Chodzenie do kościoła
A co zostanie, kiedy zgaśnie i niewiara?
Trawa, zarosły chodnik, niebo, mur, krzak jeżyn,
Kształt coraz mniej znajomy z upływem miesięcy,
Funkcja coraz mniej jasna (...)
Philip Larkin (przeł. S. Barańczak)
Na tej długiej i prostej ulicy zalegały plamy cienia. Topole przecinały asfalt ukośnymi, postrzępionymi pasami i w upalne przedpołudnia nie dawały ochłody. Potem wchodziło się pomiędzy wiekowe kasztanowce. Splatały się koronami, zielony tunel ciągnął się przez kilkaset metrów. U jego końca czuło się lekkie dreszcze i gęsią skórkę. Wyjście na słońce oślepiało jak wyjście z piwnicy. Zresztą tam, z tyłu, prócz chłodu panowała zawsze wilgoć i kałuże stały dłużej niż gdziekolwiek indziej. Ubogie i niechlujne domy przedmieścia kryły się za żywopłotami z malin, za krzakami bzu, co do których nigdy nie było pewności, czy powstały z sympatii dla natury, czy z niedbalstwa i zaniechania. Zresztą wychodziło to na jedno.
W którymś momencie domostwa odstępowały od ulicy. Tutaj zaczynał się akacjowy zagajnik. Przesiane przez listowie światło miało złotawy odcień. Cień był niepełny, ruchliwy, cętkował ciała i przedmioty, nadając im zabawny i nietrwały wygląd. I jeszcze sosny gdzieś po drodze. Rosły na żółtych, piaszczystych jęzorach ledwo dotykających ulicy. Były zbyt odległe, by rzucać cień. Rozsiewały tylko zapach.
W niedzielne poranki i przedpołudnia ciągnęło tą długą ulicą, na poły aleją, na poły leśną drogą, całe osiedle. Rewia strojów i statecznych kroków, której wtedy my, podrostki, nie potrafiliśmy należycie docenić. Poszczególne rodziny sunęły oddzielnie i dostojnie, a my usiłowaliśmy wyrwać się z tych kręgów ojcowskiego i matczynego przyciągania. Jedni zwalniali, inni przyspieszali ostrożnie, w każdej chwili spodziewając się dobrze znanego "i gdzie cię znowu niesie". Lecz w połowie drogi byliśmy już wolni. Zbici w gromadę wyprzedzaliśmy rodziców i siostry być może po to, by poczuć, że pokonujemy tę drogę z własnej i nieprzymuszonej woli. I rzeczywiście: oto my, zmuszeni przecież, niechętni monotonnemu obrządkowi, jako pierwsi stawaliśmy u stóp długich cementowych schodów wiodących na wyłożony chodnikowymi płytami dziedziniec.
Kościół stał na wzgórzu, na piaszczystym wydmowym pagórku. Dwudziestowieczny schematyczny neogotyk materializował tęsknoty robotniczego przedmieścia. Beton udawał kamień, a czerwona, poczerniała cegła przywodziła na myśl fabryczną zabudowę. Ale wianuszek sosnowego zagajnika nadawał całości jakiś sielski, pastoralny charakter.
Usiłowaliśmy przepaść w ciżbie dziedzińca, zgubić się wśród obcych, ukryć za plecami starszych chłopaków albo w tłumie u stóp kościoła, gdzie lodziarz handlował lodami na patyku po dwa złote sztuka. Lecz to trwało zaledwie kilka minut. Nadchodzili ojcowie. Byli wtedy znacznie od nas wyżsi i bez trudu wyławiali nasze postacie spośród dziesiątków innych. Wyłuskiwali nas wzrokiem. Nie było mowy, by któryś z nich podszedł. Po prostu wskazywali spojrzeniem kościół. Mieli poważne, ściągnięte twarze. Wszyscy pachnieli tą samą wodą kolońską. Ich surowość była w tych momentach jakaś taka absolutna i nasze uczynki nie miały z nią nic wspólnego. Pojedynczo odrywaliśmy się od swoich gromadek i wchodziliśmy do środka, przyklękaliśmy w chłodnym przedsionku i szliśmy dalej, prawie pod samo prezbiterium, bo tam było miejsce dla żółtodziobów z drugiej-trzeciej klasy.
Niewykluczone, że zaczęliśmy chodzić do kościoła zbyt wcześnie. Moja pamięć nie przechowała niczego ważnego. Z trudem przypominam sobie złotawy deseń na liliowym tle, arabeskowo-roślinny motyw, którym pokryte było sklepienie. Stacje Męki Pańskiej przypominały wiejskie kapliczki okryte spadzistymi daszkami. Powolne gesty kapłana, żywe, aczkolwiek niemal nieruchome obrazy liturgii przesuwały się przed oczyma, lecz nie dotykały wyobraźni. W tym wieku chłopcy podobni są do kotów - dostrzegają tylko to, co się porusza, ścigają rzeczy umykające, jak kocięta kłębek nici.
Kolejne klęknięcia i dzwonki ministrantów popychały nieruchomą godzinę. To było jak bicie jakiegoś ogromnego zegara albo niezmiernie powolny ruch wahadła, które odcinało kolejne porcje czasu, bo czas mszy był gęsty, ciężki i materialny. Przypominał głęboki cień. Czytane albo śpiewane słowa rozciągały go w nieskończoność.
Po "Idźcie, ofiara spełniona" przedeptywaliśmy jak niecierpliwe konie. W drodze do wyjścia radość walczyła z obawą i poczuciem przyzwoitości, więc musieliśmy wyglądać skończenie śmiesznie, gdy sztywnością i udawaną powagą powściągaliśmy pragnienie biegu.
Lata uwalniały nas z zależności. Z każdym rokiem cofaliśmy się w głąb nawy. Nasze miejsce zajmowali młodsi i podgoleni, gdy nam włosy zakrywały już kołnierze. Miesiąc po miesiącu, krok po kroku do tyłu, w stronę muru ciemnych garniturów. Mężczyźni zajmowali prawą stronę kościoła, kobiety lewą. Ta spontaniczna segregacja obracała się przeciw sobie samej. Mając lat dwanaście-trzynaście, nie nudziliśmy się już tak bardzo.
Po lewej, odgrodzone enigmatyczną strefą bezpłciowości, anielską dziedziną przejścia, wiodącego przez środek świątyni, stały dziewczyny. Podlotki z naszej własnej szkoły i kilku okolicznych. Znajome, nieznajome i znajome z widzenia. Mogliśmy patrzeć na ich prawe profile. Tak było. Nasze sny i marzenia miały tylko połowę twarzy, były płaskie i jednowymiarowe. Może właśnie dlatego nasza wyobraźnia pracowała tak intensywnie. Usiłowała tchnąć życie w te niezupełne, przypominające wycinanki oblicza, w których mogliśmy dostrzec jedynie linię nosa, kolor włosów i odcień karnacji.
W pogodne niedzielne przedpołudnia słońce prześwietlało witraże. Migotliwe skrawki blasku spadały na głowy wiernych. Czerwone, zielone, purpurowe i złote zajączki drżały na policzkach dziewczyn. Światło padało od naszej strony - wschodniej i chłopackiej. Uformowane z kolorowego szkła postacie świętych wodziły nas na pokuszenie. Emanując ulotne i tajemnicze aury, śląc je w dziewczyńską część nawy, sprawiały, że nasze adoracje odbywały się na pograniczu realności i dotyczyły obrazów utkanych ze światła, całkowicie bezcielesnych. Wychodząc na rozgrzany cementowy plac, odzyskiwaliśmy utraconą nieśmiałość. Postacie dziewczyn stawały się trójwymiarowe i nie śmieliśmy podnieść na nie oczu.
Prócz lodziarza u stóp kościoła pojawiali się czasem handlarze odpustowego śmiecia. Korkowce, kapiszonowce, lśniące, wypchane trocinami jaja na gumce, pneumatyczne diabły pokazujące czerwone języki, ani jednego anioła, cienka jak włos biżuteria, lusterka - wystarczyło je odwrócić, by zamiast własnej pryszczatej gęby zobaczyć gładkiego Brando, Klossa albo zachęcającą Kim Novak. Sezam rzeczy zbędnych, nic, co by mogło się przydać, zostać lub przysłużyć, karnawał i zatrata. Patrzyliśmy na te cuda z pogardą, bo nasze tęsknoty kierowały się w stronę dżinsów Rifle i nieosiągalnych płyt Rollingstonsów, a diabełki i błękitne zegarki o znieruchomiałych wskazówkach zanadto pachniały wsią, przedmieściem, rzeczami, od których - tak sobie przyrzekaliśmy - uwolnimy się na zawsze.
Drogi wiodące do domów były długie i pokrętne. Stanowiły przeciwieństwo tej asfaltowej i prostej alei, na której ludzie nie mieli nic do ukrycia, a wszystko na pokaz. Czasami przejeżdżaliśmy jeden przystanek podmiejską kolejką. Głowy się urywały od tego zerkania w prawo i w lewo, w głąb długiej perspektywy przedziałów, bo przecież żaden z nas nie miał pomysłu, by kupować jakiś bilet. Albo ścieżki. Wiodły przez zagajniki, ocierały się o opuszczone zarośnięte parcele, znów znikały w lesie, by wyprowadzić nas na tyły jakiegoś domu, który przez całe życie oglądaliśmy tylko od frontu. Inny świat, w którym rozrzedzony czas pękał od nadmiaru zdarzeń tak drobnych, że bezpowrotnie przepadły w pamięci. Lecz musiała być ich jakaś niezwykła ilość, skoro niezmiennie spóźnialiśmy się na obiady.
Ale bywało też inaczej.
Jedyna popołudniowa msza odprawiała się o szóstej wieczorem. W grudniu i styczniu panowała o tej porze głęboka noc. Czasami przemierzałem drogę do kościoła tylko z ojcem. Gdy z jakichś powodów nie wybraliśmy się tam rano, cała niedziela upływała pod znakiem niepewności i nadziei, że tym razem się uda, że rzecz zostanie zapomniana, że zwycięży lenistwo albo nastąpi jakiś mały koniec świata i niedziela cudem przemieni się w poniedziałek albo czwartek. Pomiędzy piątą a piątą trzydzieści nadzieja osiągała natężenie niemal bolesne. Najnudniejsze programy w telewizji - Tele-Echo albo Piórkiem i węglem - zamieniały się w jakąś Bonanzę albo Pancernych. Lecz o wpół do szóstej ojciec zaczynał się krzątać w przedpokoju, a ja do ostatniej chwili udawałem nieobecność, a potem, gdy już wypowiedział kilka ponaglających słów, zaskoczenie.
Wychodziliśmy w zimną ciemność. Na tej długiej i prostej drodze byliśmy sami. W zupełnej ciszy skrzyp śniegu pod naszymi stopami brzmiał ostro i donośnie. Rzadkie latarnie o staromodnych, przypominających mankiety białych koszul kloszach zamieniały aleję w amfiladę jaskiń oświetlonych żółtawym blaskiem. Pokonywaliśmy drogę w milczeniu. Współczesna, pomniejszona wersja Abrahama i Izaaka wędrujących do ziemi Moria.
W zimie na wieczornych nabożeństwach kościół był prawie pusty. Nie zapalano nawet wszystkich świateł. Nie było ministrantów. Do mszy służył kościelny. Biała komża pomniejszała jeszcze i tak już małego staruszka.
Kilka postaci rozsianych w raptem zogromniałym wnętrzu wyglądało jak zjawy. Miałem zmarznięte nogi. Wieczorna Ofiara poprzez chłód, przez znikomą liczbę uczestników, ludzi samotnych, przypadkowych albo gorliwych, nabierała jakiegoś szczególnego patosu. Nie było organów. Wątłe inkantacje kapłana załamywały się pod własnym ciężarem - kruchy, na wskroś ludzki głos splatał się z bekliwymi odpowiedziami kilku starych kobiet. Wszystko przeniknięte było smutkiem i beznadziejnością, a zarazem podniosłe.
W powrotną drogę unosiłem obraz kościelnego, który pozbywszy się już komży, gasi świece za pomocą tego dziwnego przyrządu - długiego kija z małym kapturkiem na końcu - a kilka kobiet usiłuje drżącymi głosami zastąpić akordy nieobecnych organów.
To wszystko minęło.
Oddalaliśmy się po spirali. To naturalne, że gdy zaczęto nam ufać, my zaczęliśmy kłamać. W końcu cóż to był za problem dopaść jakiegoś młodszego a rozgarniętego i przepytać go na okoliczność tematu kazania czy treści Ewangelii? Żaden. Prowokacyjnie ocieraliśmy się o mury, chwytaliśmy pierwsze słowa mszy i przepadaliśmy w ścieżkach i zaułkach, w zawierusze własnych spraw. "Chodźmy nad kanał" - i szliśmy nad zielonkawą, nieruchomą wodę, żeby przesiedzieć ukradziony czas, popalając papierosy, spluwając, dumni z tego świętokradztwa i coraz bardziej wolni. Tak. Oddalaliśmy się po spirali. Zataczaliśmy coraz większe i większe kręgi, by w końcu przekonać się, że kościół zmalał i osiągnął wymiar niewiele większy niż domek dla lalek. I teraz jedynie w pamięci można do niego wejść.