Rozdział IV
. * * *
Ledwo brzask oznaczył niebo poświatą dnia od szczytu wysokiej góry rozniósł się przeraźliwy ryk rozdzierający ciszę panującą w kniejach. Nawet Matka Ziemia zadrżała potęgując grozę. Zalęknieni wieśniacy skryci w gęstwinie padli na kolana wznosząc ręce ku niebiosom słali błagalne prośby o wieniec zwycięstwa dla chwackich wojaków.
Dymitriel przełykając głośno ślinę nieprzerwanie mierzył wzrokiem bezchmurne niebo w poszukiwaniu zagrożenia. Jego napięte mięśnie gotowe były w każdej chwili odeprzeć atak nadlatującego potwora. Zgoła skupiony nie słyszał zdławionego kwilenia przerażonej dziewki, takoż szeptów swych druhów wydających względem siebie ostatnie napomnienia. Nerwowe dudnienie w jego piersi zagłuszało wszelkie odgłosy, jednakoż nie rozpraszało jego uwagi. Uczucie niepokoju w takiej chwili było naturalnym doznaniem, ważnym by mu się nie poddawać. Swą waleczność Dymitriel czerpał od ukrytych w zaroślach kamratów. Wiedział, że z chwilą ostatecznej próby jego pomocnicy nie zawahają się gotowi poświęcić własne zdrowie, a nawet życie w obronie swego Talapaty[1]. Stąd to trwał nuże w bezruchu z uniesionym na wysokość głowy długim mieczem, po którym ślizgały się jaśniejące promienie słońca i okrągłą tarczą śmiało dzierżoną w drugiej dłoni bacząc nalotu Tirakana. Bowiem wczesny świt był najlepszą porą dla Zrodzonych z Ognia na wszczęcie swoich łowów.
- Lada moment nastąpi atak stwora, wtenczas przetnę twe więzy, tedy co sił w nogach pognaj do lasu - przemówił do dziewoi za swoimi plecami nie spuszczając oka z rozległego widnokręgu. Nie otrzymawszy odpowiedzi odezwał się nieco głośniej - Panienko, czyś słyszała cożem ci przykazał?
- Ta... ak Panie - dziewka wychlipała pociągając nosem.
- Nie lękajże się, nie pozwolę tobie tutaj zemrzeć. Bądź jeno skora do rychłej ucieczki.
Znieruchomiałe mięśnie ramion poczęły mu z lekka doskwierać, atoli nie mógł poważyć się na bodaj odrobinę nieuwagi. Utrzymanie czujności było w tejże chwili staraniem nadrzędnym. Wszelaki błąd mógł kosztować życie jego, bądź któregoś z jego towarzyszy broni, a do tego za nic nie chciał dopuścić. Wskutek wytężonego wypatrywania jego oczy poczęły mglić i łzawić, trzeba mu było gwałtownie zamrugać, ażeby na powrót wyostrzyć wejrzenie. Naonczas rozwidniło się zupełnie, tudzież złociste promienie rozjaśniły porośnięty miejscami szorstką darnią skalisty szczyt, na który wszyscy bacznie upatrywali. Atoli wbrew oczekiwaniom nic nie nastąpiło, podniebny stwór nie nadleciał. Miast tego na powrót rozległ się ów przeciągły, pełen boleści ryk. Dymitriel zrozumiał, że na ten raz atak nie nastąpi, Tirakan z niewiadomych powodów pozostał w swojej górskiej pieczarze. Tedy odetchnął w głębi ducha opuszczając ciężki miecz. Jego napięte mięśnie doznały ulgi, a ból przeszywający ciało ustąpił. Powtórnie wzdychając starł z czoła pot, uwolnił leżącą na ziemi dziewkę takoż pomógł jej stanąć na nogach.
- Kamraci - odezwał się do swych przybocznych - nie trwońmy próżno czasu odnajdźmy leżenie bestii i tamże się z nim rozprawmy.
Zbrojni przytaknęli tudzież w zgranym szyku poczęli wspinać się skalistym zboczem.
- Tobie zaś - na ten raz zwrócił się do nieustannie drżącej Malai - jak widać samej jednej przyjdzie wracać do wioski. Niezmiernie boleję, atoli nie mogę porzucić niniejszej powinności co by samemu sprowadzić ciebie do domu.
- Nie trap się tym wielmożny panie - dziewka pokłoniła się pokornie - aliści z całego serca za twą pomoc dziękuję.
- Zgoła niczegom chwalebnego nie uczynił.
- Ocaliłeś moje życie.
- Jak widać nie było zagrożone. Tirakan nie zaatakował.
- Nie mniej zamyślałeś strzec mojej osoby.
- Na wdzięczności przyjdzie czas kiedy wrócim zwycięsko z wyprawy.
- Tak, panie, wtenczas cała będę twoja.
Młodzieniec aż jęknął, czując jak członek w jego spodniach porusza się rozpalony śmiałym odezwaniem rumianej dziewoi. Chętnie zrazu by się nią zajął, wszak nie była po temu stosowna pora. Czas było mu ruszać w ślad za kamratami.
Niejako była to wyprawa do samego piekła. Stromizna porośnięta chaszczami i drzewiastymi wrzoścami stanowiła nie lada wyzwanie. Łowcy niosący na plecach ciężki oręż z trudem przedzierali się wskroś gęstych zarośli w poszukiwaniu kryjówki Tirakana. Naprowadzani nieustannie powtarzającym się porykiwaniem dochodzącym gdzieś od szczytu wzgórza parli przed siebie uważnie rozglądając się na boki. Trafiwszy w pobliże jednego ze skalnych rozstępów poczuli nieznośny odór zgnilizny, takoż z czeluści ciemnej rozpadliny dobiegł ich uszu powielony echem ryk potwora. Zmiarkowali, że byli na właściwym tropie. Nie marnując czasu skrzesali ogień rozpalając w nim pochodnie i zachowując wszelką ostrożność przecisnęli się do wnętrza góry. Smród był zgoła odurzający. Im głębiej się posuwali tym trudniej było oddychać, a treść żołądka mimowolnie cisnęła się do gardła. Naraz złowieszczy, nadto ogłuszający ryk jakby zelżał zmieniając się w głęboki, gardłowy pomruk. Zatrwożeni śmiałkowie pokonując ciasny korytarz dotarli na skraj olbrzymiej jamy na dnie której zataczając szerokie kręgi, wił się niebywałych rozmiarów ognisty potwór. Jego oślizłe, łuskowate cielsko błyszczało w blasku pochodni mieniąc się wielobarwnie, od purpury do intensywnego szkarłatu.