Słońce zachodzi; a jak dogasający ogień chwilami jaśniej
błyska, tak, przed nocą, puls życia uderza śpieszniejszem tętnem.
Krzaki, zwykle ciche, zagotowały się pożegnalnym gwarem
ptaków; każdy śpiewa królowi dnia "dobranoc", i każdy chce okazać
się gorliwszym od innych. Z gościńca podniósł się złoty tuman
kurzawy, słychać turkot wozów, niecierpliwy ryk bydła i przeciągłe
nawoływania pastuchów. Z pól płynie dumka wracających od roboty
dziewuch; w jaskrawych strojach wyglądają one jak białe i ponsowe
makówki, co nagle ożyły i biegną za znikającem światłem. Przed chatami tłoczą się zwierzęta i ludzie, skrzypią
żórawie studzien i pluszcze woda, nalewana do koryt. W alejach
spacerowego ogrodu słychać toczenie się dziecinnych wózków, wesoły
szczebiot dzieci, śmiech nianiek i rozmowy letnich mieszkańców wsi,
którzy śpieszą do domów ukryć się przed wieczornym chłodem. Słońce dotknęło horyzontu, i ziemskie odgłosy zamilkły;
jeszcze słychać szmer drzew, pochylających przed światłodawcą
zielone konary. Łąki, lasy i pola oblały się żywszemi barwami i u
stóp odchodzącego ojca rozlewają najpiękniejsze wonie. On,
pieszcząc się z niemi, zasypał niebo i ziemię złotem, później
otulił je w purpurę i wreszcie - zasłonił błękitem. Cienie drzew rozciągnęły się na trawie, świat zmęczony
ułożył się do snu, a nad nim czuwały: mrok i milczenie, ledwie
zamącone cichym lotem nietoperza, który mknie bez szelestu, jakby
lękał się obudzić śpiących. Nawet gadatliwe muchy i komary wiatr
zapędził do ciemnych kątów, i zanim sam zdrzemnął się w polu,
jeszcze spragnione liście pokropił świeżą rosą. Kiedy pogasły światła w chatach, na wschodzie, białe jak
puch obłoki zaczęły posrebrzać się i rzednąć. To księżyc nieśmiało
wyjrzał ku ziemi, a spostrzegłszy na skraju nieba rąbek czerwonych
blasków, pomyślał, że słońce jeszcze nie odeszło, i - skrył się za
popielatą chmurę. - Pójdź!... pójdź!... - zawołał do niego puszczyk z parku. Księżyc po raz drugi spojrzał, lecz znowu cofnął się.
Zdawało mu się, że na ziemi jest jeszcze za jasno. - Pójdź! pójdź! - powtórzył głos z gęstwiny. Wówczas księżyc odgarnął obłoki i ukazał się na błękitnem
tle nieba, pełny i jasny, jak tarcza polerowanego srebra. Teraz budziło się tajemnicze życie nocy. Z pod drzew i
chałup wypełznęły czarne cienie i poczęły kłamać przed ziemią, że
księżyc świeci lepiej niż słońce. Walący się mur poczerwieniał
fałszywym rumieńcem; staw nabrał metalowego połysku, a pożółkłe
ścierniska oblekły się zielonawą barwą i udawały trawę. Słychać też głosy, ale nie takie jak w dzień - inne. Tu
jękliwie zwołują się żaby, które z przed oczu słońca rozgania
bocian. Tam cienki strumień wody nuci na stawidłach monotonną i
żałosną melodją, przy której blada mgła tańcuje na oparzeliskach.
Owdzie zarozumiałe koniki polne chwalą się, że są ładniejsze od
skowronków. Czasem wytarzany w błocie żuk grubym głosem wyśmiewa się z
motyli; niekiedy szczeknie pies, którego zbudził przechodzień, albo
rozpaczliwie zakwili pochwycony przez łasicę ptaszek... Zapatrzony i zasłuchany, poszedłem do starego parku, który
zdawał się być stolicą tych widziadeł i odgłosów. Alem niedługo
przypatrywał się cudownym sprawom nocy. W alejach rozległy się
okrzyki, śmiech i gonitwy towarzystwa dam, panienek i paniczów,
którzy z dobrodziejstw księżycowego światła korzystali tak wesoło,
że wobec nich - cała natura ucichła. Wszędzie było ich pełno: w
klombach, na trawnikach, w alejach głównych i bocznych. Dla ukrycia
się przed tą burzą radości, trzeba było wybrać najrzadziej
odwiedzaną ścieżkę. Księżyc powoli toczył się ku zenitowi, a razem z nim
posuwały się cienie drzew, zakrywając jedne, odsłaniając inne
miejsca. W czasie takiej zmiany dekoracji spostrzegłem, że i tu nie
jestem sam. Na próchniejącej ławie siedział stary, niski i gruby
człowiek z zadartą głową, rękami rozkrzyżowanemi na poręczy, i -
patrzył w księżyc. A tak był zatopiony w swem widzeniu, iż nawet
nie słyszał, że koło niego przeszedłem. Wnet jednak obudzono go z marzeń. Wesołe towarzystwo
odkryło tę ścieżkę i pędem poczęło biec ku ławce. Jednocześnie
któryś z paniczów krzyknął ostrym dyszkantem: - Bon jour, monsieur François!... Stary człowiek wyprostował się. - Ah!... bon jour!... Cóż państwa aż tu sprowadziło?... -
mówił, skupiając rozproszone myśli. W towarzystwie zaczęto śmiać się. - Chcieliśmy zobaczyć, z kim pan ma schadzkę... - Ładnie, monsieur François, robić tak tajemnicze
wycieczki!... - Pan François marzy... - Nie, monsieur François poetyzuje na cześć panny Fifi... - Kto jest panna Fifi? - To ta złośnica Szwajcarka, która nie opuszcza żadnej
mszy, ani rautu... Tak mówili, wciąż śmiejąc się i wymijając monsieur
François, który stał zawstydzony. Cofnąłem się za drzewo. - A któż jest monsieur François? - zapytała jedna z
panienek najgłośniejszego panicza. - To mój guwerner! - odpowiedział z akcentem ironji
panicz, a potem dodał: Dziwak, nudny jak lukrecja i skąpy jak licho. Bardzo
jestem kontent, że rozstaniemy się z nim od wakacyj. Z temi słowy skręcili w inną aleję. Monsieur François znałem z widzenia, a ponieważ stał wciąż
na miejscu, jakby niepewny co robić, zbliżyłem się do niego i
powitałem. - Piękna noc - rzekłem. - A tak... - Szkoda tylko, że w parku trochę za wesoło. - Im zawsze wesoło - szepnął guwerner. Niechętnie machnął ręką i usiadłszy na ławce, znowu
patrzył w księżyc. - Nie rozumiem - odezwał się - jak mogą lubić księżyc
ludzie szczęśliwi? To patron tułaczów, symbol nieukojonej tęsknoty
i śmierci. Cieszyć się przy jego blasku na jedno wychodzi, co
tańcować przy katafalku. Dziwną wydała mi się ta melancholja w człowieku, którego
własny uczeń nazywał przed chwilą skąpcem. Wszak księżyc jest
podobny do ogromnego talara - pomyślałem - i już za to samo
powinienby cieszyć się sympatją monsieur François?... Guwerner znowu rozkrzyżował ręce na poręczy i po długiej
pauzie zaczął mówić, jakby marząc głośno: - Księżyc to smutna gwiazda dla tych, którzy go znają, a
straszna dla tych, którym wplątał się w życie... Na te słowa wzburzyły się we mnie wszystkie wiadomości
astronomiczne. - Zdaje się - rzekłem - że dla księżyca nie jesteś pan
sprawiedliwy. Co zaś do jego wpływu na ludzkie życie, to wiesz pan
zapewne lepiej ode mnie, że czasy astrologji minęły... - Tak pan powiadasz? - odparł, spoglądając na mnie przez
ramię. Jego drwiący ton zaciekawił mnie. - Powtarzam to, com czytał - śpiesznie odpowiedziałem. -
Ale będę panu wdzięczny, jeżeli nauczysz mnie czegoś nieznanego pod
tym względem. Stary guwerner udobruchał się i zaczął na nowo: - Nie dziwię się pańskiej opozycji. Dla ludzi, od
niepamiętnych czasów, niebo wydawało się przybytkiem spokoju i
szczęścia. Tam widzimy niewzruszony porządek, stamtąd nigdy nie
doleciało nas echo skargi, tam napozór kwitnie wiekuiste życie. Istotnie, czem są planety? Mieszkaniami, jak nasza ziemia,
gdzie widać atmosferę, obłoki, wody, lądy, a nawet pory roku, jak u
nas. Czem są gwiazdy? Słońcami, z których każde rozlewa ciepło,
blask, może nawet radość?... Niebo to ogród pełen nieśmiertelnych kwiatów. Przykre więc
ogarnia człowieka rozczarowanie, gdy dowie się, że wśród gwiazd,
kipiących światłem i życiem, w dodatku najbliżej ziemi, wałęsa się
olbrzymie cielsko trupa, który miljony lat oczekuje pogrzebu i nie
może się go doczekać. To nasz księżyc, o, ten sam... I wskazał ręką na jasną tarczę, która zdawała się
uśmiechać smutno. - Trup?... - szepnąłem. - Chyba za silny to wyraz. - Za słaby! - przerwał guwerner. - Spojrzyj pan na światło
księżyca - silne i zielonawe, jak zgnilizna. Przypatrz się ogólnym
zarysom jego kształtu, co zobaczysz?... Puste oczodoły, zaklęsły
nos, usta bez warg i zębów... A jednak i taka powierzchowność mogłaby wydać się piękną w
porównaniu z tem, co teleskop odkrył na księżycu. W najdzikszych
okolicach podbiegunowych, w najbardziej osławionych jaskiniach
ziemskich, nie spotkasz tak odrażających widoków, jakie przedstawia
księżyc. Spojrzyj na którąkolwiek z jego okolic. Co znajdziesz?
Pustynią, bez śladu trawy, nawet pleśni, zasypaną rumowiskami,
podziurawioną czeluściami wygasłych wulkanów. Zechcesz z niej
uciec? - nie puszczą cię łańcuchy gór, sięgających ośmiu wiorst
wysokości. Jedne z nich są jak olbrzymie sople lodu, inne jak
pierścienie, inne jak prostopadłe ściany. A wszystko to spękane,
połamane, podruzgotane i nad wszelki wyraz posępne. Gwałtem odrywasz się od tych widoków i wznosisz oczy ku
niebu, myśląc, że jego szafir ukoi ci znękaną duszę. Daremne
wysiłki: tam niema ukojenia! Z powodu braku powietrza, niebo jest
czarniejsze od kiru, na tle którego pali się słońce, jak pożar, i
gwiazdy, jak grobowe pochodnie. Nie szukaj tam gry kolorów. Słońce wschodzi bez zorzy,
płonie czternaście dni bez przerwy, a potem znowu na czternaście
dni pogrąża się w czarną otchłań. Sam jego blask służy tylko do
uwydatnienia okropności widoków. Niema tam perspektywy powietrznej,
dzikie kształty występują ostro, pełno jest złudzeń i
zdumiewających kontrastów. Ludzkie oko traci wszelką miarę,
odległości skracają się i wydłużają w sposób niemożliwy. Przedmioty
jaskrawe wyskakują naprzód, blade cofają się wtył, a stąd każdy
twój krok, każda zmiana w położeniu słońca wśród tej martwej natury
wywołuje pozorny ruch, istny taniec upiorów. Niema tam półcieni. Z jednej strony skały jest upał nie do
wytrzymania i powódź oślepiających blasków, z drugiej, zamiast
cieniu - noc, czarna jak smoła, i zimno, przechodzące wszelkie
pojęcie. Inna cudowna własność życia - dźwięk, również tam nie
istnieje. Gdyby zawaliła się góra, uczułbyś tylko wstrząśnienie,
ale nie usłyszałbyś nawet takiego szmeru, jaki u nas wydaje
przelatujący komar. Ale góry tam nie walą się; co kiedy miało
rozsypać się i upaść, już upadło, i dziś panuje taka cisza, że przy
niej bicie pulsu w skroniach wydawałoby się człowiekowi podobnem do
bicia piorunów, nie gdzieś nazewnątrz, tylko w nim samym. Słowem, księżyc - to państwo śmierci, ale w formie tak
złowrogiej, jaką ledwie możemy odgadnąć. U nas, po śmierci zaczyna
się rozkład, czyli nowe życie; tam wcale niema rozkładu. Gdyby od
nas na księżyc przeniesiono zwierzęta i rośliny, zmarłyby w ten
sposób, że - natychmiast wyschłyby. Ale ich kształty i niektóre
barwy, nie ulegając zmianie, po tysiącach lat zostałyby tem, czem w
pierwszej chwili: widmami zwierząt i roślin. W bocznej alei przesunęło się dwoje ludzi, rozmawiających
półgłosem: - Śliczny księżyc!... Czy pan nie lubi księżyca? - Wolę oczy pani przy jego blasku. - A w dzień?... Odpowiedzi nie dosłyszałem. Guwerner popatrzył na nich, pokiwał głową i mówił dalej: - A jednak księżyc dawniej żył. Posiadał wodę, atmosferę,
niewątpliwie jakieś istoty, rozwijające się i czujące. Lecz -
umarł. A wiesz pan z jakiego powodu? - z tęsknoty... Był on niegdyś częścią ziemi, jej synem, i - oderwał się
od niej, jak ja... od Francji. Przez długi czas mogło mu się
wydawać, że wróci. Ale nie wrócił i - z żalu umarł... Wszystkie jego ruchy - to ciągłe szamotanie się z siłą
postyczną, czy odśrodkową. On rwie się do ziemi, a niezasypiająca
moc złego losu wciąż spycha go z drogi. Czasami niezmiernym
wysiłkiem zbliży się do macierzystej planety, ale wróg nieubłagany
wnet go zwycięża i odsuwa jeszcze dalej. Tak bywa i z ludźmi! Odetchnął i mówił: - Dla ogółu, ruchy księżyca nie odznaczają się niczem
osobliwem. Ujęto je w formuły matematyczne, i to wystarcza. Gdybyś
pan jednak wiedział, jaki dramat tkwi - choćby w prostych odmianach
księżycowego światła... Ale chcąc go odczuć, trzeba być takim jak
księżyc tułaczem. Podobne zmiany lunacji, jakie my widzimy na księżycu,
księżyc mógłby spostrzegać na ziemi. I pomyśl pan, co za dziwny
związek istnieje między temi zjawiskami... Kiedy księżyc widzi ziemię w formie pełnej i wciąż
rosnącej tarczy, myśli, że zbliża się do niej. Wtedy, ukojony
nadzieją, zasypia i nie świeci, a my mówimy, że jest nów. W tydzień później ziemia ukazuje mu się jako pół tarczy.
Wtedy zaniepokojony księżyc zaczyna otwierać oko i patrzy: co
będzie dalej? Jeszcze później, ziemia już nie odbija słonecznych
promieni w stronę księżyca i staje się dla niego niewidzialną.
Wówczas przerażony księżyc, myśląc, że całkiem oderwał się od
ziemi, otwiera cale oko i śledzi międzyplanetarne otchłanie. W
kilka dni dostrzega mały skrawek światła, i znowu nieco
spokojniejszy, stopniowo przymyka zmęczoną źrenicę, aż do zupełnego
zaśnięcia. - Tak, panie - dodał guwerner. - Na niebie i ziemi
istnienie waha się między rozpaczą, nadzieją i krótkim
odpoczynkiem. Ale szczęścia nigdy nie dosięga... Wyznaję, że zastanowił mnie ten szczególny wykład
astronomji, w którym fantastyczne przywidzenia pomieszały się z
dokładnemi wiadomościami. Uderzyła mnie też pewna sprzeczność. - Drogi panie - odezwałem się. - Powiedziałeś, że księżyc
umarł, a jednak obecne zmiany lunacji tłomaczysz tęsknotą księżyca
do ziemi. Jak to pogodzić? Pokiwał głową i odparł: - Bo widzisz pan i zapamiętaj to sobie, że na świecie
"wszystko umiera, wyjąwszy - tęsknoty." Czuję, że i ja, gdybym
umarł tu, między wami, tęskniłbym nawet w grobie
. Zdaje mi się, że kości moje wyszłyby z ziemi i
patrzyły tam... Wskazał ręką na zachód. Pojąłem, że stary guwerner dotknął jakiejś rany swego
serca, i zamilkłem. On poruszył się na ławce, jakby chcąc mnie pożegnać.
Widocznie jednak rozmyślił się i nagle rzekł tonem pytającym: - Pan wie, jak dawno nie byłem we Francji?... Trzydzieści
lat. Trzydzieści lat nie widziałem swego kraju... - dodał
zmienionym głosem. Teraz domyślasz się pan, dlaczego zajmuje mnie wieczne
tułactwo księżyca i skąd go tak dobrze rozumiem. Nie wiem zresztą,
czy on tęskni; ale to pewna, że ja... za moją ziemią... Wymówił to prawie szeptem i odwrócił się ode mnie. Długa
chwila upłynęła, zanim uspokoił się o tyle, że mógł opowiadać
dalej. - Opowiem panu - rzekł - dzieje, chwilami
nieprawdopodobne, a jednak dosyć zwyczajne. Dowiesz się, w jaki
sposób martwy świadek naszych nocy, księżyc, kojarzył się z memi
nieszczęściami, i jak wygląda siła odśrodkowa w życiu ludzkiem. Zapalił cygaro i mówił: - Z upodobania i ukształcenia jestem pedagogiem. Jeszcze
będąc w szkołach, kiedy moi koledzy, w czasie rekreacji, bawili się
w wojsko lub w teatr, ja uczyłem czytać dzieci naszych służących.
Skończywszy zaś uniwersytet, poprostu utonąłem w pracy
nauczycielskiej. Na nieszczęście, miałem dwie wady: jedną był brak
protekcji, skutkiem czego nie awansowałem, drugą - żyłka
reformatorska. Chciałem poprawić wady ówczesnej pedagogiki i -
zyskałem silnych nieprzyjaciół. Nie wiedziałem jeszcze, że kto chce
zrobić karjerę, nie powinien szukać, ale dogadzać panującemu
smakowi. Bądź jak bądź, po kilku latach walk i pracy, moje urzędowe
i prywatne stosunki stały się nieznośnemi. Rozdrażniony i
rozżalony, wziąłem dymisją jako nauczyciel i wyjechałem do Anglji.
Jest temu lat trzydzieści. Dodam tu nawiasowo, że kiedym opuszczał Paryż, jadąc
nocnym pociągiem, świeciła na niebie pełnia. Ponieważ były kobiety,
więc naturalnie dużo rozmawiano o księżycu. Damy twierdziły, że
jest to gwiazda zakochanych, jakiś wiejski dzierżawca nazywał go
słońcem cyganów i złodziei, a pewien starzec, który dotychczas
niewielki udział przyjmował w rozmowie, odezwał się nagle: - A ja państwu powiadam, że księżyc to planeta tułaczów.
Kto urodzi się pod jego znakiem, nie znajdzie spokojnego kąta na
ziemi, a niewiadomo, czy i po śmierci nie zostanie upiorem... Wszyscy śmieli się z tych sentencyj, wypowiedzianych
kaznodziejskim tonem; ale mnie dreszcz przeszedł. Nic dziwnego:
dobrowolna emigracja z kraju zrobiła mnie drażliwym w tej kwestji. Dla nas, Francuzów, Anglja jest szkołą publicznego życia.
Jadąc tam, planowałem sobie, że dokończę mego ukształcenia, znajdę
sympatją, jakiej nie miałem w kraju, że wreszcie zdobędę mająteczek
i powróciwszy do Francji, założę pensjonat, w którym sam będę
panem. Istotnie Anglja nie zawiodła moich nadziei. Przemieszkałem
w niej lat dziesięć, a czas ten był najszczęśliwszy w mojem życiu.
Dojrzałem umysłowo, zdobyłem szacunek ludzi rozumnych, a nawet
zebrałem pewien fundusz. Nie krępując się w wydatkach, odłożyłem
tysiąc funtów szterlingów. Przyjaciele moi zachęcali mnie, ażebym tam założył szkołę;
ofiarowali mi nawet pomoc. Ale odmówiłem. Chciałem podzielić się z
ziomkami doświadczeniem, nabytem w Anglji, a co ważniejsze,
poczułem tęsknotę do kraju. Dopóki pracowałem, lata upływały mi jak
dnie, lecz gdym już pomyślał o powrocie do Francji, minuty wydawały
mi się za długie. W ciągu tygodnia zebrałem moje pieniądze i
siadłem na statek, odjeżdżający do Brestu. Był to piękny wieczór październikowy, a na niebie świecił
księżyc w pełni. Patrzyłem na niego z zachwytem, przypominając
sobie wyjazd z Paryża i łata tułactwa, które - jutro miały skończyć
się dla mnie!... Gdy w rozmowie zwierzyłem się przed kapitanem statku z
moich sympatyj do księżyca, który nazwałem najpiękniejszą planetą,
wzruszył ramionami i odparł: - W gruncie rzeczy jest to planeta najsmutniejsza, bo już
martwa. I zaczął opisywać księżycowe krajobrazy, mniej więcej tak,
jak ja panu o nich opowiadałem. Zrobiło to na mnie przykre wrażenie, lecz nie straciłem
otuchy. Czyliż ten martwy księżyc, patron tułaczów, nie odprowadzał
mnie do Anglji? A przecie tam byłem szczęśliwy. W sześć godzin po podniesieniu kotwic zerwała się burza,
trwająca kilka dni. Statek nasz, wymknąwszy się z kanału, wyjechał
na pełny ocean i z szybkością ptaka leciał na południe, wzdłuż
brzegów Francji. W okolicach Rochelli zbliżyliśmy się do brzegów,
ale o wylądowaniu nie było mowy. Znowu wypłynęliśmy na ocean,
piorunem okrążyliśmy Finister i - niedaleko Lizbony - rozbiliśmy
się... W tym samym czasie podobny los spotkał kilkadziesiąt
innych statków. Zdarzenia tego nie zapomnę do końca życia. Kiedym usłyszał
trzask ścian okrętowych i szum wody, wdzierającej się do wnętrza,
ukląkłem pod masztem i, mimo sceptycyzmu, poleciłem duszę Bogu.
Nagle pokład przechylił się, i - potężna fala zmyła mnie w morze.
Machinalnie płynąc, w odzieniu ciężkiem jak ołów, uczułem, że jakaś
martwiejąca ręka chwyta mnie za nogi... Później trafiłem na belkę,
przy której ktoś ujął mnie za kark i zepchnął w wodę... Potem
zobaczyłem wysoko, jakby na górze, łódź ratunkową i - straciłem
przytomność. Kiedym ocknął się, pierwszym przedmiotem, jaki
spostrzegłem, był - biały kapelusz siostry miłosierdzia, która
poiła mnie mocnem winem. Z ruchu jej ust domyśliłem się, że mówi do
mnie; alem nie słyszał wyrazów, tylko jakiś szum. Chciałem odezwać
się, lecz nie mogłem poruszyć szczękami; chciałem podnieść rękę,
ale zabrakło mi siły. Takie były pierwsze wrażenia. Powoli, wzmocniwszy się,
dowiedziałem się, że od trzech tygodni leżę w lizbońskim szpitalu.
Gdy mi podano lustro, zobaczyłem, że jestem podobny do szkieletu i
że mam łysą głowę. - A gdzie moje pieniądze? - zapytałem, z trudnością
wymawiając wyrazy. Zakonnica potrząsnęła głową, patrząc na mnie z
politowaniem. - Niema żadnych pieniędzy - odparła. - Więc mnie okradziono? - Nie okradziono pana, ale przez kilka godzin byłeś w
morzu... Morze zjada nawet okręty!... Nigdy nie byłem chciwym, ale dowiedziawszy się o tej
stracie, zapłakałem jak dziecko. W tej chwili uczułem, że mi
utonęło dziesięć lat życia... "Z czem wrócę do Francji? - myślałem. - Czy mam jak żebrak
wyciągać rękę do tych samych ludzi, których opuściłem przed
laty?..." Nie obchodził mnie już ani własny pensjonat, ani reformy w
wychowaniu. Teraz chciałem mieć pieniądze na to tylko, ażeby
spokojnie i zdala od ludzi żyć we Francji. Były to pragnienia
człowieka, który stracił energją i zestarzał się w chorobie. Leżąc na szpitalnem łóżku, marzyłem tylko o tem, aby co
rychlej dostać jakąś pracę, zakopać się w niej na kilka lat,
zbierać grosz do grosza, a potem wrócić do ojczyzny. Zdawało mi
się, że oddaliłem się od niej na całe wieki. Z naszego statku niewielu ocalało; tem gorliwiej zajęto
się pozostałymi. Kilka osób odesłano do Francji, kilku dano posady
na miejscu, a mnie, gdym wyzdrowiał, pewien bogaty Włoch, spekulant
z Tunisu, zaproponował w swym domu posadę nauczyciela. Przyjąłem
bez wahania; z równą obojętnością jechałbym do Australji, nawet do
Laponji. W Tunisie przebyłem lat sześć, wśród ciężkiej pracy.
Wychowałem memu gospodarzowi dwu synów i córkę, a prócz tego
udzielałem lekcyj w kilku innych domach europejskich. Dzieci były
pojętne, ale zaniedbane i leniwe. Całe dnie pasując się z ich
kaprysami i nieuwagą, czułem, że przestaję być pedagogiem
entuzjastą, a robię się rzemieślnikiem. Swoją drogą w ciągu pięciu lat odłożyłem przeszło dziesięć
tysięcy franków i oddałem je memu gospodarzowi, który posiadał
niesłychane szczęście w obrotach pieniężnych. Sumka moja w jego
rękach szybko rosła; obliczałem, że na wyjazd będę miał z
piętnaście tysięcy. Znowu gorąco zatęskniłem do Francji i już za kilka
miesięcy postanowiłem wracać, gdy wtem... mój gospodarz
zbankrutował!... W parę dni wyrzucono nas z pałacu, zabrano sprzęty, powozy
i konie, a mój gospodarz musiał na rybackim statku uciekać do
Genui. Kiedym go w nocy odprowadzał do brzegu, padł mi w objęcia,
szlochał i zaklinał się na świętych i sakramenta, że mi wszystko
zwróci co do centyma. - Przyjedź pan tylko do Genui. Mam tam familją i
wierzycieli, i zaspokoję cię. Ciebie jednego mam na sumieniu, muszę
cię spłacić! W godzinę później statek odbił od brzegu. Jego żagle
błyszczały jak srebro. Odwróciłem głowę i zobaczyłem - księżyc w
pełni... - Tknęło mnie niedobre przeczucie. No i co pan powiesz?...
- zawołał stary guwerner. - W parę tygodni byłem w Genui, alem już
nigdy nie zobaczył ani mego chlebodawcy, ani pieniędzy! - Księżyc temu nie winien - wtrąciłem - choć była pełnia. - I ja tak myślę - odparł. - Musisz pan jednak uznać, że
księżyc tym razem przyświecał wielkiemu złodziejowi. Szkaradna
gwiazda!... Cygaro oddawna mu zgasło, więc zapalił je powtórnie i
znowu opowiadał: - W Genui zetknąłem się z pewną polską rodziną i z nią
przyjechałem do waszego kraju, gdzie mieszkam lat trzynaście.
Ludzie tutejsi są dobrzy, nawet zdolni, choć niestety, nie lubią
pracować, a naturalnie i nie szanują cudzej pracy. Ich bożkiem jest
zabawa, dla której wszystko poświęcają. Zato naukę traktują jak
macochę, a nauczycieli jak kamerdynerów. Ale mniejsza o nich. Wracam do mego losu. Przed sześcioma laty, jedna z waszych zamożnych rodzin, u
której byłem nauczycielem, otrzymała wielki spadek i, rozumie się,
na jego cześć wybrała się do Paryża. Jechałem i ja z nimi. A trudno opisać, com czuł, zbliżając
się do ojczyzny, od dwudziestu czterech lat niewidzianej. Podróż ciągnęła się parę miesięcy, zwiedzaliśmy bowiem
wszystko, co leżało i nie leżało na drodze: Berlin, Wiedeń,
Monachjum, Drezno... Moi państwo wszędzie zatrzymywali się i bawili
cudownie; ja, pochłonięty jedną myślą, zaledwie pamiętam, co
widziałem. Nareszcie - dowlekliśmy się prawie do Strasburga. Lecz,
kiedy już dosięgaliśmy granicy, zatrzymała nas depesza z Warszawy.
Adwokat donosił memu panu, że jego spadek został zakwestjonowany, i
wzywał go natychmiast do powrotu!... Tego samego dnia już nocowaliśmy w Kolonji, pani bowiem
zasłabła i musiała odpocząć. Tak boleśnie pozbawiony nadziei zobaczenia Francji,
wpadłem w rozpacz. Chciałem sam wracać i poprosiłem mego
chlebodawcę, ażeby mi wypłacił należność. Gdym mu wytłomaczył
pobudki tego kroku, szczerze mnie żałował; oświadczył jednak, że
dopiero w Warszawie będzie mnie mógł zaspokoić, gdyż w tej chwili
czuje brak pieniędzy. Zdesperowany, wyszedłem na ulicę i znowu zobaczyłem -
księżyc w pełni, szyderczo spoglądający na mnie z poza olbrzymiej
katedry... Wtedy pierwszy raz przyszło mi do głowy okrutne
przypuszczenie: czy ja nie jestem, jak ten księżyc, skazany na
wiekuiste tułactwo?... Jak on okrąża ziemię, czyliż ja nie okrążam
Francji? Czy nie zbliżałem się do niej z północy, zachodu,
południa, a teraz ze wschodu i - zawsze napróźno?... A ile razy
myślałem, że choć dotknę nogą ojczystej ziemi, tyle razy, zdaje
się, prawie niemożliwy zbieg wypadków odrzucał mnie od niej, nie
pozwalając nawet spojrzeć zbliska... Wiem, że moje przesądy co do księżyca wyglądają na obłęd,
albo dzieciństwo. Ale, panie, przesąd jest zielskiem, które wyrasta
z nieszczęścia. Czy nawet może nie być przesądnym człowiek, który
trzy razy w tak straszny sposób doświadczył na sobie potęgi
losowych wypadków?... A czem zresztą jest każde prawo, jeżeli nie
ciągłem powtarzaniem się faktów, w gruncie rzeczy
niezrozumiałych?... Za miesiąc - mówił guwerner - kończą się moje teraźniejsze
obowiązki. Ciężką pracą i drobiazgową oszczędnością, nieledwie
zaparciem się, zebrałem kilka tysięcy rubli. Jest to niewiele.
Szczęściem, dzisiejszy mój pan obiecał mi dać dwa tysiące rubli
gratyfikacji, jeżeli... jeżeli syn jego do ostatka będzie ze mnie
kontent!... Pojmujesz pan, ile kaprysów, ile upokorzeń znosić muszę
dla uzyskania tych pieniędzy, które dla mnie stanowią przyszłość,
bo już czuję brak sił, jestem zgnębiony i wyczerpany... A jednak byłoby to niczem, gdybym, pośród wszystkich
goryczy, miał pewność, że... nareszcie wrócę do kraju... - Jestem przekonany, że tak będzie - odezwałem się. Guwerner smutnie potrząsnął głową i odparł: - Jesteś przekonany, bo nie wiesz, co to jest być
zwyciężonym. Ludzie młodzi mają tak niewielkie doświadczenie, a tak
obfite zapasy nadziei, miłości, pragnień, zresztą - wiary w siebie,
że nawet nie pojmują niezwalczonej siły losu. Mnie możesz pan
uważać za mazgaja, który nigdy nie umiał oprzeć się zewnętrznym
okolicznościom; pomyśl jednak, ilu ludzi znanych z energji łamały
kapryśne wypadki? Lecz i tego dowodu nie trzeba. Spojrzyj na
księżyc, pomyśl, ile on waży setek miljonów centnarów, pomyśl, że
nieustannie dąży do ziemi, i pomimo to nie spada, bo w każdej
chwili zbija go z drogi tajemnicza potęga. Dla księżyca zwie się
ona - siłą rzutu, dla człowieka - nieszczęściem; ale skutki są
jednakowe - tułactwo!... Kto mi zaręczy, że ja nie jestem igraszką jakiejś
niezbadanej siły odśrodkowej? Wszakże jej potęgi doświadczam od lat
trzydziestu. Kto mi da nadzieję, że wrócę do ojczyzny?... Alboż nie
mogę w ciągu kilku tygodni umrzeć, czy zniedołężnieć? Ale i tego
nawet nie trzeba. Mogę poprostu znowu stracić pieniądze, a choćby
tylko nie dostać gratyfikacji, a wtedy co?... Miałżebym wstyd
wracać na łaskawy chleb do kraju, który opuściłem w sile wieku,
który mi wszystko dał, niczego wzamian nie żądając?... Pracować dłużej w takich warunkach nie potrafię. We
Francji odzyskałbym energją, ukoiwszy tęsknotę. Ale tu!... Czuję, że jestem jak pociąg, który dojeżdża do stacji.
Potrzebuję nowych zapasów siły, a tej u was nie znajdę. Przez łączkę, oblaną światłem księżyca, przesunęło się
znowu - dwoje, i doleciał nas urywek rozmowy: - A na dobranoc?... - Dostanie pan tę różę. - I tyle?...
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI