Rozdział 3
Nie mogłam spać. Nie mogłam jeść. Żołądek skręcił mi się w bolesny sposób i mdliło mnie, jak tylko poczułam smak czegokolwiek innego niż łzy. Przypomniała mi się chwila, kiedy usłyszałam wystrzał i zrozumiałam, że Piotr umarł. Tego uczucia nie da się opisać. Człowiek zaczyna się rozpadać od środka. Jakby każdy kolejny organ wybuchał, raniąc wszystkie sąsiednie. Jakby wielki głaz w nieskończoność uderzał w klatkę piersiową. Serce przestaje bić i dudni jednocześnie.
Leżałam na podłodze w pozycji embrionalnej. Obok mnie stała poniemiecka, czerwona maszyna do pisania marki Herkules. Dostałam ją w prezencie od Piotra, kiedy dowiedział się, że napisałam książkę. Nigdy na niej nie pisałam, ale była symbolem wiary, jaką miał we mnie mój ukochany. Nawet, kiedy znikał i przez miesiąc się nie odzywał, wiedziałam, że o mnie myśli. Kiedy go zabrakło, nic nie było w stanie zapełnić dziury wydartej w sercu.
Na szczęście byłam sama w mieszkaniu. Miałam kilka godzin na to, żeby się uspokoić. Jagoda wracała z zajęć dopiero po trzynastej, a później kładła się spać przed pracą w barze. Nie chciałam jej niepokoić, a jednak wiedziałam, że sama nie dam sobie rady z tym, co mnie ogarnęło. Weszłam pod prysznic. Gorący strumień uderzał mnie w kark i spływał po kręgosłupie, rozgrzewając całe ciało. Czyżbym poznała mordercę mojego ukochanego? A jeśli go nie zabił, to skąd miał mój wiersz? Napisałam go dla Piotra po pierwszym miesiącu znajomości. Wtedy, kiedy byliśmy w sobie szaleńczo zakochani. Od tego czasu nosił go w portfelu. Miał go zawsze przy sobie. Nie wypadł mu, nie podarował go nikomu. Jedyny sposób, w jaki mogli do niego dotrzeć, to kradzież.
Nie mogłam przestać myśleć o naszych wspólnych chwilach. Wspomnienia gryzły się z obrazami z poprzedniego wieczoru. Trzy splecione ze sobą ciała. Pełen namiętności taniec. Pocałunek Oskara. Pocałunek mordercy? Człowieka, który pozbawił życia mojego ukochanego, a moje serce rozdarł na milion kawałków? Tego, przez którego moje życie zamieniło się w pasmo niepowodzeń? Czy to przez niego nie potrafiłam znaleźć motywacji do tego, żeby podnieść się z łóżka każdego nowego dnia? Czy to za jego sprawą, czułam się niepełnosprawna w najgorszy możliwy sposób? Niepełnosprawna emocjonalnie. Bez nogi, albo ręki byłabym w stanie przeżyć. Bez oczu potrafiłabym się odnaleźć. Znałam wielu niepełnosprawnych ludzi, którzy cieszyli się życiem i czerpali z niego pełnymi garściami. Jednak braku serca nie mogłam znieść. Myśl o tym, że Oskar odebrał mi wszystko, napełniała mnie goryczą. Czułam, jak żółć zalewa moje wnętrzności i zwymiotowałam. Chwilę później zgięłam się w pół, upadłam na kolana i znowu się rozpłakałam. Agonia - to słowo najlepiej oddawało stan, w którym się znalazłam. Ponownie.
Jagoda znalazła mnie leżącą na kafelkach w łazience. W koszulce i majtkach, bo nie miałam siły wciągnąć na siebie więcej.
- Jezu, Czajka! - krzyknęła przerażona. Zaczęła mnie oglądać. Dokładnie przyjrzała się moim nadgarstkom, jakby podejrzewała, że mogłam sobie coś zrobić. - Co się stało? Jesteś blada jak śmierć!
Przyjaciółka podniosła mnie z zimnego podłoża.
To prawda, trochę przemarzłam, ale nie czułam zimna. Czułam za to, jakbym stała gdzieś obok, poza ciałem. Jakbym odcięła się od wszystkiego i biernie obserwowała, jak drobna brunetka z burzą loków na głowie skacze wokół mnie. Jagoda za wszelką cenę starała się dowiedzieć, co się ze mną stało, ale nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednego słowa.
Posadziła mnie na swoim łóżku i okryła kocem. Zrobiła mi gorącej herbaty z miodem, a ja powoli wracałam do siebie. Lubiłam przesiadywać w jej pokoju. Zawsze pachniało tam lawendą, a to działało na mnie uspakajająco. Poleciłam jej ten zapach, kiedy cierpiała na bezsenność. Był równie skuteczny w walce z napięciem i niepokojem, więc zaczęłam myśleć o jego zbawiennych właściwościach. Kiedy moje usta zdawały się znowu zacząć działać, opowiedziałam przyjaciółce o tym, co się wydarzyło poprzedniej nocy. O Oskarze i Arturze. O tym, co widziała na własne oczy, kiedy szaleliśmy na parkiecie. O tym, jak zabrali mnie do siebie. Ale przede wszystkim o tym, jak znalazłam swój wiersz. Na samo wspomnienie o morderstwie, Jagoda zrobiła nietęgą minę.
Zamieniłyśmy się rolami, bo nagle to ona przestała się odzywać i uciekła do świata własnych myśli. Przez chwilę siedziała wpatrzona ślepo w jeden punkt, po czym spojrzała na mnie i zadała jedno, krótkie pytanie.
- I co teraz?
- Nie mam pojęcia - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Przecież nie pójdę do niego i nie powiem, że wiem, co zrobił.
- Nie masz pewności, który z nich to zrobił - przypomniała.
- Oskar. To była jego szuflada. Jego wiersze.
- Sama mówiłaś, że wiele rzeczy mają wspólnych - powiedziała, a ja wróciłam myślami do mieszkania, w którym byłam. Szafka rzeczywiście znajdowała się niemalże na samym środku pokoju. Pomiędzy ich wydzielonymi przestrzeniami. Mogła należeć do jednego i drugiego, ale to Oskar mnie do niej wysłał. Trzymał tam swoje wiersze, więc to musiała być jego szuflada.
- To teraz nieważne.
- Zgłosisz się na policję? - zapytała dość rozsądnie.
- Jeszcze nie wiem. Muszę to przemyśleć. Co, jeśli ich nie złapią? Albo uznają wiersz za niewystarczający dowód?
- Obecnie nie mają żadnego, więc lepsze to niż nic, prawda?
- Nie zapominaj, że to jest Polska. Jak nie podam im wszystkiego na tacy, to oleją sprawę. A ja nie mam nawet pewności, czy Oskar zabił Piotra. Może masz rację i to sprawka Artura. Albo może to żaden z nich. Może...
- Co? Może znaleźli jego portfel na ulicy i wyciągnęli z niego wiersz?
- Może. Nie wiemy tego - odpowiedziałam. Ta myśl odrobinę mnie uspokoiła i złagodziła sumienie, które krzyczało wspomnieniem o pocałunku. - Tylko jak się o tym przekonać?
- Zapytać? - zasugerowała. - Jeśli rzeczywiście okradli trupa, to może wiedzą coś, co mogłoby pomóc w sprawie?
- Zwariowałaś?! - Prawie oblałam się herbatą na samą myśl o przyznawaniu się do tego, że znam prawdę. - A jeśli naprawdę jeden z nich go zabił i będzie chciał zabić również mnie?
- To może przyprowadź ich do baru. Ja ich upiję, a potem razem wyciągniemy z nich prawdę. Poleję im tyle, że następnego dnia nie będą nawet pamiętali, że tam byli, więc będziesz bezpieczna.
- Nie masz aż tak silnej głowy, żeby spić dwóch facetów.
- Mam silną głowę - upierała się.
- Nie aż tak silną. Zresztą nie mam zamiaru cię narażać.
- Cóż, jeśli szukasz mniej konwencjonalnych sposobów, to zawsze możesz się do nich zbliżyć i wybadać sytuację. Może któryś się wygada, jak znowu wyciągniesz ten wiersz i zaczniesz o niego dopytywać. W końcu nie wiedzą, że byłaś w jakikolwiek sposób związana z Piotrem. Możesz po prostu udawać ciekawą. Dopóki będą cię uważali za obiekt seksualny, będziesz bezpieczna.
- Jaga, ja nie mogłam wytrzymać ani chwili w ich towarzystwie, odkąd się dowiedziałam, a ty mówisz o jakichś podstępach? Ja się do tego nie nadaję.
- To nie wiem, jak ci pomóc. - Jagoda załamała ręce. Cierpliwość nie była jej silną stroną. - Prześpij się z tym i jutro pogadamy. Zwłaszcza, że ja też muszę się położyć chociaż na dwie godziny przed pracą. Albo to olej. Piotr nie żyje i nic już tego nie zmieni.
- Przepraszam, że cię tym męczę. Jakaś część mnie czuje, że Oskar jest mordercą, ale inna część nie chce tego zaakceptować. Nie mogę znieść tego, że mnie pocałował. I mi się to podobało. To pierwszy raz... po Piotrze. A potem jak oni... zaczęli mnie dotykać... razem. Myślisz, że...?
- Że chcieli cię przelecieć? - zapytała. Jej mina mówiła wszystko. Dla niej nie było w tym żadnej tajemnicy. - Oczywiście. Jesteś laską. Poszłaś do nich do mieszkania. Myślałaś, że po co cię zapraszają? Żeby posiedzieć i pogadać?
- To dla mnie takie... nierzeczywiste. Nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji.
- Nie? A pamiętasz, jak byłam na pierwszym roku? Jak poznałyśmy tych dwóch typów, którzy zaprosili nas do siebie? I jak potem strzeliłam jednego w ryj, aż w drugim pokoju to słyszałaś? I jak spieprzałyśmy stamtąd w podskokach, aż obcas złamałaś na schodach?
- To było coś zupełnie innego. Tamci byli napaleni. Od razu było widać, że tylko jedno im w głowie - przypomniałam. Czasami intencje ludzi są aż nazbyt widoczne. - Oskar i Artur są inni. Byli dla mnie mili. Nie przystawiali się szczególnie natarczywie, poza tą jedną chwilą. Gdyby nie to, że Oskar mnie pocałował, w ogóle mogłabym stwierdzić, że traktowali mnie jak dobrą koleżankę.
- Nie ma czegoś takiego jak przyjaźń damsko-męska. Jak jeden facet cię całuje, a drugi dotyka po udzie, to chcą cię mieć, a nie traktować jak koleżankę. Nie bądź naiwna.
Zasępiłam się i przestałam odzywać. Może Jagoda miała rację. Bywałam ślepa na to, co dla postronnego obserwatora było oczywiste. Po prostu za dużo się wydarzyło. W jednej chwili królowała we mnie żałoba, w drugiej topiłam się w namiętnym tańcu i wmawiałam sobie, że wszystko może się w końcu ułożyć, a w trzeciej stałam ze swoim wierszem w rękach. Nie wiedziałam, co mam myśleć. Nie miałam pojęcia, co powinnam zrobić w takiej sytuacji. W żadnym poradniku nie widziałam jeszcze przepisu na to, jak radzić sobie z podobnymi doświadczeniami, a czytałam ich sporo. Od poradników kucharskich, przez naukę szycia, aż do porad damsko-męskich. Wychowywanie się bez matki sprawiło, że wszystkiego musiałam nauczyć się na własnych błędach.
- Idź na policję - zasugerowała po chwili Jagoda. - Powiedz, co wiesz. Jeśli okażą się winni, to będziesz mogła w końcu pójść dalej ze świadomością, że pomściłaś Piotra. A z nimi lepiej więcej się nie spotykaj. Dwóch typów, którzy zaciągają do siebie laskę i chcą ją przelecieć, to nie jest najlepsze towarzystwo dla ciebie.
- Masz rację - powiedziałam bezmyślnie. Wstałam i niemal na autopilocie wróciłam do swojego pokoju. Gdybym po drodze minęła rapującego psa, albo ojca tańczącego hula w spódniczce z trawy, to nawet nie zwróciłabym uwagi. Na szczęście w korytarzu stał tylko stary dobry fikus, którego podlewałyśmy na zmianę.
W mojej głowie dudniło jedno zdanie. "Pójść dalej ze świadomością, że pomściłaś Piotra". Chciałam go pomścić. Obiecywałam mu, że go pomszczę. Że dopadnę każdego, kto przyczyni się do jego śmierci, spalę świat i zamknę się w zamku z popiołu. Oddać ich w ręce policji to za mało. Łaknęłam prawdziwej zemsty. Przelanej krwi. Odebrania mordercy wszystkiego, co on odebrał mi.
Wzbierała we mnie wściekłość. Przez kilka godzin siedziałam niemal nieruchomo i planowałam wielką zemstę, lecz kiedy warczenie wiatraka zaburzyło głośne burczenie w brzuchu, nagle cała nienawiść wyparowała. Uświadomiłam sobie, że jestem tylko szarym człowiekiem. Nic nieznaczącym pionkiem w grze większych figur. Porywałam się z motyką na słońce. Mogłam najwyżej napisać opowiadanie o tym, jak ukartowałam wielką intrygę, na końcu której Oskar wpadał w moje sidła i tracił wszystko. Łącznie z życiem. Niestety w rzeczywistości nie miałam możliwości, żeby im coś zrobić. Byłam bezradna w starciu z dwoma silniejszymi mężczyznami.
Potrafiłam jedynie ukryć się za kilkoma mundurami i modlić o to, żeby już nigdy więcej ich nie spotkać. Wszelkie kontakty tylko mi zagrażały, a w ostatecznym rozrachunku i tak nic nie mogło wrócić życia Piotrowi. Kiedyś musiałam pogodzić się ze stratą i zacząć żyć - tak jak radzili mi wszyscy, których spotkałam na swojej drodze.
Rozdział 6
Atmosfera wydawała się gęstnieć, zważywszy na to, że zostałam praktycznie sama z mordercą mojego chłopaka. Całuśna parka w końcu uciekła gzić się we własnej alkowie, a Artur w dalszym ciągu nie podnosił głowy z blatu. Kiedy Oskar wyszedł do toalety, dopadła mnie... pustka. Ta, którą czułam od dawna w głębi serca. Brakowało mi ludzi wokół. Może to kwestia alkoholu, ale prawie się rozkleiłam, kiedy uświadomiłam sobie, jak bardzo zazdroszczę im przyjaźni. Tego, że mają siebie wzajemnie i trzymają się razem od lat. Razem się bawią, razem świętują, razem wyjeżdżają - są bardzo zgraną grupą i można by pomyśleć, że nie mają przed sobą sekretów. Ciekawiło mnie, czy rzeczywiście ich przed sobą nie mieli i całuśna parka starała się przekazać mi, że wiedzą. Kiedy patrzyłam w oczy tego chłopaka, to dałabym głowę, że jego usta układały się w słowa: "Oskar jest mordercą, trzymaj się od niego z daleka", choć mówił coś innego - jeśli wierzyć uszom.
Spojrzałam na śpiącego Artura, po czym w kierunku łazienki. Nie miałam wiele czasu, ale kiedy obudziłam się z otępienia, przypomniało mi się, po co tam byłam. Zerwałam się z miejsca i podskoczyłam do szuflady, w której ukryty był wiersz. Wyciągnęłam go i przyjrzałam mu się spokojniej. Pierwszy szok minął. Byłam w stanie dostrzec fakturę kartki, przyłożyć ją do nosa i zaciągnąć się.
Przeszedł mnie zimny dreszcz. Wciąż był na niej zapach Piotra. Przypomniały mi się wszystkie chwile, kiedy ryczałam wtulona w jego bluzę, bo w ten sposób czułam, jakby był przy mnie. Jednak nie tylko jego zapach był na kartce. Były też inne. Był Oskar. Był Artur. Było kilka woni, których nie rozpoznawałam, choć wydawało mi się, że już kiedyś je czułam. Zazdrościłam bohaterowi Pachnidła jego zdolności. On potrafił odkrywać zapachy i przyporządkowywać je bez najmniejszego problemu. Czuł wszystko na odległość. Ja jedynie bardzo dobrze wyczuwałam wonie. Rozpoznawałam te, które dobrze znałam, ale często miałam problem z przyporządkowaniem ich. W dodatku musiałam się bardzo zbliżyć do przedmiotu, żeby wyczuć wszystko.
Usłyszałam skrzypnięcie zamka w drzwiach łazienki i pospiesznie wrzuciłam wiersz do szuflady. Zasunęłam ją i już miałam wrócić na miejsce, kiedy w pół ruchu złapał mnie głos Oskara.
- A ty gdzie?
Zmroziło mnie. Chłodny oddech mordercy na karku sprawił, że zadrżałam.
- Chyba za dużo wypiłam. - Złapałam się za głowę i postanowiłam sprawdzić swoje umiejętności aktorskie. - Chciałam... zachwiałam się...
- Źle się czujesz? - Oskar chwycił mnie za ramiona, jakbym miała się za chwilę przewrócić. Wyglądał na przejętego, więc mogłam przypuszczać, że mój teatrzyk się opłacił.
- Chyba już pójdę.
- Nie wygłupiaj się. Nie puszczę cię nigdzie w takim stanie.
Może jednak teatrzyk nie był najlepszym pomysłem. Nagle odechciało mi się zgrywać umierającą. Wizja nocy spędzonej z mordercą była wystarczająco otrzeźwiającym doświadczeniem, żeby wszelkie procenty uleciały ze mnie w ciągu sekundy.
- Nic się nie stało, tylko się zachwiałam. - Odsunęłam się, uśmiechnęłam i stanęłam prosto, żeby udowodnić, że wszystko ze mną w porządku.
- Boisz się mnie? - Oskar posmutniał i odsunął się o krok, żeby spojrzeć na mnie z większej odległości. Zmierzył mnie od stóp do głowy i z powrotem. - Boisz się mnie.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Owszem, bałam się mordercy. To chyba oczywiste.
- Jeśli chodzi ci o to, że uderzyłem Adama... przepraszam, że to widziałaś. Ja... nie mogę znieść, jak ktoś obraża kobiety. Nie bój się mnie. - Złagodniał niczym baranek i podszedł bliżej. Wskazał mi kanapę i oboje usiedliśmy. Wciąż jednak żadne słowa nie przychodziły mi do głowy.
- Wychowałem się bez ojca. Matka była najbliższą mi osobą. Nie byłoby mnie na świecie, gdyby nie ona. Nauczyłem się szacunku do kobiet i do tej pory nie toleruję obrażania ich. Zwłaszcza, jeśli chodzi o kobiety mojego życia. Adam obraził dziewczynę, z którą byłem ponad dwa lata. Broniłem jej honoru. Gdyby ktoś obraził ciebie, zrobiłbym to samo. Mam nadzieję, że rozumiesz?
- Rozumiem, ale chyba naprawdę powinnam już wracać - odpowiedziałam i ruszyłam w kierunku drzwi. - Jest późno, trzeba iść spać.
- Chcesz wracać sama w środku nocy? Zostań, proszę. To naprawdę żaden problem. Mamy wystarczająco miejsca. No i nie ukrywam, że nie miałbym nic przeciwko, żeby się do ciebie przytulić. - Stanął za moimi plecami i pogłaskał po ramionach. Nachylił się i zaczął szeptać przy samym uchu. - Wyglądasz dzisiaj ślicznie. Nie wiem, czy wcześniej zdążyłem o tym wspomnieć.
Wciągnęłam głęboko powietrze i wypuściłam je powoli, żeby się uspokoić. On tymczasem nie miał zamiaru mi tego ułatwiać. Dotknął swoimi rozgrzanymi, miękkimi wargami mojej szyi, a ja poczułam, jak wzrasta temperatura wokół nas. Przełknęłam ślinę. Przymknęłam na chwilę oczy, żeby choćby spróbować uspokoić przyspieszające serce. Zgrywał takiego rycerskiego? Czy rzeczywiście działał z wyższych pobudek? Może gdzieś w nim kryła się szlachetność, a to ja pomyliłam ją z agresją? Może wcale nie był mordercą...
Dłonie Oskara nagle znalazły się na moich biodrach i sunęły pod bluzkę.
Matko, tak bardzo brakowało mi bliskości... moja skóra krzyczała z desperacji. Potrzebowałam poczuć czyjeś ciepło przy swoim. Szorstkość palców, przepełniony pragnieniem uścisk... dopadło mnie wspomnienie ostatniej wizyty w tym mieszkaniu. Pocałunek, który obudził ukryte pod czarną chustą żałobną potrzeby. Miałam ochotę odwrócić się do Oskara i namiętnie podziękować mu za komplement, ale...
To jakieś szaleństwo!
- Oskar...
- Ładnie pachniesz.
- To dlatego, że bawię się w domową produkcję perfum - odpowiedziałam. Uznałam to za świetny temat na rozproszenie jego uwagi. Odsunęłam się i odwróciłam, żeby móc spojrzeć mu w oczy. - Jakieś trzy lata temu zainteresowałam się olejkami eterycznymi i ich zbawiennymi właściwościami. Od tego czasu mieszam je i łączę, a przy okazji czasami tworzę własne zapachy. Teraz na przykład możesz na mnie wyczuć lekką nutę pomarańczy, która dodaje energii. Jak właściwie większość cytrusowych zapachów. W dodatku komary nie przepadają za tym zapachem, więc...
- Ja czuję jaśmin. Zawsze podobał mi się ten zapach. - Oskar ponownie zbliżył się do mojej szyi. Przesunął po niej palcami i wsunął dłoń w moje włosy. - Kojarzy mi się z pierwszą miłością. W szóstej klasie zadurzyłem się w takiej jednej Hani, której mama miała bzika na punkcie swojego ogrodu. Byłem małym rozbójnikiem, więc niespecjalnie za mną przepadała. Zwłaszcza, że Hania była najlepszą uczennicą w naszej klasie. Pierwszy raz całowaliśmy się w tym jej pięknym ogródku zaraz po tym, jak zdeptałem rabatkę z kwiatami i ukryliśmy się za murkiem porośniętym żółtymi kwiatami jaśminu. Od tego czasu było to nasze ulubione miejsce schadzek. A później ten zapach kojarzył mi się już tylko z tym.
- Jaśmin, to jak wiadomo...
- Afrodyzjak - dokończył i wpił we mnie usta. Resztkami sił zdołałam wyrwać się z jego objęć.