Przeznaczenie i pierwszy pocałunek - Kasie West

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Twarz ci odpada.

Dotknęłam swojego podbródka, który tak przykuł uwagę Granta, i poczułam, że długi kawał sztucznej skóry, przyklejony przez charakteryzatorkę do mojej własnej, ledwo się trzyma.

- Ma odpadać. Jestem zombi. - Bo byłam! Grałam w swoim pierwszym filmie, u boku Granta Jamesa. Tego Granta Jamesa, supergwiazdy. Byliśmy na planie od tygodnia, a jeszcze nie oswoiłam się z tą myślą.

- Nie sądzę, żeby tak miało to wyglądać - stwierdził.

- Odpada mi twarz. - Odwróciłam się do Remy'ego, reżysera. Stał za kamerą i monitorem do podglądu. Za nim tłoczyło się z dziesięć innych osób.

Na prawo ode mnie operator mikrofonu jęknął i oparł wysięgnik z nim o ramię. Pewnie bolały go już mięśnie - to był co najmniej dwudziesty dubel naszej sceny.

- Charakteryzacja! Leah! - zawołał Remy. - Trzeba poprawić twarz!

Pomimo ogromnego ekranu bezcieniowego, blokującego promienie słoneczne, żar buchał z ziemi wokół nas. Jak na wrzesień w Los Angeles panował upał. Kręciliśmy dziś na cmentarzu i czułam, że jeśli potrwa to dłużej, naprawdę zacznę się czuć jak zombi i powoli rozpuszczać.

Leah podbiegła z torbą akcesoriów i zabrała się za mnie. W kadrze pojawił się też Remy.

- Potrzebuję w tej scenie chemii między wami. Niczego nie czuję.

- Ja też nie - mruknął Grant.

Nie było między nami chemii? Podczas zdjęć próbnych biło jej od nas aż za dużo. Widocznie nie służyła mi zombifikacja.

To było do przeskoczenia. Może i uchodziłam za nowicjuszkę na planie, ale aktorstwo miałam we krwi. Zaliczyłam kilka reklam, z dziesięć premier w licealnym teatrze i cztery gościnne występy w telewizyjnym tasiemcu, zatytułowanym Kafeteria. Wiem, pamiętały mnie z niego co najwyżej trzy osoby, ale to nie znaczy, że nie byłam dobra. Ten film jednak miał być dla mnie momentem przełomowym. I pierwszą prawdziwą szansą, żebym mogła się wykazać. Byłam materiałem na gwiazdę.

Trwałam w idealnym bezruchu, podczas gdy Leah ugniatała i dźgała mój podbródek. Grant krążył za nią, przestępując kopczyki piachu i obchodząc sztuczne nagrobki. Powtarzał pod nosem swoje kwestie, oprócz dwóch, o których kompletnie nie pamiętał. Nic nie powiedziałam. Od tego był Remy.

Leah cofnęła się o krok, rzuciła okiem na moją twarz i stwierdziła:

- Idealnie.

Uśmiechnęłam się.

- Cudnie wyglądam?

Wesoło klepnęła mnie w ramię, a potem wróciła za monitor.

- Okej - powiedział Remy. - Wszyscy na miejsca.

Trzy godziny później Remy krzyknął:

- Cięcie. Na dziś koniec.

Leah podeszła, żeby usunąć dorobiony element mojej zombi-buźki, którego za nic nie pozwoliłaby mi samej zdjąć (za cenny na to, jak mi raz powiedziała). Już miałam się odezwać do Granta, gdy zauważyłam za reflektorami i monitorami tatę, lawirującego między członkami ekipy zdjęciowej, ze wzrokiem wbitym w Remy'ego. Zamachałam rękami, mając nadzieję, że dzięki temu Leah przyspieszy. Jak tylko skończyła, zerwałam się, by przechwycić ojca. Nie zdążyłam. Gdy do niego dotarłam, był w trakcie wykładu na temat liczby przerw należnych niepełnoletniej aktorce. Remy słuchał tego z kamienną twarzą.

- Tato - zawołałam. - Ty tutaj. Znowu.

Nie wybiłam go z rytmu.

- Jestem tu od dwóch godzin, a wy nawet na moment nie przerwaliście.

- Weźmiemy to pod uwagę - zapewnił go reżyser.

- Dzięki, Remy - powiedziałam. - To do jutra. - Wzięłam ojca pod rękę i pociągnęłam w stronę swojej przyczepy.

- Lacey - zaprotestował - jeszcze nie skończyłem.

- Nie odbyliście wczoraj tej samej rozmowy?

- I najwyraźniej nic się nie zmieniło.

- Tato, czuję się świetnie. Przerw mieliśmy od groma, zapewniam. Połowę czasu jedynie staliśmy, czekając na przestawienie świateł. - Przed nami były jeszcze ze dwa miesiące zdjęć. Ojciec nie może się tak zachowywać.

- To nie to samo, co planowa przerwa - oświadczył, kiedy zatrzymaliśmy się przed przyczepą. Spojrzał na drzwi, a potem na mnie. - Nie jedziesz od razu do domu?

Racja. Dom. Byłam niepełnoletnia, co robiło ze mnie jedynego członka głównej obsady niemieszkającego w przysługującej mu przyczepie, holowanej wraz z resztą sprzętu na każdy plan zdjęciowy. Co wieczór czekała mnie co najmniej czterdziestominutowa (w zależności od tego, gdzie akurat kręciliśmy) przeprawa do mieszkania taty... miejsca, w którym ani trochę nie czułam się jak w domu. Od czasu, gdy zaczęłam pomieszkiwać z ojcem, minęło siedem lat, a my nadal staraliśmy się do tego przywyknąć. Kiedy zaproponował, że przeniesie się ze mną do Los Angeles, myślałam, że w końcu zdecydował się wesprzeć moją karierę. Dopiero tu, na miejscu, pojęłam, że marzyło mu się jedynie mikrozarządzanie nią.

- Muszę najpierw odrobić lekcje. - Otworzyłam przyczepę i weszłam do środka. Poszedł w moje ślady.

- O czymś mi to przypomina... Dlaczego powiedziałaś Tiffany, żeby już nie przychodziła?

Usiadłam na kanapie i rozsznurowałam trzewiki.

- Komu?

- Tiffany. Twojej korepetytorce.

- A, racja. Nie powiedziałam jej, żeby nie przychodziła. Sama zrezygnowała.

- Naprawdę?

Serio... po tym jak trzeci dzień z rzędu musiała czekać na mnie dwie godziny. Mój zdjęciowy plan pracy uwzględniał wprawdzie plan lekcji, ale zdarzały się też opóźnienia.

- Owszem, naprawdę. Poza tym, najdroższy tatusiu, nie potrzebuję korepetytora - odparłam z angielskim akcentem. - Nad zestawami zadań domowych jestem w stanie pracować sama. - Tata znalazł w pobliżu szkołę gotową patronować mojej domowej edukacji. Semestr zaczął się przed trzema tygodniami, jeszcze zanim ruszyły zdjęcia. Kiedy będę mieć je z głowy, ostatnią klasę dokończę u siebie w domu, z mamą i wśród przyjaciół. Prawdopodobnie dlatego nie przywiązywałam zbyt dużej uwagi do nauki domowej ani do cotygodniowych maili od nauczyciela wspierającego.

- Słusznie myślisz. Korepetytor okaże się zbędny, o ile rzeczywiście będziesz odrabiać zadania domowe i dostarczać je we własnym zakresie - skontrował swoją wersją angielskiego akcentu. Uśmiechnęłam się. Mój tata miał w sobie coś z dziwaka, wiecznie w odcieniach khaki, z rudawymi włosami, które czesał obecnie z przedziałkiem, ale gdy się postarał, potrafił grać pierwsze skrzypce. Ruchem głowy wskazał leżące na stole zadanie domowe. - Dlatego załatwiłem ci kolejną pomoc. I zadbam, żeby była na bieżąco z twoim planem lekcji. Nawet wtedy, kiedy zajdą w nim zmiany.

Odpuściłam sobie obcy akcent.

- Co takiego? Tato, nie. Zabiorę się do lekcji, obiecuję. Niepotrzebna mi niańka. W życiu nie trafiła mi się taka szansa. Skupiam się na niej. Wydobywam na powierzchnię swoją naturę zombi. Zombiaki nie realizują indywidualnych programów nauczania.

Machnął ręką w stronę mojej zombi-buźki.

- Jakoś mi się nie wydaje, żeby to miało być najlepszą szansą, jaką szykuje ci życie. A w szkole niesamowite jest to, że ukończenie jej sprawia, iż w przypadku gdy szanse obrócą się w ruinę, będziesz miała od czego się odbić. - Podniósł ledwie ruszone zadanie domowe. - On będzie tu jutro.

- On? Załatwiłeś mi korepetytora? Dziwnie będzie przesiadywać w przyczepie z obcym mężczyzną.

- Zaraz tam z mężczyzną. Tym razem zatrudniłem chłopaka, ucznia patronującej ci szkoły. Dobrze ci zrobi, jak spędzisz trochę czasu z kimś w swoim wieku.

- Nie uważasz, że koleś w moim wieku będzie mnie raczej rozpraszał?

- Wykazujesz się niebywałą kreatywnością, żeby się z tego wywinąć. Nie, nie uważam. Wiem, co ci chodzi po głowie. Chłopcy stanowiliby przeszkodę dla twoich wielkich planów. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio potraktowałaś jakiegoś przyjaźnie.

- Potraktowałabym, gdyby któryś poprosił.

Od strony drzwi przyczepy dobiegło stukanie, a potem pojawiła się w nich głowa Aarona, piętnastoletniego syna reżysera.

- Podać ci coś, Lacey?

- Poproszę o butelkę schłodzonej wody - odparłam z uśmiechem.

- Lacey może sama przynieść sobie wodę - wtrącił tata.

- Wszystko gra. Jestem tu po to, żeby pomagać. - Aaron podszedł do niewielkiej lodówki w kąciku kuchennym. - Rano włożyłem do niej napoje. - Wyciągnął butelkę i podał mi.

- Kochany jesteś. Dziękuję!

Spuścił wzrok, zarumieniony.

Na stoliku zabzyczała moja komórka. Na planie nie wolno było mieć telefonów, czekała na mnie więc lista powiadomień z całego dnia. Wpisałam hasło i pospiesznie przejrzałam SMS-y. Były głównie od Abby i innych znajomych z moich stron.

- Coś jeszcze? - zapytał Aaron, wciąż stojący obok.

- Aha, nie, to wystarczy. - Podniosłam w górę butelkę. - Dziękuję.

Kiwnął głową, a potem wycofał się z przyczepy, zamykając drzwi.

- Kiedy dorobiłaś się nosiwody? - Tata skubnął liść zwisający z łodygi jednej z róż, przysłanych mi przez mamę z okazji pierwszego dnia zdjęciowego. Po siedmiu dniach były oklapłe i suche jak wiór. - Myślałem, że twoją asystentką jest Faith. Potrzebujesz dwojga?

Odkręciłam wodę i pociągnęłam łyk.

- Tato, Faith jest asystentką reżysera. A Aaron to syn Remy'ego. Nie nazywaj go nosiwodą. Mam wrażenie, że marzy mu się praca przy filmach, gdy dorośnie.

- Dlatego nosi ci napoje?

- Nie, po prostu chodził za mną, pytając, jak mógłby pomóc. Początkowo starałam się mu wyjaśnić, że niczego nie potrzebuję, ale autentycznie się zasmucił. Dlatego teraz od czasu do czasu proszę go o to i owo. Tak jest łatwiej. - Odstawiłam wodę na stolik i wyplotłam z włosów wstążki, żeby powiesić je na stojącym w rogu wieszaku na ubrania.

- Rozumiem - stwierdził tata, choć nie wyglądało na to, by tak było. - No, jak dzisiaj poszło? Chcesz już to rzucić?

Skrzywiłam się.

- Jeżeli kiedyś zechcę to rzucić, pierwszy się dowiesz. Tylko za bardzo się nie nadmij, kiedy do tego dojdzie.

Położył dłoń na piersi, niby to głęboko urażony.

- Wiesz przecież, że ja się nie nadymam.

- Nie, tylko tak bardzo się cieszysz, że aż cię rozsadza.

- Rozumiesz chyba, że tu nie chodzi o mnie.

- Wiem, wiem. Idzie o twoje głębokie zatroskanie o moje kruche ego.

- Ja tylko uważam, że nie jest źle pobyć trochę dzieckiem, zanim się dorośnie. Ta branża potrafi doprowadzić ludzi do szaleństwa.

- Bo ci ludzie nie mają ciebie. - Uściskałam go. Do szaleństwa doprowadzał mnie obecnie tylko on, ale że był moim tatą, a ja nie miałam wątpliwości, że właśnie tego należy się spodziewać po ojcach, wszystko mu wybaczałam. Bo nawet jego namolność nie byłaby w stanie odebrać mi frajdy z tego, gdzie jestem i co robię.

Jego ramiona podjechały do góry i opadły.

- Oto jak się mnie wpuszcza w maliny.

- Poza tym, od dawna już nie jestem dzieckiem. - Odlepiłam od policzka skraj lateksu i powoli go ściągnęłam. - Taaato, pomocy! Twarz mi się odrywa!

- Ty tak poważnie, tuż po zapewnieniu, że już nie jesteś dzieckiem?

- Masz rację. Złe wyczucie czasu. - Podeszłam do toaletki i odłożyłam na nią lateks, a potem wzięłam patyczek higieniczny i zanurzyłam go w jakimś magicznym roztworze do rozpuszczania charakteryzacji, który pierwszego dnia dostałam od Leah. Sprawiał, że sztuczna skóra łatwiej odłaziła.

- A więc widzę cię w domu o dziesiątej z odrobionymi zdaniami - powiedział tata, już z ręką na klamce.

- Jasne.

Opuścił przyczepę, zamykając za sobądrzwi ze szczęknięciem.

Klapnęłam na krzesło i natychmiast tego pożałowałam, gdyż gorset, który miałam na sobie, wpił mi się w uda i żebra. Podniosłam się i go rozsznurowałam. Charakteryzacja, którą przyszło mi nosić, była wręcz ohydna, za to kostiumy powalały. Dawne zombiaczki wiedziały, w co się ubrać. Przesunęłam dłonią po wystrzępionym rękawie bufiastej bluzki.

Rzuciłam gorset na wieszak, po czym sięgnęłam po komórkę.

Abby odezwała się po trzecim dzwonku.

- Cześć, gwiazdo.

- Hej! Mam dziś od ciebie z tysiąc SMS-ów.

- Wiem, mówiłaś, że gdy kręcicie, nie wolno ci czytać, ale weszły mi w nawyk.

- Rozumiem. Też się za tobą stęskniłam!

- Kiedy zrobisz sobie przerwę, żeby odwiedzić nie aż tak nieziemskich przyjaciół ze Środkowego Wybrzeża?

Zakłuło mnie w piersi. Ani przez moment nie żałowałam przyjęcia roli Scarlett, ale trudno byłoby nie tęsknić ani trochę za domem. Miałam wrażenie, że milion kilometrów dzieli mnie od bliskich mi ludzi, robiących teraz to wszystko, czym zwykliśmy cieszyć się razem, choćby umawiających się po lekcjach na wspólne wypady do barów i planujących weekendy.

- Moi przyjaciele ze Środkowego Wybrzeża są najbardziej nieziemscy na świecie, ale wygląda na to, że przez najbliższe kilka tygodni będziemy kręcić niemal na okrągło. Tym bardziej że sprawy nie układają się za dobrze. Podobno chemia między Grantem a mną gdzieś się ulotniła.

- Jak to?

- Prawdopodobnie dlatego, że przeważnie wyglądam ostatnio jak nadżarty przez robaki truposz. - Chwyciłam chusteczkę i zabrałam się do usuwania ze skóry pozostałości po charakteryzacji i resztek kleju. Tego wieczoru przyda mi się długi prysznic. Moje włosy, normalnie rude i kręcone, były teraz proste i tak przybrudzone ziemią, że wyglądały bardziej na brązowe.

- Nadal nie rozumiem, czemu jego postać powinna chcieć pocałować twoją postać, będącą w takim właśnie stanie.

- Ponieważ prawdziwa miłość wszystko przezwycięży. Bardziej powinno cię martwić, dlaczego moja postać chce pocałować jego. Jestem zombi. Dobra, częściowo uleczonym, ale jednak zombi, czy nie powinnam więc marzyć o pożarciu jego mózgu? Odnoszę wrażenie, że w filmach nie wszystko musi mieć sens.

- Ale to ma sens. Prawdziwa miłość rzeczywiście przezwycięża wszystko. Jest nawet na swój sposób słodka.

Roześmiałam się.

- Odezwała się zakochana. Jak tam Cooper?

- Jest niesamowity.

- A zatem cała ta historia z przejściem od serdecznej przyjaźni do zakochania jest według ciebie godna polecenia?

- Zdecydowanie. A czemu? Masz serdecznego przyjaciela i myślisz o zmienieniu go w kogoś więcej?

- Ha! Nie mam żadnych przyjaciół. Dopiero co się tu przeprowadziłam, mieszkam z osamotnionym i wybitnie nieudzielającym się towarzysko tatą, a do tego całe dnie spędzam na planie zdjęciowym.

- Nie miałam pojęcia, że sama jedna grasz w tym filmie.

Zacisnęłam usta.

- Tu mnie masz. To ja jestem nietowarzyska.

- I to mnie ogromnie dziwi. Tu u nas byłaś królową imprez. Wyprawiałaś je przy każdej okazji.

Przechodząc, przesunęłam dłonią po ubraniach na wieszaku, poczułam pod palcami ich jedwabistą miękkość.

- Jesteś tam jeszcze? - upewniła się Abby.

- Odczuwam lekką presję. Okazja jest tak niesamowita, że strasznie się boję ją zepsuć. - Pierwszy raz komuś się do tego przyznałam. To prawdopodobnie dlatego czułam się nieswojo, a Remy nie wyczuwał chemii między mną a Grantem. Potrzebowałam relaksu. Nabrałam powoli powietrza, a potem równie wolno je wypuściłam.

- Współczuję - powiedziała Abby.

- Dość już o mnie. Jak tam twoje malarstwo? Przesłałaś mi przez internet jeszcze jakieś obrazy, żebym miała ucztę dla oczu? - Abby kiedyś zasłynie jako malarka światowej klasy. Byłam tego pewna.

- Nie. Każdą wolną chwilę zabiera mi szkoła.

- Nie ma większego od niej złodzieja czasu, sama widzisz. A skoro o tym mowa, do dziesiątej muszę odrobić co najmniej połowę zadań z zestawu do nauki indywidualnej. Lepiej się za to wezmę.

- W porządku. Powodzenia.

- Pozdrów Coopera ode mnie.

- A ty baw się dobrze, pracując nad chemią z Grantem Jamesem. Nawet jeśli on jej nie czuje, tobie wystarczy jedno spojrzenie w jego twarz i będzie po problemie - powiedziała. - Na żywo też tak promieniuje, jak ze srebrnego ekranu?

- Bardziej. - Wiedziała o tym cała obsada i wszyscy z ekipy zdjęciowej, a także on sam.

Parsknęła śmiechem.

- Masz ciężką robotę, Lacey Barnes. Superciężką.

- Wiem. Niektórzy z nas są powołani, aby się poświęcić w imię większego dobra. A innym pisane jest płacić grubą kasę za oglądanie tych, którzy odpowiedzieli na ów zew.

- Jeszcze się zgadamy.

Rozłączyłyśmy się, a ja sięgnęłam po swój zestaw prac domowych. Popracowałam nad nim dobre pięć minut, a potem odpłynęłam myślami ku temu, co wydarzyło się dzisiaj na planie. Nauczyć się powinnam przede wszystkim Granta Jamesa. Abby miała rację, należało popracować nad chemią i wiedziałam, jak to zrobić.

ROZDZIAŁ 2

Grant James i ja musieliśmy się poznać bliżej poza planem zdjęciowym. W tym cała rzecz. Nie żebyśmy nie rozmawiali, a nawet trochę się wygłupiali między ujęciami, ale najwyraźniej nie była to wystarczająco mocna więź. Gdybyśmy tak, my jako my, zaprzyjaźnili się prywatnie, nasza interakcja, i kontakt z kamerą byłyby lepsze. Zdjęcia trwały dopiero od tygodnia, ale i tak powinnam była wpaść na to wcześniej.

Dochodziła ósma wieczorem, na zbliżenie się do Granta miałam więc mniej więcej półtorej godziny, bo potem będę musiała pojawić się u taty. Przechodząc między ostatnimi członkami ekipy demontującymi oświetlenie po dniu zdjęciowym, nie mogłam nie pozwolić sobie na chwilę bezruchu, żeby się tym wszystkim poupajać. Znajdowałam się przecież na prawdziwym planie filmowym i to dlatego, że grałam w tym filmie. Marzyłam o tym, jak długo sięgałam pamięcią, i wreszcie się spełniło. Nie wystarczyłoby powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Może raczej, że odczuwam euforię albo czuję, że żyję. Jakby wszystko, co zdziałałam w całym moim życiu, prowadziło mnie właśnie do tego.

Przed otaczającym przyczepę Granta rzędem barierek dyżurowało paru ochroniarzy. Stała w pewnej odległości od pozostałych. Tak, jakby gwieździe nie wypadało przebywać wśród zwykłych aktorów.

Ochroniarze byli z tych starszych, może po czterdziestce. Pomachałam.

- Dobry wieczór, panno Barnes - powiedział ten z prawej.

- Witam, wpadłam odwiedzić Granta.

- On się pani spodziewa?

- Nie, ale pomyślałam sobie, że moglibyśmy przećwiczyć role.

- Jeśli zechce pani tu zaczekać, zapytam. - Odczepił od ramienia krótkofalówkę i powiadomił kogoś jeszcze o mojej obecności. Nie miałam pojęcia, po co potrzebny nam pośrednik. Przyczepę Granta i bijące z niej światła widziałam przecież tuż za ich plecami. Wystarczyło przejść dwadzieścia kroków i zapukać. Widocznie ochroniarze nie mieli ani numeru jego komórki... ani prawa dostępu do drzwi. Staliśmy więc w milczeniu, ja i dwóch facetów trzy razy większych ode mnie.

- Muszą panowie dyżurować tu do rana? - zapytałam, gdy cisza przedłużyła się ponad minutę.

- Zgadza się, musimy. Dostała nam się nocka.

- Tak przy okazji, mam na imię Lacey - powiedziałam i zaraz do mnie dotarło, że ochroniarz zwrócił się do mnie po nazwisku.

- Ależ znamy panią.

Uśmiechnęłam się.

- Dobry obyczaj każe, żeby teraz panowie podali mi swoje imiona.

- No tak - przyznał ten, który wziął na siebie rozmowę ze mną. - Ja jestem Duncan, a tamten to Phil.

Krótkofalówka Duncana zatrzeszczała, a potem odezwał się kobiecy głos.

- Może przyjść.

- Niech zgadnę - powiedziałam. - Mogę przyjść?

Duncan, z uśmiechem, odsunął się na bok.

- Idź , utrapienie.

- Nie pierwszy raz ktoś mnie tak nazywa - stwierdziłam.

- Nie wątpię.

Przechodząc obok Duncana, poklepałam go po ramieniu. Po dojściu do przyczepy Granta zapukałam.

- Proszę - odpowiedział.

Pociągnęłam za klamkę i wspięłam się po dwóch metalowych schodkach. Jego przyczepa była dużo większa od mojej. To jako pierwsze rzuciło mi się w oczy. Po jednej stronie widniała wielka sofa, po drugiej stół, płaski telewizor, nieziemska kuchnia, a w głębi zamknięte drzwi, prowadzące prawdopodobnie do sypialni. W drugiej kolejności zauważyłam jego. Siedząc na sofie, wcinał baton proteinowy. Miał na sobie dresowe spodnie, podwinięte do kolan, i jakąś koszulkę. Dawno nie widziałam go w codziennych ciuchach. Zdążyłam przywyknąć do jego luźnych koszul, fularów i kamizelek. Teraz bardziej wyglądał na swoje dziewiętnaście lat. Utkwił swoje niebieskie oczy w moich źrenicach. Miał prawo być próżny.

- Hej - powiedział. - Prawie zapomniałem, jak wyglądasz bez tej całej charakteryzacji.

- Coś tak czułam. - Oparłam podbródek na rękach, jakbym eksponowała twarz na jakiejś wystawie. - Zapisz to sobie w pamięci przed jutrem.

Odpowiedział półuśmiechem i podniósł swój proteinowy baton.

- Też chcesz?

- Nie, dziękuję.

- Myślałem, że pojechałaś do domu - zauważył.

- Nie pojechałam. - Wskazałam wolne miejsce na sofie koło niego. - Mogę usiąść?

Opuścił na podłogę nogę, leżącą dotąd niedbale na siedzisku, i potwierdził:

- Pewnie.

- No to... - Usiadłam i rozejrzałam się. Za błyskawiczne zawieranie przyjaźni brałam się raczej nieczęsto. Zdobywanie przyjaciół nie sprawiało mi trudności, ale też zazwyczaj nie czułam, że od nawiązania z kimś kontaktu może zależeć moja kariera. Najwyraźniej to jedno wystarczyło, żebym zapomniała, jak się rozmawia z ludźmi. Zwróciłam uwagę na książkę, leżącą na stole naprzeciwko nas. - Lubisz czytać?

- Czasami.

Zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na ekran i coś napisał. Sięgnęłam po książkę. To była powieść Tańcząc na grobach, na której został oparty nasz film. Przeczytałam ją zaraz po tym, jak dostałam rolę. Jego zakładka tkwiła około pięćdziesiątej strony.

- Jeszcze nie przeczytałeś? - zapytałam, cokolwiek zaskoczona.

- Pracuję nad tym.

- Nie wydaje ci się, że książki ułatwiają pogłębienie postaci, nad którym można popracować?

- Lubię wnosić w postać coś swojego.

Ktoś zapukał w drzwi.

- Proszę! - zawołał Grant.

Weszła Amanda. Odtwórczyni roli Evelin, mojej najlepszej przyjaciółki, dobrej, dzielnej i zakochanej w moim narzeczonym. Zdążyła się przebrać w coś czystego i uwolnić piękną brązową cerę od zmieniającego ją makijażu. W realu wiedziałam o niej jeszcze mniej niż o Grancie.

Trzymała w rękach dwie butelki piwa. Na mój widok uniosła brwi.

- Cześć.

- Jedna z nich jest dla mnie? - zapytał Grant.

- Tak, proszę pana. Pomyślałam sobie, że może ci się przydać, po tym jak poprzedniego wieczoru narzekałeś na spięty kark. - Spojrzała na mnie. - Nie wiedziałam, że tu będziesz, bo przyniosłabym jeszcze jedną.

- W porządku. Mam dopiero siedemnaście lat. - Jeszcze przyłapaliby mnie tutaj na piciu. Ojciec miałby pretekst, żeby podrzeć mój kontrakt i odesłać mnie do mamy.

- No tak - powiedziała. - To dlatego twój tata stale się tu kręci.

Grant parsknął śmiechem i otworzył butelkę. Wiedziałam, że to dziewiętnastolatek, ale byłam też pewna, że jego zwykłe reguły prawa nie obowiązują. W jakim wieku jest Amanda, nie miałam pojęcia.

- Wciąż zapominam, jak wyglądasz bez charakteryzacji - zwróciła się do mnie.

Grant machnął nogą w jej stronę.

- Powiedziałem jej dokładnie to samo.

- A pasemka ziemi we włosach też są niesamowite - dodała.

Przeczesałam dłonią włosy. A przynajmniej spróbowałam - bo ukazało się to prawie niemożliwe.

- To jedna z moich lepszych kreacji.

Klepnęła Granta w kolano.

- Zrób mi miejsce.

Przesunął się, a ona wbiła się między nas. Byłam zadowolona, że przyszła. Obecność dodatkowej osoby ułatwi rozmowę.

- Chodzicie ze sobą?

Grant znowu się zaśmiał.

- Nie. Ale dobrzy z nas przyjaciele. - Stuknął się z nią butelką.

- Znaliście się przedtem? - dociekałam.

- Nie - odparła Amanda. - Ale spędzamy ze sobą dużo czasu.

Gdybym mogła przebywać tu na miejscu przez okrągłą dobę, siedem dni w tygodniu, pewnie bardziej byśmy się zżyli.

- To co robiliście, zanim przyszłam? - zapytała Amanda.

- Właściwie to nie wiem - odpowiedział Grant. - Lacey dopiero co wpadła. Potrzebujesz czegoś, Lacey?

- Nie. Chciałam zajrzeć do ciebie na trochę. Remy wspomniał dzisiaj coś o chemii między nami i pomyślałam sobie, że takie spotkanie nam się przyda.

Grant i Amanda wymienili spojrzenia.

- Tak, to mogłoby pomóc - przyznał.

- O co chodzi? Coś powinnam wiedzieć? - spytałam, bo było widać, że już o tym rozmawiali.

- Nie, skąd - zaprzeczyła Amanda. - Dojdziesz do tego.

- Wiem - potwierdziłam. To, że jestem małolatą, nie oznaczało, że nie znam się na aktorstwie. Westchnęłam i rozejrzałam się po przyczepie. Nie kleiło się między nami. Nasze stosunki wydawały się wymuszone, sztuczne. Trzeba było coś z tym zrobić. - Zagrajmy w karty. Masz talię?

- Hm... - Grant pokazał szufladę koło zlewu. - Tam poszukaj.

Wstałam i wysunęłam wskazaną szufladę. Z tyłu, za bloczkiem papieru i nieotwartą korespondencją, znalazłam karty. Uwolniłam je stamtąd i uniosłam w górę. - Niech się zacznie gra.

- W co zagramy? - zapytała Amanda. - W rybki?

- To było niezłe. - Usiadłam przy stole i przetasowałam karty. - Oto zasady gry... Trochę przypomina wojnę - wyższa karta wygrywa rozdanie. Tyle tylko, że tutaj najniższa karta musi wyjawić coś na swój temat. A wygrywa ten, kto zgarnie całą talię. - Chodziło nie tylko o to, że pomoże mi to lepiej poznać Granta, ale i o fakt, że nic tak nie ożywia atmosfery, jak rywalizacja. A dobra zabawa łączy ludzi.

Uderzyłam dłonią w stół przed sobą.

- Chodźcie, chodźcie, wieczór nie robi się młodszy.

- Na pewno nie młodszy od ciebie - odparła Amanda z uśmiechem, ale jednak wstała i zajęła miejsce naprzeciwko mnie. Nie byłam pewna, czy stara się być zabawna, czy z jakiegoś powodu usiłuje mi dopiec. Jak by nie było, wiedziałam, jak sobie poradzić.

Obejrzała się na Granta, który znów sięgnął po komórkę.

- Nie marudź. Zagraj z nami.

Wciąż nie ruszał się z sofy.

- Ta gra nie ma sensu. Wszyscy już wszystko o mnie wiedzą.

- Grant. - Zabrzmiało to jak upomnienie.

Burknął coś zirytowany i dołączył do nas.

Rozdałam karty.

- Trzymamy je na stole, obrazkami do dołu, i odkrywamy równocześnie. Jesteście gotowi?

Oboje potwierdzili.

- Dobra... Jedziemy.

Odkryliśmy. Ja miałam waleta, Amanda odsłoniła ósemkę, a Grantowi trafiła się najniższa karta, trójka.

- I mamy naszego pierwszego przegranego - ogłosiłam.

- Oczywiście - powiedział.

- Jeszcze nie widziałam przegranego, który tak bardzo wyglądałby na zwycięzcę - zauważyła Amanda.

Oho! Tu więc tkwił problem. Może nie chodzili ze sobą, ale niewątpliwie wpadł jej w oko. Leciała na niego i myślała, że staram się jej go odbić. Za kilka tygodni czekało mnie pocałowanie się z nim przed kamerą, ale bez kamery w ogóle mnie nie interesował. Miło się na niego patrzyło, nie był jednak wart tego, żebym narażała dla niego swoją karierę.

- Okej, Grant - powiedziałam. - Zastrzel nas czymś interesującym, czego jeszcze nie czytałyśmy o tobie w internecie.

- Łatwiej byłoby sprostować coś, co przeczytałyście.

- Tak też może być - zgodziłam się. - Zawsze to coś nowego.

- Dobra, tak naprawdę, to nie mam kota imieniem Kumpel. Nazywa się Fąfel.

- Łee - zaprotestowała Amanda. - Daj nam coś ciekawego.

- Musiałabyś wygrać więcej niż jedno rozdanie, żebym to zrobił.

- Nie - ucięłam. - To wystarczy. Sednem tej gry jest szybkość, a więc ktoś podaje informację i natychmiast przechodzimy do kolejnego rozdania. - Położyłam dłoń na swojej części talii. - Poza tym nie wiedziałam, że jesteś kociarzem. Czemu nie zabrałeś Fąfla ze sobą, do przyczepy?

- Kiedy kręcę film, mieszka z moimi rodzicami.

- Następna runda - powiedziała Amanda i odkryliśmy karty.

- Amanda - oświadczyłam, bo to ona miała najniższą. Pstryknęłam palcami. - Prędziutko.

- No właśnie, lubię szybką jazdę.

Przewróciłam oczami, ale znów odsłoniliśmy karty.

Grant zabębnił dwoma palcami o stół.

- Kiedyś grałem.

- Na perkusji? - upewniłam się. - Dobry byłeś?

- Jak myślisz, czemu zostałem aktorem?

Roześmiałam się.

- Znacznie praktyczniej.

Następne rozdanie przegrałam ja.

- Potrafię sama zjeść całą dużą pizzę. - Dawno wprawdzie tego nie robiłam. Ostatnio bacznie przyglądałam się wszystkiemu, co miało trafić do moich ust.

- Fuj - rzuciła Amanda i znów odwróciliśmy karty.

Gra nabierała tempa.

- Obejrzałam wszystkie animowane filmy Disneya - wrzasnęła Amanda.

- Jestem pod wrażeniem - przyznałam.

- Uprawiałem biegi - wyznał Grant, gdy przegrał. - Lubię biegać.

- Nie znoszę zwierząt - oznajmiłam po następnym rozdaniu. - Capi od nich i wszędzie gubią sierść.

Granta zamurowało, za to Amanda parsknęła śmiechem.

- Mogłabym przespać bite dwanaście godzin - wyjawiła. - W spaniu biję wszystkich na głowę.

- Mam słabość do frytek z carne asada - przyznał się Grant. - Codziennie spędzam na siłowni dodatkową godzinę, żeby móc się nimi zajadać.

- Zagrałam w trzech różnych telenowelach - zdradziła Amanda.

- Nieźle - przyznałam.

- A teraz gram w filmie - dodała.

- Serio? - upewnił się Grant. - W jakim?

- W najlepszym na świecie - powiedziałam.

Grant się roześmiał, a Amanda krzyknęła:

- Święta prawda!

Następne rozdanie przegrałam.

- Lubię śpiewać - oświadczyłam.

- Hoho, to moglibyście we dwoje założyć kapelę - zauważyła Amanda.

- W mojej nie byłoby miejsca dla drugorzędnego perkusisty.

Grant szturchnął mnie w ramię. Amanda zgarnęła ze stołu karty za wygranie tej kolejki.

Następną przegrał Grant.

- Oświadczyłem się kiedyś dziewczynie i dostałem kosza.

Amanda, akurat sięgająca po karty, zamarła.

- Słucham?

- Masz dopiero dziewiętnaście lat - zdziwiłam się.

- A wtedy oboje mieliśmy po pięć.

Prychnęłam i rzuciłam w niego kartą.

- Zatrzymam ją sobie - powiedział, dodając kartonik do swojego stosika.

Kilka rozdań później gra dobiegła końca, wygrała Amanda.

- Zagrajmy znowu - zaproponowała.

- Czekajcie - powiedziałam, bo dopiero zauważyłam na ścianie zegar. - Rzeczywiście jest ta godzina, czy może jest wyłączony? - Pokazywał za dziesięć dziesiątą.

- Ooo - zakpiła Amanda. - Dziewczynka musi do domu. Zmienisz się w dynię?

- Nawiązanie do Disneya - zauważyłam.

- Poznałaś.

- Muszę lecieć. Fajnie było. - Podniosłam się.

- Ale się skończyło - dodała Amanda. - Widzimy się jutro na planie.

- Zapamiętajcie, jak wyglądam - powiedziałam, puszczając do Granta oko.

Lekko się uśmiechnął.

Zbiegłam ze schodków na asfaltowy plac, zadowolona z tego, jak nam poszło. Znajomość pozostała na etapie dość powierzchownego kontaktu, ale przy pierwszym podejściu można było oczekiwać tylko tego.

Zdążyłam zrobić zaledwie kilka kroków, gdy usłyszałam za plecami szczęk otwieranych drzwi. Odwróciłam się i zobaczyłam Amandę.

- Hej, chcę chwilkę z tobą porozmawiać - powiedziała.

- Nie ma sprawy.

Obejrzała się przez ramię na zamknięte drzwi i odciągnęła mnie nieco dalej od przyczepy.

- Wiem, Grant powiedział, że nie chodzimy ze sobą, ale ja bym tego chciała.

- Okej. - Tyle zdążyłam się domyślić.

- Chciałam, żeby było to jasne.

Uniosłam ręce.

- Jest twój. Mnie nie interesuje randkowanie.

- W porządku, ja tylko... Czekaj, co takiego? Nie interesuje cię randkowanie? Tak w ogóle? - Jej ciemne brwi podjechały w górę ze zdumienia. - Ze względu na religię czy coś takiego?

Zaśmiałam się.

- Nie. Ze względu na karierę. Nie chcę się rozpraszać. Wolę się skupić na niej.

Uśmiechnęła się.

- Okej. - Potem wskazała głową przyczepę Granta. - Też się powinnam skupić.

- Baw się dobrze. Do zobaczenia jutro.

Odeszła dwa kroki, zatrzymała się i powiedziała:

- Ale skoro nie uznajesz randkowania, to co czujesz w związku z czekającą cię sceną pocałunku? Czy ty... hm... wiesz, co robić?

- Całowałam się już z chłopakami. - Wprawdzie tylko na scenie, gdy grałam, ale jednak.

- Cóż, gdybyś potrzebowała jakichś wskazówek w kwestii chemii lub sceny pocałunku, mam w tym spore doświadczenie. Jak by nie patrzeć, jestem królową telenowel.

- Sądzę, że sobie poradzę. Ale dzięki. Potrzebowałam po prostu trochę się zbliżyć z Grantem i to się nam udało.

- Jeszcze jak. Będziemy musieli to kiedyś powtórzyć.

- No pewnie - potwierdziłam. Chociaż poszłam tam w ściśle określonym celu, naprawdę dobrze się bawiłam. - I jeszcze jedno: może nie randkuję, ale jestem znana jako notoryczna swatka. Jeśli będziesz potrzebować pomocy w ułożenia planu zdobycia Granta Jamesa, wal do mnie jak w dym.

- Serio?

- Najzupełniej.

- Byłabym przeszczęśliwa - wyznała.

- A więc umowa stoi. Niedługo to obgadamy.

Prawie w podskokach wróciła do przyczepy. Cały ten wieczór przekroczył moje oczekiwania. Okazał się zdumiewający. Oby tak samo zadziwił mnie tata, nie wściekając się na mnie za spóźnienie.

ROZDZIAŁ 3

Spóźniłaś się - powiedział ojciec, jak tylko przekroczyłam próg.

- Cześć, tato. Miło cię widzieć. - Przeszłam do niedużego saloniku, przylegającego do niedużej kuchni. Tato przeniósł się do Los Angeles parę miesięcy przede mną, żeby znaleźć nam przyzwoite miejsce do życia. Pracował jako grafik, i to głównie w domu, zapewnił mnie więc, że nie jest to dla niego wielkie poświęcenie, ale wiedziałam, iż przeniesienia całego życia do innego miasta, choćby nawet na pół roku, nikt nie nazwałby czymś łatwym.

- Spóźniłaś się, bo tak cię pochłonęło odrabianie lekcji, że zatraciłaś poczucie czasu? - zapytał.

Klepnęłam dłonią w trzykondygnacyjny stos kartonów, wznoszący się z prawej strony telewizora.

- Odkładania spraw na później nauczyłam się od ciebie. Jak długo tu mieszkasz? Dwa miesiące? Co w ogóle jest w tych kartonach? Niewątpliwie nic istotnego dla naszej egzystencji. - Spróbowałam otworzyć ten na górze, ale był zaklejony taśmą.

- Lacey - powiedział tonem ostrzeżenia.

- Wiem, może nie wygląda na to, że odrabiałam lekcje, ale naprawdę to robiłam.

- Pokaż.

- Nie mam ich przy sobie. Zostawiłam w przyczepie.

- Nie wiem, co z tobą zrobić. Pojęcia nie mam, czy porozmawiać o tym z twoim reżyserem, czy....

- Proszę, nie. Proszę. I tak już wszyscy na planie widzą we mnie małą dziewczynkę. Tak jakby jeszcze nigdy w dziejach Hollywood głównej roli nie grała siedemnastolatka.

Przyglądał mi się przez długą i denerwującą chwilę. Potem powiedział:

- Jeśli zgłodniałaś, w lodówce jest lazania. - Odwrócił się, przeciął króciutki przedpokój i zamknął się w swoim pokoju.

Opadłam na kanapę i wtuliłam twarz w dłonie. Jeśli chodzi o sprawy nauki, krzywa życia z moim tatą pięła się stromo. Był surowszy od mamy i wciąż jeszcze starałam się znaleźć na to sposób. Przedtem spędzałam z nim jeden weekend w miesiącu i dwa tygodnie każdego lata. W międzyczasie utrzymywaliśmy kontakt poprzez pocztę elektroniczną, SMS-y i rozmowy telefoniczne. Teraz oboje odkrywaliśmy, że pełnowymiarowe mieszkanie razem to coś zupełnie innego.

Już miałam wstać, kiedy moja dłoń natrafiła na klapę laptopa. Poczucie winy po spięciu z tatą zapewne nie sprzyjało guglowaniu na swój temat w komputerze. Już i tak złapałam doła, a czytanie dotyczących mnie komentarzy raczej nie poprawiłoby mi nastroju. A jednak połączenie wolnej chwili z dostępem do internetu zawsze wyzwalało we mnie takie pragnienie. Wpisałam swoje imię i nazwisko w okienko wyszukiwarki.

Przedtem uruchamiało to zaledwie kilka rekordów, głównie odnoszących się do Kafeterii. Teraz wszystko, co się pojawiło, dotyczyło Granta. Pierwszy z przeczytanych przeze mnie nagłówków pytał: Kim jest nieznana gwiazdka u boku supergwiazdy Granta Jamesa?

- Po prostu nikim - odpowiedziałam. Gorsi od plotkarskich artykulików byli fani Granta. Czysta bezwzględność. Media społecznościowe kipiały od wzmianek o tym, kogo pragnęliby widzieć zamiast mnie w roli głównej. Na przykład Natalie Mendozę, kolejne wielkie nazwisko ze świata filmu. Ludzie naprawdę sądzili, że produkcję niezależnej wytwórni stać na dwie wielkie gwiazdy? Ja niezbyt rozumiałam, jak zdołała sobie pozwolić na jedną. Grant musiał przystać na znaczące obniżenie gaży.

Przewijałam kolejne strony i nagle wyskoczyło zdjęcie. Zamurowało mnie. W internecie, oczywiście, widywało się trochę moich fotek - zdjęć twarzy i fotosów z reklam, w których grałam, czy z serialu. Ta jednak była potworna. Dopiero co przyjechałam na plan, w dresach, zero makijażu, do tego z kwaśną miną. Podpis apelował: Ratujcie Granta Jamesa przed nieumarłymi.

- Lacey, zostaw ten internet - upomniałam siebie, zatrzaskując laptop. - Wcale ci nie pomaga. - I powlokłam się do łóżka.

W bufecie zawsze była dostępna wyżerka, toteż następnego ranka, zaraz po charakteryzacji, skierowałam się właśnie do tego namiotu. Przy stole z jedzeniem stała akurat Amanda w długiej czarnej pelerynie, chroniącej kostium, i nakładała sobie na talerz melona. Kiedy podeszłam, podniosła wzrok i lekko nią rzuciło. Potem parsknęła śmiechem.

- Gdybym polowała na zombi, byłabyś pierwsza do odstrzału - powiedziała.

Chwyciłam się za serce.

- Zabolało mnie, że nic dla ciebie nie znaczę.

- Śmierć.

Wyszczerzyłam zęby, a ona się uśmiechnęła i cofnęła o krok. Chwyciłam banana.

- Po moim wyjściu rozegraliście z Grantem jeszcze jedną rundę gry?

- Owszem.

- Dowiedziałaś się o nim czegoś ciekawego? - Wieczorem było zabawnie, ale dzieliliśmy się tylko błahymi faktami. Nadal miałam wrażenie, że za mało go znam.

- O Grancie Jamesie?

- A pojawił się ktoś jeszcze? - Obrałam banana i zjadałam go po kawałeczku.

Porwała z miski na stole garść granoli i z uśmiechem cisnęła nim we mnie.

- Nie, ale to przecież Grant James. Opinia publiczna śledziła go już jako sześciolatka. Nic, co powiedział mi wczoraj wieczorem, łącznie z perkusją i frytkami asada carne, nie było żadną nowiną. Wszystko, co chciałoby się o nim wiedzieć, na pewno jest gdzieś w internecie.

- W internecie - mruknęłam zniesmaczona.

- No, powinnaś dać sobie spokój z internetem na jakieś osiem tygodni. Tak będzie lepiej. Nie polubili cię, bo przecież odbiłaś im ukochanego.

- Guglowałaś mnie?

- Byłam ciekawa, co to za statystka gra u boku mojego chłopaka. - Mrugnęła do mnie. Polubiłam Amandę za to, że u niej co w sercu, to na języku.

- Dobra, dobra. A... co do Granta - odparłam - ja niczego z tego, co wczoraj wyjawił, nie wiedziałam. Czytałam o nim jedynie, że rodzice się rozwiedli, gdy miał dziesięć lat; że ma jednego brata, adoptowanego, jest posiadaczem trzech domów, a najbardziej ze wszystkich lubi swoją babcię.

- Też czytałaś ten artykuł w "People"? - zapytała.

- Ktoś mówił coś o mojej babci? - zaciekawił się Grant, podchodząc do stołu z jedzeniem i zgarniając z niego pączka.

- Nie o tobie rozmawiałyśmy - zaprzeczyłam i zaraz prawie bezgłośnie szepnęłam do Amandy: - Ty powiedz, że o nim.

- A właśnie że o tobie - krzyknęła, na co Grant odpowiedział rzuconym jej przez ramię uśmiechem i wyszedł. Szturchnęła mnie łokciem. - Dobra jesteś.

- A nie mówiłam?

Zza rogu wyjrzał Noah, wiecznie chyba skrzywiony pierwszy asystent reżysera.

- Lacey, tylko ciebie brakuje.

- Jeszcze pogadamy - zapewniłam Amandę.

Pomachała mi widelczykiem z kawałkiem melona.

Ruszyłam za Noahem.

Grant był już na cmentarzu, stał na kupie ziemi przy świeżo wykopanym grobie. Włosy miał wystylizowane do perfekcji. Jego oczy w świetle reflektorów wydawały się jeszcze bardziej niebieskie.

- Hej - powiedziałam, stając przed nim. - Nie jest trochę dziwne tak kręcić na prawdziwym cmentarzu? Jestem zaskoczona, że nikt się nie skarży. - Ruchem głowy wskazałam grupę ludzi za płotem, w chwili mojego przyjazdu nieobecnych, ale teraz aż napierających na siatkę. Trzymali wielkie tablice z hasłami. Na żadnej nie znalazłoby się gniewnego protestu. Na różne sposoby odmieniały wyznanie: KOCHAMY GRANTA JAMESA. Zaciekawiło mnie, czy wszędzie, gdzie się pojawia, go rozpoznają. Uśmiechnęłam się. Czy taka czeka mnie przyszłość? Mogłabym przywyknąć do ludzi z tablicami.

Wepchnął do ust ostatni kęs pączka, potem ubił ziemię stopą.

- To dlatego, że jesteśmy na tyłach cmentarza. Akurat tutaj nikt nie jest pochowany.

- Wiem, ale mimo wszystko.

- Skąd taki szacunek wobec cmentarzy u dziewczyny nieznoszącej zwierząt?

- Masz świadomość, że cmentarze i zwierzęta to dwie różne kwestie, prawda?

- Prawda... Cmentarze przecież nie żyją. Naprawdę nienawidzisz zwierząt? Wszystkich? Nawet kociąt? Kto nienawidzi kociąt?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki