Prolog
W nocy z 31 marca na 1 kwietnia 2007 roku
moja matka i ja gramoliłyśmy się po stromym, kamienistym brzegu skutej
lodem rzeki Jalu, która oddziela Koreę Północną od Chin. Było ciemno i zimno. Nad nami i poniżej krążyły patrole, a co sto metrów znajdowały
się posterunki graniczne obsadzone przez żołnierzy gotowych zastrzelić
każdego, kto próbuje przekroczyć granicę. Nie miałyśmy pojęcia, co nas
czeka, ale rozpaczliwie pragnęłyśmy się przedostać do Państwa Środka.
Miałyśmy nadzieję, że zdołamy tam przeżyć.
Miałam trzynaście lat, a ważyłam zaledwie dwadzieścia osiem kilogramów.
Jeszcze tydzień wcześniej leżałam w szpitalu w swoim rodzinnym mieście
Hiesan przy granicy z Chinami, ponieważ zachorowałam na ostre zapalenie
jelit, które lekarze mylnie zdiagnozowali jako zapalenie wyrostka
robaczkowego. W dalszym ciągu czułam straszliwy ból po operacji i byłam
tak osłabiona, że ledwo trzymałam się na nogach.
Północnokoreański przemytnik, który miał przeprowadzić nas przez
granicę, nalegał, byśmy wyruszyli tej nocy. Przekupił kilku strażników,
by udali, że nas nie widzą, ale nie mógł opłacić wszystkich pilnujących
w tym rejonie, więc musieliśmy zachowywać wyjątkową ostrożność. Szłam za
nim w ciemności, lecz tak kiepsko trzymałam się na nogach, że potknęłam
się i zjechałam z brzegu na pośladkach, pociągając za sobą niewielką
lawinę kamieni. Odwrócił się i szepnął gniewnie, żebym nie hałasowała,
ale było już za późno. Zauważyliśmy sylwetkę północnokoreańskiego
żołnierza wspinającego się po stoku. Jeśli był to jeden z przekupionych
strażników granicznych, to prawdopodobnie nas nie rozpoznał.
- Wracajcie! - krzyknął. - Wynoście się stąd!
Przewodnik ruszył w jego stronę i usłyszałyśmy, że rozmawiają ściszonymi
głosami. Wrócił sam.
- Chodźmy - powiedział. - Pośpieszcie się!
Była wczesna wiosna, robiło się coraz cieplej i lód na zamarzniętej
rzece zaczynał się topić. Przechodziliśmy Jalu w wąskim, stromym
miejscu, osłoniętym w ciągu dnia przed słońcem, więc tafla lodowa w dalszym ciągu powinna być wystarczająco gruba, by wytrzymać nasz ciężar
- przynajmniej taką miałyśmy nadzieję. Przewodnik zatelefonował z komórki do kogoś na drugim, chińskim brzegu rzeki, a potem szepnął:
- Biegniemy!
Popędził naprzód, ale ja nie mogłam poruszyć nogami i tylko ściskałam
dłoń matki. Sparaliżował mnie strach. Przewodnik wrócił do nas, chwycił
mnie za ręce i pociągnął po lodzie. Kiedy dotarliśmy do przeciwległego
brzegu, zaczęliśmy biec i zatrzymaliśmy się dopiero, gdy nie mogli nas
już zauważyć strażnicy graniczni.
Brzeg rzeki był ciemny, ale przed nami płonęły światła Changbai w Chinach. Szybko zerknęłam za siebie na kraj, w którym się urodziłam. Jak
zwykle nie było prądu i widziałam tylko czarny, martwy horyzont. Serce
łomotało mi w piersi, gdy dotarliśmy do niewielkiej szopy na skraju
płaskich, pustych pól.
Kiedy uciekałam z Korei Północnej, nie marzyłam o wolności. Nie
rozumiałam nawet, co to jest. Wiedziałam tylko, że jeśli moja rodzina
pozostanie w kraju, prawdopodobnie umrzemy - z głodu, wskutek chorób,
nieludzkich warunków w obozie pracy. Głód stał się niemożliwy do
zniesienia; byłabym gotowa zaryzykować życie dla miski ryżu.
Nie chodziło tylko o przetrwanie. Matka i ja szukałyśmy mojej starszej
siostry, Eunmi, która uciekła do Chin kilka dni wcześniej i nie dawała
znaku życia. Miałyśmy nadzieję, że kiedy przejdziemy przez rzekę, będzie
na nas czekała. Zamiast niej powitał nas łysy mężczyzna w średnim wieku,
członek koreańskiej mniejszości narodowej licznie zamieszkującej strefę
przygraniczną Chin. Powiedział coś do mojej matki, a potem wyprowadził
ją przed szopę. Usłyszałam jej błagania: Anyo! Anyo! Nie! Nie!
Wiedziałam, że stało się coś strasznego. Znalazłyśmy się w złym miejscu,
może jeszcze gorszym niż kraj, który opuściłyśmy.
Jestem szczęśliwa z dwóch powodów: że
urodziłam się w Korei Północnej i że uciekłam z Korei Północnej. Oba te
wydarzenia ukształtowały moją osobowość i nie zamieniłabym swojego losu
na zwykłe, spokojne życie. Ale opowieść o tym, jak stałam się tą osobą,
którą jestem dzisiaj, jest znacznie bardziej skomplikowana.
Podobnie jak dziesiątki tysięcy Koreańczyków z Północy, uciekłam z ojczyzny i osiedliłam się w Korei Południowej, gdzie mieszkańcy Korei
Północnej są ciągle uważani za obywateli, chociaż od blisko
siedemdziesięciu lat oddziela nas zamknięta granica i wzajemna wrogość.
Koreańczycy z Północy i Południa są tym samym narodem, mówią tym samym
językiem - choć na Północy nie istnieją słowa takie jak "centrum
handlowe", "wolność", a nawet "miłość", przynajmniej w znaczeniu
nadawanym temu pojęciu przez resztę świata. Jedyną prawdziwą "miłością",
jaką wolno nam wyrażać, jest cześć dla Kimów, dynastii dyktatorów
rządzących Koreą Północną od trzech pokoleń. Reżim blokuje wszystkie
informacje z zewnętrznego świata, zabrania dystrybucji zagranicznych
filmów, zagłusza sygnały radiowe. Nie ma internetu ani Wikipedii.
Książki wypełnia propaganda, z której wynika, że żyjemy w najwspanialszym kraju na świecie, choć przynajmniej połowa Koreańczyków
z Północy cierpi skrajne ubóstwo i jest chronicznie niedożywiona. Moja
dawna ojczyzna nie nazywa się nawet Koreą Północną - uważa się za
Joseon, prawdziwą Koreę, socjalistyczny raj zamieszkany przez
dwadzieścia pięć milionów ludzi, którzy mają służyć tylko Ukochanemu
Przywódcy, Kim Dzong Unowi. Wielu uciekinierów z Korei Północnej, którzy
nie chcieli się pogodzić ze swoim losem i umrzeć za Przywódcę, ma z tego
powodu poczucie dezercji. Reżim uważa nas za zdrajców. Gdybym próbowała
wrócić, zostałabym skazana na śmierć.
Blokada informacyjna działa w dwie strony: władze dbają, by do
mieszkańców kraju nie docierały zagraniczne media, i nie chcą, by świat
zewnętrzny poznał prawdę o Korei Północnej. Kraj ten bywa nazywany
Pustelniczym Królestwem, bo jest całkowicie odcięty od świata. Tylko
uciekinierzy mogą opowiedzieć, co naprawdę dzieje się za ściśle
strzeżonymi granicami. Ale do niedawna nasze opowieści nie budziły
większego zainteresowania.
Przybyłam do Korei Południowej wiosną 2009 roku jako piętnastolatka bez
grosza przy duszy, z zaliczonym odpowiednikiem dwóch klas szkoły
podstawowej. Pięć lat później byłam na drugim roku studiów na
prestiżowej uczelni w Seulu, specjalizując się w prawie karnym, i czułam
coraz silniejsze przekonanie, że kraj, w którym się urodziłam, zasługuje
na sprawiedliwość.
Wiele razy i na wielu forach opowiadałam historię swojej ucieczki z Korei Północnej. Opisywałam, jak handlarze żywym towarem zwabili matkę i mnie do Chin, gdzie matka pozwoliła się zgwałcić, by uchronić mnie przed
zakusami pośrednika. Znalazłszy się na terenie Chin, bezskutecznie
szukałyśmy mojej siostry. Ojciec przekroczył granicę, by przyłączyć się
do naszych poszukiwań, lecz po kilku miesiącach zmarł na nieleczonego
raka. W 2009 roku matkę i mnie uratowali chrześcijańscy misjonarze,
którzy pomogli nam przekroczyć granicę chińsko-mongolską. Przez długą,
zimową noc szłyśmy po lodowatej pustyni Gobi, podążając za gwiazdami ku
wolności.
To wszystko prawda, ale nie cała.
Dotychczas tylko moja matka wiedziała, co się wydarzyło w ciągu dwóch
lat, które upłynęły między nocą, gdy uciekłyśmy do Chin przez rzekę
Jalu, a dniem, kiedy przybyłyśmy do Korei Południowej, by rozpocząć nowe
życie. Nie opowiedziałam prawie nic ze swojej historii innym
uciekinierom i obrońcom praw człowieka, których poznałam w Korei
Południowej. Wierzyłam, że jeśli pominę milczeniem swoją niechlubną
przeszłość, to ona jakoś przestanie istnieć. Wmówiłam sobie, że wiele
rzeczy nigdy się nie zdarzyło, a o reszcie nauczyłam się nie pamiętać.
Niemniej kiedy zaczęłam pisać tę książkę, zdałam sobie sprawę, że bez
całej prawdy moje życie będzie pozbawione siły, prawdziwego sensu. Z pomocą matki wspomnienia naszego życia w Korei Północnej i Chinach
wróciły niczym sceny z dawno zapomnianego koszmaru. Część obrazów
pojawiła się ze straszliwą wyrazistością, inne były niewyraźne lub
wymieszane jak talia kart bezładnie rozsypana na podłodze. Proces
pisania stał się procesem przypominania i próbą nadania sensu
wspomnieniom.
W porządkowaniu mojej wizji świata pomagało nie tylko pisanie, lecz
również czytanie. Po przybyciu do Korei Południowej uzyskałam dostęp do
przekładów arcydzieł literatury światowej i zaczęłam je pochłaniać. Z czasem mogłam już je czytać po angielsku. Kiedy zaczęłam pisać własną
książkę, natknęłam się na słynne zdanie pisarki Joan Didion: "Opowiadamy
historie, by przeżyć". Chociaż obie pochodzimy z tak odmiennych kultur,
czuję w sercu prawdę tych słów. Rozumiem, że czasem trzeba przekształcić
własne wspomnienia w opowieść, która nadaje sens pozornie
niewytłumaczalnym wydarzeniom: jest to sposób, by przeżyć.
W czasie swojej wędrówki byłam świadkiem straszliwych krzywd, które
ludzie wyrządzali innym, ale widziałam także czułość, dobroć i poświęcenie w najgorszych możliwych warunkach. Wiem, że można zatracić
część człowieczeństwa, by przeżyć. Ale wiem też, że iskra ludzkiej
godności nigdy całkowicie nie gaśnie, że wolność i potęga miłości mogą
sprawić, iż zapłonie na nowo.
Oto opowieść o wyborach, których dokonałam, by przeżyć.
Rozdział pierwszy
Ptaki i myszy słyszą twoje szepty
Rzeka Jalu, kręta jak smoczy ogon,
oddziela Chiny od Korei Północnej i wpada do Morza Żółtego. W Hiesan
płynie doliną w górach Paektu, obok dwustutysięcznego miasta
rozciągającego się wśród łagodnych wzgórz i na wysokim płaskowyżu
pokrytym polami, zagajnikami i grobami. Rzeka, zwykle płytka i niegroźna, zamarza w zimie, która trwa przez większą część roku. To
najzimniejsza część Korei Północnej, gdzie temperatury spadają niekiedy
do minus czterdziestu stopni Celsjusza. Przeżywają tylko najodporniejsi.
Hiesan było moim domem.
Po drugiej stronie rzeki znajduje się chińskie miasto Changbai, gdzie
mieszka wielu ludzi pochodzenia koreańskiego. Rodziny żyjące po obu
stronach granicy handlują ze sobą od pokoleń. Jako dziecko często
stawałam w ciemności i patrzyłam przez rzekę na światła Changbai,
zastanawiając się, jak wygląda życie poza granicami mojego miasta. W podnieceniu obserwowałam kolorowe sztuczne ognie rozpryskujące się na
aksamitnym, czarnym niebie podczas świąt i obchodów chińskiego Nowego
Roku. Po naszej stronie granicy nigdy nie wystrzeliwano fajerwerków.
Czasami, gdy schodziłam nad rzekę, by napełnić wiadra wodą, i wilgotny
wiatr wiał w moim kierunku, czułam zapach pysznego jedzenia, klusek
smażonych w głębokim tłuszczu w kuchniach na drugim brzegu. Ten sam
wiatr przynosił głosy chińskich dzieci bawiących się po przeciwnej
stronie rzeki.
- Hej, ty! Jesteś głodna? - krzyczeli chłopcy po koreańsku.
- Nie! Zamknij się, tłusty Chińczyku! - wołałam w odpowiedzi.
Kłamałam. Byłam bardzo głodna, ale mówienie o tym niczego by nie
zmieniło.
Przyszłam na świat za wcześnie.
Poród matki zaczął się już w siódmym miesiącu ciąży. Urodziłam się 4
października 1993 roku, ważąc niespełna półtora kilograma. Lekarz ze
szpitala w Hiesan powiedział matce, że nic nie może dla mnie zrobić, bo
jestem za mała.
- Przeżyje albo umrze - stwierdził. - Nie potrafimy tego przewidzieć.
Decyzję, czy przeżyć, pozostawiono mnie.
Matka owijała mnie kocami, ale stale byłam zimna jak lód. W końcu
rozgrzała kamień i podłożyła go pod zawiniątko, w którym spoczywałam.
Dzięki temu ocalałam. Po kilku dniach rodzice zabrali mnie do domu.
Czekali.
Dwa lata wcześniej urodziła się moja siostra Eunmi, więc teraz ojciec,
Park Jin Sin, liczył na syna. W patriarchalnej Korei Północnej
najważniejszy jest męski potomek. Jednak szybko zapomniał o rozczarowaniu. Zwykle najsilniejsza więź łączy dziecko z matką, ale
ojciec zawsze potrafił mnie uspokoić, gdy płakałam. W jego objęciach
czułam się bezpieczna i kochana. Ojciec i matka od początku mnie
zachęcali, żebym była z siebie dumna.
Kiedy byłam malutka, mieszkaliśmy w parterowym domu na stoku wzgórza wznoszącego się nad torami kolejowymi,
które biegły łukiem przez miasto niczym rdzawy sierp.
Nasz dom, mały i zimny, przylegał do domu sąsiadów i słyszeliśmy
wszystko, co się u nich działo. Słyszeliśmy także myszy, które piszczały
i szeleściły na strychu. Ale czułam się jak w raju, bo nasza rodzina
była razem.
Moje pierwsze wspomnienia to mrok i zimno. W zimie najchętniej
siadaliśmy w domu w okolicach niewielkiego paleniska, na którym
paliliśmy drewno, węgiel lub cokolwiek się do tego nadawało. Gotowaliśmy
potrawy na ogniu; pod cementową podłogą znajdowały się kanały
odprowadzające dym do drewnianego komina po drugiej stronie domu. Ten
tradycyjny system ogrzewania miał utrzymywać ciepło, lecz sprawdzał się
w lodowate noce. Dlatego pod koniec dnia matka rozkładała obok paleniska
gruby koc i wszyscy wchodziliśmy pod przykrycie - najpierw mama, potem
ja, później siostra, a na końcu ojciec, zawsze zajmujący najzimniejsze
miejsce. Po zachodzie słońca panował całkowity mrok. W naszej części
Korei Północnej tygodniami, czasem miesiącami nie działała
elektryczność, a świece były bardzo drogie. Dlatego bawiliśmy się w ciemności. Czasem żartowaliśmy pod kocem.
- Czyja to stopa? - pytała matka, trącając jedną z nas palcem nogi.
- Moja! Moja! - wołała Eunmi.
W zimie, a nawet w lecie, rano i wieczorem, w Hiesan wszędzie snuły się
dymy z kominów. Znaliśmy wszystkich mieszkańców okolicznych domów. Jeśli
z czyjegoś komina nie wydobywał się dym, pukaliśmy do drzwi, by
sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Niewybrukowane drogi biegnące między domami były za wąskie dla
samochodów, ale nie stanowiło to problemu, bo bardzo rzadko widywaliśmy
samochody. Ludzie z sąsiedztwa poruszali się pieszo, a nieliczni,
których było na to stać, na rowerach lub motorowerach. Po deszczu
uliczki stawały się śliskie od błota; dzieci z sąsiedztwa lubiły się
wtedy bawić w berka. Byłam niższa i wolniejsza od reszty rówieśników,
więc z trudem się przystosowywałam i nie potrafiłam biegać tak szybko
jak inne dzieci.
Kiedy zaczęłam chodzić do szkoły, Eunmi czasem stawała w mojej obronie i biła się ze starszymi uczniami. Ona również nie była zbyt wysoka, za to
sprytna i szybka. Chroniła mnie i bawiła się ze mną. Gdy spadł śnieg,
wspinała się ze mną na wzgórza w okolicach domu, sadzała sobie między
kolanami i obejmowała rękami. Po czym zjeżdżałyśmy na siedzeniach,
śmiejąc się i krzycząc. Byłam szczęśliwa, że jestem częścią świata
siostry.
Latem wszystkie dzieci chodziły kąpać się w rzece Jalu, ale ja nigdy nie
nauczyłam się pływać. Siedziałam na brzegu i patrzyłam, jak inni
pluskają się w wodzie. Eunmi albo moja najlepsza przyjaciółka Yong Ja
czasem zauważały, że siedzę sama, i przynosiły mi ładne kamyki
znalezione w rzece. Czasem brały mnie na ręce i wnosiły do rzeki, a potem pomagały wrócić na brzeg.
Yong Ja była w tym samym wieku co ja i mieszkałyśmy w tej samej części
miasta. Lubiłam ją, bo obie byłyśmy równie pomysłowe w tworzeniu sobie
zabawek. Na targu można było czasem kupić lalki i inne rzeczy, lecz
zwykle były one za drogie. Wobec tego lepiłyśmy z gliny małe naczynia i zwierzątka, czasem nawet mikroskopijne czołgi do zabawy w wojnę, bardzo
popularnej w Korei Północnej. Ale my, dziewczynki, miałyśmy bzika na
punkcie papierowych lalek: spędzałyśmy długie godziny na wycinaniu ich z grubego papieru, robiłyśmy sukienki i chustki ze ścinków tkanin.
Czasami moja matka robiła nam wiatraczki, które umieszczałyśmy na
metalowej kładce nad torami kolejowymi nazywanej przez nas Mostem
Obłoków. Wiele lat później, gdy życie stało się znacznie cięższe i bardziej skomplikowane, mijałam ten most i przypominałam sobie, jakie
byłyśmy szczęśliwe, patrząc na wiatraczki kręcące się w podmuchach
wiatru.
Kiedy byłam mała, nie otaczał mnie
słyszalny w tle mechaniczny hałas jak w Korei Południowej i Stanach
Zjednoczonych. Nie było odgłosów śmieciarek, klaksonów samochodów,
dzwonków komórek. Słyszałam tylko dźwięki wydawane przez ludzi: kobiety
zmywały naczynia, matki wołały dzieci, kiedy rodziny zasiadały do
posiłku, rozlegał się brzęk łyżek lub stukot pałeczek do ryżu
uderzających w miseczki. Czasem słyszałam, jak rodzice strofują moje
przyjaciółki. W tamtych czasach wokół nie rozlegała się muzyka, nikt nie
wpatrywał się w smartfony. Jednak ludzie byli sobie bliscy, co rzadko
się zdarza we współczesnym świecie, w którym teraz żyję.
W naszym domu w Hiesan prawie nigdy nie było bieżącej wody, więc matka
prała ubrania w rzece. Po powrocie kładła je na ciepłej podłodze, by
wyschły.
Ponieważ w naszym osiedlu rzadko włączano elektryczność, po zapaleniu
się świateł ludzie byli tak szczęśliwi, że śpiewali, klaskali i krzyczeli. Świętowaliśmy pojawienie się prądu nawet w środku nocy. Kiedy
człowiek ma bardzo mało, mogą go uszczęśliwić nawet najdrobniejsze
rzeczy - jest to jedna z nielicznych cech życia w Korei Północnej,
których mi brakuje. Oczywiście światła nigdy nie paliły się długo. W chwili gdy gasły, mówiliśmy po prostu: "Och, koniec", i kładliśmy się
spać.
Nawet jeśli elektryczność działała, napięcie było bardzo niskie i wiele
rodzin miało urządzenia wspomagające zasilanie urządzeń domowych. Często
wywoływały one pożary i pewnej marcowej nocy zdarzyło się to w naszym
domu pod nieobecność rodziców. Byłam jeszcze maleńka i pamiętam tylko,
że się obudziłam i zaczęłam płakać, a ktoś wyniósł mnie na dwór wśród
dymu i płomieni. Nie wiem, czy uratowała mnie siostra, czy sąsiadka.
Matka przybiegła natychmiast, gdy ktoś powiedział jej o pożarze, lecz ja
i siostra byłyśmy już bezpieczne w domu sąsiadki. Nasz dom spłonął,
ojciec jednak szybko go odbudował własnymi rękoma.
Później posadziliśmy rośliny w naszym niewielkim, otoczonym płotem
ogródku. Matka i siostra nie interesowały się ogrodnictwem, ale ojciec
je uwielbiał, podobnie jak ja. Zasialiśmy dynię, kapustę, ogórki i słoneczniki. Ojciec posadził wzdłuż płotu piękną odmianę fuksji, którą
nazywaliśmy "kolczykami". Uwielbiałam wkładać sobie za uszy długie,
delikatne kwiaty i udawać, że to kolczyki. Matka pytała ojca, dlaczego
marnuje na kwiaty cenne miejsce, ale on puszczał to mimo uszu.
W Korei Północnej ludzie żyją blisko natury i potrafią przewidywać
pogodę na następny dzień. Nie mieliśmy internetu i zwykle nie mogliśmy
oglądać państwowej telewizji z powodu braku prądu. Dlatego musieliśmy
sami prognozować pogodę.
W długie letnie wieczory sąsiedzi siadali wokół swoich domów w chłodnym
powietrzu. Nie było krzeseł; siadaliśmy na ziemi i patrzyliśmy w niebo.
Jeśli ujrzeliśmy w górze miliony gwiazd, ktoś mówił: "Jutro będzie
słonecznie". Wszyscy pomrukiwali na znak zgody. Gdy widzieliśmy tylko
tysiące gwiazd, ktoś inny zauważał: "Jutro będzie pochmurno". Tak
wyglądała nasza lokalna prognoza pogody.
Najlepszym dniem miesiąca był Dzień Klusek, gdy matka kupowała w mieście
świeże, wilgotne kluski wytwarzane maszynowo. Musiały starczyć na jak
najdłużej, więc suszyliśmy je na ciepłej podłodze kuchni. Było to święto
dla mojej siostry i mnie, bo zawsze udawało się nam podkraść i zjeść
kilka klusek, wciąż jeszcze miękkich i słodkich. Kiedy byłam małą
dziewczynką, przed klęską głodu w połowie lat dziewięćdziesiątych,
przychodziły do nas przyjaciółki i dzieliłyśmy się z nimi kluskami. W Korei Północnej istnieje zwyczaj, by się wszystkim dzielić. Ale później,
gdy nadeszły trudne czasy dla naszej rodziny i kraju, matka zabroniła
nam wpuszczać dzieci do domu. Nie stać nas było na dzielenie się
jedzeniem.
Kiedy dobrze się nam powodziło, jedliśmy posiłki złożone z ryżu, kimchi,
fasoli i zupy z wodorostów. Ale w okresach biedy nie mogliśmy sobie
pozwolić na takie potrawy. Czasami w ogóle obywaliśmy się bez posiłków;
często jedliśmy tylko chudy kleik z jęczmienia lub pszenicy, fasolę albo
czarne, przemarznięte ziemniaki, które matka tarła i robiła knedle
nadziewane kapustą.
Kraj, w którym się wychowałam, różnił się
od Korei Północnej z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, gdy
rodzice byli dziećmi. W tamtych czasach państwo dbało o podstawowe
potrzeby obywateli - zapewniało ubrania, opiekę zdrowotną, żywność. Po
zakończeniu zimnej wojny kraje komunistyczne wspierające reżim
północnokoreański przestały nam pomagać i kontrolowana przez państwo
gospodarka się załamała. Koreańczycy z Północy nagle musieli radzić
sobie sami.
Byłam zbyt mała, by zdawać sobie sprawę, jak rozpaczliwa stała się
sytuacja dorosłych. Moja rodzina próbowała się przystosować do ogromnych
zmian, jakie zaszły w kraju w latach dziewięćdziesiątych. Kiedy moja
siostra i ja zapadłyśmy w sen, rodzice często rozmawiali ze sobą,
zastanawiając się, co zrobić, byśmy wszyscy nie umarli z głodu.
Szybko zrozumiałam, że nie wolno powtarzać niczego, co podsłuchałam.
Nauczono mnie nigdy nie wyrażać własnego zdania, nigdy niczego nie
kwestionować. Miałam po prostu robić, mówić i myśleć to, co nakazują
władze. Szczerze wierzyłam, że nasz Ukochany Przywódca, Kim Dzong Il,
potrafi czytać w moich myślach i że zostanę ukarana, jeśli przyjdzie mi
do głowy coś złego. A jeśli nawet sam Kim Dzong Il mnie nie usłyszy, to
wszędzie są szpiedzy, którzy podsłuchują pod oknami i obserwują dzieci
na boisku szkolnym. Wszyscy należeliśmy do inminbanu, czyli wspólnoty
sąsiedzkiej, i kazano nam donosić o każdym, kto powiedział coś
niewłaściwego. Żyliśmy w ciągłym strachu i wszyscy - również moja matka
- mieli osobiste doświadczenia dowodzące, jak niebezpiecznie jest coś
powiedzieć.
Kiedy 8 lipca 1994 roku zmarł Kim Ir Sen, miałam zaledwie dziewięć
miesięcy. Mieszkańcy Korei Północnej czcili osiemdziesięciodwuletniego
Wielkiego Przywódcę jak Boga. Kim Ir Sen przez blisko pięćdziesiąt lat
rządził krajem żelazną ręką, a jego fanatyczni zwolennicy - w tym moja
matka - szczerze wierzyli, że jest nieśmiertelny. Po jego śmierci
nastąpił okres manifestacyjnej żałoby; towarzyszył jej niepokój o losy
kraju. Następcą zmarłego został syn Wielkiego Przywódcy, Kim Dzong Il,
lecz wszyscy odczuwali straszliwą pustkę pozostawioną przez Kim Ir Sena.
Matka przywiązała mnie do pleców i dołączyła do tysięcy żałobników,
którzy w okresie oficjalnej żałoby codziennie gromadzili się na placu
przed pomnikiem Kim Ir Sena w Hiesan, by płakać i lamentować z powodu
śmierci Ukochanego Przywódcy. Zostawiali przed pomnikiem kwiaty i czarki
z wódką ryżową na znak smutku i czci dla zmarłego.
W tamtym czasie odwiedził nas stryj Yong Soo, jeden z krewnych ojca z północno-wschodnich Chin, gdzie mieszka wielu Koreańczyków. Jako
cudzoziemiec nie okazywał należytej czci Wielkiemu Przywódcy i kiedy
matka wróciła spod pomnika, opowiedział jej niedawno usłyszaną historię.
Władze w Pjongjangu ogłosiły, że Kim Ir Sen zmarł na atak serca, ale
według Yong Soo jeden z jego chińskich przyjaciół słyszał od
północnokoreańskiego policjanta, że to nieprawda. Jak twierdził,
prawdziwą przyczyną śmierci była hwa-byung - oznacza to w przybliżeniu
"chorobę wywołaną przez stres psychiczny lub emocjonalny" i jest
pospolitym określeniem stosowanym w Korei Północnej i Południowej. Yong
Soo słyszał, że doszło do rozbieżności poglądów między Kim Ir Senem a Kim Dzong Ilem na temat planów starszego Kima, by rozpocząć negocjacje z Koreą Południową...
- Przestań! - przerwała matka. - Nie mów ani słowa więcej! - To, że
stryj ośmielił się opowiadać plotki o naszych przywódcach, zdenerwowało
ją do tego stopnia, iż zachowała się niegrzecznie wobec gościa i kazała
mu milczeć.
Następnego dnia, gdy poszła z przyjaciółką pod pomnik, by znowu złożyć
pod nim kwiaty, zauważyły, że ktoś zniszczył część darów.
- Ach, na świecie są tacy źli ludzie! - zauważyła przyjaciółka.
- Masz rację! - potwierdziła matka. - Nie uwierzyłabyś, jakie ohydne
plotki rozpuszczają nasi wrogowie. - Później opowiedziała przyjaciółce o kłamstwach, które usłyszała.
Następnego dnia, kiedy przechodziła przez Most Obłoków, zauważyła
oficjalnie wyglądający samochód zaparkowany w zaułku poniżej naszego
domu. Stała wokół niego liczna grupa mężczyzn. Natychmiast zrozumiała,
że wkrótce stanie się coś strasznego.
Przybysze byli cywilnymi agentami budzącej grozę bo-wi-bu, czyli
Narodowej Agencji Bezpieczeństwa, która kieruje obozami dla więźniów
politycznych i prowadzi śledztwa w sprawach działalności antypaństwowej.
Wszyscy wiedzieli, że funkcjonariusze bo-wi-bu mogą zabrać człowieka,
a potem ginie po nim wszelki ślad. Co gorsza, nie pochodzili z Hiesan;
wysłano ich z centrali w Pjongjangu.
Agent dowodzący grupą czekał na matkę pod naszymi drzwiami i zaprowadził
ją do domu sąsiada, który wypożyczył go funkcjonariuszom na całe
popołudnie. Oboje usiedli i agent spojrzał na nią oczami
przypominającymi czarne szkiełka.
- Wiesz, dlaczego tu jestem? - spytał.
- Tak, wiem - odpowiedziała matka.
- Gdzie słyszałaś tę plotkę?
Wyjaśniła, że opowiedział ją stryj męża pochodzący z Chin, który z kolei
słyszał ją od przyjaciela.
- Co o tym myślisz? - spytał agent.
- To okropne, złe kłamstwo! - odparła szczerze matka. - Rozpuszczają je
nasi wrogowie, którzy próbują zniszczyć największy naród na świecie!
- Jaki błąd popełniłaś, jak sądzisz? - spytał beznamiętnie.
- Powinnam była to zgłosić organizacji partyjnej, towarzyszu. Źle
postąpiłam, mówiąc o tym prywatnej osobie.
- Nie. Mylisz się - odrzekł. - Nigdy nie powinnaś wypowiedzieć tych
słów.
Matka była pewna, że czeka ją śmierć. Powtarzała, że bardzo żałuje, i błagała, by darował jej życie przez wzgląd na dwoje małych dzieci.
Prosiła, aż zmęczyły jej się ręce, jak mówimy w Korei.
- Nie wolno ci nigdy o tym wspominać - powiedział w końcu agent ostrym
głosem, który sprawił, że matka poczuła lodowaty chłód. - Ani
przyjaciółkom, ani mężowi, ani dzieciom. Rozumiesz, co się stanie, jeśli
to zrobisz?
Matka rozumiała. Bardzo dobrze.
Później przesłuchał stryja Yong Soo, który nerwowo czekał z rodziną w naszym domu. Matka uważa, że jej nie ukarano, bo Yong Soo potwierdził,
iż bardzo się rozgniewała, gdy powtórzył plotkę.
Po zakończeniu przesłuchań agenci odjechali samochodem. Stryj wrócił do
Chin. Kiedy ojciec spytał matkę, czego chciała od niej tajna policja,
powiedziała, że nie może o tym rozmawiać, i nigdy więcej nie wspominała
o całej sprawie. Ojciec umarł, nie zdając sobie sprawy, jak blisko
katastrofy wówczas się znaleźliśmy.
Wiele lat później, gdy matka opowiadała mi tę historię, w końcu
zrozumiałam, dlaczego wysyłając mnie do szkoły, nigdy nie mówiła:
"Powodzenia!", czy nawet: "Strzeż się nieznajomych", lecz zawsze
powtarzała: "Uważaj, co mówisz".
W większości krajów matki zachęcają dzieci, by zadawały jak najwięcej
pytań, ale nie w Korei Północnej. Kiedy byłam dostatecznie duża, by coś
rozumieć, matka ostrzegła mnie, że muszę uważać, co mówię.
- Pamiętaj, Yeonmi-ya, nawet gdy myślisz, że jesteś sama, ptaki i myszy
słyszą twoje szepty - powiedziała łagodnie.
Nie chciała mnie przestraszyć, ale poczułam w sercu trwogę. Spojrzałam w mrok.
Rozdział drugi
Niebezpieczna historia
Myślę, że gdyby mój ojciec urodził się w Korei Południowej albo Stanach Zjednoczonych, zostałby milionerem. Ale
przyszedł na świat w Korei Północnej, gdzie liczą się tylko koneksje
rodzinne i lojalność wobec partii, a ciężka praca nie zapewnia żadnych
korzyści i jest ciągłą walką o przetrwanie.
Park Jin Sik urodził się 4 marca 1962 roku w Hamhyng, mieście portowym i ośrodku przemysłu, w rodzinie wojskowego o dobrych koneksjach
politycznych. Powinno mu to zapewnić znakomity start życiowy, ponieważ w Korei Północnej perspektywy każdego człowieka zależą od przynależności
do jednej z kast, tak zwanego songbunu. Kiedy Kim Ir Sen zdobył władzę
po drugiej wojnie światowej, zniszczył tradycyjny system feudalny, w którym społeczeństwo dzieliło się na właścicieli ziemskich i chłopów,
szlachtę i lud, duchownych i uczonych. Kazał badać pochodzenie
wszystkich obywateli, zebrać informacje o ich przodkach na kilka pokoleń
wstecz. W systemie opartym na songbunie każdy człowiek należy do trzech
głównych kast o różnym stopniu lojalności wobec reżimu.
Najwyższe miejsce w hierarchii zajmuje tak zwany twardy rdzeń, klasa
złożona z zasłużonych rewolucjonistów - chłopów, weteranów wojennych lub
krewnych ludzi, którzy walczyli bądź oddali życie za Koreę Północną -
oraz osób o sprawdzonej lojalności wobec rodziny Kima. Tworzą oni aparat
utrzymujący reżim przy władzy. Druga kasta, nazywana "podstawową",
składa się z warstw społecznych uznanych za chwiejne: byłych mieszkańców
Południa bądź ludzi mających tam rodziny, dawnych kupców,
intelektualistów lub zwykłych ludzi, którzy nie mogą liczyć na pełne
zaufanie nowych władz. W końcu najniższą klasą są "wrogowie": dawni
właściciele ziemscy i ich potomstwo, kapitaliści, byli żołnierze
południowokoreańscy, chrześcijanie i wyznawcy innych religii, rodziny
więźniów politycznych i inne osoby uznawane za wrogów państwa.
Bardzo trudno awansować do wyższej kasty, ale niezwykle łatwo spaść, bez
własnej winy, na najniższy poziom. Jak przekonał się mój ojciec i jego
rodzina, po utracie statusu związanego z songbunem traci się wszystko,
co się osiągnęło.
Ojciec mojego ojca, Park Chang Gyu,
wychował się na wsi w pobliżu Hiesan, gdy Korea była japońską kolonią.
Naród koreański istnieje od przeszło czterech tysięcy lat i w tym czasie
przechodził różne koleje losu. Według legendy historia Korei rozpoczyna
się w 2333 roku przed naszą erą, od królestwa Joseon, co oznacza "Krainę
Poranka". Mimo poetyckiej nazwy w mojej ojczyźnie rzadko panował pokój.
Półwysep Koreański leży w miejscu, gdzie ścierają się wpływy wielkich
imperiów i w ciągu wieków królowie Korei musieli odpierać najeźdźców z Mandżurii, Mongolii i innych krajów. Później, na początku dwudziestego
wieku, posługując się groźbami i dyplomacją, Koreę powoli wchłonęło
rozszerzające się imperium japońskie, aż w końcu w 1910 roku
zaanektowało cały kraj. Było to dwa lata przed urodzeniem się pierwszego
przywódcy Korei Północnej, Kim Ir Sena, i jedenaście lat przed
narodzinami mojego dziadka Parka.
Japończycy byli despotycznymi kolonialistami próbującymi zniszczyć
koreańską kulturę i zmienić nas w obywateli drugiej kategorii na naszej
własnej ziemi. Zabronili używania języka koreańskiego, przejęli
gospodarstwa rolne i przedsiębiorstwa przemysłowe. Doprowadziło to do
aktów oporu przeciwko ich rządom, które okupanci brutalnie stłumili.
Rodzice Kim Ir Sena, podobnie jak wielu innych Koreańczyków, uciekli
przez północną granicę do Mandżurii, wchodzącej wówczas w skład imperium
chińskiego. Kiedy na początku lat trzydziestych Japończycy opanowali
również Mandżurię, nasz przyszły Wielki Przywódca wstąpił do oddziału
partyzanckiego walczącego z japońskimi okupantami. Ale na początku
drugiej wojny światowej zaciągnął się do armii sowieckiej i (jak się
później dowiedziałam) spędził wojnę w bazie wojskowej z dala od terenu
walk, choć północnokoreańska propaganda głosi coś przeciwnego,
przypisując mu główny udział w pokonaniu Japończyków.
Na początku drugiej wojny światowej dziadek Park pracował w wydziale
finansowym japońskiego zarządu miasta Hiesan. Poznał tam swoją przyszłą
żonę, Jung Hye Soon, która również pracowała w ratuszu. Była sierotą
wychowaną przez ciotkę i przed poznaniem dziadka miała bardzo trudne
życie. Ich związek był nietypowy, bo w odróżnieniu od wielu koreańskich
małżeństw, aranżowanych przez rodziny, moi dziadkowie znali się i lubili
przed ślubem.
Dziadek pracował w administracji w czasie całej drugiej wojny światowej.
Po kapitulacji Japonii 15 sierpnia 1945 roku do północnej części Korei
wkroczyła armia sowiecka, a wojska amerykańskie opanowały Południe - co
zapoczątkowało cierpienia mojego kraju trwające przeszło siedemdziesiąt
lat. Wzdłuż 38. równoleżnika arbitralnie nakreślono linię dzielącą kraj
na dwie strefy administracyjne: Koreę Północną i Południową. Amerykanie
przywieźli samolotem do Seulu antykomunistycznego emigranta o nazwisku
Syng-man Li, który stanął na czele Republiki Koreańskiej, obejmując
funkcję prezydenta. Na Północy przywódcą Koreańskiej Republiki
Ludowo-Demokratycznej, czyli KRLD, został Kim Ir Sen, w owym czasie
major wojsk sowieckich.
Sowieci szybko powołali do armii wszystkich mężczyzn zdolnych do służby,
by stworzyć północnokoreańskie siły zbrojne. Mój dziadek przestał
pracować w ratuszu i został oficerem Armii Ludowej.
W 1949 roku zarówno Stany Zjednoczone, jak i Związek Sowiecki wycofały
wojska z Korei i przekazały półwysep marionetkowym rządom. Miało to
opłakane skutki. Kim Ir Sen, stalinista i ultranacjonalistyczny
dyktator, postanowił zjednoczyć kraj i w lecie 1950 roku otrzymane od
Rosjan czołgi oraz tysiące żołnierzy zaatakowały Południe. W Korei
Północnej wmawia się ludziom, że wojnę rozpoczęli amerykańscy
imperialiści, a nasi żołnierze dzielnie walczyli, by odeprzeć obcą
inwazję. W rzeczywistości wojska amerykańskie wróciły do Korei tylko po
to, by bronić Południa - wspierane przez oficjalny kontyngent ONZ - po
czym szybko odrzuciły armię Kim Ir Sena aż nad rzekę Jalu i opanowały
prawie cały kraj. Amerykanów zatrzymały dopiero masy chińskich
żołnierzy, którzy przekroczyli granicę i dotarli aż do 38. równoleżnika.
W czasie tej bezsensownej wojny zginęły lub odniosły rany trzy miliony
Koreańczyków, miliony ludzi uciekły ze swoich domów, a większa część
kraju legła w ruinie.
W 1953 roku obie strony postanowiły zakończyć działania zbrojne, lecz
nigdy nie podpisały traktatu pokojowego. Do dziś dnia jesteśmy
oficjalnie w stanie wojny, a rządy zarówno Korei Północnej, jak i Korei
Południowej uważają się za jedynych legalnych przedstawicieli całej
Korei.
W czasie wojny koreańskiej dziadek Park
pełnił funkcję oficera finansowego i nie oddał ani jednego strzału. Po
podpisaniu rozejmu pozostał w wojsku i przenosił się wraz z rodziną z bazy do bazy. Stacjonował w Hamhyng, około trzystu kilometrów od Hiesan,
gdy urodził się mój ojciec - czwarty z piątki dzieci i najmłodszy syn.
Później, kiedy dziadek przeszedł w stan spoczynku, władze osiedliły go
wraz z rodziną w Hiesan. Służba oficerska i przynależność do rządzącej
Koreańskiej Partii Pracy dawały mu dobry songbun, toteż otrzymał pracę
jako kierownik finansowy sklepu zaopatrującego rodziny wojskowych. Przez
pewien czas, gdy gospodarka Korei Północnej szybko się rozwijała, mojej
rodzinie powodziło się względnie dobrze.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Chiny i Związek Sowiecki
wspomagały finansowo Koreę Północną, by pomóc w jej odbudowie. W górach
Północy znajdują się pokłady węgla i rud; zawsze była to bogatsza,
bardziej uprzemysłowiona część kraju. Odrodziła się szybciej niż
Południe, które miało charakter bardziej rolniczy i wolniej
przezwyciężało skutki wojny. Ale sytuacja zmieniła się w latach
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy Korea Południowa stała się
krajem przemysłowym, a sowiecki system gospodarczy Korei Północnej
zaczął się załamywać. W kraju obowiązywało centralne planowanie i cała
produkcja przemysłowa była kontrolowana przez państwo. Nie istniała
własność prywatna - przynajmniej oficjalnie - a wszystkie gospodarstwa
rolne skolektywizowano, chociaż ludzie mogli hodować trochę warzyw i sprzedawać je na ściśle nadzorowanych targowiskach. Władze zapewniały
wszystkim pracę, płaciły pensje, racjonowały większość artykułów
spożywczych i przemysłowych.
Kiedy moi rodzice dorastali, system dystrybucji był w dalszym ciągu
subsydiowany przez Związek Sowiecki i Chiny, toteż niewielu ludzi
głodowało. Jednak naprawdę dobrze powodziło się tylko elicie. Z drugiej
strony w wielu dziedzinach podaż nie zaspokajała popytu: brakowało
importowanej odzieży, elektroniki i zagranicznej żywności. Chociaż
uprzywilejowane warstwy społeczeństwa mogły kupić wiele z tych towarów w specjalnych sklepach prowadzonych przez państwo, ceny były zbyt wysokie
dla przeciętnych ludzi. Zwykły człowiek, który chciałby zdobyć
zagraniczne papierosy, alkohol lub japońskie torebki, musiał je kupować
na czarnym rynku. Towary te najczęściej docierały z północy, z Chin.
Mojego ojca powołano do wojska około 1980
roku, gdy dobiegał dwudziestego roku życia. Podobnie jak większość
młodych Koreańczyków z klasy średniej lub wyższej, musiał służyć w armii
przez dziesięć lat, choć dzięki odpowiednim koneksjom można było skrócić
ten okres do zaledwie dwóch. Jednak niespełna rok po powołaniu do wojska
ojciec ciężko zachorował: nabawił się zapalenia wyrostka robaczkowego,
który pękł. Przeszedł cztery lub pięć operacji z powodu komplikacji
wywołanych zakażeniem, po czym jego kariera wojskowa definitywnie się
skończyła. Mogło to mieć katastrofalne skutki, bo Koreańczycy z Północy,
którzy nie odbyli służby wojskowej, zwykle nie mogą liczyć na dobrą
pracę. Kiedy wrócił do Hiesan i nie miał czym się zająć, dziadek
podsunął mu pomysł podjęcia studiów w zakresie finansów. Ojcu udało się
dostać na trzyletnie studia w szkole ekonomicznej w Hiesan. Reszcie
rodziny również się powiodło. Park Jin, starszy brat ojca, uczęszczał do
szkoły medycznej w Hiesan, a najstarszy brat, Park Dong Il, pracował
jako nauczyciel w szkole średniej w Hamhyng. Starsza siostra wyszła za
mąż i wyjechała do Pjongjangu, gdzie pracowała jako kelnerka, a młodsza
chodziła do szkoły w Hiesan.
Jednak w 1980 roku doszło do katastrofy. Park Dong Ila oskarżono o zgwałcenie jednej z uczennic i próbę zabójstwa żony. Nigdy nie poznałam
szczegółów tamtych wydarzeń i nie wiem, czy zarzuty były prawdziwe, lecz
brata ojca skazano na dwadzieścia lat ciężkich robót. Uniknął egzekucji
tylko dzięki koneksjom dziadka Parka. Przestępców kryminalnych często
zwalnia się z obozów przed śmiercią, by oszczędzić władzom konieczności
odsyłania zwłok do domu. Po odbyciu dwunastu lat kary Dong Il został
zwolniony z przyczyn zdrowotnych i wrócił do Hiesan. Żaden z członków
rodziny nigdy nie wspominał o jego przeszłości. Zapamiętałam go jako
drobnego, milczącego mężczyznę; zawsze był dla mnie dobry. Umarł, gdy
byłam małą dziewczynką.
W Korei Północnej istnieje zasada, że jeśli jeden z członków rodziny
popełni poważne przestępstwo, wszyscy jego krewni są uważani za
kryminalistów. Mój ojciec i jego rodzina nagle stracili korzystny status
społeczny i polityczny.
Trzy główne kasty songbun dzielą się na przeszło pięćdziesiąt podgrup,
a władze monitorują i nieustannie zmieniają status każdego dorosłego.
Dzięki sieci donosicieli w miejscu zamieszkania i inwigilacji przez
policję władze mają szczegółowe informacje o każdym obywatelu i jego
rodzinie. Wszystkie te dane są przechowywane w biurach miejscowej
administracji i wielkich krajowych organizacji politycznych;
wykorzystuje się je, by określić, gdzie dana osoba może mieszkać, gdzie
chodzić do szkoły, gdzie pracować. Ludzie o wysokim songbunie mogą
wstąpić do rządzącej Koreańskiej Partii Pracy. Pozwala to podjąć studia
na dobrym uniwersytecie i dostać dobrą pracę. Mając zły songbun, można
skończyć w kołchozie i do końca życia harować na polach ryżowych. I umrzeć z głodu w razie kiepskich zbiorów.
Po skazaniu najstarszego syna za próbę zabójstwa nic nie mogło uratować
kariery dziadka Parka. Wkrótce po wysłaniu Dong Ila do obozu zwolniono
dziadka z pracy w sklepie dla rodzin wojskowych, nie podając żadnych
oficjalnych przyczyn. Na szczęście młodsi synowie mniej ucierpieli
wskutek skandalu i zdołali skończyć studia. Mój stryj Park Jin uzyskał
dyplom lekarza i został profesorem Uniwersytetu Medycznego w Hiesan, a później dyrektorem pomaturalnej szkoły medycznej. Był znakomitym
studentem i zręcznym graczem politycznym, więc zdołał odnieść sukces
mimo problemów rodziny. Ojciec uzyskał dyplom w zakresie planowania
gospodarczego i rozpoczął pracę w biurze finansowym władz lokalnych w Hiesan. Ale zaledwie po roku przeprowadzono reorganizację miejscowej
administracji i stracił posadę. Zły songbun wreszcie go dopadł.
Ojciec zrozumiał, że nie ma przyszłości, jeśli nie wstąpi do Koreańskiej
Partii Pracy. Postanowił zostać robotnikiem w miejscowej odlewni, gdzie,
ciężko pracując, mógłby dowieść swojej lojalności wobec reżimu. Zdołał
nawiązać dobre stosunki z wpływowymi ludźmi w swoim zakładzie pracy, w tym z szefem miejscowej organizacji partyjnej. Wkrótce został przyjęty.
W owym czasie ojciec zaczął się zajmować prowadzeniem interesów, by
zarobić dodatkowe pieniądze. Wymagało to odwagi, ponieważ prowadzenie
handlu poza kontrolą państwa było nielegalne. Ale ojciec odznaczał się
nietypowymi cechami: miał w sobie wrodzonego ducha przedsiębiorczości i coś, co można nazwać zdrową pogardą dla zakazów. Szczęśliwie żył we
właściwym czasie i we właściwej części kraju, więc jego interesy
rozkwitały. Przynajmniej przez pewien czas.
Hiesan miało długie tradycje przygranicznego handlu z Chinami. Na
miejscowym czarnym rynku, niewielkim, lecz sprawnie działającym, można
było kupić wszystko, od suszonych ryb po elektronikę. W latach
osiemdziesiątych kobietom pozwolono sprzedawać żywność i wyroby
rękodzielnicze na prowizorycznych targach, ale prawdziwym czarnorynkowym
handlem zajmowali się wyspecjalizowani zawodowcy. Mój ojciec dołączył do
nielicznej, lecz rosnącej grupy czarnorynkowych handlarzy potrafiących
wykorzystywać luki w upaństwowionej gospodarce. Zaczął od drobnej
spekulacji. Odkrył, że na czarnym rynku w Hiesan karton najwyższej
jakości papierosów kosztuje od siedemdziesięciu do stu wonów, w głębi
Korei Północnej zaś każdy pojedynczy papieros można sprzedać za siedem
do dziesięciu wonów. W owym czasie kilogram ryżu kosztował dwadzieścia
dwa wony, z czego wynika, że papierosy były bardzo drogie.
Władze ograniczyły możliwość podróżowania po Korei Północnej i wyjazd z Hiesan wymagał załatwienia wielu biurokratycznych formalności. Na
początku ojciec musiał uzyskać zezwolenie na nieobecność w fabryce, w której pracował. Przekupywał lekarza, by wypisał mu zwolnienie, po czym
mówił kierownikowi, że musi na kilka dni wyjechać z miasta na leczenie.
Kierownik wydawał mu zaświadczenie. Później ojciec szedł na policję i za
łapówkę otrzymywał zezwolenie na podróż.
Jeździł pociągiem do niewielkich miast, gdzie nie istniał rozwinięty
czarny rynek. Ukrywał papierosy w torbach, na ciele, w każdej kieszeni.
Bez przerwy się przemieszczał, by nie namierzyła go policja, stale
szukająca kontrabandy. Czasem policjanci odkrywali papierosy albo
zmuszali go do oddania pieniędzy, grożąc mu metalowym prętem. Wtedy
przekonywał ich, że puszczenie go wolno, by coś zarobił, leży w ich
obopólnym interesie, bo po powrocie zrewanżuje im się papierosami.
Często się zgadzali. Miał wrodzony talent do handlu.
Chociaż wiedziałam, że wolałby prowadzić bezpieczniejsze, bardziej
konwencjonalne życie jako wysoki urzędnik państwowy, los sprawił, że
stało się inaczej. W każdym innym kraju ojciec zostałby biznesmenem. Ale
nie w Korei Północnej. Był to po prostu sposób, by przeżyć. I uczynił go
przestępcą.
Rozdział trzeci
Jaskółki i sroki
Ojciec zaczął od handlu papierosami,
szybko jednak zajął się również chińskimi ubraniami, na które był wielki
popyt. Latem 1989 roku pojechał do Kowon, niewielkiego miasta w pobliżu
wschodniego wybrzeża Korei Północnej, by sprzedać swoje towary, i tam
odwiedził przyjaciela Byeon Min Sika, innego ambitnego młodego człowieka
poznanego w Hiesan. I tam właśnie poznał młodszą siostrę przyjaciela,
Keum Sook. Moją matkę.
Była cztery lata młodsza od ojca i miała równie niski songbun, także
nie ze swojej winy. Jej ojciec musiał się zmagać z przeciwnościami, bo
miał brata w więzieniu, a matka uchodziła za podejrzaną, ponieważ jej
dziadek ze strony ojca posiadał ziemię w czasie, gdy Korea była japońską
kolonią. Piętno przetrwało trzy pokolenia i kiedy moja matka przyszła na
świat w 1966 roku, automatycznie uznano ją za "wroga klasowego", który
nie mógł liczyć na przywileje należne elicie.
Ojciec matki, Byeon Ung Pook, pochodził z północnej części prowincji
Hamgiong w najdalszej północnej części Korei. Jego rodzina nie była zbyt
bogata, ale posiadała dość ziemi, by zostać uznana za posiadaczy
ziemskich. W 1931 roku, gdy urodził się mój dziadek Byeon, rodzina
zubożała. W tym samym roku Japończycy postanowili rozszerzyć swoje
imperium, najeżdżając i okupując trzy chińskie prowincje tworzące
Mandżurię, na północ od granicy z Koreą.
W 1933 roku, gdy mój dziadek Byeon miał dwa lata, cała rodzina
przeprowadziła się do Hunchun w Chinach, naprzeciwko Hamgiong nad rzeką
Tumen. W chwili wybuchu drugiej wojny światowej chodził do szkoły, ale
pod koniec konfliktu trafił do wojska. Matka nie wiedziała, w której
armii służył, bo dziadek nigdy o tym nie mówił.
Po zakończeniu wojny pozostał w Chinach, lecz często odwiedzał Koreę
Północną. W 1949 roku, tuż przed wybuchem wojny koreańskiej w 1950 roku,
przyjechał do Onsong, miasta pogranicznego, gdzie jego ojciec miał
kiedyś ziemię. Spotkał tam grupę ludzi jadących do Związku Sowieckiego
pracować przy wyrębie lasów. Zjadł z nimi suto zakrapianą kolację. W końcu ich opuścił i ruszył pieszo do zajazdu, w którym się zatrzymał,
ale był tak pijany, że położył się na torach kolejowych i zasnął.
Obudził się następnego dnia w szpitalu w Onsong bez ręki i nogi, nie
mając pojęcia, jak się tam znalazł. Powiedziano mu, że gdy spał,
przejechał go pociąg i że przeżył tylko dzięki dróżnikowi, który go
znalazł i odtransportował do lekarza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki