Przezabawny pies o imieniu Kolka - Wojciech Friedmann

Kup ebooka

29.99 zł
22.49 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- Wujku! Wujku! Wu­jek się obu­dzi! Wujku!

- ...co się stało?!

- Jajko wuj­kowi wy­szło. Dzieci pa­trzą.

- Eeee... Daj spo­kój, Ma­ryla - po­wie­dział Lu­tek, nie po­pra­wia­jąc nic ze swo­jej po­zy­cji. Do­piero po chwili, pa­trząc jed­nym okiem na ko­bietę, za­sło­nił się ga­zetą, któ­rej ka­wa­łek przy­kleił się na amen za po­mocą za­schnię­tego kom­potu do ce­raty na stole.

Była nie­dziela.

Prze­za­bawny pies o imie­niu Kolka zdechł w czwar­tek. Do tego dnia mie­wał się prze­waż­nie le­piej.

Wszyst­kie in­for­ma­cje, ja­kie ro­dzina miała na jego te­mat, po­cho­dziły z ust Lutka. Pies na­le­żał do Te­resy, a ona do niego. Wy­kra­dła go z placu bu­dowy, gdzie łań­cu­chem przy­mo­co­wany do budy stra­szył ama­to­rów noc­nego prze­ła­że­nia przez płot w celu po­zy­ska­nia drob­nych ma­te­ria­łów bu­dow­la­nych typu trzy­me­trowa de­ska sza­lówka. Był duży. Miał ciem­no­bru­natną sierść. Grubą ni­czym za­ko­piań­ski ko­żuch. Jego łeb był wielki, a szcze­ka­nie wy­wo­ły­wało nie­moc na­wet u lu­dzi, któ­rzy na co dzień nie stro­nią od psów. Dużo ciem­niej­sza oprawa oczu, pra­wie czarna, do­da­wała groź­nego wy­glądu. Pies był od­dany i od­stra­szał dziel­nie, ale nie tylko tym wy­glą­dem. Wraż­liwsi omi­jali te­ren bu­dowy z żalu oraz z nie­ra­dze­nia so­bie ze smut­kiem. Ciężki że­la­zny łań­cuch, dziu­rawa buda i sko­wyr bez przed­niej łapy le­żący cały rok obok za­rdze­wia­łej brud­nej mi­ski ni­czym za­klę­cie okrut­nej wiedźmy - ten ob­raz zo­sta­wał na wieki w pa­mięci na­wet po jed­no­ra­zo­wym krót­kim spo­tka­niu. Nie trzeba było wy­obra­żać so­bie do­dat­kowo, jaką karę wy­mie­rzał stróż bied­nemu psu za nie­upil­no­wa­nie placu. To nie­stety było sły­chać co ja­kiś czas w po­bli­skiej oko­licy tak wy­raź­nie, aż któ­re­goś dnia lu­dzie zde­cy­do­wali się dla do­bra psa po­rzu­cić opła­calny pro­ce­der.

Wtedy wła­śnie pro­fe­so­rowa, czyli Te­resa, prze­ży­wa­jąca wów­czas swoją trze­cią mło­dość, w cza­sie je­sien­nego jog­gingu na­tra­fiła na plac bu­dowy znaj­du­jący się przy skraju lasu obok ścieżki do bie­ga­nia. W trak­cie chwi­lo­wego od­po­czynku, trzy­ma­jąc obu­rącz siatkę ogro­dze­nia, wy­ma­chi­wała sto­pami w każ­dym moż­li­wym kie­runku, na jaki po­zwa­lały smu­kłe po­nad­sześć­dzie­się­cio­let­nie nogi. Raz lewą, a raz prawą. Kiedy pod­nio­sła głowę, zo­ba­czyła na­prze­ciwko sie­bie psa. Jej serce za­biło moc­niej, a do oczu na­pły­nęły łzy. Pies po­mimo swo­jej nie­peł­no­spraw­no­ści oraz cięż­kiego łań­cu­cha sta­rał się oka­zać jak naj­wię­cej ra­do­ści ze spo­tka­nia. Ze szczę­ścia wpra­wiał w ruch każdą część ciała w tym sa­mym mo­men­cie. Sta­wał na tyl­nych ła­pach, bu­ja­jąc we wszyst­kich kie­run­kach ogrom­nym łbem. Co cie­kawe, ro­bił to bez­sze­lest­nie, jakby świa­dom, że je­śli bę­dzie za gło­śno, spło­szy Te­resę albo go­rzej - za­in­te­re­suje do­zorcę tym, co się dzieje na ze­wnątrz sta­rego ba­raku. Pro­fe­so­rowa nie mo­gła ode­rwać wzroku od psa. To była mi­łość od pierw­szego mach­nię­cia. W jej przy­padku - ogona; w jego - nogi. Po­zo­stała tylko kwe­stia za­ła­twie­nia dwóch rze­czy. Obie nie były ła­twe.

Po­stać bez­dusz­nego sa­dy­sty, by­łego kla­wi­sza i cie­cia z bu­dowy znana była od Oku­niewa przez Su­le­jó­wek aż do Za­krętu. Wia­domo było od razu, że psa nie odda pro­fe­so­ro­wej na­wet za mer­ce­desa. Miał go tylko po to, żeby się znę­cać oraz siać od­razę w ca­łej oko­licy. Sam nie­na­wi­dził lu­dzi. Gdyby mógł, za­trud­niłby się jako wo­lon­ta­riusz w pie­kle. Te­resa od po­czątku wie­działa, że psa musi po pro­stu wy­kraść, i to była pierw­sza sprawa, jaką miała do za­ła­twie­nia. Ta ła­twiej­sza. Na roz­wią­za­nie dru­giego pro­blemu Te­resa dłuż­szą chwilę nie miała po­my­słu. Jak po­wie­dzieć psu, że ona jesz­cze do niego wróci, tak by ni­komu w cza­sie roz­łąki nie pę­kło serce? Oba­wiała się o niego, jed­no­cze­śnie nie chcąc ani na se­kundę po­zba­wiać się szczę­ścia, ja­kie po­czuła, kiedy go zo­ba­czyła. Miał mą­dre, wy­ro­zu­miałe oczy. Zmę­czone, ale do­bre. Nie bała się go ani przez mo­ment. Od wielu lat nikt na nią tak nie pa­trzył.

- Je­stem pewna, pie­sku, że na­wet gdy­bym się te­raz nie ode­zwała, wiesz, że po cie­bie tu­taj wrócę. Nie­długo - po­wie­działa szep­tem. Wzru­szyło ją za­cho­wa­nie psa, kiedy od­cho­dziła. Zer­ka­jąc przez ra­mię, wi­działa, że stoi spo­koj­nie i da­lej ma­cha ogo­nem. On mnie ro­zu­mie, po­my­ślała.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki