Przeznaczeni do przypadku - Monika Żelewa

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (24,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 6

Flatulus ocknął się i uniósł powieki. Tak mu się przynajmniej wydawało, nie zaowocowało to jednak żadną zmianą w obrazie, który miał przed oczami. Ostrożnie obmacał teren dookoła siebie, na próżno wytężając wzrok. Ciemność była jednak nieprzenikniona. Panująca wokół przeszywająca cisza powiedziała mu, że nie znajduje się już w lesie. Usiadł na kamiennej ziemi. Pamiętał polowanie. Dostrzegł sarnę. Zakradł się. Był już tylko kilkanaście kroków od celu, gdy... ocknął się w tej... jaskini? Nagle usłyszał za sobą głosy. Nieprzyjemne, bezbarwne głosy o brzmieniu przywodzącym na myśl równie nieprzyjemne, brzydkie istoty. Wampir już by mnie pożarł, pomyślał. Krasnoludy nie miałyby chyba czego szukać na powierzchni ziemi. Gobliny?... Tupot drobnych, pośpiesznych kroków wypłynął znikąd i zawisł w powietrzu tuż koło Flatulusa, który zamarł w oczekiwaniu.

Nagle, tuż nad uchem, usłyszał tubalny okrzyk w niezrozumiałym języku.

Entuzjastyczny ton chóralnej odpowiedzi powiedział mu, że propozycja przedmówcy, czegokolwiek dotyczyła, została przyjęta. Flatulus miał nadzieję, że nie zawierała przynajmniej słów "zdobycz", "pożreć" ani "gorące szpikulce". Po chwili jednak okazało się, że najwyraźniej opierała się głównie na zupełnie bezpiecznych słowach "nieść jak worek ziemniaków" oraz "rzucić na kamień kawałek dalej". W pobliżu z cichym syknięciem zapłonęła pochodnia. Otaczały go dziesiątki krasnoludów. Niskie, pękate, brodate i przede wszystkim uzbrojone. Topory połyskiwały w mizernym płomieniu pochodni. Podobnie jak włócznie, tarcze, pancerze i miecze.

Flatulus nigdy wcześniej nie spotkał krasnoluda osobiście (ani w żaden inny znany mu sposób). Teraz zaś, gdy stał twarzą w twarze z całym oddziałem krasnoludzkiej armii w pełnej krasie, tęsknił za tak niedawnymi, a jednocześnie tak odległymi, czasami błogiej nieświadomości, gdy krasnoludy były dla niego jedynie niższą i bardziej owłosioną wersją ludzi. Ostre jak brzytwa, pod warunkiem, że byłaby to wyjątkowo ostra brzytwa, złowrogo połyskujące topory nie mieściły się dotąd w jego wyobrażeniu. Teraz zaś stanowiły jego centralną część. Co gorsza, wyobrażenie nie było już tylko wyobrażeniem, ale niebezpiecznie bliską rzeczywistością - na wyciągnięcie ręki czy machnięcie toporem.