. Pomieszaj
drewnianą łyżką, aby pierożki nie skleiły się ze sobą. Gotuj 5 minut od
momentu wypłynięcia pierożków. Przełóż je do miski i ugotuj kolejną
porcję. Przelej do misek bulion wraz z pierożkami, posyp posiekanym
szczypiorkiem oraz kolendrą.
porcja: 410 g/491 kcal
białko: 23 g
tłuszcze: 22 g
węglowodany: 53 g
Bułeczki bao z kaczką
6 PORCJI - 1,5 godz. - ŚREDNI
Bułeczki bao są popularne nie tylko w Chinach, gdzie narodziły się
prawie dwa tysiące lat temu. Można znaleźć je na stołach w Indonezji,
Japonii i innych krajach Dalekiego Wschodu. Bułeczki bao występują w nieskończonej liczbie kształtów i nadzień. Doskonale smakują w wersji
wytrawnej, z różnymi rodzajami mięs, świeżymi chrupiącymi warzywami,
pastą fasolową oraz sosami. W Chinach zdarza się jadać je również na
słodko. Stanowią wspaniałą propozycję na śniadanie, obiad i kolację.
Bułeczki bao występują w wersji otwartej oraz zamkniętej. Mogą być
mniejsze i wtedy serwowane są zwykle po kilka na jedną porcję, lub
większe, kiedy to już jedna bułka pozwoli solidnie się najeść. Zawsze
powinny być podawane na gorąco w towarzystwie dowolnego sosu: sojowego,
octu ryżowego, pasty chili albo bardziej wyszukanych połączeń.
Obowiązkowo powinna towarzyszyć im świeżo zaparzona chińska herbata.
Składniki:
KACZKA
500 g piersi z kaczki
2 ząbki czosnku
łyżka miodu
łyżka sosu sojowego
łyżka oleju
sok z limonki
łyżeczka mielonej ostrej papryki
łyżeczka soli
BAO
500 g mąki pszennej
8 g suchych drożdży
300 ml ciepłego mleka
30 g masła
łyżeczka białego cukru
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżeczka soli
SOS
ząbek czosnku
2 papryczki jalape?o
3 łyżki majonezu
łyżka octu balsamicznego
łyżeczka soku z limonki
DODATKOWO
ćwiartka czerwonej kapusty
duża marchewka
garść świeżej kolendry
2 łyżki czarnego sezamu
2 łyżki białego sezamu
Przygotowanie:
Zamarynuj kaczkę: Umyj mięso i osusz papierowym ręcznikiem. Umieść w misce rozgniecione ząbki czosnku, miód, sos sojowy, olej, sok z limonki
oraz paprykę i sól. Wymieszaj i przełóż do marynaty mięso, tak aby całe
zostało przykryte. Owiń folią spożywczą i umieść w lodówce na minimum 2
godziny, najlepiej na całą noc. Rozgrzej piekarnik do 200°C z termoobiegiem. Wyjmij kaczkę z marynaty, przełóż do rękawa do pieczenia
i wstaw do piekarnika na 1,5 godziny. Przesiej mąkę, dodaj drożdże, wlej
mleko i rozpuszczone masło. Dodaj cukier, proszek do pieczenia i sól.
Wyrób składniki na jednolite ciasto. Przykryj ręcznikiem i odstaw w ciepłe miejsce na godzinę. Przygotuj sos: Wymieszaj drobno posiekany
czosnek, pokrojone papryczki jalape?o, majonez, ocet balsamiczny i sok z limonki. Rozwałkuj ciasto na placek grubości centymetra, wytnij kółka
pożądanej wielkości. Posmaruj z jednej strony oliwą z oliwek i złóż na
pół posmarowaną stroną do środka. Odstaw na 15 minut. Przygotuj warzywa:
Pokrój czerwoną kapustę w cienkie paski. Obierz marchew i pokrój ją w słupki. Posiekaj kolendrę. Gotuj bułeczki na parze 15 minut. Wyjmij z rękawa mięso i porozrywaj na mniejsze kawałki. Wypełnij wnętrze bułeczek
warzywami, mięsem, polej sosem, dodaj świeżą kolendrę. Posyp sezamem.
porcja: 375 g/709 kcal
białko: 27 g
tłuszcze: 32 g
węglowodany: 80 g
Kurczak po seczuańsku
4 PORCJE - 1 GODZ. - ŁATWY
Chińczycy, jak na Azjatów przystało, uwielbiają bardzo pikantne
jedzenie. Szczególnie w Syczuanie, prowincji położonej w południowo-zachodniej części kraju, tradycyjnie do większości dań dodaje
się pieprz syczuański.
Pieprz syczuański, mimo swojej nazwy, nie należy do rodziny
pieprzowatych. Charakteryzuje go ostry smak z lekką cytrusową nutą.
Spożycie zbyt dużej ilości tej przyprawy może spowodować drętwienie i mrowienie języka. Wraz z anyżem gwiazdkowym, koprem włoskim, cynamonem i goździkami tworzy mieszankę pięciu chińskich przypraw. Jest również
popularny w Japonii, gdzie stanowi składnik mieszanki siedmiu smaków.
W tradycyjnym przepisie na kurczaka po syczuańsku używa się "więcej
suszonego chili niż mięsa", jednak w Europie tak pikantne danie może być
trudne do przełknięcia. Aby złagodzić jego ostrość, warto pozostawić
papryczki chili w całości, zamiast siekać je na mniejsze kawałki, co
zapobiegnie uwolnieniu najostrzejszych nasion.
Składniki:
4 piersi z kurczaka
duża marchewka
czerwona papryka
10 suchych papryczek chili7
średnia cebula
3 ząbki czosnku
3 plastry świeżego imbiru
2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki skrobi kukurydzianej
łyżka octu ryżowego
łyżka oleju sezamowego
łyżka cukru trzcinowego
łyżka pasty z chili i fermentowanej czarnej fasoli8
2 łyżeczki mielonego pieprzu syczuańskiego
garść świeżego szczypiorku
2 łyżki jasnego sezamu
MARYNATA
2 łyżki sosu sojowego
łyżka octu ryżowego
pół łyżeczki białego mielonego pieprzu
DODATKOWO
olej do smażenia
Przygotowanie:
Umyj piersi z kurczaka, osusz papierowym ręcznikiem i pokrój na mniejsze
kawałki. Przygotuj marynatę: Wymieszaj sos sojowy, ocet ryżowy oraz
biały pieprz. Przełóż mięso, obtocz dokładnie, przykryj folią i odstaw
do lodówki na minimum 30 minut (najlepiej na kilka godzin). Pokrój
marchew w cienkie słupki, paprykę w niewielką kostkę. Pozostaw papryczki
chili wedle uznania - całe, pokrój je na mniejsze części albo użyj
mieszanki. Posiekaj cebulę, czosnek, imbir i szczypiorek. Rozgrzej olej
do temperatury 180°C. Wyjmij z lodówki mięso, dodaj dwie łyżki skrobi
kukurydzianej i wymieszaj. Usmaż mięso w oleju. Odsącz na papierowym
ręczniku. Rozgrzej w woku po łyżce oleju i oleju sezamowego. Dodaj
cebulę i papryczki chili, smaż 3 minuty. Dodaj pieprz syczuański, smaż 2
minuty. Dodaj czosnek, imbir oraz połowę szczypiorku. Smaż minutę. Dodaj
marchew i paprykę. Smaż kilka minut do zmięknięcia warzyw. Dodaj sos
sojowy, ocet ryżowy, pastę z chili oraz cukier. Wymieszaj i smaż kolejne
3 minuty. Dodaj kurczaka. Wymieszaj i smaż 3 minuty. Posyp pozostałym
szczypiorkiem oraz sezamem.
Do podania: ryż, makaron jajeczny
porcja: 390 g/550 kcal
białko: 67 g
tłuszcze: 24 g
węglowodany: 23 g
Mapo tofu
4 PORCJE - 1 GODZ. - ŁATWY
Mapo tofu, znane również jako ma po tofu lub ma po doufu, to
prawdziwa gwiazda syczuańskiej kuchni. Choć nazwa może sugerować
wegetariańską potrawę, tradycyjna receptura kryje w sobie niespodziankę
w postaci smakowitej mielonej wieprzowiny.
Nazwa mapo skrywa w sobie intrygującą historię. W dosłownym
tłumaczeniu oznacza "ospowatą starszą panią" i nawiązuje do pewnej
właścicielki syczuańskiej restauracji, której twarz nosiła ślady
przebytej ospy. Początkowo jej menu obejmowało wyłącznie dania
bezmięsne, jednak za namową gości zdecydowała się wzbogacić niektóre
potrawy o niewielką porcję mięsa. Ten krok okazał się strzałem w dziesiątkę - jej restauracja, a szczególnie danie z tofu i wieprzowiną,
zyskała niespotykaną dotąd sławę.
Dziś, zarówno w Syczuanie, jak i w całych Chinach, mapo tofu występuje w niezliczonych wariantach, każdy z własnym charakterem i lokalną nutą.
Niezmiennie jednak serwuje się je z delikatnym, gotowanym na parze
ryżem, który stanowi idealne tło dla intensywnych smaków tej potrawy.
Składniki:
TOFU
500 g tofu
szalotka
300 ml bulionu drobiowego
2 łyżki pasty z chili i fermentowanej czarnej fasoli9
łyżka oleju sezamowego
łyżeczka nasion pieprzu syczuańskiego10
łyżeczka cukru trzcinowego
łyżeczka przyprawy pięciu smaków
łyżeczka skrobi kukurydzianej
garść świeżego szczypiorku
2 łyżki jasnego sezamu
MIĘSO
350 g mielonej wołowiny
3 plastry świeżego imbiru
łyżka octu ryżowego
łyżka sosu sojowego
Przygotowanie:
Zamarynuj mięso: Połącz wołowinę z drobno posiekanym imbirem, octem
ryżowym i sosem sojowym. Odstaw. Wymieszaj w osobnym naczyniu skrobię
kukurydzianą z łyżką wody. Pokrój tofu w kostkę o boku centymetra.
Posiekaj szalotkę i szczypiorek. Upraż nasiona pieprzu syczuańskiego w oleju sezamowym, aż nasiona nabiorą głębokiego koloru. Odstaw do
wystudzenia. Rozdrobnij w moździerzu. Usmaż mięso do zarumienienia na
tej samej patelni. Dodaj pastę z fasoli i szalotkę. Wymieszaj i smaż
kilka minut. Dodaj tofu, przyprawę pięciu smaków, cukier trzcinowy. Wlej
bulion, wymieszaj i zagotuj. Przykryj i gotuj 10-15 minut, aż tofu
będzie miękkie, a sos nieco zredukowany. Zamieszaj zawiesinę skrobi
kukurydzianej i dodaj do potrawy. Wymieszaj i gotuj do momentu
zgęstnienia sosu. Dopraw pieprzem i solą. Posyp szczypiorkiem, sezamem
oraz pieprzem syczuańskim.
Do podania: ryż
porcja: 320 g/444 kcal
białko: 36 g
tłuszcze: 27 g
węglowodany: 12 g
Ciastka z wróżbą
20 CIASTEK - 1 GODZ. - ŚREDNI
Pochodzenie ciasteczek z wróżbą to temat budzący gorące spory między
Japonią a Chinami. Japończycy utrzymują, że to ich wynalazek, który
dotarł do Chin za sprawą japońskich migrantów, a następnie
rozprzestrzenił się w USA dzięki amerykańskim żołnierzom. Chińczycy
natomiast twierdzą, że to oni jako pierwsi zaczęli je wypiekać, i to już
w XIV wieku. Co ciekawe, przyznają również, że chińscy spiskowcy
wykorzystywali te niepozorne słodycze do przemycania tajnych informacji
w czasie walk przeciwko Wielkim Mogołom. Niezależnie od tego, kto jest
prawdziwym twórcą, to właśnie Chińczycy rozsławili ciasteczka z wróżbą
na całym świecie. Obecnie są one nieodłącznym elementem obchodów
chińskiego Nowego Roku, kiedy to w samych Chinach zjada się ich całe
tuziny.
Serce ciasteczka z wróżbą stanowi mała karteczka. Zwykle zawiera ona
ludowe mądrości, chińskie aforyzmy (nieraz zabawnie przetłumaczone) lub
tajemnicze przepowiednie. Te najbardziej tradycyjne ciasteczka zachowują
swoją naturalną prostotę - nie są ozdabiane lukrem, polewą ani
posypkami.
Składniki:
300 g mąki pszennej
90 g cukru pudru
2 jajka
łyżka oleju
łyżka wody
3 łyżki cukru waniliowego
pół łyżeczki mielonego cynamonu
szczypta soli
20 karteczek z wróżbami
Przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 180°C z termoobiegiem. Przesiej mąkę, dodaj cukry,
cynamon i sól. Dodaj jajka, olej oraz wodę. Wymieszaj, aż powstanie
gładka, plastyczna masa. Rozwałkuj ciasto na placek o grubości 3
milimetrów na blacie oprószonym mąką. Wytnij okręgi o średnicy 8-10
centymetrów. Umieść na środku karteczkę z wróżbą. Sklej boki ciastka,
formując półokrąg. Umieść ciastko środkową częścią na brzegu filiżanki i delikatnie zegnij, aby nadać charakterystyczny kształt. Ułóż na blasze
wyłożonej papierem do pieczenia. Piecz 18-20 minut, aż ciastka nabiorą
złocistego koloru. Odstaw do całkowitego wystudzenia.
ciastko: 30 g/91 kcal
białko: 2 g
tłuszcze: 1 g
węglowodany: 18 g
D jak DANIA - od wikingów do nowej kuchni nordyckiej
Skandynawia zajmuje nad wyraz wysokie miejsce w moim sercu. I to nie ze
względu na tamtejsze smaki, przepiękne krajobrazy czy zawsze pomocnych
mieszkańców. To ze względu na zorzę polarną. Po raz pierwszy o aurorze
usłyszałam od pewnej Finki, z którą pracowałam na jednej zmianie.
Opowiadała o szklanych igloo daleko na północy, w których wylegując się
na miękkiej skórze renifera, popijając gorącą czekoladę, można wpatrywać
się w niebo i podziwiać migające na niebie światła północy.
Postanowiłam, że sama też chcę zadzierać wysoko głowę i patrzeć na
tańczącą zorzę polarną.
Swoją przygodę z zorzą rozpoczęłam w Troms?, największym mieście
północnej Norwegii, nazywanym nawet stolicą zorzy polarnej. Pamiętam, że
po raz pierwszy w życiu siedząc w norweskim barze i popijając
zagraniczne grzane wino, odbierałam swoją pierwszą lekcję obsługi
aplikacji zorzowych oraz ustawień aparatu. Atmosfera panująca w tamtejszym lokalu była jedyna w swoim rodzaju. Ludzie z całej Europy
ubrani w różnobarwne spodnie narciarskie dogrzewali się od środka
ciepłym trunkiem, by w odpowiednim momencie założyć na siebie kolejne
warstwy odzienia i stawić czoła czekającym na zewnątrz kilkudziesięciu
stopniom na minusie.
Musiało minąć kilka godzin, zdążyłam porządnie odmrozić sobie bardziej
wrażliwe na zimno części ciała, zanim zaczęłam odróżniać chmurę od zorzy
polarnej. Tamtej pierwszej nocy na wyspie Sommar?y oniemiała leżałam na
zamarzniętej norweskiej ziemi, z oczu płynęły mi łzy szczęścia,
podziwiałam powitalny oszałamiający pokaz aurory. Wtedy postanowiłam, że
już każdej zimy muszę się z nią spotkać.
Od tamtego czasu na zielone niebo spoglądałam na Islandii, w Finlandii i w Szwecji. Powróciłam do Troms?, odwiedziłam Altę oraz inne mniej
popularne części Norwegii. Mogę śmiało rzec, że jestem uzależniona od
polowania na zorzę polarną.
Podczas tych wszystkich polarnych wypraw przejechałam setki kilometrów
przez zjawiskowo piękny zasypany śniegiem skandynawski krajobraz, gdzie
niejednokrotnie liczne stada reniferów blokowały mi drogę. Prawie każda
moja podróż na daleką Północ odbyła się zimą, kiedy dzień trwał raptem
kilka godzin, pod śniegowcami skrzypiał mieniący się śnieg, a oddech
zamarzał, zanim wypowiedziałam słowo do końca. To podczas tych mroźnych
podróży, kiedy wszystko kręciło się wokół zielonego nieboskłonu,
postanowiłam poznać też głębiej kulinarne zwyczaje Skandynawów.
Korzenie kuchni skandynawskiej sięgają głęboko w przeszłość, a wiele z tego, co dziś gości na lokalnych stołach, zachowało swoją pierwotną,
niezmienioną formę od czasu wikingów. Dla wszystkich skandynawskich
państw priorytetem są naturalne składniki oraz tradycyjny sposób
przygotowywania posiłków: konserwowanie, suszenie, wędzenie, solenie i marynowanie. Sami wikingowie posługiwali się tymi technikami,
pozwalającymi przetrwać surowe, nieprzychylne zimy, zwykle panujące w tej części Europy.
Skandynawowie przykładają również znaczącą wagę do konsumowania
posiłków. Istotne jest miejsce i sposób spożywania jedzenia, ale też
towarzystwo przy wspólnym stole. Ludzie Północy preferują domowe
gotowanie, choć od święta nie pogardzą wypadem do wykwintnej
restauracji.
Skandynawskie wysokorozwinięte rolnictwo, rozległe dzikie obszary oraz
ciągnąca się w nieskończoność linia brzegowa sprawiają, że lokalne mięso
i ryby odgrywają na północnych stołach pierwsze skrzypce. Warzywa są
raczej dodatkiem, nieraz dość monotonnym, bo długaśne lodowate zimy,
ograniczone światło słoneczne komplikują dostęp do różnorodności świeżej
zieleniny. Klimat umożliwia natomiast długą konserwację mięsa, dlatego
wędzone ryby, zwłaszcza śledź i łosoś, a także suszone mięso, w tym
dziczyzna, są jednymi z najczęściej stosowanych produktów w tutejszej
gastronomii. Na stołach w całej Skandynawii dość często gości mięso
wieloryba, ponoć łatwiej dostępne niż kurczak.
Na początku XXI wieku w skandynawskich kulinariach doszło do przełomu
zwanego nurtem nowej kuchni nordyckiej. To kreatywne określenie
innowacyjnego podejścia Skandynawów do swojej tradycyjnej kuchni nie
oznacza całkowitej rewolucji w tym, co królowało na tutejszych stołach
przez wieki. Nowa kuchnia nordycka to raczej zaktualizowana jej wersja.
Era nowej kuchni nordyckiej rozpoczęła się w 2004 roku, gdy zespół
dwunastu utalentowanych kucharzy pod przewodnictwem duńskiego szefa
kuchni, Clausa Meyera, przedstawił światu nowe spojrzenie na kuchnię
skandynawską. Zespół skupił się na temacie zdrowia i równowagi, na
zbilansowaniu mikro- i makroelementów, podkreślając znaczenie jakości
używanych składników i potraw jako całości. Głównym celem kucharzy był
powrót kuchni skandynawskiej do jej korzeni. Nowa kuchnia nordycka ceni
lokalne produkty, których obecność na talerzach jest uzależniona od
zmienności pór roku, promuje więc sezonowość. Zachęca również do powrotu
do tradycyjnych metod gotowania, takich jak marynowanie i suszenie, oraz
propaguje etyczne podejście do kulinarnego cyklu życia.
Dzięki inicjatywie kucharzy coraz więcej nowoczesnych skandynawskich
restauracji dostosowuje swoje menu do pór roku. Wiele z nich
współpracuje również z lokalnymi gospodarstwami, dążąc do zachowania
ekologicznej równowagi.
Kanapki sm?rebr?d
15 KROMEK - 2 godz. - TRUDNY
Dla Duńczyków chleby stanowią niezmiernie ważną część codziennej diety.
Choć na ich rodzimych stołach znajdzie się pieczywo białe, chrupkie i słodkie, to ciemne, ciężkie wypieki wiodą niepodzielnie prym. Wśród nich
króluje rugbr?d, który jest niezbędną bazą duńskiej dumy narodowej -
sm?rebr?d.
Nie ma reguły, które składniki muszą znaleźć się na sm?rebr?d. Nie ma
też zasady, co z czym należy łączyć. Tutaj obowiązuje zupełna dowolność
i wielkie pole do popisu. Jedna rzecz natomiast jest niezmienna: kanapka
musi być posmarowana masłem i pozostać otwarta, a do jej zjedzenia
obowiązkowe jest użycie sztućców.
Kopenhaga, Dania. Spacerując wąskimi uliczkami Kopenhagi, nie było
łatwo znaleźć idealny sm?rebr?d. Chociaż na pierwszy rzut oka
wszystkie duńskie otwarte kanapki wyglądają jak istne dzieła sztuki,
duńska fantazja łączenia przeróżnych smaków i faktur na niewielkiej
kromce ciężkiego żytniego chleba nie do końca odzwierciedla polskie
preferencje. Być może zbyt szybko się poddałam, a mój kolejny wypad do
Danii powinien kręcić się wokół znalezienia tej idealnej odsłony
sm?rebr?d.
Składniki:
ZAKWAS
210 g mąki żytniej
210 ml wody
DODATKOWO
ulubione dodatki śniadaniowe
RUGBR?D
160 g mąki żytniej
160 g mąki pszennej
100 g połamanych ziaren żyta
80 g nasion słonecznika
350-500 ml wody
150 g zakwasu żytniego
3 łyżki miodu
3 łyżki siemienia lnianego
łyżka soli
Przygotowanie:
Przygotuj zakwas: Drewnianą łyżką w dużym słoiku wymieszaj 30 g mąki
żytniej z 30 ml wody. Przykryj i odstaw w ciepłe miejsce. Po 12
godzinach zawartość słoika wymieszaj drewnianą łyżką, przykryj i odstaw
w ciepłe miejsce. Po kolejnych 12 godzinach dokarm zakwas: dodaj 30 g
mąki i 30 ml wody, wymieszaj, przykryj i odstaw w ciepłe miejsce. Po 12
godzinach wymieszaj zakwas, przykryj i odstaw w ciepłe miejsce. Powyższe
czynności powtarzaj kolejne 5 dni (łącznie 7 dni). Wymieszaj wszystkie
suche składniki na chleb: obie mąki, ziarna żyta, nasiona słonecznika,
siemię lniane oraz sól. Dodaj zakwas, miód i około 350 ml wody.
Wymieszaj, przykryj ścierką i odstaw w ciepłe miejsce na 30 minut. Jeśli
ciasto jest zbyt gęste, dodaj więcej wody. Wyłóż papierem do pieczenia
podłużną formę. Przełóż do niej ciasto, wyrównaj powierzchnię, szczelnie
przykryj folią spożywczą i odstaw w ciepłe miejsce na 12 godzin.
Rozgrzej piekarnik do 200°C z termoobiegiem. Zdejmij folię i ponakłuwaj
chleb widelcem do samego spodu. Piecz godzinę, wystudź na kratce. Pokrój
świeżo upieczony, wystudzony chleb na grube kromki. Posmaruj kromki
masłem i ułóż składniki według upodobań.
kromka (bez dodatków): 110 g/221
białko: 7 g
tłuszcze: 4 g
węglowodany: 40 g
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Celem uzyskania odpowiedniego stopnia wysmażenia steku należy smażyć mięso przez określony czas: 1) krwisty: 2 minuty z każdej strony, odstaw na 2 minuty; 2)średnio krwisty: 2,5 minuty z każdej strony, odstaw na 4 minuty; 3) średnio wysmażony: 3 minuty z każdej strony, odstaw na 4 minuty; 4) dobrze wysmażony: 3,5 minuty z każdej strony, odstaw na 5 minut; 5) mocno wysmażony: 5-6 minut z każdej strony, odstaw na 6 minut. [wróć]
Żółtka jaj możesz wykorzystać do przygotowania pastéis de nata z Portugalii. [wróć]
Jeśli nie chcesz, aby ajwar był pikantny, pomiń dodanie papryczek chili. [wróć]
Ajwar przechowuj w lodówce do 3 miesięcy. [wróć]
Do wyboru farsz mięsny albo wegetariański. Jeśli przygotowujesz burek z jednym i drugim farszem z podanych ilości składników, użyj dwóch opakowań ciasta filo oraz podwójnej porcji mieszanki do smarowania. [wróć]
Jeśli atrament z mątwy jest bardzo skondensowany, wystarczy dodać tylko łyżkę lub łyżeczkę. [wróć]
Liczba papryczek chili jest opcjonalna. Aby jednak poczuć prawdziwy smak dania, warto użyć minimum 8 sztuk. [wróć]
Pasta ta jest dostępna w sklepach pod nazwą gochujang. [wróć]
Pasta ta dostępna jest w sklepach pod nazwą gochujang. [wróć]
Można zastąpić pieprzem czarnym albo cayenne, ale potrawa nie będzie aż tak pikantna. [wróć]
A jak AUSTRALIA - kraina kawą i winem płynąca
Kuchnia australijska jednym słowem? Specyficzna! Z naszej perspektywy
Australia leży na najdalszym krańcu świata, jednak tamtejsze menu
przypomina potrawy z różnych zakątków globu. Poza oryginalną, nieco
ekscentryczną kuchnią Aborygenów dzisiejsze dania na antypodach kojarzą
się nie tylko z Wielką Brytanią, Włochami, Grecją czy Ameryką, ale coraz
częściej z Chinami, Wietnamem i Koreą. Australia na talerzu to prawdziwy
tygiel kulinarny!
Rozpocznijmy naszą podróż od kawy, z której Australia słynie. Przybyła
ona, jak wiele innych produktów i dań, wraz z włoskimi i greckimi
imigrantami, szybko zdobywając serca mieszkańców. Do tego stopnia
przypadła im do gustu, że nawet gigant kawowy Starbucks musiał wycofać
się z tego rynku. Najpopularniejszą wersją kawy jest tu flatwhite.
Choć dla nas to po prostu kawa z mlekiem, dla Australijczyków
flatwhite to napój o znaczeniu kulturowym, uosabiający ich tożsamość
narodową.
Mówiąc o australijskim jedzeniu, nie sposób pominąć słowa barbie -
skrótu od barbecue, czyli grillowania. Cała Australia grilluje przy
każdej możliwej okazji: na urodziny, chrzciny, Boże Narodzenie,
spotkanie z przyszłymi teściami. Na ruszcie ląduje wszystko: od
delikatnych skrzydełek z kurczaka, poprzez grube australijskie kiełbaski
snags i dorodne steki najlepszej wołowiny, po kawałki uda kangura,
piersi strusia emu, a nawet części grzbietu krokodyla.
Mieszkańcy antypodów uwielbiają gotowe półprodukty. Nie przepadają za
czasochłonnym obieraniem ziemniaków czy siekaniem czosnku. W tamtejszych
sklepach aż roi się od gotowych do użycia warzyw, owoców i innych
kulinarnych niezbędników. Nic dziwnego, że organizując spotkania dla
sąsiadów, rzadko który Australijczyk spędza długie godziny przy garach.
Goście nie przychodzą z pustymi rękami, raczej przynoszą kupione w markecie prawie gotowe hot chips (frytki), różnorodne surówki, w tym
ulubioną coleslaw, oraz kawałki bogato marynowanego mięsa, które
gospodarz tylko wrzuca na ruszt, by natychmiast oddać się radosnym
pogawędkom.
Do grillowanego mięsa Australijczycy hojnie dodają słodkawy sos
barbecue, podobny do tego znanego nam w Polsce. Jest on szczególnie
uwielbiany w stanie Queensland, z powodów znanych tylko miejscowym. Co
ciekawe, nawet na tym krańcu świata nie może zabraknąć ketchupu. Ale
uwaga! Nazwanie pomidorowego sosu w Australii ketchupem to faux pas,
często niewybaczalne dla wrażliwych na tym punkcie mieszkańców. Jedyna
właściwa nazwa to tomato sauce.
Czy to na ogrodowym, chwiejnym stoliku podczas barbie, czy przy
okazałym dębowym stole podczas rodzinnego niedzielnego śniadania, w całej Australii z dużym prawdopodobieństwem dostrzeżemy vegemite.
Australijczycy kochają ten specyfik na równi z flatwhite!
Vegemite to ciemnobrązowa pasta, wyglądem przypominająca znaną wszystkim
nutellę. W smaku jednak znacząco się od niej różni. To mieszanka wyciągu
z drożdży, przypraw i warzyw. Te ostatnie zainspirowały jej nazwę.
Vegemite zadebiutowała na australijskich stołach w 1923 roku, aby
uzupełnić niedobory witamin z grupy B, których drożdże są bogatym
źródłem.
Zamiłowanie Australijczyków do tej niepozornej, ciemnej pasty bywa
niezrozumiałe dla wielu Europejczyków. Czasem, mimo szczerych chęci
wtopienia się w kulinarną kulturę antypodów, test vegemite okazuje się
zbyt trudny dla przybysza. Australijczycy nie wyobrażają sobie jednak
śniadania bez kromki tostowego chleba grubo posmarowanej vegemite.
Dodają ją także do sosów, używają jako składnika mięsnych marynat, a niektórzy nawet potajemnie wyjadają pastę łyżeczką prosto ze słoika.
Vegemite jest najczęściej kupowanym i wywożonym z Australii pamiątkowym
przysmakiem!
Dla turystów odwiedzających Australię intrygującą atrakcją jest
skosztowanie dań kuchni Aborygenów. To jednak wyzwanie dla osób o mocnych nerwach i jeszcze mocniejszych żołądkach. O ile stosunkowo łatwo
przełknąć nieco dziwnie wyglądające, świeże zioła czy nasiona, sprawa
komplikuje się w przypadku nieznanych kawałków korzeni i innych
podejrzanie wyglądających części roślin. Jeszcze trudniej skusić się na
wciąż poruszające się larwy owadów. W aborygeńskim menu nie brakuje też
dzikich ptaków, jaszczurek, węży, a wreszcie mięsa emu i kangura -
podanego w formie znacznie mniej przetworzonej niż na wspomnianych
wcześniej, "cywilizowanych", grillowych ucztach.
Na deser czekają nas australijskie słodkości. Również w tej kwestii
Australijczycy preferują drogę na skróty. Zamiast mozolnej zabawy w oddzielanie żółtek od białek i przesiewanie mąki łakocie nabywają w supermarketach. Do ich ulubionych słodkich przekąsek należą
czekoladowo-ryżowe ciasteczka TimTamy. Rocznie przeciętny mieszkaniec
kontynentu zjada nawet kilkadziesiąt paczek tych smakołyków.
Popularnym sposobem konsumowania TimTamów, którego Australijczycy
chętnie uczą przyjezdnych, jest używanie ich jako słomek do picia
ciepłych napojów, głównie kawy i herbaty. Aby to zrobić, należy odgryźć
przeciwległe rogi ciastka, zanurzyć jeden z nich w napoju, a drugi
włożyć do ust. Trzymając ciastko w palcach, można zacząć ssać płyn.
Ciepła herbata lub kawa powoli rozpuszcza TimTama od środka. Gdy ciastko
staje się bardzo miękkie, zjada się to, co z niego zostało, ze smakiem
oblizując czekoladowe palce. Ta zabawa, nie tylko dla dzieci, nazywana
jest timtammingiem. Istnieją też bardziej wymyślne określenia, takie
jak timtam suck, timtam explosion czy timtam orgasm.
Na pozornie suchym australijskim kontynencie rozciągają się tysiące
hektarów żyznych i przez większą część roku zielonych winnic. Corocznie
Australia wytwarza takie ilości wina, że plasuje się na piątym miejscu w światowej skali produkcji tego trunku. Co więcej, australijskie wina są
uznawane za jedne z najlepszych i od lat zajmują prestiżowe pozycje w międzynarodowych rankingach. Butelki opuszczające kontynent wypełnione
są przede wszystkim białym cabernet sauvignon i chardonnay oraz
czerwonym merlotem i znakomitym shiraz. Ten ostatni uważany jest za
winny znak firmowy Australii.
To z Brazylii pod koniec XVIII wieku dotarły do Australii pierwsze
sadzonki winorośli. Ze względu na brak doświadczenia w uprawie i produkcji wina pierwsze próby zakończyły się niepowodzeniem. Na
szczęście, dzięki wytrwałości nowych osadników, na początku XIX wieku
udało się rozpocząć sprzedaż butelek wypełnionych już całkiem dobrym
winem. Dopiero jednak lata 30. XIX wieku i sadzonki przywiezione z Hiszpanii i Francji pozwoliły australijskiemu winu zdobyć światową
renomę. Sami Australijczycy włożyli ogrom pracy i wysiłku, aby przekonać
świat, że ich wino zasługuje na miejsce obok butelek napełnionych w winnicach Francji, Włoch czy Hiszpanii.
Chleb Damper
4 PORCJE - 45 MIN - ŁATWY
Chleb damper to pieczywo z australijskiego buszu. Przez stulecia
wypiekali go pasterze i poganiacze bydła, używając jedynie trzech łatwo
dostępnych składników: mąki, wody i soli. Po ręcznym wyrobieniu ciasta
nabijali je na patyk i wkładali do dogasającego ogniska, przykrywając
popiołem. Po kilku godzinach chleb był gotowy do spożycia, co
wygłodniali pasterze czynili z wielką ochotą, delektując się nim w towarzystwie suszonego lub pieczonego w tym samym ognisku mięsa.
Na przestrzeni wieków receptura dampera niewiele się zmieniła.
Australijczycy używają mąki samorosnącej, którą w Polsce łatwo zastąpić,
dodając do mąki pszennej odrobinę proszku do pieczenia. Niewielka ilość
masła sprawi, że chlebek stanie się delikatniejszy i jeszcze
smaczniejszy.
Chleb z buszu najlepiej smakuje jeszcze ciepły, posmarowany masłem i oprószony świeżo zmielonym pieprzem. Po wystygnięciu damper dość szybko
twardnieje i staje się kruchy. Australijczycy znaleźli jednak na to
sposób - taki wypiek świetnie sprawdza się jako dodatek do zup.
Składniki:
250 g mąki pszennej
150 ml mleka
25 g miękkiego masła
2 łyżeczki proszku do pieczenia
łyżeczka soli
DODATKOWO
kilka łyżek mleka
Przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 190°C z termoobiegiem. Przesiej mąkę, dodaj
proszek do pieczenia i sól. Wymieszaj. Dodaj masło i wcieraj je w mąkę
palcami, aż składniki się połączą. Wlej mleko i wymieszaj okrągłym nożem
(jak do smarowania masła) do uzyskania jednolitej masy. Przełóż ciasto
na oprószony mąką blat i wyrabiaj jeszcze minutę. Uformuj z ciasta kulę
o średnicy 12 cm. Lekko ją spłaszcz i umieść na blasze wyłożonej
papierem do pieczenia. Za pomocą ostrego noża natnij na wierzchu chleba
głębokie bruzdy w kształcie gwiazdy. Posmaruj wierzch chleba mlekiem.
Piecz około 30 minut, aż chleb nabierze złotego koloru.
Do podania: masło, zupa krem, gulasz
porcja: 110 g/277 kcal
białko: 7 g
tłuszcze: 7 g
węglowodany: 48 g
Stek po australijsku
2 STEKI - 30 min - ŚREDNI
Na antypodach, zwłaszcza na terenach farmerskich, występuje jeden z najniższych na świecie poziom zanieczyszczenia powietrza. Aż 97% bydła
pasie się tu na zielonej trawie, dzięki czemu mięso zawiera duże ilości
kwasów omega-3. Lokalni hodowcy muszą także spełniać rygorystyczne
wymagania, by zapewnić zwierzętom wszelki dobrostan. Dlatego
australijska wołowina uchodzi za jedną z najlepszych na świecie.
Najbardziej pożądaną, najdoskonalszą i najcenniejszą odmianą wołowiny
jest Australian Wagyu Beef. Bydło, z którego pochodzi to mięso, wywodzi
się z Japonii, dzięki czemu australijscy farmerzy dbają o zwierzęta w japońskim stylu: karmią je najlepszymi paszami, poją piwem i nacierają
sake. Zwierzętom odtwarzane są utwory muzyki klasycznej. Wszystko to ma
na celu uzyskanie jak najwyższego wyniku w Marble Score - skali
przyjmującej wartości od 2 do 9, oceniającej bogactwo smaku wołowiny.
Jedynie 0,000000001% mięsa uzyskuje wynik na poziomie 7-9, co pozwala mu
trafić do najbardziej renomowanych światowych restauracji.
Składniki:
STEK
320 g dobrej jakości wołowiny (polędwica, antrykot, rostbef)
2 łyżki masła klarowanego
SOS
3 łyżki śmietany 18%
2 łyżki tartego chrzanu
żółtko
łyżeczka mielonej ostrej papryki
Przygotowanie:
Wyjmij wołowinę z lodówki 30 minut przed przyrządzeniem. Umyj mięso i oczyść z błon, osusz papierowym ręcznikiem. Podziel na dwa steki, lekko
rozbij otwartą dłonią, posól z jednej strony. Rozpuść masło na patelni
do grillowania. Smaż stek z posolonej strony kilka minut.1
Posól drugą stronę i odwróć mięso drewnianymi
szczypcami (nigdy nie rób tego widelcem). Smaż kilka minut.
Zdejmij mięso z patelni, odstaw na kilka minut
bez przykrycia. Dopraw stek świeżo zmielonym pieprzem. Przygotuj sos:
Wymieszaj śmietanę, chrzan, żółtko i paprykę. Dodaj sos powstały podczas
smażenia mięsa. Dopraw szczyptą soli.
Do podania: frytki, pieczone ziemniaki, surówka coleslaw
stek: 240 g/571 kcal
białko: 32 g
tłuszcze: 49 g
węglowodany: 4 g
Parmigiana z kurczaka
4 PORCJE - 50 min - ŚREDNI
Historia tego dania wywodzi się z Włoch, gdzie jest ono znane jako
melanzane alla parmigiana - plastry panierowanego bakłażana polewano
sosem pomidorowym, obficie posypywano parmezanem i zapiekano.
Wraz z włoskimi emigrantami, z przystankiem w USA, danie dotarło do
Australii. W trakcie tej kulinarnej podróży bakłażan zastąpiono najpierw
cielęciną, a następnie kurczakiem, gdy porcjowany drób stał się
powszechnie dostępny w Australii. Początkowo oznaka wyższego statusu
społecznego, dziś parmigiana z kurczaka, znana jako parmi lub parmy,
jest ikoną australijskiego pubu.
Pełna wersja dania jest niezwykle sycąca i najczęściej składa się z gigantycznej panierowanej piersi z kurczaka obficie polanej sosem
pomidorowym, uwieńczonej zapieczonym serem, podawanej z okazałą porcją
frytek. Przyjezdnym zaleca się dzielenie dania z towarzyszami stołu.
Składniki:
KURCZAK
4 piersi z kurczaka
2 jajka
4 łyżki mleka
łyżka musztardy
bułka tarta do obtoczenia
mąka pszenna do obtoczenia
SOS
2 ząbki czosnku
400 g passaty pomidorowej
120 ml białego wytrawnego wina
2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżeczki suszonego oregano
2 łyżeczki białego cukru
DODATKOWO
100 g parmezanu
kulka mozzarelli
2 łyżki oliwy z oliwek
garść świeżej bazylii
olej do smażenia
Przygotowanie:
Umyj mięso, osusz papierowym ręcznikiem i jeśli trzeba, lekko rozbij.
Oprósz z każdej strony pieprzem i solą. W naczyniu umieść mąkę, w drugim
roztrzep jajka z mlekiem, musztardą, szczyptą pieprzu i soli. W trzecim
naczyniu umieść bułkę tartą. Panieruj kurczaka kolejno w mące, jajku i bułce tartej. Rozgrzej olej i usmaż kurczaka na złoty kolor. Odłóż.
Rozgrzej piekarnik do 180°C z termoobiegiem. Przygotuj sos: Rozgrzej 2
łyżki oliwy. Dodaj rozgniecione ząbki czosnku i smaż kilka minut do
wytworzenia aromatu. Usuń czosnek. Dodaj passatę, wino, oregano, cukier,
szczyptę pieprzu i soli. Wymieszaj i doprowadź do wrzenia. Zmniejsz
ogień i gotuj 10 minut, mieszając od czasu do czasu, aż sos zgęstnieje.
Wlej kilka łyżek sosu pomidorowego do naczynia do zapiekania, ułóż
kurczaka i polej pozostałym sosem. Umieść na wierzchu kawałki
mozzarelli, posyp tartym parmezanem, skrop oliwą, oprósz pieprzem i solą. Piecz 15 minut. Upieczoną parmigianę posyp świeżą bazylią.
Do podania: frytki
porcja: 490 g/858 kcal
białko: 87 g
tłuszcze: 32 g
węglowodany: 54 g
Lamingtony
18 LAMINGTONÓW - 1,5 godz. - ŚREDNI
Legenda głosi, że deser ten powstał zupełnie przypadkiem. Służąca lady
Lamington, żony gubernatora stanu Queensland, przygotowując deser dla
gości, niechcący upuściła biszkoptowe ciastko do czekoladowej polewy.
Chcąc naprawić błąd, czekoladowe ciastko obsypała wiórkami kokosa.
Lammo, jak pieszczotliwie nazywają je Australijczycy, przygotowuje się
w dwóch etapach. Pierwszego dnia piecze się biszkopt, który następnie
kroi się na małe kwadraty i przekłada dżemem. Po nocy przechowywania w lodówce lamingtony zanurza się w kakaowym lukrze i posypuje wiórkami
kokosowymi. W bardziej wykwintnej wersji biszkoptowe kostki macza się w czekoladzie i obsypuje trzema rodzajami płatków kokosowych.
Składniki:
CIASTO
250 g mąki pszennej
200 g białego cukru
3 duże jajka
125 g miękkiego masła
3 łyżki mleka
3 łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli
LUKIER
100 g cukru pudru
30 g kakao
100 ml mleka
30 g masła
DODATKOWO
200 g wiórków kokosowych
100 g dżemu malinowego
Przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 180°C z termoobiegiem. Utrzyj masło z cukrem na
jednolitą masę. Dodawaj po jednym jajku, ciągle mieszając. Przesiej
mąkę, dodaj proszek do pieczenia oraz sól. Wlej mleko i wymieszaj na
średnich obrotach. Przelej masę do prostokątnej formy (20 × 30 cm)
wyłożonej papierem do pieczenia i wyrównaj. Piecz około 35 minut do
złotego koloru. Wystudź. Odetnij nierówne brzegi i podziel ciasto na 18
kwadratów. Każdy kwadrat przekrój na pół, posmaruj jedną połówkę dżemem
i przykryj drugą. Włóż do lodówki na minimum godzinę. Przygotuj lukier:
Do czystej misy miksera przelej rozpuszczone masło. Dodaj mleko.
Mieszając na wolnych obrotach, dodawaj stopniowo mieszankę cukru pudru i kakao, aż powstanie jednolita masa. Zanurz każdego lamingtona w lukrze,
a następnie obtocz w wiórkach kokosowych. Aby zachować biały kolor
kokosu, używaj świeżej porcji wiórków dla każdego kawałka. Wstaw do
lodówki do schłodzenia na godzinę.
lamington: 75 g/284 kcal
białko: 4 g
tłuszcze: 16 g
węglowodany: 33 g
Torcik pavlova
8 KAWAŁKÓW - 3 godz. - TRUDNY
Po dziś dzień kwestia narodzin najsłynniejszego deseru świata rozpala
emocje, stając się powodem zażartego sporu między Australią a Nową
Zelandią. Wszystko za sprawą rosyjskiej primabaleriny, Anny Pavlovej,
która w latach dwudziestych ubiegłego wieku, podczas tournée po świecie,
odwiedziła oba te kraje. W każdym z nich podano jej wyjątkowy deser -
bezowy, rozpływający się w ustach, orzeźwiający torcik. Obecnie tak
trudno jednoznacznie ustalić, który z nich był pierwszy i lepszy: ten z Australii czy Nowej Zelandii.
W duchu kompromisu uznano, że receptura słodkiej bezy pochodzi z Australii, podczas gdy nazwę deser zawdzięcza Nowej Zelandii. To
obwieszczenie nie zakopało jednak bezowego topora całkowicie. Jedno jest
pewne - torcik pavlova na antypodach stał się prawdziwą ikoną letniego
deseru. Dlatego też w prawie każdym australijskim domu znajdzie się on
na bożonarodzeniowym stole. Wszak Boże Narodzenie przypada tam w samym
środku lata, kiedy orzeźwiający deser smakuje najlepiej.
Składniki:
BEZA
300 g białego cukru
6 jajek*
3 łyżki wody
2 łyżki skrobi ziemniaczanej
szczypta soli
KREM
50 g cukru pudru
300 g śmietany 36%
DODATKOWO
dowolne świeże owoce
kilka listków świeżej mięty
Przygotowanie:
Oddziel białka od żółtek (żółtka możesz zachować do innego przepisu2).
Umieść białka w misie miksera, dodaj sól i wodę.
Ustaw mikser na średnie obroty i ubijaj do uzyskania sztywnej pianki.
Kontynuując ubijanie, dodawaj po łyżce cukru, aż pianka stanie się
bardzo gęsta i lśniąca. Wmieszaj delikatnie skrobię ziemniaczaną,
ustawiając mikser na niskich obrotach. Rozgrzej piekarnik do 180°C z termoobiegiem. Narysuj na papierze do pieczenia koło o średnicy około 20
centymetrów i umieść go na blasze. Wyłóż ubitą pianę na narysowane koło,
formując w środku delikatne wgłębienie. Wyrównaj brzegi łyżką, tworząc
pionowe, dekoracyjne rowki. Piecz bezę w 180°C 5 minut, następnie
zmniejsz temperaturę do 140°C i kontynuuj pieczenie kolejne 90 minut.
Nie otwieraj drzwiczek piekarnika przez cały czas pieczenia. Pozwól
bezie ostygnąć, a następnie delikatnie odklej papier. Przygotuj krem:
Ubij śmietanę na sztywno na szybkich obrotach. Pod koniec ubijania dodaj
cukier. Rozprowadź równomiernie krem na wierzchu bezy, a następnie
udekoruj świeżymi owocami i listkami mięty. Wstaw ciasto do lodówki do
schłodzenia na 2 godziny.
kawałek: 140 g/331 kcal
białko: 4 g
tłuszcze: 14 g
węglowodany: 49 g
B jak BAŁKANY - tu mięso i papryka są życiodajną siłą
W tym rozdziale, oprócz przepisów na charakterystyczne potrawy z krajów
Półwyspu Bałkańskiego, znajdziecie również przepisy typowe dla kuchni
Węgier. Nie wynika to z braku mojej wiedzy geograficznej - Węgry celowo
zostały włączone do jednej grupy wraz z Grecją, Bułgarią czy Czarnogórą,
gdyż kuchnię tego kraju charakteryzuje wiele bałkańskich cech. Sama zaś,
ilekroć podróżowałam przez tę część świata, witałam się z Węgrami.
Kuchnia bałkańska nie jest jednorodna i stanowi odzwierciedlenie
mieszanki narodów, tradycji, języków, a nawet religii krajów tworzących
ten region. Podobne jednak podejście do przygotowywania posiłków oraz
kultura ich spożywania są tu wspólnym mianownikiem. Bałkańska kuchnia
przede wszystkim ma smakować, a nie olśniewać wyglądem, dlatego nie
każde serwowane tu danie jest wizualnym majstersztykiem szefa kuchni. Z pewnością jednak jest rozkoszą dla podniebienia. Jest dość prosta pod
względem składników, choć nie zawsze można to samo powiedzieć o sposobie
przygotowywania dań. Większość z nich wymaga nakładu czasu, pracy i niemałego doświadczenia. To kuchnia ludzi niezbyt zamożnych, którzy
swoje posiłki komponują ze składników pielęgnowanych własnymi rękami i ciężką pracą.
Po raz pierwszy moje nogi stanęły na Bałkanach kilkanaście lat temu.
Odwiedziłam Węgry, a dokładnie Budapeszt, podczas spontanicznego
sylwestrowego wypadu. Wtedy jeszcze daleko było mi do kulinarnego hobby.
Tego zarówno w mojej kuchni, jak i w podróży. Z tamtego wyjazdu
zapamiętałam wszędobylski zapach grzanego wina. Wdychając na okrągło tę
intensywną woń, marzyłam o ucieczce. Na szczęście forralt bor (po
węgiersku grzane wino) wkrótce powróciło do mych łask, a pamiątką
pierwszego spotkania z nie-Bałkanami jest ostatni przepis tego
rozdziału.
W ciągu kilkunastu kolejnych lat wielokrotnie odwiedzałam któryś z bałkańskich krajów: od Słowenii, po Chorwację, Rumunię, kończąc na
Grecji, jednak to ostatni trip, pieszczotliwie zwany bałkantripem,
dostarczył mi najwięcej nie tylko smakowych doznań. Bałkantrip, czyli
kolejna europejska objazdówka wynajętym busem, z namiotami rozkładanymi
na chybił trafił, bagażnikiem zapakowanym po sufit sprzętem do
biwakowania, dmuchanymi materacami i frisbee, ale też całą toną zupek
chińskich i tym podobnych dań w wersji instant, tym razem zakończył się
inaczej. Tym razem z wakacji wróciliśmy z równie wypakowanym pojazdem.
Po pierwsze, wypełniające atmosferę smaki Bałkanów nie pozwoliły nam
zalewać zalegających w bagażniku instant noodle. Choć nie było tego w planie, w większości żywiliśmy się w przydrożnych tawernach, lokalnych
gospodarstwach agroturystycznych, w domach gospodarzy, u których
zatrzymywaliśmy się, kiedy prysznic z butelki nie zdawał się zmywać z nas spiekoty wakacyjnej aury. Po drugie, mieszkańcy Bałkanów okazali się
tak szczodrymi i cudnymi ludźmi, że część otrzymanych od nich podarków
wróciła z nami do Polski.
Do Polski dojechała ofiarowana przez pewnego Chorwata plastikowa butelka
po wodzie mineralnej z domowej roboty rakiją, pieszczotliwie nazywaną
przez nas, z powodu jej intensywnego zapachu, naftą. Dopóki nie
zdrapaliśmy oryginalnej etykiety obejmującej butelkę, dochodziło do
zabawnej dla obserwatora sceny, kiedy to któryś z uczestników wyjazdu
nieopatrznie gasił pragnienie z niewłaściwej butelki.
Na zawsze zapamiętam też pierwszą noc w Albanii. Tym razem, z powodu
bezpieczeństwa, zdecydowaliśmy się na wygodny nocleg w zaciszu czyjegoś
skromnego domostwa. Nie obyło się bez przekleństw i chwil grozy, kiedy
to nasz wynajęty bus, niesiony głosem nawigacji, ugrzązł na wąskiej
bezasfaltowej drodze. Przez chwilę byliśmy pewni, że najbliższą noc
spędzimy właśnie w takim zawieszeniu. Na szczęście znakomity team work
przyniósł wybawienie i kilka chwil później wymyci i najedzeni
wylegiwaliśmy się w czystych albańskich łożach. Relaks nie trwał jednak
długo. Skoro świt za oknem przeszło stado kilkuset owiec. Na nasze
nieszczęście większość z nich miała zawieszone na szyi niezmiernie
głośne dzwonki. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu na rozpaczanie, bo oto
właściciel lokum zaprosił nas na śniadanie w naprawdę królewskim
wydaniu. Czego wtedy tam na stole nie było! A wszystko domowej roboty,
prosto z przydomowego ogródka. Ilekroć coś migiem znikało z kolorowych
talerzyków zwarcie zastawiających gigantyczny stół, nasz gospodarz
donosił dokładkę. Na dodatek, kiedy ruszaliśmy już w dalszą drogę,
obdzielił nas tak, że kolejnego dnia ponownie nie musieliśmy zagrzewać
wody na zupki.
Podobna niezapomniana uczta czekała na nas w greckiej tawernie, do
której całą ekipą postanowiliśmy dojść kilkukilometrowym spacerem,
świadomi, że pierwszorzędne greckie trunki uzupełnią przepyszne jadło.
Biesiada rozpoczęła się skromnie świeżymi warzywami. Po nich na stole
znalazły się rześkie pasty warzywne, przeróżne grillowane mięsa, młode
pieczone ziemniaki, dolmades, czyli winogronowe gołąbki, sałatki i wiele, wiele innych genialnych smakołyków. To wszystko ubogacone zostało
solidną miarą lokalnego wina. Wina tak szlachetnego, że do swojej bazy
wracaliśmy śpiewająco. Jedzenie i towarzysząca mu atmosfera sprawiły, że
postanowiliśmy nieco zmienić plan podróży i zostać w tej greckiej
mieścince jeszcze jedną noc. Kolejny wieczór zakończył się równie
śpiewająco.
Nasz bałkantrip potwierdził powszechnie znany fakt, że mieszkańcy
Bałkanów uwielbiają biesiadować, delektować się smakowitymi daniami,
popijać je lokalnym winem albo rakiją, spędzać czas w gronie
najbliższych i przyjaciół. Huczne kolacje jada się tu do późnych godzin
nocnych. Zarówno w kuchni, jak i przy stole spędza się sporą część
życia, dlatego w większości tutejszych domów i mieszkań znajduje się
doskonale ku temu zaprojektowane pomieszczenie - jadalnia. Przestrzeń ta
bynajmniej nie jest tu postrzegana jako luksus, ale jako coś równie
niezbędnego jak łazienka. Mawia się tu, że lepsza osobna jadalnia niż
większa sypialnia i oddzielna garderoba.
Muszę też wspomnieć o jakże popularnej na całych Bałkanach rakii, naszej
pamiątkowej nafcie. To owocowa brandy, powstała najczęściej ze śliwek,
ale zdarzają się wersje wytworzone z dowolnych owoców, zwykle tych,
których gospodarz ma najwięcej: winogron, brzoskwiń, fig, pigwy. Pod
ciężarem rakii uginają się półki w każdym większym i mniejszym
bałkańskim sklepie. Trunek widnieje też w karcie menu tutejszych
restauracji. W większości domostw napój ten wytwarza się jednak
samodzielnie. Taka domowa rakija może być naprawdę bardzo mocna i zawierać nawet 60% objętości alkoholu, podczas gdy sklepowa ma zwykle
moc 40-50%. Nasza bałkańska pamiątka była z pewnością tym pierwszym
typem trunku.
Mówi się, że żadna podróż na Półwysep Bałkański nie będzie udana, jeśli
choć raz nie skosztuje się tu prawdziwej rakii. Mieszkańcy Bałkanów czy
gospodarze domów wypoczynkowych mają w zwyczaju częstować tym lokalnym
alkoholem swoich gości, co nasz trzytygodniowy bałkantrip wielokrotnie
potwierdził. Istnieje nawet specjalny protokół picia rakii:
Kiedy ktoś zaoferuje nam rakiję, nie należy odmawiać.
Wznosząc toast i stukając się kieliszkami, koniecznie należy
utrzymać kontakt wzrokowy z zebranym towarzystwem. W Serbii i Chorwacji toast wznosi się słowami
živeli, na Słowenii
na
zdravje, zaś w Bułgarii
nazdrave.
Rakija serwowana jest w niewielkich kieliszkach, nie wypija się jej
na raz, jak "po polsku" szoty wódki. Raczej delektuje się
zawartością naczynka małymi łykami.
Pijąc rakiję, nie poprzestaje się na jednej kolejce. W końcu jest to
trunek temperamentnych Bałkańczyków.
Poza winem i wspomnianą wyżej rakiją na Bałkanach toasty wznosi się też
lokalnymi trunkami. W Bułgarii jest to mastika - 47-procentowa anyżówka,
którą wypija się z dodatkiem kilku kostek lodu albo dodaje do
różnorakich koktajli. W Albanii prym wiedzie winogronowa brandy
skënderbeu, upamiętniająca narodowego bohatera tego kraju - Gjergjija
Kastrioti, który w XV wieku dzielnie stawiał opór tureckiej armii. Nad
węgierskim Dunajem przechyla się kieliszki wypełnione pálinką. To wódka
lub brandy o zawartości alkoholu od 37,5 do nawet 86%, występująca w różnych smakach: jabłkowym, gruszkowym, wiśniowym, truskawkowym i morelowym. Na bazie pálinki wytwarzane są likiery i napoje spirytusowe:
paprykowa paprika pálinka czy podpalana przed podaniem krampampuli.
Bałkany to kraina skąpana w słońcu, gdzie dojrzewają soczyste papryki i aromatyczne pomidory. Te warzywa są podstawą wielu świeżych potraw.
Natomiast ich nadmiar suszy się i przechowuje na chłodniejsze dni. W Macedonii wysuszona na słońcu i grubo mielona papryka, znana jako
bukować, nadaje mięsnym daniom wyrazisty smak i pikantność, skutecznie
zastępując chili czy tabasco. Ale to węgierska papryka ma swoją
fascynującą historię: przybyła na te ziemie wraz z Turkami z Bliskiego
Wschodu, początkowo pełniąc rolę rośliny ozdobnej. Z czasem jej
wysuszona i sproszkowana postać zaczęła wypierać nawet pieprz. Węgierska
papryka ma wiele obliczy: od bardzo ostrej (eros, csipős), poprzez
słodką (csemege, édesnemes), po słodko-ostrą (félédes). W kraju tym
uprawia się ponad tysiąc odmian tego warzywa, a najostrzejsza z nich
podobno stokrotnie przewyższa pikantnością papryczki chili.
Jednym z flagowych bałkańskich produktów jest słony owczy ser. Bośnia, z jej rozległymi terenami pastwiskowymi, słynie z produkcji wyśmienitych
serów owczych i krowich. Szczególnie popularny jest wędzony ser
simljeni, przypominający smakiem polski oscypek. Ceniony jest również
bryndzowaty ser z miecha (sir izmjesine), przechowywany w skórzanym
worku, dostępny głównie w okolicach Trebinje.
Królową bałkańskich serów pozostaje jednak feta. Choć podobne sery można
znaleźć w Albanii i Bułgarii, nazwa "feta" jest zastrzeżona wyłącznie
dla produktu pochodzącego z Grecji.
Istnieje jeszcze jeden element, który kulinarnie scala bałkański region
- mięso. Od Bułgarii po Albanię, od Słowenii do Grecji, w menu lokalnych
restauracji i na stołach domowych jadalni nieodzownie musi znaleźć się
kawał mięsa: pieczonego, smażonego, grillowanego. Niezależnie od formy
podania mieszkańcy tej części Europy zgodnie twierdzą, że bez mięsa
żaden posiłek nie jest kompletny.