Skarby Popiela
Mocno zasapany Fulko pocałował czule Dumiłę
w czoło, po czym przetoczył się na plecy. Dyszał, wpatrzony w polepę
sypialni. Serce mu łomotało. Prędzej to miłosne uniesienie mnie zabije
niż eksperymenty z napitkami własnego wytworu - pomyślał. Czwarty
krzyżyk żywota nieubłaganie minął, a on nadal pociągom do uciech w każdej postaci i smaku frywolnie ulega. Trzeba wziąć się w ryzy,
zmarniały grzybie - karcił się w duchu, przysiadłszy na krawędzi łoża.
Spojrzał na kobietę. Zapadała w błogi sen, coś pomrukując. Szukał
wzrokiem obuwia. Medytował pokrótce nad małością własnych stóp, nawet
sandały Dumiły na nie pasują. Przeciągnął się, trzeba poletek doglądnąć,
na ogonkach liści kminku pojawiły się niepokojące brązowe plamki.
Powstając, rzucił przelotnie wzrokiem na ukochaną. Zasnęła na dobre,
mruczenie przeszło w lekkie pochrapywanie.
W kuchennej izbie rozglądnął się czujnie na wszystkie strony. Za oknem
pusto, spod wału dolatywały jedynie przytępione odległością chrumkania
Kopycia. Z wewnętrznej kieszeni kaftana wyjął rzemyk, zawiesił go na
szyi, objął dłońmi niewielki, zwisający zeń drewniany krzyżyk. Zatopił
się w krótkiej, bezgłośnej modlitwie. Anioły skrzydlate w niebiosach,
jakże bał się tych słowiańskich barbarzyńców. Gdyby go nakryli, że do
obcego boga modły wznosi... Dlaczego nie przyczepiają się do Kjetila? Też
nosi na rzemyku wisiorek z symbolem obcej wiary, ale jemu wolno. Nie
udawaj niewinnego przed samym sobą - zganił się w duchu - wiesz,
dlaczego tak jest.
Na zewnątrz, nieopodal stajni, natknął się na Bruzda obserwującego z uwagą konstrukcję niemal ukończonej palisady na wale. Poranny skowronek
jak ja - pomyślał.
- Chwała świtowi dnia - zagaił, podchodząc.
- Taki będzie - odparł wojak.
Wskazał ruchem głowy na toporek i ociosany prosty sękacz służący do
odmierzania odległości.
- Krzepki jesteś, od rana za ciesielkę się chwytasz - powiedział.
- Tak... że jak? - Bruzdo spojrzał na trzymane narzędzia. - Nie, nie...
tylko nad czymś się zastanawiam. - Obrócił się z wolna, kilkakrotnie
lustrując teren grodu. Fulko czekał cierpliwie, nie ponaglając go. Po
chwili weteran wskazał mnichowi ręką z toporkiem w przeciwległym,
północnym kierunku. - Tam, pod wałem, Siemowit pochował w dzbanach
prochy Bojomira Piasta, Chociesza i spalonej głowy Popiela, kamienie nad
nimi stawiając.
- Czemu się dziwić? Młody książę chce rodowy żalnik1 mieć w pobliżu.
- Dlaczego na terenie grodu? - Bruzdo pokręcił głową z dezaprobatą. -
Jeszcze parę polnych kamieni dojdzie, a dojdą w przyszłości bez
wątpienia i dochodzić będą, zetkną niebawem z wybiegiem dla tej
ulubionej bestii księżnej.
- Podzielam twoje rozterki. - Zaskoczeni, odwrócili się na widok
stojącego za nimi Siemowita. Naszedł ich niespodziewanie w towarzystwie
Budzimira. - Ale nie będę chował członków rodu w żalnikach pod lasami -
kontynuował książę. - Ich bliskość przymgleniu pamięci ma zapobiegać.
Ważne jest wieczne przypominanie żywym o chwalebnych i niecnych
uczynkach przodków.
- Pomyślałeś o duchach? - zapytał Bruzdo z przekąsem. - Zmora Popiela
unosząca się nad książęcą siedzibą...
- Przecież urządziliśmy tryznę2. - Siemowit wzruszył ramionami.
- Ale obiaty3 nie dopełniłeś. - Bruzdo nie ustępował.
- O czym ty prawisz? Mało żeśmy w ogień nawrzucali?
- Maczugę bojową Popiela zachowałeś.
- Szkoda mi jej, jedyna po nim pamiątka oprócz wystruganej w drewnie
figurki.
- No właśnie. - Bruzdo pokiwał głową, wydymając usta.
- Odczep się!
- Jest jeszcze książęca obręcz bojowa na hełm - wtrącił spokojnie Fulko.
- Też po Popielu.
- Na razie Ciosuń osadził ją na moim hełmie. Do czasu - uzupełnił
Siemowit tajemniczo.
- No i korona goplańskiej dynastii, też po Popielu - ciągnął z niezmąconym spokojem Fulko. - Co z nią?
- Za duża w obwodzie na moją głowę. Na koronacji sam Jaszczyc nie mógł
powstrzymać się od głupawych uśmieszków. Głowę naokoło włosów musiałem
skórzanymi pasami obwinąć.
Bruzdo i Fulko spojrzeli po sobie, wzruszając bezradnie ramionami.
Powoli przyzwyczajali się skrytych zamysłów kołaczących w głowie
księcia. Jak zechce, to je ujawni.
- U nas, na Połabiu, na obiatę mówi się "trzeba" - odezwał się Budzimir.
Nikt z obecnych nie zareagował. Stodoranin podjął temat na nowo -
dynastia królewska inaczej upamiętniała prochy przodków.
- Jak? - Siemowit okazał zainteresowanie.
- W Brennie za wzgórzem, gdzie lud jakiś czas temu postawił posąg
Trzygława, znajduje się święty gaj. Jeden z kilku wokół grodu. Od wielu
pokoleń dynastia panująca chowa tam prochy swoich zmarłych w pojemnych
komorach w ziemi wygrzebanych pod świętymi dębami. Pod każdym drzewem
jedna. U spodu pnia stawia się polny kamień z wykutym imieniem,
natomiast na gałęzi drzewa wiesza się któryś z ważnych przedmiotów
należących do zmarłego, na przykład miecz, tarczę, strojną kobiecą szatę
czy zdobny naszyjnik. Wtedy każdy wie, kto leży pod danym drzewem.
- W grodzie nie ma na to miejsca - oświadczył kategorycznie Bruzdo. -
Mamy tu drzewa sadzić? Może od razu wszyscy się wyprowadzimy na
zewnątrz?
Z kolei Siemowit okazał zainteresowanie.
- Podoba mi się wasza tradycja - rzekł.
- Tyle że król Liub po przyjęciu wiary w Chrystusa chciał to zmienić. -
Zachęcony Budzimir podjął ponownie wątek. - Wyznaczył za kapliczką teren
na żalnik, ale bunt Luta plany króla wniwecz obrócił.
- Porozmawiam z Jaszczycem. - Siemowit zapalał się do projektu. - Mamy w okolicach Giecza kilka świętych gajów... maczugę Popiela i łuk Chociesza
powiesiłbym na dębach... obręcz wodzowską Chościska, jeżeli ją
odnajdziemy...
- Złodzieje wykradną - wpadł mu w słowo Bruzdo.
- W Brennie pieczę nad gajem przodków wyznaczony kapłan sprawował -
zaoponował Budzisław. - Kilku przydanych mu wojowników nieustannie straż
pełniło.
- Pomysł udany! - Siemowit klasnął w dłonie.
- Wymysły - sprzeciwił się Bruzdo. - Najazdowi większej zgrai ani
kapłan, ani kilku wojowników się nie oprze. Niechybnie tylko będą
napadać, gdy wieści po sąsiadach się rozejdą o skarbach na gałęziach
wiszących.
- Nie sarkaj, doradco - uspokajał go książę. - Zamiar przedni, ruszymy
dzisiaj z Jaszczycem na obchód gajów.
- Z napisami na kamieniach nie za bardzo pojmuję - zagadnął Fulko
Budzimira. - Jakim pismem imiona pochowanych utrwalone? Przecież wam ta
wiedza obca.
- Czy ja wiem? - obruszył się zapytany. - Jakieś tam znaki kapłani ryli
w kamieniu.
- Na co nam obce znaki i umiejętności, których nie znamy? - Siemowit
pomachał dłonią, jakby natrętnego trzmiela odganiał. - Przedmioty na
gałęziach wystarczą za poświadczenie. Bruzdo, pamiętasz, gdzie pod
lasami kamień, pod którym prochy mojej babki Bieżuni, żony Chościska? Ją
też trzeba do gaju sprowadzić.
- Rozochociłeś się do działania. - Marudząc jakby sam do siebie, Bruzdo
zatknął toporek za pas. - A tu wiele ważniejszych spraw do rozpatrzenia.
- Na to przyjdzie czas wieczorem na zebraniu w siedzibie. - Siemowit
pociągnął za sobą Budzimira. - Poszukajmy kapłana, dopóki jeszcze w Gieczu. Za kilka dni na dobre przeprowadza się do Gniezna.
* * *
Przestronna świetlica huczała od wrzawy zebranej drużyny i przyjaciół
Siemowita. Książę siedział z ponurą miną, nie zwracając uwagi na
otoczenie. Pokłócił się dzisiaj siarczyście z Świętaną. Zaraz po
porannej rozmowie o planowanym żalniku w świętym gaju poszedł do wybiegu
dla Kopycia, uchwycił warchlaka na ramiona i wyniósł do lasu. Dla
odpędzenia kopnął go zachęcająco w zad, nie przejmując się piskliwym
chrumkaniem. Dzik na półwyspie, do tego odyniec! Czas brać się za
porządki! Kilka razy musiał odganiać pędzące za nim zwierzę groźnymi
krzykami i smaganiami giętkiej gałęzi, zanim na dobre je wystraszył.
Dziecinne wybryki żony, zacznie mi gród zwierzyńcem zapełniać -
pomyślał. - Co następne? Cielę tura, małe miśki? Tak sobie w duchu
groźnie postanawiając, wrócił pod siedzibę. Trafił na biegającą wokół
pustego wybiegu żonę, rozpaczliwie nawołującą Kopycia. Jak jej
powiedział, wybuchnęła gniewem. Najpierw zamierzała rwać włosy na
głowie, niestety, szybko rzuciła się na niego, drapiąc po twarzy i wyzywając. Nie pozostał dłużny, chwytając jej dłonie w mocnym uścisku.
Ależ sobie niemile naubliżali! Była i bezrozumna locha, ogłupiała baba,
był i zawistny okrutnik, naiwny chłoptyś i tak dalej. Gdy na drugim
końcu grodu zaczęli pojawiać się wystraszeni hałasem przyjaciele,
Świętana raptem rzuciła się na ziemię w spazmach. W przerwach szlochania
zarzucała mu głośno brak miłości i opiekuńczości. Spanikowany Siemowit
przyklęknął, obejmując ją czule, i przyobiecał natychmiast odnaleźć
"dziczka". Niemal pół dnia strawił z Tęgosławem i Przemiłem na
poszukiwaniach. Znaleźli Kopycia pod jakimś jaworem, do połowy
zagrzebanego w stercie opadłych liści. Warchlak trząsł się ze strachu,
podniesiony przez Siemowita kwiczał z wyrzutem.
- Byłby przysmak - stwierdził fachowo Tęgosław. - Przyprawiony
specjałami Fulka... - zamilkł, zmrożony wzrokiem księcia.
Wracając do grodu, druhowie milczeli, nie chcąc jeszcze bardziej
rozdrażniać zaciętego w sobie Siemowita.
Teraz siedział zachmurzony w świetlicy.
- Książę, przyprowadzili Paszka. Nadal w więzach - zagadnął go Fulko.
Siemowit westchnął głęboko. Sięgnął między zastawami pełnymi potraw po
misę z wodą, wylał całą zawartość na głowę, potrząsając na strony
strąkami włosów. Kjetil podsunął mu usłużnie dzban z piwem. Rzucony na
klęczki były dowódca drużyny Popiela wpatrywał się w księcia zhardziałym
wzrokiem. Siedzący po lewej stronie Przemił przechylił się do Siemowita,
szepcząc:
- Zważ jedno. Czynił jedynie swoją powinność przysięgi wierności
złożonej goplańskiej dynastii. Wojownik odważny i doświadczony, ale też
roztropny i rozważny. Gdy wtargnęliśmy już do Mietlicy, pokrzykując o śmierci Popiela, przysiadł na brzegu studni. Złożył miecz u stóp,
wyrzekłszy jedno: "Nie walczę dla trupa".
- Tak rzekł?
Dla upewnienia się Siemowit zwrócił twarz w stronę przyjaciela.
Przemił zamrugał potwierdzająco powiekami, dodając:
- Oznajmiłem mu prowokująco, że są jeszcze synowie Popiela, miałby dla
kogo walczyć. Odpowiedział wtedy: "Oni też już prawie jak trupy".
Siemowit wstrząsnął się. Ożyło wspomnienie rozkazu, z jakim pod koniec
sierpnia wysłał Kjetila za uchodzącą na Mazowsze z synami żoną Popiela.
Wspomnienie niepokojące wewnętrzne rozterki niczym nieokreślona zmora.
- Czy on się czegoś domyśla? - spytał Przemiła.
- Nie zaprzątaj sobie tym myśli. - Przemił starał się uspokoić księcia,
przybierając nonszalancki ton. - Każdy we wszystkim czegoś się
doszukuje.
Siemowit nie odrywał skupionego wzroku od twarzy przyjaciela, jakby
usiłując wniknąć w jego myśli. Po dłuższej chwili Przemił dla wyrażenia
zaprzeczenia pokręcił nieznacznie głową. Książę odsapnął.
- Paszko, co ja mam z tobą począć? - zwrócił się do goplańskiego
wojownika. - Jaki nam przydatek z dowódcy Popielowej drużyny?
- Daj mi pieczę nad mieszkańcami Mietlicy i zniszczonych osad, co nadal
w namiotach na pobojowisku przed zgliszczami grodu koczują - zapytany
odpowiedział odważnie. - Albo od razu wbij mnie na pal.
- Mniemam, że złożysz mi przysięgę, jeżeli ostawimy pal w spokoju.
- Nie mniemaj za długo. Wygłodniały jestem.
- Nie przesadzaj ze śmiałością. - Siemowit dał znak strażnikom stojącym
za Goplaninem, by odprowadzili go do jam przykrytych kratami, gdzie
trzymano więźniów. - Jutro przysięga.
- Dziękczynnie za łaskę dziękuję. - Uchwycony pod ramiona Paszko
przybrał pokorny ton. - Szkoda, że dopiero jutro. Korci mnie o skarbach
Popiela napomknąć.
Siemowit zmienił rozkaz. Odebrał natychmiast przysięgę od Paszka, po
czym nakazał mu przysiąść do ławy. Odczekawszy ze skrywaną
niecierpliwością, aż były drużynnik Popiela podje i popije sążniście,
zagadnął go:
- Napomykaj. O skarbach.
- Popiel wielokrotnie wybierał się potajemnie na dużą wyspę na południu
jeziora, przewożąc każdorazowo jakieś worki. Ostatnio wybrał się tam ze
skrzynią z bogactwami otrzymaną od posłów króla Liuba.
Kilku przyjaciół z drużyny Siemowita przechyliło się z zaciekawieniem w kierunku opowiadającego.
- Byłeś przy tym? - dopytywał Siemowit.
- Nie. Ani ja, ani żaden inny z otoczenia. Za każdym razem Popielowi
towarzyszył jedynie nasz mietlicki kapłan, dopóki żył, a ostatnimi czasy
synowie, gdy podrośli.
- Czyli oprócz Popiela i jego synów nikt nie wie, o jaką wyspę się
rozchodzi? - zapytał Chraboj.
- Synowie zostali niedawno wraz z matką zaduszeni przez łowców
niewolników. Chyba słyszeliście już o tym? - Paszko rozglądał się po
zebranych wokół.
- Słuchy doszły, niecny postępek. - Siedzący obok Siemowita Wojmir
odpowiedział za księcia. - Nie lawiruj, trzymaj się wątku.
- Coś zamącasz, Paszko. - Siemowit upił trunku, spozierając znad brzegu
glinianki z ulgą na Wojmira. - Mówisz o wyspie na południu Gopła zaraz
po tym, że nikt nie wie, dokąd Popiel skrycie się udawał. Jedno z drugim
nie pasuje.
- Podsłuchałem raz niebacznie, jak za ostatnim razem po powrocie starszy
z synów oznajmił matce, że wrócili właśnie z kryjówki. Byli tam sami,
bez ojca - tłumaczył gładko Paszko. - Matka zrugała go za kaftan pokryty
ptasimi odchodami. Wtedy odparł: "przecież wiesz, matko, że na wyspie
gęgawy4 krociami zalegają". Stąd wiem o wyspie. Jest tylko
jedna, na której gęgawy setkami wysiadują, Potrzymionek na południu
jeziora, w jego zachodniej odnodze. Duża wyspa, chyba największa na
Gople.
Siemowit odesłał go do ław w drugim końcu pomieszczenia, zapowiadając mu
omówienie dalszych spraw w następnych dniach.
- Idziemy po skarby Popiela. - Ledwo Paszko się oddalił, Strzewit nie
krył rozochocenia. - Na wyprawę bez staczania bitew i zabijania wrogów.
- Przejdźmy teraz do omówienia problemów ważkich - odezwał się milczący
dotąd Bruzdo. - Radę książęcą należy powołać, a nie przy ucztach snuć
roztrząsania zamglone.
- Otóż to - poparł go Jaszczyc.
- Palisadę na wale trzeba jak najszybciej dokończyć. - Bruzdo rzucił
zalegającym przed ławą psom kość z resztkami mięsiwa. - Posłów do
sąsiednich władców powysyłać, na rozmowy zaprosić. Słuchy doszły, że
wielu z nich, zaniepokojonych zmianami w naszej wspólnocie, zbroi się na
gwałt. Grożą nam najazdy ze wszystkich stron. W naszych opolach i osadach nie opada wrzenie po twojej koronacji. - Poklepał Siemowita po
ramieniu. - Lud jest zaniepokojony zapowiedziami zmian. Nie wiem, trzeba
chyba garnizony po większych skupiskach osadzić. Szpiedzy z Gniezna
donieśli, że tamtejsi kapłani po części bardzo zmianom nieprzychylni,
zarówno tobie, Siemowicie, niechęć okazują, jak i nam wszystkim wokół
ciebie. Nie podoba im się twój obiór Jaszczyca na naczelnego kapłana
świętej góry. W samym Gieczu ludzie sarkają po wielu domostwach.
Mężczyzn do wojaczek podochociłeś, a tu poczyna brakować rąk do
zwykłych, codziennych robót. Mam dalej wyliczać? - zapytał.
- Poczekaj. - Siemowit zawołał do rozsiadłych przy innej ławie
Budzimira, Czadroga i Otłucza, by się do nich przysiedli. - Trzeba ich
wprowadzać w nasze powikłania.
- Ufasz nowym? - zauważył z przekąsem Kjetil.
- Odezwał się "stary" - zganił go Przemił. - Kiedy ci kajdany zdjęto?
Przed rokiem, dwoma?
- Chcą czy nie, są skazani na dozgonną mi wierność. - Siemowit wskazał
podchodzącym wolne miejsca wokół siebie. - Radzimy nad ważnymi sprawami.
- Po czym zrelacjonował im pokrótce dotychczasowe uwagi Bruzda.
- Dodam od siebie narastające koszty - wtrącił Przemił. - Drużyna się
powiększa, jak to wszystko opłacać? Osiemnastu Stodoran z Budzimirem,
dziewięciu Lubuszan z Czadrogiem, dziesięciu Kaliszan z Otłuczem. Nas z Giecza piętnastu, wliczając Kjetila i Ciosunia. Razem pięćdziesięciu
jeden. Prawie mała armia. Trzeba wszystkich wyżywić i napoić. Każdy
potrzebuje broni, wyposażenia, płacideł na zbytki i utrzymanie. Nawet
domostw nowych jeszcze na dobre nie zapewniliśmy.
- Rozmyślałem już nad tym ostatnimi dniami. - Siemowit odczekał, aż
wszyscy skupią na nim uwagę. - Stała drużyna w liczbie trzydziestu
pozostaje pod moim bokiem. Wszyscy druhowie z Giecza i po pięciu od
Kaliszan, Lubuszan i Stodoran z Brenny. Dla tych, co jeszcze nie mają
domów, zbudujemy po zachodniej stronie podgrodzie z wałami dotykającymi
do grobli. Resztę rozmieścimy po większych opolach plemienia, zasilą
tamtejsze garnizony strzegące porządku w moim imieniu.
- Pozostaje nadal trzydziestu - zauważył Bruzdo.
- Na rozboje będziemy chadzać - Siemowit kuksnął łokciem w bok
milczącego dotąd Fulka. - Jak najczęściej. Na wszystkich naokoło. Za
Obrę, Wartę, Noteć, pod Wisłę i dalej na Mazowszan, na Prusów, na
Pomorze, Śląsk, na Wieletów pod władzą Radogoszczy, na Wiślan,
obojętnie, czy się oprą Morawianom, czy nie, na ziemie między Wiślanami
a Lędzianami. Mało?
- A na Lędzian? - zapytał ktoś.
- Na Lędzian nie. - Siemowit zaprzeczył zdecydowanie. - Lędzianie nie
tylko nam braćmi. Łączy nas wieczny sojusz i braterstwo. I więzi
rodzinne, wiecie przecież, kim była moja babka.
- Chociaż nadal nic o Lubomirze - wtrącił Przemił.
- Umyślnych zamierzam niebawem wysłać. Wywiedzą się, co trzeba. -
Siemowit zadumał się na krótko, po chwili podjął ponownie: - Pytam
jeszcze raz, mało nam zajęcia? Dobra grabić, ludność w niewolę
uprowadzać, handlarzom niewolników sprzedawać, a resztę do robót po
wioskach i osadach każdego zaganiać, trybuty i daniny wyznaczać.
Obaczycie, opływać będziemy w dostatki. Nie mówiąc już o wojnach, tych
dużych. Kto z was przed dwoma laty podejrzewał, że w tak krótkim czasie
dwie straszliwe bitwy stoczymy? Kto przewidział najazd Wiślan i wojnę
domową u Wieletów?
- O ciągnięciu zysków ze szlaków handlowych nie zapomnij - upominał
księcia Fulko. - Tak jak ci objaśniałem.
- Wprzódy musimy je opanować. - Siemowit powstał, by przysunąć sobie
misę z jadłem.
Chraboj pociągnął go połę koszuli.
- Księżna się pojawiła - oznajmił mu zniżonym głosem, wskazując ruchem
głowy na wejście. - Twarz jakaś naburmuszona. Bez Kopycia - dodał.
Rozległo się kilka stłumionych chichotów, ktoś udał stłumione
chrumkanie.
- To tyle na dzisiaj - oznajmił pospiesznie Siemowit. - Teraz hulajcie
wszyscy, póki ławy się uginają.
Następnego dnia wyruszyli całą drużyną, zabierając również Bruzda i kaliskiego kapłana, na przegląd większych polańskich opoli. Objazd wiódł
przez Ląd, Grzybowo, Śrem, Bnin, Tum i Lednicę na jeziornej wyspie. Na
koniec zawitali do Gniezna, pozostawiając tam Jaszczyca. Do Giecza
powrócili po kilkunastu dniach.
* * *
Nie starczyło czasu ani na obchód gajów zdatnych na żalnik, ani na
wyprawę nad Gopło po skarby Popiela. Przynajmniej na ten czas.
Rozbudzony w środku nocy przez wartownika na palisadzie, Siemowit
podążał spiesznie w kierunku bramy wjazdowej. Na podwórcu siedziby
wdepnął po kostki w nasiąknięte wodą trawy, musiało przedtem obficie
napadać. Rozespanym wzrokiem wyszukiwał w świetle łuczywa kolejne
zdradliwe kałuże.
W przejściu bramy pod wieżyczką oczekiwali już Przemił i Tęgosław,
najwidoczniej jak on ze snu wyrwani. Jeden z wartowników pochylał się w przyklęku nad jakąś postacią, odwijając jej z głowy przesiąknięte krwią
szmaty. Wojownik, sądząc po zbrojnym odzieniu siedział z zamkniętymi
oczyma, oparty plecami o ciosane pale ściany, ciężko dysząc.
- Hełm z trudem z głowy zdjąłem, okrutne wklęśnięcie na lewym spojeniu
blach, musi od uderzenia toporem albo maczugą. - Wartownik,
pomiarkowawszy księcia, objaśniał, co najważniejsze. Rozchylił poły
kaftana rannego. - Na lewym boku rana kłuta, kolczuga rozdarta, krwią
mocno zakrzepłą pokryta, chyba przed paroma dniami jej doznał...
- Kim on jest? - zapytał Przemił.
- Pieszo tu dotarł? - Siemowit wpadł w słowo przyjacielowi.
- Patrol znalazł go na południowych obrzeżach nieopodal drogi z Lądu,
leżał przy martwym koniu. - Wartownik wzruszył ramionami. - Na woja z Kalisza nie wygląda. Przedtem coś bredził, słowa niby nieco swojskie,
ale jakby obce...
Siemowit przyklęknął obok niego, przyglądając się uważnie rannemu.
- Przemił, Tęgosław - zagadnął druhów. - Przyjrzyjcie się pochwie od
miecza. Pamiętacie bitwę pod Ciążeniem? Wielu Wiślan takie miało,
spójrzcie na ozdoby.
- Wiślanin tutaj? Zbrojny? Znowu wojna? - Tęgosław nie krył obaw.
- Jaka wojna? - obruszył się Siemowit. - Zapomniałeś, że oni w Krakowie
od miesięcy przez Morawian otoczeni? Zanieśmy go na izby Bruzda, tam
najbliżej! - rozkazał.
Siedziba Bruzda i kilku innych druhów księcia znajdowała się w długim
ciągu domostw przylegających do wewnętrznej ściany wału na prawo od
bramy. Wzniesiono je tam na żądanie Świętany, oburzonej, że przyjaciele
i doradcy Siemowita pomieszkują z nim w książęcej siedzibie.
Tajemniczy przybysz, ułożony na łożu, doszedł w końcu do siebie.
Odzyskawszy przytomność, toczył pełnym bólu wzrokiem po zebranych wokół
łoża postaciach. Powolnym głosem wyjaśniał, z czym przybył.
Wysłany został przez księcia Wiślan Wisława do księcia Polan Siemowita z misją zawierającą jedno jedyne przesłanie: Wisław prosił o jak
najszybsze przybycie Siemowita do Krakowa.
- To są słowa twego władcy? - upewniał się Siemowit. - Nie żąda, nie
rozkazuje, tylko p r o s i?
- Sławetny Siemowicie, mój władca b ł a g a o to.
- To jakiś podstęp - orzekł Chraboj. - Nie wierzę w przemianę dumnego i pysznego Wisława.
- Skąd wiesz, że to ja jestem Siemowitem? Stoi tu nas parunastu wokół,
niczym zbytnio się nie wyróżniamy.
- W bitwie pod Ciążeniem strzaskaliśmy nawzajem tarcze, zanim nas
rozdzielono. Pamiętam, jak jeden z twoich druhów przeszył mieczem szyję
jednego z naszych, wołając do ciebie po imieniu. Przez kilka chwil...
patrzyliśmy na siebie w bezruchu. To mi się wryło w pamięć. Dopiero
później doszła do nas sława twego imienia.
- Oszust jakowyś? Przysłany na przeszpiegi? Skrytobójca? - Wojmir poparł
wątpliwości Chraboja.
- Nie kłamię. - Posłaniec z trudem dobierał słowa, zmagając się z boleściami. - Nie mogę się wypowiadać za mojego pana i księcia, ale
rzeknę, na co mi zezwolił. Nasze księstwo stoi na krawędzi
unicestwienia. Mnogie rzesze morawskich i czeskich zastępów od miesięcy
nas oblegają. Gdy niebawem nastąpią przymrozki, przejdą po skutej lodem
Wiśle i jej rozległych rozlewiskach, zamykając nas w całkowitym
okrążeniu. Na to tylko czekają. Skończyły nam się wszelkie zapasy, z ziem Krakowa nie nadchodzą żadne wsparcia, większa część wojska poległa
w poprzedniej bitwie na przedpolach grodu. Potrzebujemy rozpaczliwie
pomocy. Wisław wysłał również gońców do Lędzian.
- Ty jakoś się przedarłeś - zauważył Bruzdo.
- Powtarzam, za rzeką i rozlewiskami koło Krakowa przejścia jeszcze
wolne, chociaż już niektóre morawskie podjazdy tam grasują. Przejście
tajne... Trzech nas było, ja się jedynie ostałem. Natknęliśmy się na nich,
moi towarzysze zginęli. Później starłem się z jakimiś jeźdźcami pod
Kaliszem, nie reagowali na moje okrzyki, jeden zdołał przebić mi
oszczepem bok, zanim się wyrwałem.
- Na co wam przyszło? - wtrącił się Fulko. - Nas chcieliście zniszczyć,
Lędzian najeżdżaliście. A teraz?
- A teraz Wisław w desperacji, przemądrzalcze. - Siemowit spojrzał na
Fulka z wyrzutem. - My sami po wielkich bitwach rany liżemy, wielu
naszych poległo - zwrócił się ponownie do posła. - Wielkiej pomocy
użyczyć nie możemy. Jeżeli już i w ogóle.
- Władca mój na wszelkie ustępstwa zdecydowany. Gotów wiele zaoferować,
byle nie ucałować buta Świętopełka i nie wyrzec się wiary ojców. Wiele.
Byle nasz lud przed morawskim i czeskim jarzmem uchronić.
Do izby weszła przywołana uprzednio znachornica z koszem pełnym ziół,
maści i opatrunków.
- Jeszcze jedno, książę. - Posłaniec próbował się nieco wznieść na
podpartym łokciu. - Wisław pyta, co z jego wojownikami wziętymi do
niewoli w bitwie pod Ciążeniem. Przysłał przecież Popielowi żądany okup
na ich uwolnienie, dwa wory srebra. Od tego czasu żadnej wieści. A przydaliby się teraz, ponad dwustu wojowników...
Opadł ponownie na łoże, krzywiąc twarz z bólu.
Siemowit zdębiał na chwilę. Spojrzał na Fulka i Bruzda, ci jednak
rozkładali dłonie w niemych gestach niewiedzy.
- Narada, natychmiast! - Siemowit wypowiedział rozkaz krótko i beznamiętnie, odwracając się do wyjścia. - U mnie w świetlicy, cała
drużyna, Bruzdo, Fulko i Wszesław. Sprowadzić Paszka i kuzyna z kowadłem.
* * *
Paszko toczył zrezygnowanym wzrokiem po zebranych w gościnnej świetlicy
księcia. Ktoś nakazał mu przysiąść na zydlu przy bocznym stole nieopodal
ławy z księciem i jego kompanią. Od kilkunastu dni trawił czas pokątnie
u jakiejś kmiecej rodziny we wschodniej osadzie gieczańskiego opola. Bez
zajęcia, broni i rynsztunku. Niby wszyscy go unikali, ale jednocześnie
zważali na każdy jego krok. Ani Siemowit, ani żaden z jego ludzi nie
wzywali go na rozmowy. Z czasem powracać poczęły pochmurne myśli
trawiące umysł, jak za dni spędzonych uprzednio w niewolniczej jamie. Z przewodnim wizerunkiem zaostrzonego pala.
- Jak to jest z wiślańskimi jeńcami? - Siemowit przeszedł bez ogródek do
rzeczy. - Wyjaśnij nam, dzielny dowódco drużyny Popiela.
- Wisław przysłał srebro. Popiel przyrzekł posłańcowi uwolnić niebawem
jeńców. W nocy poseł zmarł zaduszony w sypialni. Następnego dnia Popiel
wysłał gońca do Truso z propozycją sprzedania w niewolę dwustu pięciu
wiślańskich wojowników. Goniec powrócił z workiem srebra jako zaliczką i zapowiedzią, że niebawem do Mietlicy zawita oddział skandynawskich wojów
mający przetransportować Wiślan do Truso. Tymczasem Popiel nawiązał
kontakt z karawaną żydowskich kupców ciągnących regularnie szlakiem z Kijowa na Pomorze i dalej na ziemie Połabian, do osławionego z targów
niewolników Mechlina. Sprzedał im brańców od ręki za trzy worki srebra.
Po dziewięciu dniach nadeszli z Truso północni topornicy. Trzydziestu.
Popiel przywitał ich wystawną ucztą, podając w trunkach truciznę. Ich
ciała zatopiono w Gople.
Świetlica zamarła.
Przyciężką ciszę przerwał Siemowit:
- Kiedy to nastąpiło?
- Na cztery dni przed wyruszeniem pod Lubusz.
Siemowit powstał. Lawirując między ławami, zbliżył się do Paszka.
Niektórzy z druhów spozierali nawzajem z niepokojem. Przemił podążył
ostrożnie za księciem. Wokół Goplanina zrobiło się pusto, wszyscy
poodsuwali się jak najdalej. Siemowit przysiadł obok na ławie,
rozkraczając nogi, zwrócony ku niemu przodem ciała. Nalał do dwóch
kubełków miodu, podając mu jeden. Skosztował z wolna trunku, nie
spuszczając z Paszka wzroku. Ten upił niepewnie.
- Jaki w tym miałeś udział? - spytał spokojnie Siemowit. - Nie trzęś
ręką, miód przedniej jakości, receptura Fulka.
- Jaki udział?
Paszko wypił do dna jednym haustem. Odstawiając kubełek, nie trafił na
stół, opuszczając go na ziemię.
- Wąsiska otrzyj! - nakazał Siemowit. - Udział w poczynaniach Popiela.
Stałeś za mordami?
- Oddziały na lubuską wyprawę po osadach zbierałem, wróciłem do Mietlicy
po wszystkim.
Stojący za Siemowitem Przemił położył dłoń na rękojeści miecza.
- Skąd zatem masz wieści, którymi Popiel zapewne się nie chwalił? -
spytał Siemowit na pozór łagodnym tonem.
Paszko zbladł.
- Zastanów się bardzo głęboko, zanim odpowiesz - ciągnął Siemowit.
Raptem zawołał głośno, nie odwracając od niego wzroku: - Fulko! Powiedz
naszemu tajemniczemu Goplaninowi, czym groziło ci oszukanie mnie!
- Wygłodzenie w jamie, odcięcie stóp i dłoni, zmuszenie mnie do ich
spożycia! Na surowo! - odkrzyknął ochoczo były mnich.
Paszko spuścił głowę. Długo się zastanawiał, kilkakrotnie w międzyczasie
rozglądając się po zebranych wzrokiem pełnym rozpaczy.
- Powiem jedynie tobie - wyrzekł wolno.
Siemowit przychylił się do niego bokiem twarzy, wysłuchując w napięciu
kilku zaledwie słów szeptanych mu na ucho. Raptem zaskoczył wszystkich.
Zerwał się niespodziewanie, zostawiając osłupiałego Paszka przy stole.
- Przemił, za mną! - rozkazał, zmierzając do wyjścia z świetlicy.
Na zewnątrz Siemowit rozglądnął się na wszystkie strony dla upewnienia
się, czy faktycznie są sami. Oparł obie ręce na ramionach przyjaciela,
zbliżając własną twarz do jego.
- Nie uwierzysz, jak ci powiem.
Słowa dobierał z wolna, z namysłem.
Przemił czekał w napięciu.
- Żona Popiela była kochanką Paszki. Od wielu, wielu lat.
Znaczenie słów powoli docierało do świadomości Przemiła.
- Od jak wielu? Znaczy, synowie Popiela... być może...
- Zamilcz. Nawet nie chcę wiedzieć.
Siemowit, puściwszy przyjaciela, wpatrywał się w dal grodowego majdanu.
- Gdyby Kjetil kiedyś się wygadał albo inaczej na jaw wyszło...
- Porozmawiam z Kjetilem, trzeba go wtajemniczyć.
Przemił odczekał, aż Siemowit zamilknie, nadal niby zajęty lustrowaniem
otoczenia siedziby.
- Paszko to chodzące niebezpieczeństwo, to miałem na uwadze - podjął po
chwili.
- Nie przyjacielu. - Siemowit pokręcił przecząco głową. - Czytam w twych
myślach. Nieee... Paszko odstawiony zostanie bez uszczerbku do Mietlicy,
gdzie teraz zgliszcza po grodzie. Przesiedli koczujących mieszkańców na
północny kraniec jeziora, gdzie przez Gopło przepływa Noteć. Pożyteczna
rzeka, łączy Wisłę z Odrą, stąd komunikacja wodą od dawien
wykorzystywana dla szlaku z Mazowsza na Pomorze. Miejsce, do którego ich
przesiedlisz, nazywa się Kruszwica. Pomieszkuje tam kilka rodzin
żyjących z pobierania opłat za usługi przewozu, nawet nie wioska,
zaledwie kilka źrebów5. Cały ocalały lud z Mietlicy ma się tam
osiedlić, zakładając nowe opole. Paszka wyznaczam na zarządcę nad nimi w moim imieniu. Dla ochrony osad opola i przeprawy wybudują gród obronny.
Osadzimy tam garnizon wojów. Kruszwica będzie graniczną warownią
chroniącą nasze ziemie od najazdów z północy i wschodu. Jutro wyruszysz
w drogę z Paszkiem, zabierz ze sobą Chraboja i Tęgosława oraz trzech
starszych wojów wyznaczonych przez Wszesława.
- Jak zmusisz Paszka, by przed nikim się nie wygadał z tajemnicy?
- Mam swoje sposoby.
- Nad prośbą Wisława o wsparcie radzić mieliśmy. - Przemił przeskoczył
na inny temat.
- Nawet gdyby, mamy czas. Słyszałeś, do prawdziwych przymrozków jeszcze
ze dwa miesiące, do tego czasu Morawianie nie otoczą Krakowa.
- Oj Siemowit, mieszasz wszystko... na wyspę też mieliśmy się wybrać po
skarby...
- I wybierzemy się. Dzisiaj zebranie w izbie narad, niedługo zwołam wiec
plemienia do Gniezna, trzeba głowom rodów z opoli i osad zamiar pomocy
Wiślanom przedstawić...
- Czyli wyruszymy pod Kraków?
- Takiej okazji nie przepuszczę. Po wiecu podążę z drużyną do Kruszwicy
na przegląd postępu robót, zgarniemy was i podążymy na wyspę.
Siemowit, wróciwszy do świetlicy, przysiadł obok Mścibora.
- Zamyślam nad uwolnieniem cię od kowadła - zagaił kuzyna.
- Teraz?
- Za kilka, kilkanaście dni. Zabieram cię do Krakowa na spotkanie z Wisławem.
- Skąd ta zmiana, Siemowicie? Od ojca jeszcze żadnych wieści w sprawie
zakładników. A może czmychnę przy nadarzającej się okazji?
- Pewnie napotkam w Krakowie Lubomira, naszego wspólnego wuja. Chyba
ojciec opowiadał ci o jego najstarszym bracie? Nie chcę, by wuj, może
nawet jego synowie, jeżeli takowych ma i przyprowadzi, zapoznali członka
rodu przykutego do żelaznej bryły.
W lewym rogu książęcego stołu wybuchło zamieszanie. Podniesione okrzyki,
żartobliwe nawoływania. Kjetil, uchwyciwszy Fulka pod szyją za koszulę,
uniósł go do góry jedną ręką z niebywałą lekkością.
- Zgolę ci włosy na niewolnika! - wykrzykiwał Duńczyk, pomachując
trzymanym w drugiej ręce nożem, okapującym tłuszczem wieprzowiny.
- Dzikusie! - Fulko bronił się rozpaczliwie, pomachując w powietrzu
nogami.
Siemowit dopadł do nich. Ścisnął z całej mocy nadgarstek dłoni Kjetila,
przymuszając go do uwolnienia Fulka z uścisku. Mnich opadł na ławę,
Duńczyk wpatrywał się w niego z niesmakiem. Wbił wyrwany uprzednio nóż
na powrót w pieczeń.
- Thora znieważył - oznajmił krótko Siemowitowi.
- Sam zaczął. - Fulko masował zaczerwienione podgardle. - Krzyżyk chciał
mi spod koszuli wyrwać.
- Fulko najpierw drażnił Kjetila - relacjonował usłużnie Otłucz. -
Prawiąc, że w jego rodzinnych stronach krąży powiedzenie "głupi jak
młotek". Kjetil wyszarpał swój naszyjnik z młotem Thora, krzycząc, że
gniew boga roztrzaska trupa na krzyżu. No i zaczęło się...
- Słońce na nieboskłonie panujące! - Siemowit spoglądał groźnie na
zwaśnionych. - Po cóż zezwoliłeś demonom bożków w przedmiotach udawać?!
Żerca powrzuca w ogień te wasze paskudztwa! Durnie! Obaj! - karcił ich,
pokrzykując. - Wiary naszej nie uszanujecie, pokaram srodze!
Opanowawszy sytuację, powrócił do Mścibora, do którego w międzyczasie
przysiadł się Budzimir.
- A wam co tak wesoło? - Siemowit przyglądał im się z wyrzutem.
- U Wieletów wielu naszyjniki z figurkami bogów poczyna nosić.
- Na Pomorzu też - uzupełnił Mścibor. - W Kołobrzegu wielgachny posąg w kamieniu wykuli.
- Masz już własną ozdobę na łańcuchu - odciął się Siemowit kuzynowi. - Z kowadłem. Nadal rozbawiony?
Mścibor spoważniał.
- Zdejmij mi to.
- Zdejmę przed wyruszeniem do Krakowa.
- Szkoda. Wiem, że na nic moje zapewnienia.
- Dlaczego mam ci wierzyć na słowo?
- Zaczyna mi się... co tam...
Siemowit przyglądał się z namysłem kuzynowi.
* * *
Niespodziewanie Siemowit zdecydował inaczej. Przed wyjazdem do Gniezna
na wiec nakazał odkuć Mściborowi łańcuch z kowadłem.
- Trzymaj się w moim pobliżu - nakazał kuzynowi. - Moi druhowie będą na
ciebie nieustannie zważać. Poważysz się na ucieczkę, padniesz z konia
naszpikowany strzałami.
Na początku wiec nie przebiegał po myśli księcia. Głowy niektórych rodów
z Bnina i Śremu prześcigały się w rozmaitych zarzutach. Ograniczanie
roli wieców w opolach i pojedynczych osadach. Nałożenie nowych, dotąd
niespotykanych danin na rzecz księcia. Obarczanie nowymi obowiązkami
wojennymi, przymus budowy grodów i umocnień obronnych. Odsunięcie
kapłanów Gniezna od rozstrzygania spraw wojny i pokoju.
Przy ostatnim zarzucie Siemowit obserwował z natężeniem twarz siedzącego
pomiędzy gronem kapłanów Jaszczyca. Ten jednak wzruszył bezradnie
ramionami.
Siemowit wyjaśnił, że rola wieców pozostaje nadal w pełni i nienaruszenie na straży praw i tradycji. Kapłani z Gniezna mają się
koncentrować na kontaktach z bogami w ważnych dla plemienia kwestiach
urodzajów, plonów, przepowiedni, wróżb i świąt. Ale ani kapłani, ani
wiece nie mają wpływu na rozstrzygnięcia wojen i sojuszów. O tym
decyduje on, książę, i jego doradcy.
To po co ich wzywał? - odezwały się buńczuczne zawołania.
Bo potrzebuje opinii wszystkich mądrych głów plemienia, zanim podejmie
decyzje. Na przykład, ilu zbrojnych mogą wspólnie wystawić na wyprawę.
A kapłani?
Mają zadbać ofiarami o zdobycie przychylności bogów.
- Jak rada książęca? Gdzie ona? - wyskoczył przywódca starszyzny z Lądu.
Siemowit miał dość. Ale co robić? Przecież nie przymusi poddanych siłą
do posłuszeństwa. Trzeba to wszystko sobie przemyśleć - zastanawiał się
w duchu, obserwując zebrane kręgi. Karami i przemocą nic nie zdziała.
Nawet nie zamierza. Lud musi mieć poczucie bezpieczeństwa i dobrobytu.
Na koniec okazało się, że plemię może wystawić do boju zaledwie
czterystu dwudziestu wojowników. Tyle krwi kosztowały dotychczasowe
wojny.
Po wiecu spotkał się na krótką rozmowę z Jaszczycem.
- Jak ci się wiedzie w roli głównego kapłana? - zapytał bez ogródek.
- Bardzo źle. Pozostali kapłani nie akceptują mnie, narady pokątne
organizują. Rej między nimi wiedzie niejaki Sękło.
- Mam się nim zająć?
- Ani się waż. Dość mordów twojemu wstąpieniu na tron towarzyszyło! -
Jaszczyc podniósł głos. - Po części mają rację, nie wolno gronu
kapłańskiemu narzucać naczelnika, nie może tego nawet książę! Oni sami
muszą dokonać wyboru. Pewnie przyjdzie mi do Giecza powrócić - dodał
ugodowo, widząc zatroskaną minę Siemowita. - Przecież przydam ci się na
miejscu.
- Za dużo rozmaitych problemów naraz mnie nachodzi. - Siemowit spoczął
na jakiejś kłodzie u podnóża świętej góry.
- Zaprawdę zamierzasz wspomóc Wisława? - Jaszczyc przysiadł obok niego.
- Po prawdzie to nie. Nie mam czym. Ale korci mnie się wywiedzieć, co
oferuje w zamian. Przy okazji liczę na spotkanie z wujem.
- Pytałeś już Dobrowita o wsparcie?
- Nie, jeszcze nie... - Siemowit zatopił się w jakichś myślach.
- A w stadle rodzinnym? - Jaszczyc zmienił temat. - Świętana ci lubą?
- Szczerze? - Siemowit powstał. - Sam nie wiem. Miłuję ją, ale... jest w niej coś mi obcego.
* * *
Drugiego dnia po zakończeniu wiecu, w ostatnich dniach września, dotarli
do Kruszwicy: Siemowit z trzydziestoosobową drużyną i dwudziestu
młodocianych wojowników zebranych po wiecu z kilku większych opoli.
Zgłosili się na ochotnika, ckniło im się na służbę u księcia, choć
starsi z ich rodów mocno im tego odradzali. Ale na nic doświadczone
głosy mądrzejszych. Młodzież polańska garnęła się do Siemowita,
oczarowana opowieściami i nadzieją na sławę i łupy.
Okolica tętniła odgłosami wzmożonych robót i ludzkich nawoływań. Z gęstych lasów wokół ciągnęły zaprzężone w tury wozy, transportując
zrąbane i obrobione pnie drzew. Na niektórych zalegała upolowana
dziczyzna. Od strony podmokłych wrzosowisk na południu kolejne wozy
zwoziły zwały wybranej ziemi, piaszczystego żwiru i torfu. Przybrzeżne
wody jeziora zalegały dziesiątki kołyszących się na falach łodzi.
Najgłośniejszy zgiełk panował w miejscu wznoszenia nowej osady i grodu.
Mrowie ludzi, kobiet i mężczyzn, każdy zajęty jakąś czynnością.
Minąwszy skupisko licznych namiotów, zatrzymali konie przed placem
budowy.
- Wielu ludzi zasiedlało Mietlicę - zauważył ktoś z drużyny, usłyszawszy
w odpowiedzi:
- Gród książęcy był pośród naszych opoli jednym z najludniejszych.
- Przemił, Tęgosław i nasi starsi wojowie od Wszesława uwijają się chyżo
pomiędzy innymi. - Drużynnik wskazał Siemowitowi na jedno z świeżo
wzniesionych domostw, którego dach pokrywano właśnie plecionkami
wikliny.
- Tam jest Paszko - wskazał księciu ręką Chraboj w kierunku wypływu
rzeki z jeziora. - Ostrokoły w linii stawiają.
- Zwołajcie naszych, Paszka również! - rozkazał Siemowit.
Spocony od wysiłku Przemił relacjonował przebieg ostatnich dni. Ludność
Mietlicy i przyległych wsi tamtejszego opola sprowadził tutaj na
łodziach. Tułaczka lądem odpadała ze względu na czas. Musieliby najpierw
dotrzeć w okolice Gniezna, dopiero stamtąd w kierunku Kruszwicy. Również
pochód brzegiem jeziora jest niemożliwy, nie ma żadnych dróżek,
najmniejszych ścieżek zdatnych dla transportu tylu ludzi i bagaży.
Mnóstwo zatoczek, półwyspów, całość pokryta nieprzebytą puszczą na
zdradliwych moczarach. Drzewa dochodzą do samej wody, stykając z bujnymi
i gęstymi szuwarami na zabagnionej topieli. Gopło jest niezbyt szerokie,
za to bardzo długie, na ponad dwadzieścia mil. Natomiast oba miejsca
leżą na jego przeciwległych końcach - zniszczona Mietlica na samym
południu, Kruszwica na północy jeziora. Dlatego popłynęli łodziami. Trzy
razy musieli obracać tam i z powrotem. Teraz spieszą się z budową
gospodarstw, zanim nadejdą jesienne słoty i przymrozki. Co najmniej sto
dymów trzeba postawić. Na zakolu wyznaczyli już teren na gród, ale przed
zimą nie zdążą z wałem i palisadą. Dlatego Paszko otacza dwie osady
opola mające przylegać do grodu prowizorycznym ostrokołem. Mają
wszystkiego pod dostatkiem, ziemia, lasy i wody wokół płodne. Miejscowi,
którzy dotąd tutaj pomieszkiwali, wskazali trzy święte gaje. W jednym
rozgaszczają się już kapłani i guślarze z byłej Mietlicy. Robota wre,
ale dopiero z wiosną przyszłego roku zakończą całość.
- Po co wykopaliście rów naokół osady z domami, stykający do obrysu
planowanego grodu? - Strzewit wskazał ręką.
- Paszko zamierza osadę na wzór podgrodzia własnym wałem otoczyć -
wyjaśniał Przemił. - Na przeprawie chce obronne strażnice postawić. Ma
zmysł do planowania.
- Tyle zajęcia dla mnie. - Ciosuń rozmarzonym wzrokiem rozglądał się po
rozgardiaszu budowy.
- Znajdą się dla ciebie roboty w Gieczu, aż ci tchu zabraknie -
pocieszył go Siemowit nieco uszczypliwie. - Zabieraj, Przemił, Tęgosława
i Chraboja, ruszamy na tajemniczą wyspę.
- To wszystko bez dozoru ostawić? - zdziwił się przyjaciel.
- W Kruszwicy zostaje Paszko. Do pomocy ma trzech wojowników Wszesława.
Wiedzą, co czynić, na wyprawę są za starzy. Znajdź między mietliczanami
zdatnego przewodnika.
Postanowili popłynąć na kilku łodziach wybranych spośród największych, w tym czterech na zapas i dla transportu tego, co znajdą w skrytce
Popiela. Starczy dla trzydziestu dwóch ludzi z wojennym bagażem,
prowiantem i uzbrojeniem. Przed wyruszeniem zatrzymani zostali przez
kapłanów. Wprzódy ofiary złożyć należy, wróżbę przeprowadzić. Bez tego
skazani są na przekleństwo - tłumaczył Paszko Siemowitowi. Wróżba jak
najbardziej, ale po cóż ofiary? Dla słońca? Jeziora, lasów? - zdziwił
się książę. Nad jeziorem ciąży klątwa bogiń. Od wielu, wielu pokoleń.
Wie, bo przecież urodził się nad Gopłem, całe dotychczasowe życie nad
nim spędził.
- Był dawno temu czas - tłumaczył Paszko - na długo przed praojcami
naszych ojców, kiedy tutejszy lud zacięte wojny nawzajem prowadził,
podzielony na dwie śmiertelnie zwaśnione strony - osiadłych wokół dwóch
jezior, Gopło i Lednica. Nad Lednicą opiekę dzierżyli bogowie, nad
Gopłem boginki, co też do dzisiaj się nie zmieniło. Pewnego razu podczas
dorocznego składania ofiar słońcu w Gnieźnie, bogu nad bogami, na które
osady oraz wszystkie pozostałe święte miejsca własną dolę łożyły, doszło
do zażartej sprzeczki. Ledniczanie znieśli mniejsze dary, niż tego od
nich wymagano. Kapłani Gniezna zażądali od nich wyjaśnień. Ci, tłumacząc
się, oskarżyli Goplan, a dokładnie tamtejszych kapłanów, o złodziejstwo.
Pewien niezwykle bogaty i liczny ród zamieszkały w osadzie nad
południowym brzegiem Lednicy wybrał się do osady nad Gopłem. Prowadzili
córkę głowy rodu na zaślubiny z młodzieńcem rodu zamieszkałego po
wschodniej stronie Gopła. Wieźli ze sobą hojne dary. Nad Gopłem
zatrzymali się przed przeprawą łodziami dla złożenia w świętym gaju
sutych ofiar dla boginek. Jak zwyczaj i tradycja nakazywały, dla
uchronienia podróży wodą przed nieszczęściem. Wszystkie trzy łodzie
zatonęły wraz z ludźmi. Zaginęły bez śladu, świadków zdarzenia i objawów
ze strony boginek. W samo południe, na nieruchomej toni jeziora, przy
bezchmurnym niebie i bezwietrznej pogodzie. Na brzeg fale wyrzuciły
jedno jedyne wiosło, nadgryzione w połowie uzębieniem jakiegoś
nieznanego stwora.
- Nie może być, demon jakowyś? - Siemowit rozdziawił z wrażenia usta.
- Topielnik? - Przemił z przejęcia przysiadł na kopcu turzego łajna, nie
pomiarkowawszy tego. - Topielnica?
- Wampir błotny. - Strzewit zniżył głos.
- Od kiedy złe moce wodne z zębami? - Rozdrażniony Pakosz pokręcił
głową. - Nie uczyli was guślarze w Gieczu?
- Uczyli. - Wojmir potakiwał potwierdzająco głową. - Wargi mają jak u sumów, wszystko nimi wysysają.
- Takoż. - Pakosz uspokoił się. - Na wiośle zaś był potrójny rząd
nadgryzienia. Nie w tym zamęt, lecz w zarzutach Ledniczan. Oskarżyli
goplańskich kapłanów o zagarnięcie darów złożonych w gaju przez ich
ziomków, czym rozsierdzili jeziorne boginie, a te w zemście zesłały na
podróżnych stwora dotąd w najgłębszej otchłani skrzętnie trzymanego.
- Jak już, to czemu nie na kapłanów kara spadła, lecz na niewinny
weselny orszak? - wtrącił Kjetil. - U nas bogowie sprawiedliwie
osądzają.
- Wasi bogowie w amuletach strugani prawdziwym bogom nie dorównują. -
Paszko, prychnąwszy, zajął buńczuczną pozycję naprzeciwko Duńczyka.
Kjetil najpierw poczerwieniał na twarzy, następnie zbladł, wargi
zatonęły całkowicie pod nastroszonymi wąsiskami i brodą. Siemowit
wkroczył energicznie pomiędzy nich, ściskając obu silnie dłońmi za
karki.
- Jeszcze jedno słowo zadry, obu przykładnie ukarzę! - wykrzyknął. - Ty
opowiadaj dalej, tam idź, druha mego nie rozdrażniaj - wskazał ręką
Pakoszowi - siadaj obok Przemiła na łajnie. Kjetil na drugą stronę!
Młotek z naszyjnika zerwę i w odmęty rzucę, skrywaj w zanadrzu twą wiarę
tak jak Fulko!
Rozległo się kilka chichotów. Przemił zerwał się na nogi, z obrzydzeniem
wywąchując powietrze wokół siebie. Paszko przystanął obok, podjąwszy
przerwany wątek.
- Gniezno zażądało wyjaśnień od kapłanów Gopła, ci zaprzysięgli
uroczyście niewinność. Wtedy krewcy Ledniczanie obrazili boginie Goplan.
Że niby kobiecej natury, zatem przewrotne i podstępne, ofiary zgarnęły,
a ofiarników uśmierciły. Że niby ich męscy bogowie nad Lednicą są lepsi
siłą męskiej natury. Goplanie nie pozostali dłużni. Sprośne dziady wasi
bogowie - zakrzykiwali Ledniczan - chucią i mordem się żywiące. Naczelny
kapłan Gniezna wpadł w niepohamowany gniew. Zrugał srodze Ledniczan.
Boskość bogów i boginek nie zna różnic, tylko ludzie nawzajem sobie
niesłuszne przywary uczepiają. Za późno. Wybuchł tumult, szybko
przemieniony w krwawą bijatykę. Polała się krew, święta góra została
splamiona niecnością ludu. Rozgorzała krwawa wojna dwóch jezior.
- Nie mógł książę wkroczyć z drużyną? Zgłupiałe strony do porządku
przywrócić? - wtrącił Otłucz.
- Wtedy nie było żadnych książąt i dynastii. - Paszko westchnął. - Lud
potrafił się bez nich obejść.
- Co dalej? - Przemił ponaglił go.
- Padło wiele ofiar, osady ucierpiały od zniszczeń. Po roku obie
zwaśnione strony udały się do Gniezna, prosząc pokornie kapłana o rozjemstwo kończące bratobójczą walkę. Kapłan wszedł w kontakt z najwyższym bogiem na niebie światłością mieniącym. Wydał bardzo ciężki
wyrok dla złagodzenia gniewu boginek Gopła. Od tego czasu Ledniczanie
składają Gnieznu podwójną ofiarę. Natomiast każdy, kto się poważy
wypłynąć łodzią na jezioro Gopło, musi podarować w którymś z przyległych
gajów podwójne dary. Zwolnieni od tego zostali jedynie rybacy z osad
wokół jeziora.
- I nie będziemy naruszać ustalonego porządku. - Siemowit powstał z pieńka. - Do kapłanów w gaju oprócz zwyczajowych podarków każdy zostawia
coś cennego. Każdy! - zaznaczył.
Kroczący obok niego Przemił dosłyszał mruczenie księcia:
- Potrójny rząd zębów, bogowie, boginki... durni kmiecie znad Lednicy,
kobiety znieważać, bogów obrażać...
- Coś takiego... nie było książąt - zaczepił go zawadiacko Przemił.
- Wyczyściłeś spodnie na tyłku trawami? - odparował Siemowit.
* * *
Bezchmurne niebo, leniwie uderzające o burty łodzi fale, jazgot ptactwa
różnorodnego. Mijane wzdłuż oddalonych brzegów korony drzew, pstrzące
połyskującymi w słońcu wszelakimi odmianami żółci i czerwieni liścianych
gęstwin. Przepiękna jesienna pogoda odbijała się wyśmienitymi nastrojami
na obliczach wojowników wiosłujących naprzeciw przygodzie. Nieznanej,
tajemniczej, wypełnionej snuciem domysłów o skarbach po nikczemniku,
który tyle lat nad nimi książęcą godnością panował.
Siemowit zakazał wspominania zasłyszanej od Paszki historii o gniewie
jeziornych boginek. Sam jednak przyłapał się kilkakrotnie na uważnym
wpatrywaniu w toń wody, karcąc się w myślach: stwora z potrójnym
uzębieniem oczekuje? Zwrócił głowę na bok, wyczuwszy spojrzenie
Strzewita. Przyjaciel, tłumiąc wesołość, bezgłośnie zagryzł trzykrotnie
wargami.
- Ludzie z Kruszwicy wspomnieli, jakoby wczoraj po zapadnięciu zmroku
jakoweś maleńkie światełka na drugim brzegu migotały. Głuche tąpnięcia
też dolatywały, niechybnie łodzie na wodę spuszczano - przerwał ciszę
przewodnik.
Nikt nie kwapił się z podjęciem tematu.
- Pewnikiem rybacy na połów ruszyli - stwierdził w końcu obojętnie
Wojmir.
- Tam nie ma żadnej wioski. - Przewodnika dręczył nieokreślony niepokój.
- Nocą na połów? - zainteresował się jednak Tęgosław.
- Tedy i dziwota ludzi ogarnęła.
- Nocą na polowanie to strzygi jeziorne na brzeg wychodzą - wtrącił
Przemił.
Przewodnik spojrzał na Siemowita, a widząc brak reakcji, wzruszył
ramionami.
Wiosłowali dalej, w trzeciej łodzi za nimi ktoś zanucił piosnkę,
niebawem śpiew podjęli inni.
Płynęli długo, cały czas na południe, jezioro jakby nie miało końca. Po
niecałych dziesięciu milach dotarli w pobliże rozwidlenia.
- Jezioro rozszczepia się tutaj na dwie odnogi długim półwyspem
przedzielone - objaśniał przewodnik. - Wpłyniemy we wschodnią, dotrzemy
pod zgliszcza Mietlicy. My musimy w zachodnią odnogę, na jej końcu jest
wyspa, której szukamy.
Po następnych kilku milach w oddali pojawiła się linia brzegowa wyspy.
Jednocześnie z półwyspu na lewo od wyspy dobiegły odgłosy oddalonej
wrzawy. W dwóch miejscach wznosiły się w górę słupy dymów, smętnie
przechylone na boki. Zdumienie i niepewność malowały się na twarzach
wojowników. Siemowit dał ręką znak, by się zatrzymali.
- Co tam się wyprawia? - wymamrotał Chraboj.
- Nie wiem... - zdołał jedynie wymamrotać przewodnik.
- Może ceremonie jakoweś? - wtrącił Wojmir.
- Na półwyspie? - Zmieszany przewodnik rozglądał się nerwowo. - Tam nikt
nie pomieszkuje. I ten zgiełk...
- Wpłyńmy ostrożnie w przesmyk między wyspą a półwyspem - zdecydował
Siemowit. - Broń w pogotowiu, Przemił podaj do tyłu! Strzały na cięciwy!
- Odradzam. - Kjetil złapał go ramię. - To nie napad na jakąś wioskę czy
nawet gród. Po polach i lasach hasać, w trawach się skrywać, takie wasze
wojowanie. Doświadczenia wam w prawdziwych wyprawach brakuje.
- Prawdziwych? - Siemowit usiłował uwolnić się z uchwytu Duńczyka.
- Wyprawy wodami, na łodziach, pomiędzy wyspami, zakolami, zatoczkami... w tym przoduje mój lud od pokoleń, woda i brzegi to nasz żywioł.
- Ale...
- Nie ma ale. - Kjetil puścił ramię Siemowita. - Przybijamy do brzegu. -
Wskazał ręką na północny kraniec wyspy. - Z dala od przesmyku na
półwysep. Na łodziach część wojowników z rękoma na wiosłach zanurzonych
w wodzie, druga połowa ze strzałami na cięciwach łuków. Trzech idzie na
rozeznanie między drzewami wskroś wyspy na wschód, w kierunku przesmyku.
Czekamy na ich powrót.
Poszedł na zwiad, zabierając Wojmira i Strzewita.
Powrócili stosunkowo szybko, relacjonując rzeczy niesłychane. Na
przesmyku w niewielkiej zatoczce półwyspu cumuje jedenaście łodzi.
Bardzo dużych, o wiele dłuższych od naszych. Przy nich zaledwie sześciu
wojowników na straży. Rozglądają się wokół czujnie.
- Przeoczyliśmy jakiś oddział Popiela? - Siemowit nie krył zdumienia
zmieszanego z obawami.
Ktoś prychnął.
- To moi rodacy. - Kjetil machnął ręką, powstrzymując otwierającego usta
Strzewita. - Duńczycy z wysp.
- Że jak? - wyrwało się paru przysłuchującym. - Na łowy niewolnika się
zapuścili?
- Na pewno nie na łowy - zaprzeczył Kjetil, ucinając dalsze szemrania. -
Poznaję po uzbrojeniu, zachowaniu wojowników przy łodziach... co mam wam
tłumaczyć i tak nie pojmiecie. To wyprawa łupieżcza, przybyli na wiking.
- Pomiarkowawszy zdziwione spojrzenia słuchaczy, objaśniał podniesionym
głosem: - Na wiking, kmiotki z gołymi brodami! Na wyprawę zamorską
wyruszyli, fara í víking!
- Nie krzycz! - naskoczył na niego Siemowit. - A jak już, to w ludzkim
języku. Fariwiki jakieś, tfu. - Splunął za burtę. Po chwili podjął
ugodowo: - Mów dalej.
- Na brzegu zatknięty sztandar znacznego jarla. Czarny kruk z rozdziawionym dziobem i pokryte runami wstęgi pod nim.
- Ilu ich? - dopytywał Siemowit.
- Spytaj lepiej, po co? - wtrącił Przemił. - Skąd oni tutaj, tak daleko
od morza i Truso? Tu nie ma nic cennego, godnego łupieskiej wyprawy.
- Nad Gopłem w jednym miejscu prastary dąb żołędzie zaklęte rozrzuca -
podjął przewodnik. - Mawiają, że gdy dziewica o rumianych policzkach
trzy dni na nich wysiedzi, zamieniają się w srebro. Ludzie po wioskach
tak mawiają - dodał zmieszany pod wpływem spojrzeń zebranych. - Może po
te żołędzie przybyli... no ci Farawiki na wyprawie łupieżczej...
- Nie wytrzymam. - Kjetilowi ponownie napłynęła krew do twarzy. Sięgając
po topór, ruszył w stronę wystraszonego przewodnika. - Dopiero odcięty
łeb przestaje plugawić.
Ten uskoczył chyżo, kryjąc się za plecami Siemowita. Książę groźnym
spojrzeniem zatrzymał Duńczyka, przewodnika zaś upomniał:
- Słyszałeś, co rzekł mój druh? Nie przekręcaj wyrazów.
- Jak mam ich nazywać? - bronił się przewodnik.
- Nie Farawiki, tylko wikingi - odparł krótko Siemowit.
- Coraz lepiej. - Strzewit nie krył sarkazmu. - Do łowców niewolników
doszły teraz wikingi. Jedno i drugie zbóje zamorskie.
- A może po skarby waszego Popiela przybyli? - stwierdził beznamiętnie
Budzimir. - Skoro my o nich wiemy?
- Gdyby Popiel wszystkim rozpowiadał o skarbach, musiałby być głupszy od
swej bojowej maczugi - sprzeciwił się Przemił. - Nieprawdaż, Siemowicie?
- Po czym zwrócił się do Duńczyka: - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Ilu, skąd?
- Nie są z Truso. - Kjetil ponownie tracił cierpliwość, tym razem jednak
usiłował zapanować nad sobą. - Ech, wy, Polanie, świata nie znacie...
Około osiemdziesięciu, sądząc po liczbie łodzi. Łodzie są wasze,
słowiańskie, z rodzaju tych największych, ładowne dla kilkunastu
wojowników, pewnie je zagrabili gdzieś na północnym krańcu jeziora... Nie
wiem, za czym przybyli, coś ich tutaj znęcić musiało. Duńczycy, ale nie
z moich wysp, lecz z południa Skanii. Przypomnę, że gdzieś w głębi
półwyspu rozbrzmiewają odgłosy bitwy.
Siemowit powstał z obrzeża burty łodzi, nakazując ruchem ręki, by
zapadła cisza.
- Tęgosław, zabierz dwunastu najlepszych łuczników, podejdźcie z zaczajenia i wystrzelajcie wartowników na brzegu. Reszta na łodzie,
podpływamy półkolem od północy wokół wyspy w przesmyk. Tam zabieramy
Tęgosława z pozostałymi i wychodzimy wszyscy na brzeg półwyspu.
Szykujcie się na bitwę.
- Nas trzydziestu przeciwko niemal setce Duńczyków? - Przemił spojrzał
na niego z niedowierzaniem. - Naszych dwudziestu nowicjuszy nie biorę
pod uwagę.
- Nauczą się prawdziwej walki, najlepsza ku temu okazja. - Siemowit nie
tracił pewności siebie. - Poza tym jeżeli tam bitwa, to kto stawia opór
Duńczykom? Przecież nie zjawy jeziorne. Muszą być nasi pobratymcy.
- Może Mazowszan tutaj przypędziło? - wtrącił Wojmir.
Dopływali do półwyspu. Grupa Tęgosława wywiązała się z powierzonego
zadania. Żółta łacha piaszczystego brzegu straszyła trupami sześciu
duńskich wojowników z wystającymi z ciał strzałami. Po wylądowaniu
Siemowit wyrwał z napęczniałych wodą traw drzewce sztandaru domniemanego
jarla, przekazując go Mściborowi:
- Trzymaj, z kuzynowskim nakazem. Dla rozdrażnienia pomachasz płachtą
wodzowską ich jarla, gdy podejdziemy, w boju nie opuszczaj mnie na krok.
Sformowali dwa bloki. W pierwszym, złożonym z dwóch rzędów, kroczył
Siemowit z drużyną, trzydzieści kroków za nimi podążała bez zachowania
formacji grupa wylęknionych młodzików. Przedtem książę wyznaczył nad
nimi dowodzącego, osiemnastoletniego Dziemka z Bnina.
- Bo najbardziej rosły? - dopytywał po drodze Przemił.
- Nie, bo jako jedyny nie trząsł się z przejęcia, gdyśmy relacji Kjetila
słuchali - oznajmił zwięźle Siemowit.
Poruszając się podmokłymi łąkami rozłożonymi między zbitymi masami
drzew, kierowali się w stronę pobrzmiewających gdzieś w przodzie
odgłosów walki. Nad oczkiem niewielkiego stawu natknęli się na ciała
zabitych. Dwunastu poległych w gwałtownym starciu wojowników, nawzajem
wymieszanych w ostatnich chwilach konania. Brak strzał w ciałach
wykluczał zasadzkę którejś ze stron. Tak jakby natknęli się nawzajem
niespodziewanie, z obopólnym zaskoczeniem.
Zanim Kjetil zdążył zawołać, że pośród poległych rozpoznaje siedmiu
Duńczyków, uprzedził go Mścibor okrzykiem pełnym niedowierzania:
- Przecież to nasi woje z Pomorza! Po hełmach i krótkich kaftanach
poznać! O, na tarczach nasze symbole!
Siemowit wstrzymał dalszy pochód. Przyjaciele zbierali się wokół niego,
nie kryjąc niepewności.
- Pewien jesteś? - spytał książę kuzyna, by w następnej chwili, nie
czekając na odpowiedź, potwierdzić: - Zgadza się. Co tu się dzieje?!
Duńczycy, Pomorzanie?! Nad jeziorem Gopło?! Czy my coś ważnego w naszym
Gieczu przespaliśmy?! Radźcie teraz - ponaglił przyjaciół.
Kątem oka dojrzał, jak młodziki z tyłu zbiły się sprawnie w ciasny okrąg
oblepiony tarczami, z wystawionymi do przodu oszczepami.
- Chlamy te trunki od Fulka, żremy ponad miarę, za warchlakiem księżnej
po lasach się uganiamy, a wokół ważne sprawy się toczą. - Strzewił nie
szczędził ironii.
- Aleś doradził - przytknął mu Budzimir.
- Ty czego? - Strzewit podjął zaczepkę. - Może do Wieletów chcesz
wrócić?
Mścibor, przyklęknąwszy przy jednym z poległych, grzebał w skórzanej
torbie Pomorzanina przytroczonej do pasa. Siemowit przyklęknął obok
niego. Po chwili Mścibor, pokazując im jakiś niewielki grzebyk,
oznajmił:
- Z Kołobrzegu, grzbiet z bursztynowymi zakończeniami, nasi rzemieślnicy
takowe wyrabiają. O - rozchyliwszy poła kaftana u szyi zabitego, wydobył
na zewnątrz niewielką, podłużną drewnianą figurkę na rzemyku - bóg morza
wystrugany na podobieństwo kamiennego posągu, co go w Kołobrzegu
ustawiono.
- Nie ma przypadków, wszystko nastaje z woli bogów i działania człowieka
- oznajmił Przemił. - To nie ja. - Na nieme spojrzenia rozczapierzył
dłonie w niewinnym geście. - Tak mawia Jaszczyc.
- Ma rację. - poparł go Chraboj. - Duńczycy i Pomorzanie razem nad
Gopłem, jednocześnie i w tym samym miejscu. Nie ma przypadków.
- Jeszcze my - uzupełnił Tęgosław. - Polanie.
- Chyba, że są potrójne przypadki - zauważył Strzewit, ciągnąc
specjalnie przyciszonym głosem - bo w Gople potwór z potrójnym
uzębieniem, sami słyszeliście...
- Coś mi w głowie szepcze, że jednak te skarby Popiela wszystkich tu
ściągnęły... nie czas na domysły, jak i dlaczego. - Siemowit powstał
energicznie z przyklęku. - Ruszamy dalej. Drużyna dwa rzędy jak
przedtem, przedni tarcze pod brodę i oręż w ręku, tylni strzały
przygotowane na cięciwach łuków. Nakaż ochotnikom z tyłu - zwrócił się
do Przemiła - by sunęli dwadzieścia kroków na prawo od nas, ale nieco w tyle, wszyscy z przygotowanymi łukami. - Uśmiechając się do
przyjaciela, dokończył: - Widziałeś, jak przedtem sprawnie okrąg
sformowali?
Po niecałych siedemdziesięciu krokach skończyły się łąki, musieli
zagłębić się w szeroką przecinkę lasu. Niebawem natknęli się na kolejne
trupy: trzech Duńczyków, każdy naszpikowany kilkoma strzałami.
- Pomorzanie sypnęli strzałami z zasadzki - ocenił fachowo Tęgosław.
Dwadzieścia kroków dalej, za pniem upadłego ze starości wiązu, leżał
rozciągnięty w gęstych paprociach pomorski wojownik z oszczepem na wylot
ciała.
- Tu się pewnie zaczaili - stwierdził ktoś.
Wyszli z przesieki na łączki. Minąwszy po prawej stronie gęsty
leszczynowy zagajnik, doszli niespodziewanie do rozwidlenia lasu. Przed
nimi majaczyła otwarta przestrzeń, rozległa polana otoczona wokół
lasami, z niewielkim, wznoszącym się pośrodku trawiastym kopcem o płaskim stożku.
Trafili w środek bitwy.
Pomorzanie, około dwudziestu wojów, bronili się na kopcu, zbici w ciasny, podwójny owal szczepionych nawzajem tarcz. W środku, na długim
drzewcu sztandar, przymocowany dwiema poprzecznymi listwami, chwiał się
na wietrze, w dwóch miejscach poszarpany od strzał. Na płachcie ten
dziwny zwierz, ni to orzeł, ni to jaszczur, na tylnych łapach stojący,
uskrzydlony, z wysuniętymi przednimi łapami zakończonymi zakrzywionymi
pazurami. Pochyłość wzniesienia przed obrońcami usiana była trupami
poległych.
Duńczycy atakowali, podchodząc z każdej strony pojedynczymi liniami.
Akurat jeden z rzędów ustępował spod pomorskiej ściany tarcz, wycofując
się na przedpole. Po drodze mijali kolejny oddział prący na wzniesienie.
Atakujący mieli wyraźną przewagę liczebną, prawie osiemdziesięciu
wojowników, stać ich było na nieustanne luzowanie którejś z nacierających grup pomimo poniesionych dotychczas strat. Zgniecenie
broniących się Pomorzan pozostawało kwestią czasu.
Pośród wojowników duńskiego odwodu przechadzał się pewnym krokiem mąż
słusznego wzrostu, odziany w przepyszną kolczugę sięgającą kolan, z płachtą narzuty z lisich futer zwisającą poza ramiona i mieniącym w słońcu szaroniebieskim połyskiem żelaza hełmie na głowie. Spod hełmu
powiewały na boki strąki gęstych, ciemnorudawych włosów, z wplecionymi
warkoczykami barwionymi na czerwono. Bez tarczy, w prawym ręku dzierżył
jedynie wielki topór okrutnego wyglądu, z podwójnym obuchem, podobny jak
u Kjetila. Pokrzykiwał, poganiał swoich, wydawał wszędy komendy.
Siemowit, domyślając się w nim od razu owego jarla, pomyślał z lekką
zazdrością: Jakież on wspaniałe wrażenie sprawia! Gdzież mi do niego...
- Siemowit! - Mścibor targał go za ramię. - Kuzynie, posłuchaj...
- Co robimy, wodzu? - Przemił stanął przed księciem ze skupionym wyrazem
twarzy. - Nas ledwo trzydziestu, tych dwudziestu młodziaków nie wliczam,
oni jeszcze prawdziwej bitwy nie zaznali. Czekamy, aż Pomorzanie i Duńczycy wykrwawią się nawzajem?
- Siemowit! - Mścibor zastawił drogę Przemiłowi, nie zwalniając uścisku
na ramieniu kuzyna. - Tam mój ojciec!
Siemowit zamarł. Teraz rozpoznał. W środku pomorskiej obrony szalał wuj.
Krzyczał jeszcze głośniej od jarla, zagrzewając swoich do walki. Co rusz
rozpychał szeregi, rzucając się do przodu ze swym potężnym toporem.
Trzaskał po nacierających, po czym ponownie wycofywał się do wnętrza. Na
głowie miał hełm o brązowych klamrach wzdłużnych i połyskującą srebrem
na obrębie koroną. Na ramionach narzutkę z bujnej sierści jakiegoś
zwierza brązowawego koloru, okrywającą nabijany żelaznymi płytkami
skórzany kaftan.
- Święta góro, bogowie Gniezna! - Siemowit otrząsnął się. - Mestwek!
- Ostaw wuja! - Otłucz, przydzielony mu na drużynnika przez kaliskiego
księcia, niemal się zaperzył. - Zapomnieliście wszyscy, co Mestwek w Gieczu przed rokiem zostawił? Ilu waszych rodaków poległo? Ile trupów,
wdów szlochających, ile zniszczeń?
- Nie wtrącaj się! - sprzeciwił się ostro Przemił. - Co ci do naszych
spraw?
- Własne życie zaprzysięgłem Siemowitowi! - Otłucz się miotał. - Książę
Dobrowit obarczył mnie obowiązkiem! Nie zezwolę na niebezpieczeństwo...
- Uspokójcie się wszyscy! - Siemowit odetchnął głęboko.
Zamilkli wszyscy, wpatrując się w niego z natężeniem. Wpatrywał się w pole walki, po twarzy przelatywały mu widoczne emocje.
Mścibor nie wytrzymał. Wystąpił przed skryty za pniami drzew szereg.
Poprawił hełm na głowie, odrzucił sztandar jarla i oszczep, wysupłał
miecz z pochwy.
- Sam idę. Rozmyślaj dalej, kuzynie. - W głosie pobrzmiewała mu jakaś
ołowiana nuta. - Nie tylko cię polubiłem, ale wręcz miłować począłem...
nieważne... nie ostawię ojca.
Siemowit doskoczył do niego, wciągając ponownie pod osłonę drzew.
Uchwycił silnie dłońmi za kark, zbliżając jego twarz do swojej.
- Głupcze, na jakie zatęchłe bagienne wampirzyce odkułem cię od
kowadła?! Na jakie?! - Teraz już niemal cedził słowa. - Tyś mi więcej
niż rodziną... którą mi zagrabiono... - Odwrócił się do Przemiła, wydając
rozkazy: - Nacieramy na Duńczyków. Drużyna w trzy szeregi, tarcze
potrójną ścianą do przodu, rząd nad rzędem, oszczepy w rękach. Uda nam
się odpowiednio podejść albo oni na nas się rzucą, wszyscy miotają
oszczepami, po czym topory i miecze w dłonie. Bitwa jak bitwa, nie
pierwsza nam. Młodzi ochotnicy dziesięć kroków za nami zasypią wroga
deszczem strzał, salwa za salwą. Ruszamy. Ty - rozkazał któremuś z drużyny - dzierżysz wysoko mój sztandar książęcy. Orzeł rodu Piasta
idzie rozdrapać ofiary! - wykrzyknął ostatnie zdanie. - Polanie pod jego
skrzydłami za mną!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki