Kobieta
nie człowiekiem mnie zwą lecz kobietą
znoszą kwiaty
dają dzieci
i miejsce w tramwaju
nie kobietą mnie zwą lecz matką
łzy ocieram
i ze światem poznaję
uczę uśmiechu
zaczynam od ciebie to jest tato
mój mąż bo jestem także żoną
ileż szczęścia doznać może
jedna istota we wcieleniach trzech
wspominam czasy odległe
na łące pachnącej latem i radością
przypatrywałam się motylom barwnym
i marzyłam o miłości
że kobietą mnie nazwiesz
* * *
Mam czterdzieści lat. Stoję przed lustrem i przyglądam się swojemu nagiemu ciału. Okrągłe piersi, wcięta talia i pełne biodra. Brzuch trochę wypukły, trzeba więcej ćwiczyć. Moje ciało, tak jak i ja, ma czterdzieści lat. Młodość już przejrzała. Patrzę na swoje nogi, mocne po wielu godzinach jazdy na wrotkach, łyżwach i nartach, po długich marszach po plaży i zamarzniętym jeziorze, po zasłanym jesiennymi liśćmi lesie. Wiele się nachodziłam, nabiegałam, a teraz stoję przed tym lustrem sama i gapię się na siebie, żeby zrozumieć, dlaczego.
Kiedyś znajdowaliśmy przyjemność w staniu przed lustrem razem, oboje nadzy, stawałeś za mną, kładłeś ręce na moich piersiach i mocno do siebie przyciągałeś. Przyglądaliśmy się sobie z uśmiechem, lubiliśmy na siebie patrzeć. Twoje uwielbienie mojego ciała działało cuda. Piękniałam pod twoim spojrzeniem, sama na siebie patrzyłam twoimi rozkochanymi oczami, czułam ich pieszczotę na sobie, i płonęłam ogniem miłości. Delikatne drżenie kącików ust, które wciąż uśmiechały się do ciebie, zdradzało moje pragnienie.
Teraz się do siebie nie uśmiecham.
Dotknęłam przypadkowo znalezionej na półce buteleczki z twoją wodą toaletową i wdychałam ten zapach przez cały wieczór, na własnych palcach, które nie pamiętały żadnego ciała, lecz zostały przypadkowo zmoczone tą wodą, tym zapachem, pragnieniem, tęsknotą. Jak długo to już? Ile nocy upłynęło od tamtej chwili? Wiele, bardzo wiele.
Czy to prawda, że z miłości można uschnąć? Albo oszaleć? Bo ja kocham ciebie, i mam cię w nocy i w dzień, jesteś ze mną bez przerwy, i gdyby nie to, że nigdy nie mogę dotknąć twego ciepłego ciała, o którym tak marzę, że uciekasz moim palcom, ustom, piersiom, udom, uwierzyłabym, że mam cię naprawdę. Zasypiam z Tobą pod powiekami, budzę się wiele razy w nocy, i wyznaję ci miłość, i pragnę twej bliskości, i wstaję rano, i chcę wierzyć, że dzisiaj już na pewno do mnie wrócisz. Ale nie wracasz, nie myślisz, nie pamiętasz, nie dbasz. Kilka dni przerodziło się w kilka tygodni, miesięcy, lat? Ile to już trwa?
Wciąż płaczę. To z samotności i braku nadziei, że coś się kiedyś odmieni. Mówią, że ostatnie, co w człowieku umiera, to nadzieja. Czuję się wewnętrznie martwa. Po tylu latach nie mam już nadziei. Umarła. A ja mimo to żyję nadal. Taki wyrok losu.
Można się stoczyć, kiedy życie przestaje mieć sens. Można się upijać, a potem cierpieć jeszcze bardziej przez ból głowy, obolały żołądek, kaca moralnego i pogardliwe spojrzenia znajomych, że jakże tak można, i że żałosne. Ano prawda, żałosne.