Przeznaczenie - Leon Potocki

Reflow text when sidebars are open.
- Małgorzato, tyś naumyślnie źle zrobiła.
- Naumyślnie! Proszę uniżenie i pan mnie o to posądzać możesz? Naumyślnie! Biedny Azor, już wytrzymać nie mógł, już od dwóch dni ciągle za mną chodził, jak gdyby chciał mówić: Małgorzato zapominasz o mnie. Pomiarkowawszy, czego żąda, a wiedząc, że pan czym innym jesteś zajęty, wzięłam go na kolana i wyczesałam. Miał ich ze sto przynajmniej.
- Jak to, ze sto? I ani jedna nie pozostała dla mnie? Poszukaj tylko Małgorzato, a może byś choć jedną znalazła na sobie?
- Na sobie? Żartuj pan zdrów. Na próżno, na próżno, nikt u mnie tego nie znajdzie, bo wiedzą wszyscy jak ochędożną jestem.
- Niestety! I ja wiem o tym aż nadto dobrze! Ciągle tylko myjesz, ścierasz, wymiatasz. Wczoraj na przykład zmiotłaś w tym kącie pajęczynę, tak starannie przeze mnie pielęgnowaną.
- A na cóż tutaj jestem? Wszakże na to u pana służę, abym wszystko w porządku i ochędóstwie utrzymała.
- A tę karafkę napełnioną deszczową wodą? Sam ją w zeszłym tygodniu pod rynną zebrałem, podczas tej gwałtownej burzy; co to za woda była! A tyś ją wylała.
- Z przeproszeniem pańskim, śmierdząca.
- Śmierdząca, śmierdząca! Był to skarb prawdziwy! Ale ty tego nie rozumiesz, ty się na niczym nie znasz, ty nic nie umiesz! Słońce teraz tak świeci, a tyś mnie pozbawiła największej rozkoszy... przerwałaś moje prace... spostrzeżenia! Co za strata niepowetowana dla nauk! Małgorzato, wszak psów i kotów nie braknie nam w tym domu, jednej mi tylko pchły potrzeba, choć jednej, ale koniecznie. Zejdź tylko do tej baby, co na dole w bramie na straganie siedzi, poproś ode mnie; powiedz, że to dla mnie.
- Proszę uniżenie, żebym ja prosić miała i o co?
- Dlaczegóż nie?
- W nos mi się rozśmieje, powie żem zwariowała!
- Co ci to szkodzi?
- Co mi to szkodzi? Wiele szkodzi. Ona przed wszystkimi rozpaple, rozniesie, rozgada przed kumoszkami swoimi i przed lokajami z pierwszego piętra, i tak zadzierającymi nosa do góry, i tak strojącymi ze mnie żarciki. Nie, to być nie może, ja tego nie zrobię.
- Moja Małgorzato, Małgosiu, nie uważaj na to, zrób dla mnie, proszę.
- Nie mogę. Ale kiedy pan koniecznie tego po mnie wymagasz, zejdę na dziedziniec, a jeżeli napotkam Bekasa, wyżła należącego do tego oficera, co to mieszka w oficynie, i da mi się złapać, to panu przyniosę, czego żądasz.
- Dobrze Małgosiu, dobrze, tylko się śpiesz, bo słońce może się skryć za chmurą, a wtedy będzie za późno. Weź ze sobą czym psa przyłasić, weź pozostałego kuraka z wczorajszego obiadu - dodał pan Szalewski, podając jej talerz z komody.
- Patrzcie - mruknęła pod nosem Małgorzata, wychodząc z pokoju - i ja bym miała dać psu całego kuraka za jedną pchłę; nie będzie nic z tego. Nie będzie nic z tego. Nie śmieszny to człowiek? Dobrze o nim powiadano, że dziwak. Nie chciałam temu wierzyć. Jeżeli pies dobrowolnie da się złapać, to zgoda, jeżeli nie...
- Małgorzato! Małgorzato! - zawołał pan Szalewski ze schodów. - Tylko pamiętaj przynieść mi ją żywą, nie pomiętoś palcami, chcę ją mieć żywą, całą w dobrym stanie, czy słyszysz? Czy zrozumiałaś?
Małgorzata nic na to nie odpowiedziała, ale nim ze schodów zeszła, dane polecenie tak jej w niesmak poszło, iż zamiast je uskutecznić, wstąpiła do straganu, siadła zamyślona na ławie i zaczęła ulubioną z panią Janową rozmowę o co dzień odnawiających się dziwactwach swojego pana.