Przezroczyste - Edyta Świętek

Kup ebooka

39.90 zł
32.72 zł (32,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Nigdy nie poj­mę, jak to mo­żli­we, że da­łeś się tak omo­tać! Mia­łeś przed sobą świe­tla­ną przy­szło­ść, wy­star­czy­ło tyl­ko sko­ńczyć stu­dia, a po­sa­da ana­li­ty­ka fi­nan­so­we­go u wuja Ma­te­usza była pew­na jak w ban­ku! A ty co? Po­zwo­li­łeś so­bie na po­dwój­ną wpad­kę! Dziec­ko rok po roku? Li­to­ści! - grzmia­ła Ka­ta­rzy­na Wi­dłak.

Dwie mi­nu­ty wcze­śniej syn po­twier­dził jej przy­pusz­cze­nia: smar­ku­la, któ­ra nie­daw­no zła­pa­ła go na brzuch, zno­wu była w ci­ąży.

- Prze­cież stu­diu­ję - od­pa­rł skru­szo­ny mło­dy mężczy­zna. - Wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem.

- Nie! Bo o ile z jed­nym dziec­kiem od bie­dy mo­żna so­bie po­ra­dzić, o tyle dwój­ka dro­bia­zgu to zde­cy­do­wa­nie za dużo w tym mo­men­cie. Pa­try­cja jesz­cze dłu­go będzie wy­ma­ga­ła nia­ńcze­nia, a ty fun­du­jesz so­bie dru­gie nie­mow­lę? Nie ro­zu­miem, ja­kim cu­dem ko­bie­ta ży­jąca w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku do­pusz­cza do cze­goś ta­kie­go - uty­ski­wa­ła mat­ka, pod­czas gdy Ka­rol, ni­czym uczniak, sie­dział z po­chy­lo­ną gło­wą i zwie­szo­ny­mi ra­mio­na­mi. Nie miał siły do obro­ny, w star­ciu z ro­dzi­ciel­ką za­wsze był na stra­co­nej po­zy­cji.

- Po­ra­dzi­my so­bie - bąk­nął.

- Tak, ja­sne! Po­my­śla­łeś w ogó­le o tym, że Syl­wia nie­ba­wem zno­wu sta­nie się ci­ężka i nie­mra­wa jak kro­wa? Kto się wte­dy zaj­mie Pa­try­cją? Kto zmie­ni pie­lu­chy, do­pil­nu­je, by nie na­bi­ła so­bie guza pod­czas racz­ko­wa­nia, na­uczy ją cho­dzić? Kto będzie do niej wsta­wał no­ca­mi? Komu przy­pad­nie w udzia­le pie­lęgna­cja ma­łej w cho­ro­bach i no­sze­nie na jej rękach pod­czas ząb­ko­wa­nia? No prze­cież, że nie tej nie­doj­dzie! Co trze­ba mieć w dur­nej łe­pe­ty­nie, by za­cho­dzić w ci­ążę tuż po uro­dze­niu jed­ne­go dziec­ka? Ta ofia­ra losu na za­wsze po­zo­sta­nie dla cie­bie ci­ęża­rem. Ani nie sko­ńczy stu­diów, ani nie osi­ągnie ni­cze­go. Za­wi­ąza­ła ci świat! A mo­gło być tak pi­ęk­nie! Też so­bie wy­szu­ka­łeś uko­cha­ną!

- Mamo... Pro­szę... To moja żona.

- Pff! Żona. Kula u nogi! Je­stem pew­na, że całe ży­cie prze­ha­ru­jesz jak wół, a ona utknie w domu, żeby rok w rok ro­dzić ba­cho­ry! Zła­pa­ła cię, cwa­nia­ra, bo wy­kal­ku­lo­wa­ła so­bie, że u two­je­go boku cze­ka ją wiecz­na wy­go­da i bez­tro­ska. A ty, jak głu­pek, ja­dłeś jej z ręki!

W po­ko­ju obok, sku­lo­na w fo­te­lu, sie­dzia­ła głów­na spraw­czy­ni nie­szczęść Ka­ro­la, ły­ka­jąc gorz­kie łzy. Sły­sza­ła nie­ma­lże ka­żde sło­wo te­ścio­wej i nie po­tra­fi­ła wy­zbyć się nie­przy­jem­ne­go uczu­cia, że Ka­ta­rzy­na ma ra­cję: fak­tycz­nie na­roz­ra­bia­ła i po­krzy­żo­wa­ła pla­ny ży­cio­we uko­cha­ne­go mężczy­zny. Mia­ło być jak w baj­ce, a wy­szło tak, jak wy­szło. W jed­nym tyl­ko te­ścio­wa się my­li­ła - Syl­wia na­wet przez mo­ment nie dzia­ła­ła z pre­me­dy­ta­cją.

Udo­wod­nię jędzy, że błęd­nie mnie oce­nia - po­my­śla­ła, ocie­ra­jąc mo­kre po­licz­ki. Po­ra­dzę so­bie bez ni­czy­jej ła­ski. Sta­nę na rzęsach, by Ka­rol mógł sko­ńczyć stu­dia i pó­jść do wy­ma­rzo­nej pra­cy. A jak już od­cho­wam dzie­ci, też będę się uczyć, cho­ćby za­ocz­nie. Mu­szę tyl­ko uwa­żać, by nie do­pu­ścić do trze­ciej wpad­ki, bo wte­dy ta har­pia nie da mi żyć.

Ko­cha­ła Ka­ro­la. Dla nie­go go­to­wa była na naj­wi­ęk­sze wy­rze­cze­nia. Wie­rzy­ła, że kie­dyś ode­śpi ka­żdą nie­prze­spa­ną noc i od­pocz­nie, ale na ra­zie musi się wzi­ąć w ga­rść.

Może jak już prze­pro­wa­dzą się z mężem na swo­je, będzie jej choć tro­chę ła­twiej? Po pierw­sze: umknie spod ku­ra­te­li te­ścio­wej, któ­ra oka­za­ła się oso­bą nie mniej su­ro­wą i wy­ma­ga­jącą niż Piotr Sto­kło­sa, oj­ciec Syl­wii. Po dru­gie: Ka­rol, uwol­nio­ny od obo­wi­ąz­ków zwi­ąza­nych ze stu­dio­wa­niem, na pew­no za­cznie po­ma­gać w obo­wi­ąz­kach do­mo­wych. Te­raz na­wet nie śmia­ła męża o to pro­sić, aby nie od­ry­wać go od pod­ręcz­ni­ków. Nie pró­bo­wa­ła na nie­go wpły­nąć, by przy­naj­mniej raz wzi­ął Pa­try­cję na ręce, i ak­cep­to­wa­ła wy­tłu­ma­cze­nie mężczy­zny oba­wia­jące­go się, że nie­chcący mó­głby zro­bić krzyw­dę ma­le­ństwu.

Tak, po­świ­ęci się dla Ka­ro­la. Dwa lata ma­gi­ster­ki po­win­ny szyb­ko zle­cieć, a po­tem to ona po­my­śli o re­ali­za­cji swo­ich pla­nów. Kto wie? Może na­wet po­szczęści jej się na tyle, by mo­gła urze­czy­wist­nić ma­rze­nie o ka­rie­rze ak­tor­skiej?

Roz­dział 1 Ach, ro­dzi­na!

Listopad

Syl­wia Wi­dłak sta­ła przed lu­strem, nie przy­gląda­jąc się so­bie zbyt wni­kli­wie. Usi­ło­wa­ła nie zwra­cać uwa­gi na co­raz licz­niej­sze zmarszcz­ki i pierw­sze siwe wło­sy, choć te oczy­wi­ście przy­ci­ąga­ły wzrok. Parę ty­go­dni temu uko­ńczy­ła trzy­dzie­ści sie­dem lat. Czas nie ob­sze­dł się z nią ani do­brze, ani źle. Ni­czym się nie ró­żni­ła od swych ró­wie­śnic. W kąci­kach jej oczu ry­so­wa­ły się ku­rze łap­ki, pod­bró­dek suk­ce­syw­nie tra­cił jędr­no­ść, po­dob­nie jak skó­ra na ca­łym cie­le. De­kolt też nie wy­glądał tak po­nęt­nie jak nie­gdyś. Pew­ne­go dnia w po­pu­lar­nym ko­bie­cym pi­sem­ku Syl­wia prze­czy­ta­ła, że zmarszcz­ki na szyi na­zy­wa­ją się na­szyj­ni­ka­mi Kle­opa­try czy ja­koś tak. I ka­żda z nich ozna­cza ko­lej­ną prze­ży­tą de­ka­dę. W grun­cie rze­czy zga­dza­ło­by się to ze sta­nem fak­tycz­nym, gdyż wy­ra­źnie wi­dać było trzy li­nie i po­wsta­jącą czwar­tą, któ­ra z ka­żdym dniem sta­wa­ła się co­raz wi­docz­niej­sza.

Nie­praw­do­po­dob­ne, jak szyb­ko mija uro­da - wes­tchnęła ci­ężko Syl­wia. Kie­dyś była pi­ęk­ną dziew­czy­ną. Nie­zau­wa­żal­nie sta­ła się zu­pe­łnie prze­ci­ęt­ną pa­nią w śred­nim wie­ku. Mój Boże... Jak to okrop­nie brzmi: "pani w śred­nim wie­ku" lub "ko­bie­ta doj­rza­ła".

Jesz­cze nie tak daw­no sądzi­ła, że może wszyst­ko. Mężczy­źni ogląda­li się za nią na uli­cy, gwiz­da­li prze­ci­ągle - na­wet po tym, jak uro­dzi­ła dwój­kę dzie­ci. Ni­g­dy jed­nak nie wy­ko­rzy­sty­wa­ła atu­tów swe­go wy­glądu, wio­dąc ży­wot ca­łko­wi­cie prze­ci­ęt­nej ko­bie­ty: mat­ki, żony, go­spo­dy­ni do­mo­wej, sprze­daw­czy­ni w skle­pie z tek­sty­lia­mi.

A może, póki jesz­cze była na to nie naj­gor­sza pora, na­le­ża­ło po­pró­bo­wać szczęścia cho­ćby w po­pu­lar­nych ostat­nio se­ria­lach pa­ra­do­ku­men­tal­nych?

Jako dziew­czyn­ka ma­rzy­ła o ka­rie­rze ar­ty­stycz­nej. Wi­dzia­ła się na sce­nie od­gry­wa­jącą role Des­de­mo­ny, Ofe­lii czy ro­dzi­mej Anie­li bądź Kla­ry ze Ślu­bów pa­nie­ńskich. Te­raz na zro­bie­nie praw­dzi­wej pro­fe­sjo­nal­nej ka­rie­ry było zde­cy­do­wa­nie za pó­źno. Zresz­tą ostat­nio Wi­dła­ko­wa czu­ła się ca­łko­wi­cie bez­barw­na, jak w tej pio­sen­ce Sa­nah, któ­rą często nu­ci­ły jej cór­ki: "Ja prze­zro­czy­sta, nie wi­dzisz mnie1".

1 Frag­ment pio­sen­ki Cząst­ka z re­per­tu­aru Sa­nah. Sło­wa: Sa­nah (Zu­zan­na Ire­na Jur­czak), mu­zy­ka: Ja­kub Ga­li­ński, Sa­nah.

Co gor­sza, jej mąż, Ka­rol, do­brnął do wie­ku, w któ­rym pa­no­wie ocho­czo ogląda­ją się na uli­cy za znacz­nie młod­szy­mi ko­bie­ta­mi. I pew­nie, tak jak inni, też gwi­żdże za nimi prze­ci­ągle, kie­dy nie ma przy nim żony. Ona, cho­ćby wy­szła z sie­bie i sta­nęła obok, już od ład­nych paru lat nie przy­ci­ąga jego uwa­gi. Chy­ba że pod­ty­ka mu pod nos świe­ży obiad. Albo za­sła­nia te­le­wi­zor wła­śnie wte­dy, gdy leci w nim ja­kiś "me­czyk".

- Mamo! Wy­cho­dź wresz­cie z tej ła­zien­ki! - Zza drzwi do­bie­gł jęk Ka­mi­li, młod­szej la­to­ro­śli Wi­dła­ków.

Sie­dem­na­sto­lat­ka na­le­ża­ła do wy­jąt­ko­wo py­ska­tych osó­bek. Być może uwa­ża­ła, że świat kręci się wy­łącz­nie wo­kół niej, a przy­naj­mniej po­wi­nien. Re­gu­lar­nie pod­kra­da­ła mat­ce ciu­chy i ko­sme­ty­ki. A kie­dy Syl­wia usi­ło­wa­ła po­wstrzy­mać ów nie­cny pro­ce­der, cór­ka mó­wi­ła bez­czel­nie, że ona pre­zen­tu­je się w nich zde­cy­do­wa­nie cie­ka­wiej. Nie­kie­dy Wi­dła­ko­wa od­no­si­ła wra­że­nie, że stwo­rzy­ła po­two­ra. Ale tyl­ko nie­kie­dy, po­nie­waż tak wła­ści­wie za­rów­no Ka­mi­la, jak i rok star­sza Pa­try­cja były do­bry­mi dziew­czy­na­mi. A że młod­sza ak­tu­al­nie prze­cho­dzi­ła fazę "na­sto­lat­ka wie wszyst­ko naj­le­piej"? Cóż, ko­lej rze­czy.

- Właź, jak chcesz - od­pa­rła, uchy­la­jąc drzwi.

Kama mo­men­tal­nie wta­ra­ba­ni­ła się do ła­zien­ki, prze­wra­ca­jąc przy tym ocza­mi i na­rze­ka­jąc na po­ran­ny cha­os oraz go­ni­twę.

Jak ja tego nie zno­szę - po­my­śla­ła Syl­wia, za­bie­ra­jąc się do na­kła­da­nia ma­ki­ja­żu. W sztucz­nym oświe­tle­niu bez po­śpie­chu do­ko­ńczy­ła po­pra­wia­nie uro­dy. Ni­g­dy nie ma­lo­wa­ła się zbyt moc­no. Tro­chę cie­nia na po­wie­ki, czar­ne kre­ski i tusz. Po co ob­le­piać się ta­pe­tą, sko­ro mia­ła w per­spek­ty­wie spędze­nie nie­ma­lże ca­łe­go dnia w skle­pie z odzie­żą dam­ską? I tak nikt nie będzie jej oglądał. Na ogół przy­cho­dzi­ły tam same ko­bie­ty, a te za­in­te­re­so­wa­ne były wy­łącz­nie stro­ja­mi z naj­now­szych ko­lek­cji.

Cza­sem zda­rza­ło się, że ja­kaś na­dzia­na flądra przy­ho­lo­wy­wa­ła na siłę swe­go fa­ce­ta. Głów­nie po to, by ją po­dzi­wiał pod­czas przy­mie­rza­nia ko­lej­nych ciu­chów, obo­wi­ąz­ko­wo w roz­mia­rze trzy­dzie­ści sze­ść, góra trzy­dzie­ści osiem. Taki ko­leś ob­rzu­cał zwy­kle Syl­wię obo­jęt­nym spoj­rze­niem, wci­ąż zer­ka­jąc na ze­ga­rek, zie­wa­jąc z nu­dów i uda­jąc, że po­do­ba mu się ka­żda bluz­ka, su­kien­ka czy inny fa­ta­ła­szek na da­mie jego ser­ca. Przy ta­kiej oka­zji pa­da­ły za­wsze te same py­ta­nia: "Ko­cha­nie! Lep­sza będzie ja­sna czy ciem­na śliw­ka? A może wrzos? Jak my­ślisz?". Tak jak­by mężczy­źni po­tra­fi­li roz­ró­żnić te trzy ko­lo­ry! Bo­da­jże dzie­wi­ęćdzie­si­ąt dzie­wi­ęć pro­cent sam­ców wszyst­ko to na­zy­wa­ło po pro­stu fio­le­tem.

Ostat­nie po­ci­ągni­ęcie tu­szem do rzęs Syl­wia wy­ko­na­ła w samą porę, tuż przed tym, jak cór­ka z nadętą miną we­pchnęła się po­mi­ędzy nią a lu­stro. Dziew­czy­na za­częła non­sza­lanc­ko grze­bać w ko­sme­tycz­ce mat­ki.

- Nie masz wrzo­so­wych cie­ni? - Wy­dęła usta.

Wi­dła­ko­wa da­ła­by gło­wę, że to było obu­rze­nie na po­gra­ni­czu fo­cha, a nie zwy­czaj­ne py­ta­nie.

- Nie mam wrzo­so­wych cie­ni - od­po­wie­dzia­ła krót­ko. - A ty masz do­pie­ro sie­dem­na­ście lat, więc na­wet nie wy­pa­da, że­byś cho­dzi­ła wy­ma­lo­wa­na tak moc­no. Ro­zu­miem de­li­kat­ny, na­tu­ral­ny ma­ki­jaż, ale nie kłu­jącą w oczy ta­pe­tę!

- Ależ ty nie je­steś tren­dy. Fio­le­ty są cool. Za­jaw­ko­we. No naj­mod­niej­sze w tym se­zo­nie - do­da­ła w ko­ńcu po pol­sku.

- Aha... - Wi­dła­ko­wa uda­ła zro­zu­mie­nie. Ja­sne! Skąd mam wie­dzieć, że wszyst­kie od­cie­nie fio­le­tu są wła­śnie na to­pie? Prze­cież cały sklep mam za­wie­szo­ny ubra­nia­mi w ta­kich bar­wach. - Na­wia­sem mó­wi­ąc, nie po­win­naś uży­wać tylu ko­lo­ro­wych ko­sme­ty­ków. Masz ślicz­ną, zdro­wą cerę, po co ją sma­ro­wać flu­idem? Chy­ba tyl­ko po to, by po­za­ty­kać pory i na­ba­wić się trądzi­ku albo in­ne­go pa­skudz­twa. Skó­ra po­trze­bu­je od­dy­chać.

- Phi! A two­ja nie? - sark­nęła na­sto­lat­ka.

Nie wcho­dząc w dal­sze dys­ku­sje, Syl­wia opu­ści­ła cia­sną ła­zien­kę, zi­ry­to­wa­na fak­tem, że w bie­żącym se­me­strze Ka­mi­la wy­cho­dzi do szko­ły o tej sa­mej po­rze, w któ­rej ona musi szy­ko­wać się do pra­cy. Wła­ści­wie nie po­win­na ustępo­wać cór­ce. Niby pod­bie­ra­nie ko­sme­ty­ków to dro­biazg, ale ży­cie skła­da się wła­śnie z dro­bia­zgów, któ­re z bie­giem cza­su ura­sta­ją do roz­mia­rów nie­bo­tycz­nych gór. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że to wy­god­nic­two ocie­ra­jące się wręcz o tchó­rzo­stwo - od­pusz­cza­ła dla świ­ęte­go spo­ko­ju, byle nie wsz­czy­nać utar­czek. Była zde­cy­do­wa­nie zbyt mi­ęk­ka w sto­sun­ku do swych po­ciech. I być może z tego po­wo­du nie po­tra­fi­ła do­sta­tecz­nie zdy­scy­pli­no­wać Ka­mi­li, któ­ra obo­wi­ązek cho­dze­nia do szko­ły trak­to­wa­ła na­der umow­nie, a od na­uki stro­ni­ła ni­czym dia­beł od świ­ęco­nej wody.

Syl­wia wsu­nęła sto­py w bot­ki na nie­du­żym ko­tur­nie, wło­ży­ła je­sien­ny trencz. Ob­wi­ąza­ła ta­lię pa­skiem, a na­stęp­nie zer­k­nęła w duże lu­stro po­wie­szo­ne w przed­po­ko­ju. Oce­ni­ła, że jed­nak nie jest naj­go­rzej jak na "pra­wie czter­dziest­kę". Nie­wąt­pli­wym plu­sem pra­cy w bra­nży odzie­żo­wej oraz po­sia­da­nia na­sto­let­nich có­rek było po­zo­sta­wa­nie na bie­żąco z modą. Wpraw­dzie po uro­dze­niu Ka­mi­li mu­sia­ła zmie­nić roz­miar odzie­ży na czter­dzie­ści, ale za­okrąglo­ne kszta­łty re­kom­pen­so­wał dość wy­so­ki wzrost i pro­por­cjo­nal­na bu­do­wa cia­ła. Jej naj­wi­ęk­szym atu­tem były wy­jąt­ko­wo zgrab­ne nogi. A to już coś! Po­cie­sza­ła się tą my­ślą, ile­kroć na­cho­dzi­ła ją smut­na re­flek­sja, że Ka­rol daw­no temu prze­stał ją po­strze­gać jako naj­pi­ęk­niej­szą dziew­czy­nę świa­ta.

Rzut oka na ze­ga­rek przy­wró­cił ją do rze­czy­wi­sto­ści - po­win­na się po­spie­szyć, je­że­li chce zdążyć na au­to­bus. Bez dal­szej zwło­ki opu­ści­ła miesz­ka­nie i zbie­gła z pi­ętra po­nu­rą klat­ką scho­do­wą. Na dole w bra­mie za­uwa­ży­ła na­sto­let­nie­go syna sąsiad­ki. Kuba ćmił pa­pie­ro­sa. Łyp­nął na nią spode łba. Nie za­dał so­bie tru­du, by po­wie­dzieć "dzień do­bry", ale ła­ska­wie prze­pu­ścił Wi­dła­ko­wą w drzwiach. Syl­wia obu­rzy­ła się w du­chu na ten brak wy­cho­wa­nia. Chło­pak był ró­wie­śni­kiem Ka­mi­li i, o ile do­brze ko­ja­rzy­ła, na­le­żał do bli­skich zna­jo­mych cór­ki.

Co też z nie­go wy­ro­śnie? Taki smar­kacz, a już ku­rzy. Może na­wet traw­kę? - po­my­śla­ła. Po­tem zre­flek­to­wa­ła się, że ów smar­kacz ma już sie­dem­na­ście lat, więc jest czy­mś oczy­wi­stym, że stru­ga do­ro­słe­go. Choć nie lu­bi­ła szpie­go­wać swo­ich dzie­ci, po­sta­no­wi­ła, że w naj­bli­ższym cza­sie dys­kret­nie prze­trząśnie rze­czy cór­ki. Nie żeby po­dej­rze­wa­ła ją o pa­le­nie pa­pie­ro­sów... Ot tak dla spo­ko­ju su­mie­nia. Hm... Może jed­nak nie po­win­nam ro­bić tego za jej ple­ca­mi? - stwier­dzi­ła, wy­cho­dząc wprost w si­ąpi­ący deszcz i nie­przy­ja­zny ziąb.

Ach ten po­ran­ny po­śpiech! Na­wet nie wyj­rza­ła przez okno. Za­snu­te chmu­ra­mi nie­bo nie po­zo­sta­wia­ło złu­dzeń, że na­stąpi prze­ja­śnie­nie. Na chod­ni­kach zdąży­ły już po­wstać ka­łu­że. Było zbyt pó­źno, by Syl­wia mo­gła wró­cić po pa­ra­sol. Z od­da­li wi­dzia­ła au­to­bus li­nii 503 do­je­żdża­jący do przy­stan­ku "Pro­ko­cim - szpi­tal". Pu­ści­ła się bie­giem, nie zwa­ża­jąc na zim­ną wodę chla­pi­ącą spod bu­tów wprost na jej łyd­ki. Zdy­sza­na w ostat­niej chwi­li do­pa­dła drzwi i wsko­czy­ła na scho­dek prze­pe­łnio­ne­go po­jaz­du.

Mimo prze­bie­gni­ęcia kil­ku­na­stu kro­ków nie zdo­ła­ła się roz­grzać. Na szczęście kie­row­ca li­to­ści­wie włączył ogrze­wa­nie. Szy­by jed­nak moc­no za­pa­ro­wa­ły, a we­wnątrz uno­sił się za­pach wil­go­ci. Wi­dła­ko­wa zmar­z­ni­ętą dło­nią kur­czo­wo zła­pa­ła za me­ta­lo­wy uchwyt. Z po­wo­du cia­sno­ty sta­nęła w dość nie­wy­god­nej po­zy­cji, de­ner­wu­jąc się, że nie ma pe­łnej kon­tro­li nad wła­sną to­reb­ką. W ze­szłym mie­si­ącu ktoś ja­dący tą samą li­nią ukra­dł jej port­fel. Na szczęście nie mia­ła wte­dy przy so­bie dużo go­tów­ki, więc nie­wie­le stra­ci­ła. Kar­ty ban­ko­ma­to­we za­blo­ko­wa­ła, za­nim zło­dziej zdążył z nich sko­rzy­stać. Znacz­nie wi­ęk­szy kło­pot wi­ązał się z wy­ra­bia­niem no­wych do­ku­men­tów.

Au­to­bus mo­no­ton­nie się ko­ły­sał, usy­pia­jąc szczęścia­rzy, któ­rym dane było za­jąć miej­sca sie­dzące. Nie­któ­rzy z nich za­pew­ne mar­ko­wa­li sen, by nie ustępo­wać miej­sca sta­rusz­ce lub ko­bie­cie w ci­ąży. Mło­dzież prze­wa­żnie wbi­ja­ła wzrok w smart­fo­ny, od­gra­dza­jąc się od bo­dźców dźwi­ęko­wych mod­ny­mi wiel­ki­mi słu­chaw­ka­mi bez­prze­wo­do­wy­mi.

Po­jazd za­czął zwal­niać, zbli­ża­jąc się do przy­stan­ku. W ko­tłu­jącym się przy drzwiach tłu­mie przed ocza­mi Syl­wii mi­gnęła blond czu­pry­na. Ko­bie­ta za­re­je­stro­wa­ła gęste wło­sy, po­skręca­ne ni­czym ba­ra­nie runo. Na uła­mek se­kun­dy podła­pa­ła spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu. Mężczy­zna gó­ro­wał nad tłu­mem. Wy­glądał bar­dzo zna­jo­mo.

Nie mia­ła cza­su, by mu się uwa­żnie przyj­rzeć, gdyż znik­nął wraz z in­ny­mi pa­sa­że­ra­mi. Sama wci­ąż mu­sia­ła wal­czyć z pcha­jący­mi się upo­rczy­wie na jej ple­cy lu­dźmi o miej­sce przy po­ręczy. Kie­dy po mniej wi­ęcej dzie­si­ęciu mi­nu­tach au­to­bus do­ta­rł na jej przy­sta­nek, po­czu­ła się do­szczęt­nie wy­ma­glo­wa­na. Wy­gła­dzi­ła po­gnie­cio­ny płasz­czyk i od razu spraw­dzi­ła za­war­to­ść to­reb­ki. Na szczęście port­fel tkwił we­wnątrz. Za ko­łnierz Syl­wii kap­nęły zim­ne kro­ple desz­czu.

Ko­bie­ta ru­szy­ła ener­gicz­nie w stro­nę skle­pu zlo­ka­li­zo­wa­ne­go kil­ka­set me­trów da­lej, przy uli­cy Kal­wa­ryj­skiej. Pra­co­wa­ła w nim już bli­sko pi­ęt­na­ście lat, co było swo­istym ewe­ne­men­tem, gdyż w tej części Kra­ko­wa pla­ców­ki han­dlo­we po­ja­wia­ły się i zni­ka­ły dość szyb­ko. Mod­na Pani jed­nak trwa­ła znacz­nie dłu­żej, na prze­kór ko­niunk­tu­rom, i nie dała się wy­przeć z ryn­ku, na­wet gdy trze­ba było kon­ku­ro­wać ze zna­ny­mi sie­ciów­ka­mi, któ­re sto­so­wa­ły spo­re ra­ba­ty se­zo­no­we i po­se­zo­no­we. Atu­tem tego miej­sca była ja­ko­ść sprze­da­wa­nych to­wa­rów, któ­re wy­ko­ny­wa­no ze znacz­nie lep­szych ma­te­ria­łów oraz z dużo wi­ęk­szą sta­ran­no­ścią niż fa­ta­łasz­ki ofe­ro­wa­ne przez wiel­kie sie­ci han­dlo­we. Tam­te skle­py, za­py­cha­ne za­zwy­czaj chi­ńsz­czy­zną, nie­rzad­ko wo­nie­jące stęchli­zną kon­te­ne­rów, ob­le­ga­ne były częściej przez mło­dzież. W Mod­nej Pani za­trud­nia­jącej Syl­wię ubie­ra­ły się bar­dziej wy­ma­ga­jące klient­ki. Tu­taj mo­żna było za­opa­trzyć się kom­plek­so­wo, po­nie­waż lo­kal po­dzie­lo­ny zo­stał na czte­ry dzia­ły: ga­lan­te­ryj­ny, bie­li­źnia­ny, obuw­ni­czy oraz odzie­żo­wy. Ka­żdy z nich ob­słu­gi­wa­ły dwie eks­pe­dient­ki, z któ­rych jed­na przy­cho­dzi­ła rano, dru­ga w go­dzi­nach wcze­sno­po­po­łu­dnio­wych. W po­rze szczy­tu pra­co­wa­ło osiem sprze­daw­czyń, któ­re wza­jem­nie się za­stępo­wa­ły, gdy za­cho­dzi­ła taka po­trze­ba.

Syl­wia lu­bi­ła swo­ją pra­cę, choć kie­dyś ma­rzy­ła o czy­mś zu­pe­łnie in­nym. Nie na­rze­ka­ła jed­nak, po­nie­waż prócz dość przy­zwo­itej pen­sji otrzy­my­wa­ła coś, co wła­ści­ciel­ka fir­my na­zy­wa­ła de­pu­ta­tem odzie­żo­wym, oraz spo­ry ra­bat na za­ku­py w ka­żdym z dzia­łów. Za­wsze mia­ła więc ubra­nia z naj­now­szej ko­lek­cji, wszak ona i jej wspó­łpra­cow­ni­ce sta­no­wi­ły żywą wi­zy­tów­kę fir­my. A po­nie­waż osiem pań no­si­ło zró­żni­co­wa­ne roz­mia­ry, często klient­ki mo­gły zo­ba­czyć, jak wy­pa­trzo­ny przez nie ciu­szek ukła­da się na ko­bie­cie, a nie na sztyw­nym ma­ne­ki­nie.

W to­a­le­cie na za­ple­czu Syl­wia zer­k­nęła w lu­stro i ze zgro­zą stwier­dzi­ła, że wo­do­od­por­ny tusz do rzęs nie prze­trzy­mał pró­by desz­czu. Pod jej ocza­mi po­ja­wi­ły się czar­ne kręgi, na­da­jąc Wi­dła­ko­wej wy­gląd zmęczo­nej pan­dy. Szyb­ko po­pra­wi­ła ma­ki­jaż. Schla­pa­ne raj­sto­py prze­ta­rła wil­got­ną chu­s­tecz­ką hi­gie­nicz­ną. Zdąży­ła do­trzeć do swo­je­go dzia­łu, w chwi­li gdy na­de­szły pierw­sze klient­ki.

Za­zwy­czaj o tej po­rze nie było du­że­go ru­chu. Wi­ęk­szo­ść przy­cho­dzących pań sta­no­wi­ły zwy­kłe "oglądacz­ki", za­trzy­mu­jące się tu­taj w dro­dze do pra­cy. Ta­kie, któ­re do­syć dłu­go ma­ru­dzą, każą so­bie po­ka­zy­wać ko­lej­ne ubra­nia, kręcą no­sa­mi, by na ko­niec zo­sta­wić Syl­wię z na­ręcza­mi ciu­chów do po­wie­sze­nia.

Kie­dy sklep opu­ści­ła po­ran­na fala ku­pu­jących, na sto­isko Wi­dła­ko­wej zaj­rza­ła Go­śka, sprze­daw­czy­ni bie­li­zny.

- Jak tam? Sprze­da­łaś już coś? Za­ro­bi­łaś cho­ćby na wa­ci­ki? - Ma­łgo­rza­ta pu­ści­ła oko do ko­le­żan­ki.

Ko­bie­ty, prócz pod­sta­wo­wej pen­sji, otrzy­my­wa­ły pro­wi­zję od utar­gu, więc dwo­iły się i tro­iły na­wet wów­czas, gdy z góry za­kła­da­ły, że ogląda­jące ni­cze­go nie ku­pią.

- Kie­pściuch­no. - Syl­wia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Po­sze­dł tyl­ko je­den top i dwa swe­try. Może pó­źniej coś drgnie.

- Aha... Chcia­ła­bym w to wie­rzyć. Je­śli da­lej będzie tak pa­da­ło, to po po­łud­niu na­wet pies z ku­la­wą nogą nie przyj­dzie. Na­pi­ła­bym się kawy - stwier­dzi­ła.

- Okej, mogę za­pa­rzyć pluj­kę - za­de­kla­ro­wa­ła Wi­dła­ko­wa. Od­kąd ku­pi­ła do domu eks­pres ci­śnie­nio­wy, na­der rzad­ko pi­ja­ła kawę po tu­rec­ku. Tym ra­zem jed­nak za­po­trze­bo­wa­nie na ko­fe­inę wy­gra­ło z pre­fe­ren­cja­mi sma­ko­wy­mi. - Może prze­trzesz w tym cza­sie podło­gę? - za­pro­po­no­wa­ła.

- To jest nor­mal­nie wy­zysk kla­sy pra­cu­jącej! - Go­sia uda­ła obu­rze­nie, ale z uśmie­chem na ustach po­ma­sze­ro­wa­ła na za­ple­cze po mopa i wia­der­ko z czy­stą wodą. Po­sadz­kę wy­cie­ra­ły na­prze­mien­nie pra­cow­ni­ce wszyst­kich dzia­łów. Te­raz i tak wy­pa­da­ła ko­lej naj­młod­szej z eks­pe­dien­tek, więc nie do­tknęła jej żad­na nie­spra­wie­dli­wo­ść. Uwa­ga rzu­co­na zo­sta­ła żar­to­bli­wym to­nem.

- Tyl­ko moc­no wy­ci­skaj - na­po­mnia­ła ją Syl­wia, od­cho­dząc do po­miesz­cze­nia so­cjal­ne­go.

Dziew­czy­na wy­krzy­wi­ła się szpet­nie, prze­drze­źnia­jąc star­szą ko­le­żan­kę. Była znacz­nie młod­sza od Syl­wii, wła­śnie za­częła trze­ci rok za­ocz­nych stu­diów li­cen­cjac­kich. Za­ra­bia­ła na nie, sprze­da­jąc sta­ni­ki i raj­sto­py. Syl­wia cza­sa­mi tro­chę jej mat­ko­wa­ła, ale w grun­cie rze­czy Go­śka uwa­ża­ła ją za rów­ną bab­kę. Nie­kie­dy za­stępo­wa­ły się wza­jem­nie na sto­iskach, kie­dy któ­raś mu­sia­ła szyb­ko do­kądś wy­sko­czyć. Pra­co­wa­ły już ra­zem gru­bo po­nad rok i bar­dzo się po­lu­bi­ły. Go­sia wy­ra­źnie lgnęła do Wi­dła­ko­wej i wy­ró­żnia­ła ją spo­śród po­zo­sta­łych ko­le­ża­nek ze zmia­ny.

Tuż przed po­łud­niem do skle­pu wpa­dła Ka­mi­la.

- Elo, ma­tu­lu! - przy­wi­ta­ła się stan­dar­do­wo, choć w Syl­wii sło­wo "ma­tu­la" wy­wo­ły­wa­ło we­wnętrz­ny sprze­ciw.

- Hej. Coś się sta­ło? - za­nie­po­ko­iła się Wi­dła­ko­wa.

- Za­po­mnia­łaś mi dać kasę na wy­ciecz­kę. Ja­ski­nia Raj, za­mek w Chęci­nach i Mu­zeum Wsi Kie­lec­kiej. Pa­mi­ętasz?

Ko­bie­ta ode­tchnęła z ulgą, że to nic wa­żne­go, i za­raz zła­ja­ła la­to­ro­śl:

- A nie po­win­naś być te­raz w szko­le? Poza tym mnó­stwo razy wam po­wta­rza­łam, że pra­cu­ję. Nie mo­że­cie tu­taj przy­cho­dzić z byle bzdu­ra­mi.

- Mamo! Ze­rwa­łam się z du­żej prze­rwy. Mu­szę dziś za­pła­cić, bo ina­czej nie po­ja­dę.

- Na pew­no nie zdążysz na na­stęp­ną lek­cję! - zde­ner­wo­wa­ła się Wi­dła­ko­wa.

- Ależ ma­tu­lu... Nie ro­zu­miesz, że trze­ba wpła­cić kasę dzi­siaj?

- Pod­da­ję się. - Po­kręci­ła gło­wą i mruk­nęła: - Ile?

Dziew­czy­na wy­mie­ni­ła kwo­tę.

- Co? O mat­ko! Aż tyle? Czy ci na­uczy­cie­le już ca­łkiem zdur­nie­li? Ups... - Zre­flek­to­wa­ła się, że po­stępu­je nie­pe­da­go­gicz­nie. - Nie sły­sza­łaś tego.

- Mamo! - W gło­sie Ka­mi­li za­brzmia­ło po­na­gle­nie.

- Go­siu! Je­steś wol­na? - Syl­wia wy­chy­li­ła się, by spoj­rzeć na sto­isko ko­le­żan­ki. - Dasz radę po­de­jść?

- Już, już - pa­dło w od­po­wie­dzi. - Co tam? - za­gad­nęła stu­dent­ka, gdy do­ta­rła na miej­sce.

- Po­pil­nu­jesz mi chwi­lę sto­iska? Mu­szę sko­czyć do ban­ko­ma­tu. Kama je­dzie na wy­ciecz­kę, a ja nie mam przy so­bie zła­ma­ne­go gro­sza.

- Mamo! Nie ma cza­su. Nie mo­żesz mi po pro­stu dać z kasy?

- Nie!

- Dla­cze­go? Tak będzie szyb­ciej.

- Bo nie!

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi dzień był nu­żący i nie przy­nió­sł du­że­go utar­gu. Syl­wia po­cie­sza­ła się my­ślą, że na ko­niec ty­go­dnia za­po­wie­dzia­na jest po­pra­wa aury. Przy ład­nej po­go­dzie do skle­pu za­gląda­ło wi­ęcej klien­tek na­sta­wio­nych na zro­bie­nie za­ku­pów.

Wra­ca­jąc do domu, przy­po­mnia­ła so­bie, że po­win­na ku­pić coś do je­dze­nia. Niby w miesz­ka­niu były trzy dba­jące o li­nię ko­bie­ty i tyl­ko je­den mężczy­zna, lecz lo­dów­ka i tak pu­sto­sza­ła bły­ska­wicz­nie. W dro­dze z przy­stan­ku Syl­wia skręci­ła do nie­wiel­kie­go osie­dlo­we­go skle­pi­ku, gdzie wło­ży­ła do ko­szy­ka naj­po­trzeb­niej­sze pro­duk­ty. Za­trzy­ma­ła się chwi­lę dłu­żej przy re­ga­le z pra­są. Na sa­mym dole wy­pa­trzy­ła ko­lej­ny z ku­po­wa­nej przez nią se­rii dwu­pak ro­man­sów. Je­że­li dziew­czy­ny ni­cze­go nie wy­kom­bi­nu­ją, mia­ła przed sobą per­spek­ty­wę spędze­nia mi­łe­go wie­czo­ru z ksi­ążką w ręce.

W bra­mie Syl­wia na­tknęła się na swo­ją młod­szą la­to­ro­śl. Za­mu­ro­wa­ło ją, gdy zo­ba­czy­ła na­szpi­ko­wa­ne­go kol­czy­ka­mi chło­pa­ka ści­ska­jące­go Ka­mi­lę. Ubra­ny był na czar­no. Ob­ci­słe je­an­sy mia­ły moc­no wy­strzępio­ne no­gaw­ki, a pod­ci­ągni­ęty po­nad ło­kieć rękaw kurt­ki od­sła­niał wy­ta­tu­owa­ne przed­ra­mię. Cór­ka sta­ła opar­ta ple­ca­mi o skrzyn­ki na li­sty. Ręce wy­rost­ka mi­ęto­si­ły jej po­ślad­ki. Mło­dzi ca­ło­wa­li się z taką na­mi­ęt­no­ścią, że w ogó­le nie zwró­ci­li uwa­gi na ruch w klat­ce scho­do­wej. Skon­ster­no­wa­na ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się, nie wie­dząc, czy ma przy­wo­łać cór­kę do po­rząd­ku, czy ra­czej udać, że ni­cze­go nie wi­dzi, i umknąć na górę, a smar­ku­lę ob­sztor­co­wać przy pierw­szej nada­rza­jącej się oka­zji. Osta­tecz­nie wy­bra­ła trud­niej­sze roz­wi­ąza­nie. Nie mo­gła do­pu­ścić, żeby sąsie­dzi ostrzy­li so­bie języ­ki na jej dziec­ku.

- Kama, do domu! - Za­dba­ła o nada­nie gło­so­wi jak naj­do­bit­niej­sze­go brzmie­nia.

Pan­ni­ca ode­rwa­ła się od chło­pa­ka. Nie­ste­ty, on nie ode­rwał dło­ni od jej po­ślad­ków.

- Co jest? - za­py­tał dziew­czy­nę.

- Moja ma­tu­la, wiesz? - oznaj­mi­ła ko­le­dze. - Pew­nie za­raz za­cznie przy­nu­dzać, że mam za krót­ką spód­ni­cę.

- No już, już! - uci­szy­ła ją Syl­wia. Roz­trzęsio­ną ręką po­ka­za­ła mło­dej scho­dy. - Marsz na górę! Na­tych­miast! Bo za­wo­łam ojca.

Ka­mi­la wzru­szy­ła lek­ce­wa­żąco ra­mio­na­mi.

- Pff! Jesz­cze nie wró­cił. Pew­nie zno­wu ma nad­go­dzi­ny - rzu­ci­ła z prze­kąsem.

Po­tem wy­ci­snęła na ustach chło­pa­ka szyb­kie­go ca­łu­sa.

- Sor­ki, Seba. Mu­szę tur­lać drop­sa2. Dzi­ęki.

2 Tur­lać drop­sa - w slan­gu mło­dzie­żo­wym: iść so­bie, spa­dać.

- No to nara.

- Nara.

Syl­wia od­cze­ka­ła, aż cór­ka odej­dzie. Zmie­rzy­ła chło­pa­ka nie­przy­ja­znym spoj­rze­niem, on od­wza­jem­nił jej się tym sa­mym. Chcia­ła mu coś po­wie­dzieć, lecz zda­ła so­bie spra­wę, że nie ma sen­su, po­nie­waż usły­szy tyl­ko ja­kąś bez­czel­ną od­po­wie­dź. Ubo­le­wa­jąc nad wła­sną sła­bo­ścią, bez sło­wa ru­szy­ła za dziew­czy­ną na pi­ętro. Za­mie­rza­ła zmyć smar­ku­li gło­wę nie­co pó­źniej. Wsz­czy­na­jąc awan­tu­rę w klat­ce scho­do­wej, za­fun­do­wa­ła­by tyl­ko ubaw wścib­skim sąsia­dom. Już i tak wie­sza­li psy na Ka­mi­li, okre­śla­jąc ją jako aro­ganc­ką, źle wy­cho­wa­ną i wul­gar­ną pan­ni­cę, któ­ra ubie­ra się wy­zy­wa­jąco i w ogó­le od­sta­je od po­wszech­nie przy­jętych norm spo­łecz­nych.

W miesz­ka­niu Syl­wia ulży­ła swo­jej ręce, od­kła­da­jąc na podło­gę za­ku­py. Z za­do­wo­le­niem za­uwa­ży­ła, że kuch­nia lśni czy­sto­ścią, w garn­ku sto­jącym na pły­cie in­duk­cyj­nej są ob­ra­ne ziem­nia­ki, a na szaf­ce mi­ska z przy­go­to­wa­ną su­rów­ką. To ozna­cza­ło, że któ­raś z có­rek zna­la­zła czas, by po­móc.

Na­gle Syl­wię ogłu­szył ryk mu­zy­ki do­bie­ga­jący ze wspól­ne­go po­ko­ju dziew­cząt.

- Halo! Przy­cisz­cie to! - krzyk­nęła. - Pat­ka! Kama! Li­to­ści! - Bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­ła prze­krzy­czeć ja­zgot.

Znie­cier­pli­wio­na bra­kiem re­ak­cji i zła, zo­sta­wi­ła za­ku­py. Z im­pe­tem otwa­rła drzwi do po­ko­ju na­sto­la­tek. Po­chy­lo­na nad ksi­ążka­mi Pa­try­cja sie­dzia­ła przy biur­ku, na uszach mia­ła słu­chaw­ki. Nie usły­sza­ła wcho­dzącej ko­bie­ty. Ka­mi­la na­to­miast le­ża­ła na swo­im tap­cza­nie. Nogi w ci­ężkich bu­cio­rach opa­rła o po­ręcz. Mia­ła za­mkni­ęte oczy, ki­wa­ła gło­wą w takt mu­zy­ki.

Syl­wia szyb­ko zlo­ka­li­zo­wa­ła źró­dło ha­ła­su. Da­ła­by so­bie rękę uci­ąć, że wie­żę, z któ­rej wy­do­by­wa­ły się ogłu­sza­jące de­cy­be­le, wi­dzi pierw­szy raz w ży­ciu. Z całą pew­no­ścią nie da­wa­ła cór­kom pie­ni­ędzy na tak dro­gi za­kup. Nie sądzi­ła rów­nież, by zro­bił to jej do­syć nie­od­po­wie­dzial­ny ma­łżo­nek. Rzecz była o tyle dziw­na, że na­sto­lat­ki mia­ły sprzęt gra­jący, któ­ry otrzy­ma­ły dwa lata temu. Wi­dła­ko­wa przyj­rza­ła się mi­go­cące­mu dio­da­mi urządze­niu. Po­nie­waż nie po­tra­fi­ła od­gad­nąć, któ­re z licz­nych po­kręteł słu­ży do re­gu­la­cji na­tęże­nia dźwi­ęku, zde­ner­wo­wa­na wy­szar­pa­ła wtycz­kę z gniazd­ka. Ci­sza, któ­ra na­gle za­pa­dła, roz­dzwo­ni­ła się w uszach.

- Co ro­bisz? - roz­zło­ści­ła się Ka­mi­la, nie zmie­nia­jąc po­zy­cji. - Chcesz po­psuć?

- Mo­żesz mi po­wie­dzieć, skąd się to tu­taj wzi­ęło? - na­pa­dła na nią mat­ka.

- Seba nam po­ży­czył. Jego sta­ra się nie ku­twi. Ku­pi­ła mu nowy sprzęcik.

- Co to za słow­nic­two? Jaka "sta­ra"? Mi­lion razy po­wta­rza­łam ci, że nie­ład­nie jest wy­ra­żać się po­gar­dli­wie o czy­ichś ro­dzi­cach. Mnie też tak okre­ślasz, gdy tego nie sły­szę? - zwró­ci­ła uwa­gę cór­ce. Po­tem zdjęła star­szej pan­ni­cy słu­chaw­ki i oświad­czy­ła: - Ma­cie w tej chwi­li od­dać ko­le­dze wie­żę! Ja nie za­mie­rzam brać od­po­wie­dzial­no­ści za cu­dze rze­czy! Prze­cież ku­pi­li­śmy wam z oj­cem taką, jaką chcia­ły­ście! Po co wam jesz­cze jed­na?

- Wy­lu­zuj, mamo. On i tak już z niej nie ko­rzy­sta - wtrąci­ła się Pati.

- No wła­śnie. Wie­ża zo­sta­je - po­pa­rła ją młod­sza sio­stra.

- Ty nie masz nic do ga­da­nia. A w ogó­le to usi­ądź, jak do cie­bie mó­wię! Sły­szysz? I za­bierz te nogi z łó­żka! Nie wiesz, że buty zo­sta­wia się w przed­po­ko­ju? Ile razy mam ci po­wta­rzać?

Dziew­czy­na prze­wró­ci­ła ocza­mi i zmie­ni­ła po­zy­cję.

- No i co się cze­piasz?

- To nie jest żad­ne cze­pia­nie. Za­cho­wuj się, moja pan­no! Za­raz po obie­dzie od­nie­sie­cie wie­żę tam, skąd ją przy­nio­sły­ście.

- Ależ nie ma ta­kiej ko­niecz­no­ści. Se­ba­stia­no­wi se­rio nie jest po­trzeb­na - od­pa­rła spo­koj­nie Pa­try­cja.

- Wam też nie. Prze­cież ma­cie na czym słu­chać mu­zy­ki.

- Ale to nie to samo. My mamy tan­de­ciar­ską chi­ńską elek­tro­ni­kę, a to jest Tech­nics pro­du­ko­wa­ny pod ko­niec lat osiem­dzie­si­ątych. So­lid­ny sprzęt, któ­ry daje nie­po­rów­ny­wal­nie lep­szą ja­ko­ść dźwi­ęku - wy­ja­śni­ła rze­czo­wo star­sza z sióstr. - Mamo, na­praw­dę nam na niej za­le­ży.

- No to może ina­czej: sko­ro tak bar­dzo pra­gnie­cie za­trzy­mać urządze­nie, za­py­taj­cie Se­ba­stia­na, za ile by je od­sprze­dał. Żad­ne po­życz­ki nie wcho­dzą w grę. Albo od­ku­pi­cie wie­żę z wła­sne­go kie­szon­ko­we­go, albo ją od­da­cie - oświad­czy­ła sta­now­czo, a na­stęp­nie po­now­nie zwró­ci­ła się do młod­szej z có­rek: - A ten chło­pak, z któ­rym cię przy­ła­pa­łam, to kto? - za­py­ta­ła.

- No wła­śnie Seba. To on po­ży­czył nam wie­żę.

- I w za­mian za nią mu­siał cię tak obści­ski­wać? Jak ty się za­cho­wu­jesz? Co lu­dzie po­wie­dzą? Ręce mi już opa­da­ją. Co z cie­bie wy­ro­śnie? - uty­ski­wa­ła, nie zwa­ża­jąc, że cór­ka robi głu­pie miny, prze­drze­źnia­jąc jej wy­wo­dy. - Lek­cje od­ro­bi­łaś?

Sło­wa tra­fia­ły w pró­żnię. Ka­mi­la klap­nęła z po­wro­tem na tap­czan. Je­dy­ną od­po­wie­dzią było już tyl­ko re­gu­lar­ne wy­strze­li­wa­nie ba­lo­nów z gumy do żu­cia.

- Stwo­rzy­łam po­two­ra - stwier­dzi­ła z go­ry­czą Syl­wia.

Z za­że­no­wa­niem my­śla­ła o tym, że nie po­tra­fi być bar­dziej sta­now­cza w sto­sun­ku do có­rek. Mimo upły­wu lat ma­cie­rzy­ństwo wci­ąż trak­to­wa­ła ni­czym stąpa­nie po nie­pew­nej lo­do­wej ta­fli. Bała się po­su­nąć za da­le­ko w ja­kąkol­wiek stro­nę, bo nie chcia­ła być na­zbyt su­ro­wym i wy­ma­ga­jącym ro­dzi­cem, któ­ry w dzie­ciach wzbu­dza­łby wy­łącz­nie strach, nie chcia­ła też po­zwa­lać la­to­ro­ślom na zbyt wie­le. Zna­le­zie­nie zło­te­go środ­ka by­wa­ło trud­ne dla ko­goś ta­kie­go jak ona. Wszak cór­ki za­wsze mo­gły wy­krzy­czeć jej w twarz, by się nie wy­mądrza­ła, bo sama, będąc w ich wie­ku, po­stąpi­ła na­der nie­roz­wa­żnie, więc nie po­win­na in­nych po­uczać.

- Po­mo­gę ci przy obie­dzie - za­pro­po­no­wa­ła star­sza, od­ry­wa­jąc się od lek­cji.

We dwie ode­szły do kuch­ni.

Nie­ma­lże w tym sa­mym mo­men­cie w miesz­ka­niu zno­wu za­brzmia­ła mu­zy­ka. Na szczęście nie­co cich­sza.

Wie­czo­rem wró­cił z pra­cy Ka­rol. Zdjął słu­żbo­wy gar­ni­tur i wsko­czył w wy­ci­ągni­ęty dres. Syl­wia za­jęta była pra­so­wa­niem, więc obiad od­grza­ła mu Pa­try­cja. Po po­si­łku mężczy­zna roz­pa­rł się na fo­te­lu z bu­tel­ką piwa w dło­ni. Si­ęgnął po pi­lo­ta i zmie­nił ka­nał na Eu­ro­sport, nie py­ta­jąc żony o zda­nie. Pati po­szła oglądać te­le­wi­zję do po­ko­ju dziew­cząt, Ka­mi­la gdzieś znik­nęła, choć po­win­na uczyć się do kla­sów­ki.

Syl­wia mar­twi­ła się o młod­szą cór­kę. Jesz­cze do nie­daw­na Ka­mi­la nie spra­wia­ła wi­ęk­szych pro­ble­mów wy­cho­waw­czych. Ow­szem, była dość py­ska­ta i nie gar­nęła się do pod­ręcz­ni­ków, lecz jej wy­sko­ki mie­ści­ły się w gra­ni­cach zdro­we­go roz­sąd­ku. W cza­sie wa­ka­cji na­stąpi­ła w niej ewi­dent­na prze­mia­na na gor­sze. Niby roz­po­częło się nie­win­nie, bo od ra­dy­kal­nej trans­for­ma­cji wy­glądu. Mło­da ostrzy­gła so­bie na jeża wło­sy na po­ło­wie gło­wy, na­to­miast te dłu­ższe często trak­to­wa­ła ko­lo­ro­wy­mi spray­ami. Zro­bi­ła do­dat­ko­we dziur­ki w uszach, po­ja­wił się ta­kże kol­czyk w łuku brwio­wym oraz pęp­ku. Za­częła no­sić ciu­chy wy­sty­li­zo­wa­ne na go­tyc­ko-pun­ko­wą lo­lit­kę. Wy­gląda­ła­by może w nich dość cie­ka­wie, gdy nie prze­sa­dza­ła z ma­ki­ja­żem czy dłu­go­ścią spód­ni­czek.

Głów­nym pro­ble­mem była me­ta­mor­fo­za, któ­ra za­szła w jej za­cho­wa­niu.

Cór­ka co­raz częściej wy­cho­dzi­ła z domu bez sło­wa. Kar­co­na, po­zwa­la­ła so­bie na śmia­łe, nie­kie­dy wręcz wul­gar­ne od­zyw­ki. Kil­ka razy wró­ci­ła o nie­przy­zwo­icie pó­źnej po­rze i nie chcia­ła wy­tłu­ma­czyć, gdzie tak dłu­go za­ba­wi­ła.

O tym, że po­pa­la pa­pie­ro­sy, Wi­dła­ko­wa do­wie­dzia­ła się od sąsia­dów. Pró­bo­wa­ła Ka­mi­li wy­tłu­ma­czyć, że ty­toń jest bar­dzo szko­dli­wy, lecz ta się wy­łga­ła, że nie kop­ci, a ciu­chy mo­gły jej prze­si­ąk­nąć dy­mem w miesz­ka­niu ko­le­żan­ki, któ­rej ro­dzi­ce ku­rzą na­ło­go­wo.

Znacz­nie wi­ęk­szym zmar­twie­niem Syl­wii były jed­nak pierw­sze do­świad­cze­nia cór­ki z al­ko­ho­lem. Niby smar­ku­la ni­g­dy nie przy­szła do domu pi­ja­na, lecz parę razy zo­sta­ła przez mat­kę przy­ła­pa­na na lek­kim rau­szu.

Po­win­nam ja­koś to ukró­cić - wes­tchnęła Syl­wia, si­ęga­jąc po ko­lej­ną ko­szu­lę z po­tężnej ster­ty, w któ­rej prze­wa­ża­ły rze­czy Ka­ro­la.

Z za­du­my wy­rwał ją mąż.

- Po­daj mi pa­pie­ro­sy. Zo­sta­wi­łem je w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

Ob­rzu­ci­ła mężczy­znę nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

- Sam się rusz i weź. Wi­dzisz, że je­stem za­jęta.

- No po­daj mi. Jest wa­żny me­czyk. Strze­laj, bucu! - za­wył w stro­nę te­le­wi­zo­ra. - Kur­wa... Żeby z ta­kiej po­zy­cji nie strze­lić! Da­jesz te szlu­gi?

- Nie - zde­ner­wo­wa­ła się Syl­wia. - I bądź ła­skaw pa­no­wać nad słow­nic­twem, nie sie­dzisz w knaj­pie!

Ego­ista! Ja­kiś głu­pi mecz na za­gra­nicz­nym ka­na­le jest wa­żniej­szy niż moja pra­ca. Nie dość, że nie po­ma­ga ab­so­lut­nie w ni­czym, to jesz­cze: przy­nieś mi piwo, po­daj faj­ki, zaj­mij się wszyst­kim sama - sark­nęła w du­chu, ze­zu­jąc na le­żący obok stos nie­upra­so­wa­nej odzie­ży. Już daw­no na­uczy­ła się, by nie pro­sić ślub­ne­go o po­moc w wy­pe­łnia­niu obo­wi­ąz­ków do­mo­wych. Ka­rol za­wsze się wy­kręcał, mó­wi­ąc, że pra­cu­je ci­ężej od Syl­wii, więc po ro­bo­cie po­trze­bu­je re­lak­su. Nie była w sta­nie mu się prze­ciw­sta­wić, po­nie­waż za­ra­biał znacz­nie wi­ęcej niż ona i w ka­żdej po­tycz­ce słow­nej bez par­do­nu o tym przy­po­mi­nał. Nie mo­gła jed­nak prze­jść obo­jęt­nie wo­bec tego, jak za­cho­wu­je się młod­sza cór­ka. Je­śli Kama od­czu­wa­ła przed kimś odro­bi­nę re­spek­tu, to wy­łącz­nie przed oj­cem.

- Po­wi­nie­neś po­roz­ma­wiać z Ka­mi­lą - za­ga­iła. - Zde­cy­do­wa­nie za dużo so­bie ostat­nio po­zwa­la. Nie mogę z nią do­jść do ładu. Jest bez­czel­na, py­sku­je, nic nie chce ro­bić w domu. Na do­da­tek wi­dzia­łam ją dzi­siaj, jak obści­ski­wa­ła się z ja­ki­mś ko­le­siem.

- Nie prze­szka­dzaj, oglądam mecz. Go­ool! Jest! - ryk­nął prze­ci­ągle. - Da­wać po­wtór­kę! No pi­ęk­nie strze­li­li. Wi­dzia­łaś to? - za­py­tał pod­eks­cy­to­wa­ny.

- Nie pa­trzy­łam. Czy ty w ogó­le słu­chasz, co do cie­bie mó­wię? Pro­si­łam cię, że­byś po­roz­ma­wiał z Ka­mi­lą.

- Kie­dy in­dziej.

- Tego nie mo­żna od­kła­dać w nie­sko­ńczo­no­ść. Ko­niecz­nie po­ga­daj z nią jesz­cze dzi­siaj. Pod wa­run­kiem że w ogó­le wró­ci na noc do domu - znie­cier­pli­wi­ła się Syl­wia. - Mó­głbyś choć tro­chę za­in­te­re­so­wać się dzie­ćmi.

- Ja­ki­mi zno­wu dzie­ćmi? Dziew­czy­ny są już prze­cież do­ro­słe! Tyl­ko pa­trzeć, jak jed­na po dru­giej wy­fru­ną z ro­dzin­ne­go gniazd­ka. - W jego gło­sie za­brzmiał lek­ki cy­nizm.

- Ow­szem, Pa­try­cja jest już pe­łno­let­nia, ale Ka­mi­li jesz­cze tro­chę bra­ku­je do uko­ńcze­nia osiem­na­stu lat. Na do­da­tek jest bar­dzo nie­doj­rza­ła i roz­wy­drzo­na. Wci­ąż za­cho­wu­je się nie­od­po­wie­dzial­nie. W ogó­le nie mo­żna na nią li­czyć.

Ka­rol, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od od­bior­ni­ka, mruk­nął:

- O co ci zno­wu cho­dzi? Nic, tyl­ko się cze­piasz. Czło­wiek po­trze­bu­je wy­po­cząć po pra­cy, a ty ględzisz i ględzisz!

- Przy­po­mi­nam ci, mój dro­gi, że ja też pra­cu­ję.

Spoj­rzał na nią z lek­ce­wa­że­niem. Od­nio­sła po­ło­wicz­ny suk­ces - mąż przy­naj­mniej na uła­mek se­kun­dy ode­rwał wzrok od te­le­wi­zo­ra. Od­sta­wi­ła że­laz­ko i prze­kręci­ła ter­mo­re­gu­la­tor na mi­ni­mum. Już szy­ko­wa­ła się do roz­mo­wy, gdy usły­sza­ła od­wiecz­nie przy­ta­cza­ny ar­gu­ment.

- Nie po­rów­nuj sprze­da­wa­nia ciu­chów z ana­li­za­mi ry­zy­ka fi­nan­so­we­go. Wy­ko­nu­ję bar­dzo od­po­wie­dzial­ną pra­cę. W biu­rze mu­szę być ci­ągle sku­pio­ny. Dla­te­go wła­śnie tu­taj chcę mieć świ­ęty spo­kój. Ale, jak wi­dać, ty masz to gdzieś.

- Nie mam tego gdzieś - za­pro­te­sto­wa­ła. - Zda­ję so­bie spra­wę, że jest ci ci­ężko. Wra­casz z pra­cy co­raz pó­źniej. Nie­ustan­nie wy­je­żdżasz w de­le­ga­cje. Zbyt mało cza­su spędzasz w domu. Ale masz cór­ki, któ­re cię po­trze­bu­ją. Usi­łu­ję tyl­ko zwró­cić two­ją uwa­gę na to, że Kama od wie­lu ty­go­dni spra­wia pro­ble­my. Mó­głbyś z nią po­roz­ma­wiać. Przy­ła­pa­łam ją dziś, jak obści­ski­wa­ła się na klat­ce scho­do­wej z ja­ki­mś ob­wie­siem - po­wtó­rzy­ła wcze­śniej­szą wy­po­wie­dź.

- A co w tym złe­go? Prze­cież stuk­nęło jej sie­dem­na­ście lat. Do­kład­nie tyle samo, ile ty mia­łaś, kie­dy za­częli­śmy się na se­rio spo­ty­kać.

Ko­bie­ta po­czu­ła ro­snące roz­cza­ro­wa­nie. Mąż jak zwy­kle wszyst­ko ba­ga­te­li­zo­wał.

- Ka­ro­lu! On po­win­na za­jąć się na­uką. Pó­jść na stu­dia...

- Słu­chaj, Syl­wia... Nie ro­zu­miem tego ci­śnie­nia, by ka­żdy mło­dy czło­wiek ko­ńczył wy­ższą uczel­nię. Mamy nad­po­daż osób, któ­rym mimo po­sia­da­nia dy­plo­mu bra­ku­je ja­kich­kol­wiek kom­pe­ten­cji. Po co więc mno­żyć wy­kszta­łciu­chów? Praw­da jest taka, że Ka­mi­la ze swo­ją uro­dą oraz in­te­lek­tem może za­wo­jo­wać świat bez ko­niecz­no­ści bez­my­śl­ne­go za­ku­wa­nia. Zresz­tą ty też sko­ńczy­łaś edu­ka­cję na ma­tu­rze, a ja­koś so­bie da­jesz radę.

- A co ty mo­żesz wie­dzieć na ten te­mat? Może aku­rat wo­la­ła­bym pra­co­wać dzi­siaj w ja­ki­mś biu­rze albo urzędzie, a nie ob­słu­gi­wać zma­nie­ro­wa­ne bab­ska? - Nie do ko­ńca po­kry­wa­ło się to z jej dziew­częcy­mi ma­rze­nia­mi o ro­bie­niu ka­rie­ry za­wo­do­wej, ale i tak znacz­nie od­bie­ga­ło od re­aliów ak­tu­al­ne­go ży­cia. W tej chwi­li wspo­mi­na­nie o po­grze­ba­nych złu­dze­niach, że zo­sta­nie ak­tor­ką, roz­ba­wi­ło­by tyl­ko Ka­ro­la i za­pew­ne po­ci­ągnęło­by za sobą kpi­ny. - Mądry je­steś, bo masz pra­cę, któ­rą lu­bisz.

- Sko­ro ci tak źle, to się zwol­nij. - Oczy mężczy­zny zwęzi­ły się w szpar­ki.

Nie lu­bi­ła go w tym wy­da­niu, zresz­tą ostat­nio żad­ne jego wy­da­nie nie było przy­jem­ne. Przy­gry­zła war­gę, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad drże­niem pod­bród­ka. Sta­now­czo nie tak mia­ła za­miar po­kie­ro­wać roz­mo­wą.

- Ka­ro­lu, pro­szę cię, zro­zum. Dziś bez wy­kszta­łce­nia czło­wiek nic nie zna­czy. Nie chcę, żeby Kama po­wie­li­ła moje błędy...

Tym ra­zem w gło­sie męża za­brzmia­ły złow­ro­gie nuty.

- Uro­dze­nie Pa­try­cji i Ka­mi­li uwa­żasz za błąd?

- Nie, do­brze wiesz, że nie o to mi cho­dzi!

- Więc o co? Je­śli uwa­żasz, że się mar­nu­jesz, to twój pro­blem. Trze­ba było się za­bez­pie­czać. Nie za­szła­byś w ci­ążę w kla­sie ma­tu­ral­nej. Nie martw się, Kama nie jest taką idiot­ką jak ty. Na pew­no nie za­li­czy wpad­ki. Ma cha­rak­ter po mnie, roz­pie­ra ją ży­cio­wa ener­gia, któ­rej ja­koś musi da­wać upust.

- Nie prze­szka­dza ci ten od­ra­ża­jący ty­pek? No tak, prze­cież go na­wet nie wi­dzia­łeś! - zi­ry­to­wa­ła się Syl­wia. - Miał ta­tu­aże, mnó­stwo kol­czy­ków i po­szła­bym o za­kład, że jego wło­sy były utle­nio­ne...

- W po­rząd­ku - ustąpił nie­chęt­nie. - Po­roz­ma­wiam z nią. Ale je­stem pe­wien, że ro­bisz z igły wi­dły. To nor­mal­ne, że na­sto­lat­ka spo­ty­ka się z chłop­ca­mi. Prze­cież nie za­mknie­my dziew­czyn w domu. Li­to­ści! Jest dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Nikt nie ocze­ku­je, by pa­nien­ki były świ­ętosz­ko­wa­te i spędza­ły czas na ha­fto­wa­niu i in­nych dyr­dy­ma­łach.

Ucie­szy­ła się, wi­dząc, że mąż wresz­cie wy­ka­zu­je za­in­te­re­so­wa­nie. Nie omiesz­ka­ła jed­nak do­dać:

- Gdy­by to był po­rząd­ny chło­piec, nic bym nie mó­wi­ła.

- A nie sły­sza­łaś ni­g­dy, że ci­cha woda brze­gi rwie? Ty niby by­łaś po­rząd­nic­ką cnot­ką, a do ma­tu­ry szłaś z brzu­chem.

Dla­cze­go on jest taki iry­tu­jący? Wszyst­ko lek­ce­wa­ży. Nie przej­mu­je się ni­czym. W ogó­le nie mogę na nim po­le­gać. To nie­praw­do­po­dob­ne, jak roz­pu­ścił Ka­mi­lę.