Turecki wymiar sprawiedliwości odznacza się sobie tylko wdaściwemi
cechami, albo raczej słabemi stronami, występującemi tem wyraźniej,
im bardziej oddalona jest dana okolica. W tamecznych stosunkach nic
dziwnego, że wśród rozmaitych nieokrzesanych i zwalczających się
wzajemnie plemion arnauckich niepodobna mówić o rzeczywistem
prawie. Od Ostromdży zaczyna się terytoryum tych Skipetarów, których
jedynem prawem jest zasada, że słabszy musi silniejszemu ustępować.
Jeżeli nie chcieliśmy się dać skrzywdzić, musieliśmy to prawo
zastosować w odniesieniu do siebie. Dokonaliśmy już tego
popołudniu, jak wiadomo, z powodzeniem i postanowiliśmy na
czekającej nas rozprawie wystąpić z tą samą siłą. Kiedy wybieraliśmy się do "sądowego budynku", mrok już zapadał.
Widzieliśmy po drodze mnóstwo ludzi, którzy nie znaleźli już
miejsca na dziedzińcu i poustawiali się tutaj, aby nas przynajmniej
nadchodzących zobaczyć. Po naszem wejściu na dziedziniec zamknięto za nami bramę, co nie
było dla nas dobrą wróżbą. Mibarek użył swojego wpływu i, jak się
zdawało, nie bezskutecznie. Z trudem tylko zdołaliśmy przecisnąć się przez tłum na miejsce
przesłuchania. Gdzie przedtem był tylko jeden stołek, umieszczono
teraz długą ławę. Przyrząd do bastonady leżał jeszcze na tem samem
miejscu. Do kaganków nalano oleju, włożono skręcone kłaki i zapalono.
Dzięki temu wystąpiło wszystko w tajemniezem oświetleniu, jak w
bajce. Członkowie sądu znajdowali się wewnątrz domu. Oznajmiono im o
naszem przybyciu. Kawasi ustawili się tak, że zastąpili nam drogę
do bramy. Ponieważ ta była zamknięta, należało to zachowanie się
kawasów tłómaczyć w dwójnasób niekorzystnie. Zupełna cisza zapanowała dokoła. Teraz pojawiło się pięciu panów,
a kawasi dobyli szabel natychmiast. - O Allah! - rzekł Halef z przekąsem. - Co się z nami stanie,
zihdi! Drżę ze strachu. - Ja tak samo. - Czy mam tym głupcom, którzy nas chcą zastraszyć swojemi
szablami, dać pokosztować mojego harapa? - Tylko żadnych głupstw! Już raz dzisiaj postąpiłeś zbyt porywczo
i ponosisz winę tego, że się wogóle tu znajdujemy. Sędziowie zajęli miejsca; kodża basza na stołku, a reszta na
ławie. Z tłumu przecisnęła się jakaś kobieta i ustawiła się za
plecami zastępcy. Poznałem "groszek" Nohudę, która pomagała swej
piękności rdzą żelaza. Zastępca był więc jej szczęśliwym
małżonkiem. Miał nic nie mówiące rysy twarzy. Tuż obok kodży baszy siedział Mibarek. Położył sobie papier na
kolanach, a pomiędzy nim a sąsiadem stał mały garnek. Tkwiące w nim
gęsie pióro kazało się domyślać, że to kałamarz. Kodża basza kiwnął głową i odkrząknął znacząco. Był to znak, że
rozprawa się zaczyna. Odezwał się skrzeczącym, donośnym głosem: - W imię proroka i w imię padyszacha, któremu niech Allah tysiąca
lat użyczy! Zwołaliśmy tę kazę, aby wydać sąd o dwu zbrodniach,
które zdarzyły się w naszem mieście i w jego pobliżu. Selimie
wystąp! Ty jesteś oskarżycielem. Opowiedz, co ciebie spotkało. Kawas stanął blizko swojego pana i opowiadał. To, co usłyszeliśmy,
zakrawało na śmieszność poprostu. Właśnie w toku najgorliwszego
spełniania swego urzędowego obowiązku, został napadnięty przez nas
w morderczy sposób. Tylko dzięki nieustraszoności i dzielnej
obronie udało mu się ocalić życie. Tak zeznał. Gdy skończył, spytał go kodża: - A który to z nich bił ciebie? - Ten - odrzekł, wskazując na Halefa. - Znamy więc jego i zbrodniczy czyn jego i przystępujemy do
narady. Zaczął szeptać ze swymi ławnikami i oświadczył po chwili głosem
donośnym. - Kaza postanowiła, że przestępca dostanie na każdą podeszwę po
czterdzieści uderzeń, a następnie pójdzie do więzienia na pełnych
siedm tygodni. Ogłaszamy wyrok w imieniu padyszacha. Niech mu Allah
błogosławi! Ręka Halefa sięgnęła ku rękojeści harapa. Ja z trudem
powstrzymywałem się od śmiechu. - A teraz druga zbrodnia - oznajmił urzędnik. - Mawunadżi wystąp i
opowiadaj! Przewoźnik posłuchał wezwania. Bał się zaiste więcej odemnie.
Zanim jednak zdołał rozpocząć swe sprawozdanie, zwróciłem się z
wielce uprzejmem pytaniem do kodży baszy: - Czy byłbyś łaskaw się podnieść? Wstał, nic nie przeczuwając, ze
stołka. Odsunąłem go na bok i usiadłem. - Dziękuję ci! - rzekłem. - Człowiekowi niżej położonemu przystoi
okazać cześć wobec dostojnego. Postąpiłeś całkiem słusznie. Szkoda niepowetowana, że niepodobna opisać jego wyrazu twarzy w
owej chwili. Głowa zaczęła się chwiać niebezpiecznie. Chciał
przemówić, ale nie mógł z przerażenia głosu wydobyć z siebie.
Dlatego, aby przynajmniej zapomocą ruchów wyrazić oburzenie,
wyciągnął w górę wychudłe ramiona i załamał je nad chwiejącą się
głową. Nikt nie odezwał się ani słowem, nie ruszył się żaden z kawasów.
Czekano na wybuch gniewu pana i władcy. Wreszcie kodża odzyskał
szczęśliwie mowę, wykrztusił z siebie szereg nieopisanych
wykrzykników i wrzasnął do mnie: - Cóż to za zuchwała myśl przyszła ci do głowy. Jak śmiesz
popełniać tak bezwstydną... - Hadżi Halefie Omarze! - przerwałem mu. - Weź harap do ręki.
Tego, kto powie mi jeszcze jedno słowo niegrzeczne, obdarzysz
batami, że aż mu skóra popęka; ktokolwiekby to był! Mały hadżi miał w tej chwili harap w ręku. - Emirze, słucham - rzekł stanowczo. - Daj znak tylko. Brakowało niestety oświetlenia, aby zobaczyć zdumione oblicza.
Kodża basza nie wiedział widocznie, jak się ma zachować. Wtem
szepnął mu Mibarek kilka słów, poczem naczelnik sądu wydał rozkaz
kawasom: - Pochwyćcie go! Zaprowadźcie go do piwnicy! Wskazał na mnie. Policyanci zbliżyli się z dobytemi szablami... - Nazad! - zawołałem. - Kto mnie dotknie, tego zastrzelę na
miejscu! Skierowałem ku nim oba rewolwery i w mgnieniu oka nie było przy
mnie ani jednego kawasa, Zniknęli wśród publiczności. - Co wywołało twój gniew? - spytałem kodżę. - Dlaczego stoisz?
Czemu nie siądziesz? Każ wstać Mibarekowi i zajmij jego miejsce. Przeszedł pomruk po tłumie. To, że obraziłem kodżę, leżało jeszcze
w zakresie możliwości, ale atak na świętego graniczył już z
zuchwalstwem. Zaczęto szemrać. To dodało kodży energii. Zawołał do mnie z gniewem: - Człowiecze, bądź sobie, kim chcesz, ale za taką bezczelność
ukarzę cię jak najsurowiej. Mibarek jest świętym, jest ulubieńcem
Allaha, cudotwórcą. Jeżeli mu się spodoba, może ogień z nieba
sprowadzić na ciebie! - Milcz, kodża baszo! Jeźli chcesz mówić, to wyrażaj się mądrzej.
Mibarek nie jest ani świętym, ani cudotwórcą. To raczej zbrodniarz,
oszust i złoczyńca! Na to odezwały się w tłumie oznaki groźby. Jeszcze straszniej
zabrzmiał głos samego Mibareka, Podniósł się, wyciągnął do mnie
rękę i zawołał: - To giaur, to pies niewierny. Przeklinam go. Niechaj piekło się
pod nim otworzy i potępienie go pochłonie. Złe duchy... Tu przestał. Mały liadżi zamachnął się i tak poczęstował go
harapem, że stary grzesznik utknął i wykonał w powietrzu potężnego
susa. To było, jak się pokazało niebawem, już zbyt wielkie zuchwalstwo.
Po chwilce groźnej ciszy zabrzmiały wśród publiczności ze wszech
stron okrzyki gniewu. Sprawa przybierała charakter istotnie
niebezpieczny. Stanąłem więc co prędzej obok Mibareka i zawołałem
tak głośno, jak tylko mogłem: - Rahat, zykyt - spokój, cicho! Udowodnię wam, że słuszność jest
po mojej stronie. Halefie, przynieść tu światło! Patrzcie ludzie,
kto jest Mibarek i jak was oszukuje! Czy widzicie te kule? Schwyciłem łotra za kark prawą ręką i ścisnąłem mu chudą szyję.
Lewą rozerwałem kaftan. I rzeczywiście po obu bokach wisiały kule.
Obie miały zawiasy i dawały się składać. Spostrzegłem przy tej sposobności, że ubranie to było innej barwy
po odwrotnej stronie i miało mnóstwo kieszeni. Sięgnąłem do
pierwszej lepszej i namacałem jakiś przedmiot włosisty. Dobyłem go.
Była to peruka: zupełnie te same zmierzwione, szczecinowate włosy,
które widziałem u żebraka. Hultaj tak się przestraszył, że zapomniał o wszelkiej obronie.
Teraz dopiero zaczął wydawać okrzyki o pomoc i wymachiwać rękami. - Osko, Omarze, przytrzymajcie go! Chwyćcie go mocno, choćby go
nawet bolało! Obaj wezwani skrępowali go tak, że ja miałem teraz wolne obie
ręce. Ponieważ Halef przyniósł jeden z kaganków, padło na naszą
zajmującą grupę światło tak jasne, że obecni mogli wszystko
dokładnie zobaczyć. Zachowywali się spokojnie. - Ten człowiek, którego uważacie za, świętego - wołałem dalej -
jest sprzymierzeńcem Szuta. Jego mieszkanie jest miejscem pobytu
złodziei i rozbójników, co wam później udowodnię. Przekrada się w
rozmaitych przebraniach pomiędzy ludźmi i szuka sposobności do
zbrodni. On i żebrak Sabat, to jedna i ta sama osoba. Tu pod
pachami przywiązywał sobie kule. Gdy one podczas chodu uderzały o
siebie, myśleliście, że to jego kości tak kłapią. Oto peruka, którą
wkładał na głowę jako kaleka. Wypróżniałem po kolei jego kieszenie, przypatrywałem się każdemu
przedmiotowi i objaśniałem jego użytek. - Oto puszka z mąką kolorową, która służy do tego, żeby twarzy
nadać prędko inną barwę. Oto szmata, którą prędko ścierał farbę z
oblicza. Tu ma flaszkę z wodą na to, żeby umyć się szybko nawet
tam, gdzieby wody zabrakło. A to widzicie? Co to jest? To dwie małe
półkule z kauczuku. Wkładał je do ust, gdy chciał się w żebraka
zamienić. Twarz była potem pełniejsza, niż poprzednio. Czy
odróżniacie te rozmaite barwy kaftana? Jako żebrak zdejmował go,
obracał ciemną stroną na zewnątrz i opasywał nim sobie biodra.
Wówczas wyglądał kaftan jak stara chusta. Czy spotkaliście kiedy
razem Mibareka i żebraka? Pewnie nie. To było niemożliwe, gdyż obaj
byli jedną i tą samą osobą. A czy Mibarek nie ukazał się wówczas po
raz pierwszy w tej okolicy, kiedy przybył tu żebrak? Te ostatnie dowody przekonywały widocznie, gdyż doszły mnie ze
wszystkich stron potakujące okrzyki. Wtem dobyłem z kieszeni małą paczkę. Po odwinięciu starej szmaty
ukazał się naramiennik ze starych weneckich cekinów. Odciski były
na niektórych zupełnie wyraźne. Przy świetle kaganka ujrzałem po
jednej stronie wizerunek św. Marka, podającego doży chorągiew
krzyżową, a po drugiej wizerunek innego, nieznanego mi świętego,
okolony gwiazdami i napisem: Sit tibi Christe, datus, quern tu
regis, iste ducatus. - Tu jest bilecik z dwunastu złotych monet, zawinięty w szmatę -
mówiłem w dalszym ciągu. - Kto wie, gdzie on to ukradł! Jeśli
poszukacie, właścicielka pewnie się znajdzie. - On iki zikeller - dwanaście monet? - ozwał się za mną jakiś głos
kobiecy. - Pokaż to! Mnie skradziono w zeszłym tygodniu taki
naramiennik z szafy. Mówił to "groszek" Nohuda. Przystąpiła do mnie, wzięła mi z rąk
naramiennik i zaczęła mu się przyglądać. - Allah! - zawołała. - To mój. To stary klejnot dziedziczny od
moich przodków po matce. Przypatrz się i przekonaj, że jest
rzeczywiście moją własnością. Podała go swemu mężowi. - Na Allaha, to twój! - przyznał mąż. - Przypomnij sobie, Nohudo, czy w owym czasie był u ciebie Mibarek
- rzekłem do niej. - Mibarek nie, lecz kaleka. Zawołano go, aby mu dać jeść.
Naramiennik leżał na stole, potem schowałam go przy nim do szafy.
Widział to, a gdy w kilka dni potem zaglądnęłam tam przypadkowo,
naramiennika nie znalazłam. - Więc znasz teraz złodzieja. - To on. On go miał; to dowiedzione. O ty łajdaku! Ja ci oczy
wydrapię, ja ci... - Cicho teraz - przerwałem w obawie, że potok jej wymowy,
wystąpiwszy raz z brzegów, nie opadnie znowu tak łatwo. - Zatrzymaj
naramiennik i zażądaj ukarania złodzieja. Widzicie teraz, jakiego
czciliście człowieka. Ten zbój został teraz nawet basz kiatibem i
sądził drugich. Przeklął mnie i posłał do piekieł, a ja omal nie
ściągnąłem na siebie gniewu tego zacnego zebrania. Domagam się
zamknięcia go w bezpiecznem miejscu, z którego nie można umknąć, i
zawiadomienia o tem makredża z Saloniki. Przyznano mi nietylko słuszność, lecz ozwały się nawet liczne
okrzyki: - Obijcie go naprzód! Dajcie mu bastonadę! Porozbijajcie mu
podeszwy! - Sapytyn ic ona bojunu - skręćcie mu kark! - unosił się "groszek"
srodze rozgniewany z powodu dokonanej u niej kradzieży. Mibarek milczał dotychczas. Teraz dopiero zawołał: - Nie wierzcie mu, to giaur! To złodziej. Wsunął mi właśnie do
kieszeni naramiennik. On - wai... Przerwał sobie tym okrzykiem bólu, bo harap Halefa spadł z
trzaskiem na jego plecy. - Czekaj, łotrze! - zawołał hadżi. - Ja ci to na plecach wypiszę,
że dziś dopiero przyjechaliśmy w te strony. Jak mógł ten emir
ukraść naramiennik? Zresztą taki sławny effendi nie może być
złodziejem. Masz tu dowody. Wymierzył mu jeszcze kilka tak potężnych razów, że obity głośno
zaryczał. - Aferim, aferim - brawo, brawo! - zawołali ci sami, którzy przed
niewielu chwilami mogli być dla mnie niebezpiecznymi. Kodża basza nie wiedział, co ma robić, a czego nie. Zdał to już na
mnie. Skorzystał jednak czemprędzej ze sposobności i usiadł
napowrót na swojem krześle urzędowem. W ten sposób ocalił
przynajmniej honor. Jego współsędziowie zachowali się milcząco. Odczuwali zapewne coś
w rodzaju przygnębienia. Kawasi zrozumieli, że moje akcye poszły w górę, a przypuszczając,
że dzięki temu jestem w lepszym humorze i nie przedstawiam już dla
nich niebezpieczeństwa, zbliżyli się znowu jeden za drugim. - Zwiążcie tego nicponia! - rozkazałem. - Skrępujcie mu ręce! Usłuchali w tej chwili, a żaden z obecnych urzędników sądowych nie
sprzeciwił się mej samowoli. Mibarek przekonał się widocznie, że najlepiej się poddać. Pozwolił
się więc związać bez oporu i usiadł potem na swojem miejscu, gdzie
skulił się w sobie. Członkowie sądu powstali szybko ze swoich
miejsc. Nie chcieli dzielić ławy ze zbrodniarzem. - A teraz wrócimy do twego wyroku - rzekłem do kodży baszy. - Czy
znasz ustawy swojego kraju? - Naturalnie, że je znać muszę - odparł. Uczyłem się w wyższej
szkole. - Nie wierzę temu. - Czemu nie? - spytał dotknięty. - Znam całe prawo duchowne,
oparte na Koranie, na Sunnie i na wyrokach czteru pierwszych
kalifów. - Czy znasz także milteka el buher, czyli wasz kodeks cywilny i
karny? - Znam. Ułożył go szejk Ibrahim Halebi. - Jeżeli rzeczywiście znane ci są te przepisy, dlaczego wedle nich
nie postępujesz? - Trzymałem się ich surowo zawsze i dzisiaj. - Nieprawda. Napisano tam, że sędzia przed ogłoszeniem choćby
najgorszemu zbrodniarzowi wyroku musi mu dać sposobność i czas do
obrony. Wy zasądziliście mego przyjaciela i opiekuna, nie
dopuszczając go do słowa obrony. Wasz wyrok nie jest zatem
prawomocny.Przy rozprawie mają być także wszyscy oskarżeni i świadkowie, a tu
nie uczyniono zadość temu wymaganiu prawa. - Przecież są wszyscy! - Nie. Nie widzę oberżysty Ibareka. Gdzie on jest? Sędzia kiwnął
głową z zakłopotaniem, wstał i odrzekł: - Ja go sprowadzę. Chciał odejść ale ja, przeczuwając, co zaszło, wstrzymałem baszę
za ramię i zwróciłem się do kawasów: - Sprowadźcie Ibareka, ale zupełnie w tym samym stanie, w którym
się teraz znajduje! Dwu z nich oddaliło się i przyprowadzili niebawem gospodarza, z
rękami związanemi na plecach. - Co to jest? Czego się dopuścił ten człowiek, że go skrępowano? -
spytałem. - Kto to nakazał? Basza rzucił głową tam i nazad i odrzekł: - Tak chciał Mibarek! - Więc kodża basza ma to wypełniać, co basz kiatib rozkaże? A
jednak twierdzisz, że studyowałeś ustawy! W takim razie nic
dziwnego, że w twoim powiecie uważano łotrów za świętych. - Miałem do tego prawo - bronił się półgębkiem. - Nie zdołasz mi tego dowieść. - Przeciwnie! Nie kazałem was aresztować, ponieważ jesteście obcy,
ale oberżysta jest mieszkańcem naszych okolic. Podlega mojej
władzy. - A ty sądzisz, że wolno ci nadużywać tej władzy? Tu stoi kilkuset
twoich podwładnych. Czy myślisz, że wolno ci z nimi robić, co ci
się podoba? Może ci się to udawało dotychczas, ale oni zapamiętają
sobie dzisiejsze zdarzenie i będą na przyszłość domagali się
sprawiedliwości. Ibareka okradziono. Przyszedł do ciebie z prośbą o
pomoc. Zamiast mu jej udzielić, kazałeś go związać i zamknąć. Jak
usprawiedliwisz tę niesprawiedliwość? Żądam, żebyś mu więzy
rozpuścił natychmiast. - To do kawasów należy. - Nie. Sam to zrobisz na pokutę za swoją niesprawiedliwość. Tego mu przecież było za wiele. - Któż ty jesteś właściwie - huknął na mnie z gniewem - że
rozkazujesz tu, jak gdybyś był naszym makredżem, albo biladem i
kamze mollatari?! - Patrz, oto moje papiery! Podałem mu paszporty. Ujrzawszy teskereh, buyuruldi i ferman
zmrużył z przestrachem małe kaprawe oczka i zawahał głową jak
metronom. - Panie, ty stoisz W cieniu wielkorządcy! - zawołał. - Staraj się zatem, żeby i na ciebie padła część tego cienia! - Spełnię twe żądanie. Przystąpił do Ibareka i rozwiązał mu sznury. - Czy jesteś zadowolony? - zapytał. - Na razie. Żądam jednak czegoś więcej od ciebie. Twój kawas Selim
zdał ci raport całkiem fałszywy. Spotkanie wyglądało zupełnie
inaczej, niż on to przedstawił. Mibarek poddał mu z pewnością, jak
ma mówić, aby nam jak najwięcej zaszkodzić. - Nie przypuszczam. - Ale ja jestem tego pewny, gdyż on to nakłonił także przewoźnika
do stronniczego zeznania przeciwko mnie. - Czy to prawda? Pytanie to zwrócone było do przewoźnika, który wierzył już teraz,
że Mibarek nie jest już dla niego groźny i opowiedział bez trwogi,
jak on go do kłamstwa namawiał. - Widzisz - rzekłem do baszy - że wcale nie godziłem na życie tego
człowieka. Widziałem, że był szpiegiem starego i zabrałem go, aby
zbadać tę sprawę. Oto wszystko. Jeżeli chcesz mnie za to ukarać, to
gotów jestem rozpocząć moją obronę. - Panie, o karze nie może być mowy. Nie popełniłeś żadnego błędu. - W takim razie towarzysza mego także nie należy karać z powodu
kawasa, gdyż nie on, lecz kto inny ponosi winą całego zdarzenia. - Kto to, ten inny? - Ty sam. - Ja? Jakto? - Gdy Ibareka okradziono, przyszedł ci o tem donieść. Co
uczyniłeś, by spełnić swój obowiązek? - Wszystko, co tylko mogłem. - Tak? Co to było? - Poleciłem Selimowi, żeby się namyślił, co dalej robić. - A innym kawasom nie? - To było zbyteczne. Niczegoby nie odkryli. - W takim razie są twoi policyanci wielkimi głupcami, bo ty wiesz
z góry, co im się nie powiedzie. Kradzieży tu dokonano, dlaczegóż
więc powierzyłeś to Selimowi, który się tu od niedawna znajduje? - Bo najmądrzejszy. - Sądzą, że masz powód całkiem inny. - Panie, jaki mógłbym mieć powód? - Prawy urzędnik poruszy wszystko, aby odszukać takiego
zbrodniarza. Ty to zamilczałeś, a temu jednemu, któremu to
powiedziałeś, dałeś cały tydzień do namysłu nad sprawą. To tak
wygląda, jak gdybyś sobie życzył, żeby złodzieje umknęli. - Effendi, o co ty mnie posądzasz?. - Moje zdanie stosuje się całkiem do twego zachowania. Nic nie
było bardziej wskazanem, jak polecić szukać złodziei w Ostromdży. - Wszakże odjechali do Dojran! - Trzeba być uprzedzonym, aby czemuś podobnemu uwierzyć. Żaden
złodziej się nie zdradzi, dokąd się udać zamierza. Tyle powinieneś
wiedzieć jako stary prawnik. Co będzie, jeśli ja odkryję, że jesteś
przyjacielem zbrodniarzy? Zaczął okropnie kiwać głową ze strachu. - Panie, ja nie wiem, co mam na to powiedzieć! - zawołał. - Nie mów nic, bo moje zdanie zostanie mimoto nie zmienione.
Gdybyś się był zajął tą sprawą tak, jak było twoim obowiązkiem,
mielibyśmy złodziei już dawno. - Czy myślisz, że zgłoszą się u mnie dobrowolnie? - Nie, ale sądzę, że są tutaj w Ostromdży. - To nie może być! Do żadnego konaku nie zajechało trzech
jeźdźców. - Ani im się też śniło. Oni się nie pokażą tak blizko miejsca
czynu. Oni się ukryli. - Czy mam wiedzieć, u kogo? - Naturalnie. Ja jestem obcy, a wiem. - Co? Ty wiesz o tem? - Tak, całkiem dokładnie. - W takim razie jesteś chyba wszechwiedzącym. - Nie, ale nauczyłem się myśleć. Takie łotry chowają się tylko u
równych sobie. Kto zaś jest najgorszym w Ostromdży? - Czy masz Mibareka na myśli? - Odgadłeś. - Mają być u niego? - Napewno. - Mylisz się. - Tak dalece się nie mylę, że gotów jestem założyć się z tobą.
Jeśli chcesz schwytać złodziei, musisz wyjść na ruinę. Spojrzał na Mibareka, który mu odpowiedział spojrzeniem. Wydawało
się całkiem, jak gdyby się porozumieli. - Byłby to daremny trud, panie - powiedział. - Jestem przekonany o czemś przeciwnem i zapewniam cię, że
znajdziemy nietylko złodziei, lecz i skradzione przedmioty. Dlatego
wzywam cię, żebyś udał się za mną z twymi kawasami. - Ty jednak żartujesz? - Nie, to na seryo. - W tej ciemności? - Czy się obawiasz? - Nie, ale tacy ludzie są niebezpieczni. Jeżeli rzeczywiście są na
górze, to się będą bronili; zaczekaj lepiej do jutra, aż dzień
nastanie. - Mogą uciec do tego czasu. Zdaje się zresztą, że są tu ludzie,
którzy gotowi ostrzec złodziei. - Tego nikt nie uczyni. Ja sam się o to postaram, żeby się nikt
tej nocy do ruiny nie zbliżał. - Zarządź lepiej to, żebyśmy mogli wyruszyć wcześniej i wydaj
rozkaz, żeby przyniesiono latarnie. - Panie, odstąp od tego przedsięwzięcia! - Nie! Jeśli ociągasz się ze spełnieniem swego obowiązku, to
zostań w domu. Znajdę innych ludzi, godniejszych urzędu kodży
baszy. To poskutkowało. Zachwiał jeszcze kilka razy głową, ale
powiedział: - Nie wolno ci mnie nie uznawać. Baczę tylko na twe własne dobro i
nie życzę sobie, byś się na niebezpieczeństwo narażał. - Nie troszcz się o mnie! Sam dbam o moje dobro. - Czy weźmiemy z sobą Mibareka? - Tak. On nas poprowadzi. - Więc pozwól, że się postaram o broń i oświetlenie. Udał się do domu. Wielu ludzi pośpieszyło do domów, jak przypuszczałem, po pochodnie
itp., aby potem nam towarzyszyć. Ibarek, który cicho przysłuchiwał
się rozprawie, spytał mnie teraz: - Effendi, czy przewidujesz, że istotnie złowimy tych trzech
opryszków? - Nie ulega wątpliwości. - I że odzyskam moją własność? - Jestem tego pewien. - Panie, ja ciebie pojąć nie mogę! Zdaje się, że wiesz wszystko.
Pójdę oczywiście z ochotą na górę do ruiny. - A cóż powiesz o pustelniku? Wielbiłeś go, chociaż go się
obawiałeś. Już wówczas, kiedy go opisywałeś, przeczuwałem, że to
opryszek. Złodzieje twego mienia znajdują się u niego. Basza wrócił niebawem. Przyniósł kilka starych latarni, kilka
pochodni i sporą ilość smolaków. Reszta ludzi przyszła także z
podobnemi przyrządami do oświetlenia, poczem cała gromada ruszyła z
miejsca. Pochód nocny do ruiny celem schwytania złodziei był czemś
nadzwyczajnem. Coś podobnego nie zdarzyło się tam nigdy. Ludności
się to spodobało. To też przyłączyli się do nas prawie wszyscy
mieszkańcy miejscowości. Ponieważ nie całkiem dowierzałem kodży i jego kawasom, musieli
Osko i Omar pilnować Mibareka. Wzięli go pomiędzy siebie. Przodem kroczyło kilku kawasów. Następował kodża z członkami sądu,
a za nimi Mibarek ze swoimi stróżami, potem ja z Halefem i obydwoma
powinowatymi oberżystami, a w tyle za nami pośpieszali starzy i
młodzież Ostromdży. Zabawne były wygłaszane o nas uwagi. Jeden twierdził, że jestem
księciem krwi, drugi miał mnie za perskiego syna książęcego, trzeci
przysięgał, że jestem indyjskim czarownikiem, a czwarty wołał
głośno, że jestem następcą tronu z Moskwy i że przybyłem, aby kraj
zdobyć dla Rosyi. Im bliżej byliśmy ruiny, tem ciszej zachowywali się ludzie.
Zrozumieli, że chcąc schwytać rozbójników, należy do tego brać się
ostrożnie. Wielu zatrzymało się tam, gdzie las się zaczynał. To byli
trwożliwi, którzy zapewniali gorąco, że dlatego się tu ustawiają,
żeby nie przepuścić złodziei, gdyby tędy rzucili się do ucieczki. Gdyśmy doszli do miejsca otwartego, panowała już cisza grobowa.
Bohaterowie byli zaniepokojeni. Opryszki mogli się każdej chwili
ukazać, mogli stać za każdem drzewem po drodze. Stąpano tak cicho,
jak tylko się dało, aby ich nie spłoszyć, a zarazem aby nie być
tym, czy tą, ktoby musiał wdać się w walkę z nimi. Były bowiem przy
tem także kobiety. Ta cisza, pełna napięcia, doznała jednak raz krótkiej przerwy. Z
kobiecej krtani wydarł się przeraźliwy krzyk. Gdy przybyłem na to
miejsce, zastałem "groszek" Nohudę w zimnem źródle, nad którem
znalazłem jaskier. Siedziała do pasa w wodzie i wygłaszała do swego
ukochanego męża, członka sądu, przemowę, której treść wymagała
bezwarunkowo, by słowa padały w znacznie cichszym tonie. Nie
chciała się dać wyciągnąć z obawy przed zaziębieniem, gdyby
przemoczona musiała iść w chłodnem wieczornem powietrzu. Dopiero,
gdy jej wyjaśniłem, że woda zimniejsza od powietrza, oświadczyła
uroczyście: - Effendi, twojej rady posłucham. Ty rozumiesz to wszystko lepiej
od drugich i od mego męża, który mnie wprost wtrącił do tej dziury. Wydobyłem ją. Szczęściem sięgała woda zaledwie na jedną stopę
wgłąb. Nie wiem niestety, czy to w następstwie zaszkodziło co jej
rdzą żelazistą odmłodzonej piękności. Mibarek stał z Oską i Omarem u drzwi swej chaty. Żądał, żeby go
wpuścić. Ponieważ jednak zajmował się chemią i biegły był rzekomo w
różnych sztukach czarnoksięskich, więc mu nie dowierzałem. Mógł
mieć tam jakieś urządzenie na wypadek nagłego uwięzienia. - Co cię tam ciągnie? - zapytałem. Milczał; poczciwiec nie chciał już o mnie wiedzieć nic więcej. - Jeśli się nie odezwiesz, to nie spodziewaj się spełnienia swego
życzenia. Teraz odpowiedział: - Są tam zwierzęta, które karmić należy, jeżeli z głodu zginąć nie
mają. - Ja sam je jutro nakarmię. Mieszkaniem twojem jest od teraz
więzienie. Gotów jestem jednakowoż zadość uczynić twemu życzeniu,
jeśli mi odpowiesz na kilka pytań zgodnie z prawdą. - Pytaj! - Czy jest kto w odwiedzinach u ciebie? - Nie. - Czy oprócz ciebie przebywa kto w chacie, albo w ruinie? - Nie. - Nie wiesz, czy jest kto obecny w chacie? - Niema nikogo. Wiedziałbym o tem. - Czy znasz człowieka imieniem Manach el Barsza? - Nie. - A Baruda el Amazat? - Także nie. - A jednak ci ludzie utrzymują, że znają ciebie bardzo dobrze. - To nieprawda. - Że zawiadomiłeś ich dzisiaj o mojem przybyciu. - To kłamstwo! - I że obiecałeś postarać się, żeby mnie uwięziono. Potem
mieliście przyjść, aby mnie zamordować. Nie odpowiedział natychmiast. Wydało mu się przecież dziwnem, że
wiedziałem to wszystko. Zaczynało mu widocznie świtać w głowie, że
nie wszystko znajdzie tu dziś wieczorem tak, jak zostawił.
Słyszałem, jak połykał i połykał coś z trudem, poczem dopiero
odrzekł: - Panie, ja nie mam pojęcia, o czem ty mówisz i czego ty chcesz
odemnie. Nie znam nazwisk, które dopiero co wymieniłeś i nic mnie
nie łączy z takimi ludźmi, jakimi są niezawodnie ci, o których się
pytasz. - Więc nie wiadomo ci także, iż mają tu przybyć dwaj bracia z
wieścią, że poniosłem śmierć w Menliku? - O Allah, nie wiem ani słowa, ani zgłoski! - Tak dalece nic nie wiesz, że lituję się nad tą nieświadomością.
Ta litość zmusza mnie do otworzenia ci oczu na to, jak
niebezpieczni ludzie znajdują się w twem pobliżu. Chodź! Wziąłem go pod ramię i poprowadziłem. Na moje skinienie ruszył
Halef przodem z pochodnią, aby nam świecić. Za nim szli panowie z
kazy, Osko, Omar i obaj oberżyści. Reszta musiała zostać, bo w
rruinie miejsca tyle nie było. Co się musiało dziać z Mibarekiem, gdy widział, z jaką pewnością
idziemy drogą, o której myślał, że jest tajemnicą dla obcych! Gdy Halef odsunął powój, usłyszałem, że zaklął, nie mogąc nad sobą
zapanować. - Co, konie? - zapytał kodża basza, gdy weszliśmy do przedziału,
zamienionego na stajnię. Ponieważ to była noc, (mieliśmy trochę kłopotu ze zwierzętami. Nie
były poprzywiązywane i lękały się świateł i ludzi. - Gdzie są konie, tam muszą być także ludzie - rzekł Halef. -
Chodźcie tu, to ich znajdziemy! Trzej skrępowani leżeli wciąż jeszcze tak, jak ich zostawiliśmy
tutaj. Nie wymówiono z początku ani słowa. Rozwiązałem ich przy pomocy
Halefa tak, że mogli powstać i poruszać nogami. - Manachu el Barsza, czy znasz tego człowieka? - spytałem,
wskazując na Mibareka. - Niechaj cię Allah potępi! - odpowiedział. - Barudzie el Amazat, a ty znasz go? - Ruń z mostu śmierci na dno potępienia wiecznego! - zawołał. Na to zwróciłem się do dozorcy więzienia: - Ty popełniłeś tylko to zło, że uwolniłeś tego więźnia. Kara tych
dwu będzie ciężka, ale twoja wypadnie lżej, gdy dowiedziesz, że nie
jesteś zatwardziałym grzesznikiem. Powiedz mi prawdę! Czy znasz
tego człowieka? - Tak - odrzekł po kilku chwilach zastanowienia. - Kto on? - To stary Mibarek. - Czy znane ci jego prawdziwe nazwisko? - Nie. - On i twoi towarzysze znają się wzajem? - Tak. Manach el Barsza bywał bardzo często u niego. - Mnie miano pozbawić życia w Menliku? - Tak. - A dziś powzięto taki sam zamiar. Chciano mnie zabić w więzieniu? - Tak jest. - A teraz jeszcze jedno. Podczas gdy ty grałeś z Ibarekiem, tamci
dwaj go okradli? - Nie ja, lecz oni. - To wystarczy! Brałeś w tem udział jak i oni, bo swojemi
sztuczkami przyczyniłeś się do tego, że się kradzież udała. Wiem
już dość. Zwracając się do kodży baszy, spytałem: - No, czy nie twierdziłem słusznie? Czy złodziei niema w ruinie? - Panie, tyś ich już odnalazł był wówczas, kiedy mi o nich
mówiłeś. - Zapewne! Ale to że ich odkryłem w sam czas i tak szybko, niech
będzie dla ciebie dowodem, jak łatwo mogłeś spełnić swój obowiązek.
Tych trzech ludzi zaprowadzisz do więzienia i każesz ich dobrze
pilnować. Zaraz jutro rano poślesz raport do makredża, a ja dodam
do tego swój. On potem zarządzi, co się ma stać ze zbrodniarzami.
Ibareku, patrz tu na ziemię! Zdaje mi się, że to są przedmioty,
które ci ukradziono. Zawartość kieszeni opryszków ułożyliśmy na ziemi w trzy kupki.
Ibarek ucieszył się niezmiernie, widząc znów swoją własność. Chciał
ją wziąć sobie, gdy w tem odezwał się kodża basza: - Stój! To nie pójdzie tak prędko. Muszę te rzeczy zabrać ze sobą.
One posłużą jako dowód przy rozprawie i jako wskazówka przy
wymiarze kary. Znałem zwyczaje ludzi tego rodzaju. Kto wie, czy Ibarek dostałby
co napowrót! Odpowiedziałem więc zamiast niego: - To niepotrzebne. Ja sam sporządzę wykaz tych rzeczy i ocenię je
wedle wartości. Ten spis zrobi tę samą służbę, co przedmioty. - Panie, ty nie jesteś urzędnikiem. - Człowiecze, udowodniłem ci dzisiaj, że byłbym lepszym
urzędnikiem od ciebie! Jeżeli odrzucisz mój projekt, napiszę do
makredża o wiele obszerniej, niżbyś sobie życzył. Milcz więc! To
leży w twym własnym interesie. Widziałem, że gotował się do odpowiedzi grubjańskiej, lecz się
powstrzymał. Musiał to sobie powiedzieć, że działałby na swoją
szkodę. Podniósł jednak zaraz inne uroszczenia: - Niechaj więc on sobie zabierze swoje rzeczy, ale ja konfiskuję
wszystko, co schwytani mieli przy sobie. Chciał się schylić, aby podnieść woreczki z pieniędzmi i inne
przedmioty. - Stój! - rzekłem. - To już skonfiskowane. - Przez kogo? - Przezemnie. - Czy masz prawo do tego? - Pewnie! Zrobię wykaz i z tego także, a ty możesz służyć za
świadka, ażebym nie sprzeniewierzył niczego. Potem jedno i drugie
tj. spis i rzeczy poślę makredżowi. - To wszystko ma być w moim ręku! - I ty skorzystasz z przysługującego ci prawa. Skonfiskuj konie z
tem, co do nich należy, a stanie się zadość twej woli. Wszystko
inne biorę ja. Halefie, schowaj to wszystko! Mały hadżi tak szybko stawił się na zawołanie, że w kilka sekund
zniknęło wszystko w jego kieszeniach. - Złodzieje! - mruknął Mibarek. Nagroda nastąpiła w tej chwili. Harap Halefa dał mu wyraźną i
bolesną odpowiedź. Potem wyprowadzono uwięzionych na miejsce otwarte. Tam stała
ciekawa publiczność, cisnąc się, aby zobaczyć złodziei. Ibarek opowiedział donośnym głosem, że odzyskał szczęśliwie swoją
własność. Nie szczędził nam pochwał. Kawasi wzięli czterech aresztantów w środek i ruszyli z miejsca.
Tłum szedł za nami, opowiadając sobie o udałej przygodzie. Powrót
odbywał się o wiele głośniej niż wyjście na górę. Panowie z sądu przyłączyli się także do pochodu. Ja zostałem w
tyle z Halefem, bo skinął na mnie. - Zihdi - rzekł. - Mam jeszcze pół pochodni. Zgasła wprawdzie, ale
możemy ją zapalić na nowo. Czy nie oglądniemy chaty starego? - Tak. Spróbujemy przynajmniej. - Masz jeszcze klucz? Widziałem, że go schowałeś, wypróżniając
temu rabusiowi podczas rozprawy kieszenie. - Mam go jeszcze, ale nie jestem pewny, czy to klucz od chaty. - Będzie ten sam, bo jakiżby miał inny? Zaczekaliśmy, dopóki wszyscy nie zniknęli i otworzyliśmy drzwi.
Zapomocą zapałki i kawałka papieru roznieciliśmy na nowo pochodnię
i weszliśmy do środka. Nędzny ten budynek opierał się, jak już wspomniano, o mur.
Patrzącemu z zewnątrz mogło się zdawać, że posiada tylko jedną
izbę, jednak wewnątrz zobaczyliśmy, że ich jest kilka, jedna za
drugą. Pokoje dalsze należały do zamku, a chata przystawiona była
tylko chytrze do otworu. Przednia izba, prawie pusta, służyła
najprawdopodobniej jedynie do przyjmowania odwiedzających. Chcąc przestąpić próg do drugiego przedziału, zauważyłem kilka
nici, biegnących górą, dołem i środkiem na poprzek wejścia.
Dotknąłem jednej z nich ostrożnie rękojeścią szpicruty i w tej
chwili huknął strzał. Koty zaczęły miauczeć, psy szczekać, kruk i
krakać, a równocześnie zabrzmiały różne inne głosy. - O Allah! - zaśmiał się Halef. - Znajdujemy się pewnie w arce
praojca Noego. Ale, zihdi, radzę nie iść już dalej. Zaczekajmy
lepiej, aż dzień nastanie. Zgodziłem się na to chętnie. Aczkolwiek nie podejrzewałem starego
Mibareka o nadzwyczajne wiadomości z fizyki, mogły one przecież
wystarczyć na sporządzenie przyrządu do unieszkodliwiania obcych
wdzierców. Zamknęliśmy więc drzwi napowrót i zagasiliśmy pochodnię. Właśnie, gdy zamierzaliśmy się udać do domu, przymknęła do nas
jakaś postać kobieca. Nie poznałem jej twarzy. Ona jednak
pochwyciła mnie za rękę i przycisnęła ją do ust, zanim temu
zdołałem przeszkodzić. - Spostrzegłam przy świetle pochodni, że to ty jesteś, effendi, i
przyszłam ci jeszcze raz podziękować. Była to ziolarka Nebatia. - Co tu robisz na górze? - spytałem. - Czy byłaś tu już, gdy
zabieraliśmy więźniów? - Nie. Niema uciechy dla serca mego, kiedy widzę takich
nieszczęśliwych ludzi. Ale byłam na dziedzińcu kodży baszy, kiedy
cię miano zasądzić. Panie, byłeś dzielnym, ale naraziłeś sobie
także ciężkiego wroga. - Kogo? Mibareka? - Nie myślę o nim, chociaż i on cię nienawidzi. Ostrzegam cię
przed kodża baszą. - Sądzę, że nie darzy mnie chyba szczególną życzliwością, ale go
się jako wroga nie boję. - Proszę cię jednak, bądź ostrożny. - Czy to taka niedobra figura? - Tak. To naczelnik władzy, ale pocichu wspiera ludzi Szuta. - Ach, skąd wiesz o tem? - Bywał często nocą u Mibareka. - Czy się nie pomyliłaś? - Nie. Widziałam go dobrze przy świetle księżyca, a w ciemności
poznawałam go po głosie. - Hm! Bywałaś tu na górze tak często? - Często, pomimo zakazu Mibareka. Ja lubię noce. To przyjaciółki
człowieka. Noc zostawia człowieka sam na sam z Bogiem i nie
dopuszcza, żeby mu przeszkadzano w modlitwie. Są też rośliny,
których się szuka tylko w nocy. - Rzeczywiście - Tak, jak są rośliny, które pachną tylko w nocy, taksamo istnieją
takie, które czuwają w nocy, a śpią we dnie. A tu na górze są takie
przyjaciółki nocy, przy których przesiaduję chętnie, aby z niemi
rozmawiać i czekać na ich odpowiedź... W ostatnich czasach
przychodziło mi to znacznie trudniej, ale dzisiaj zdemaskowałeś
mego wroga. Ponieważ jest uwięziony, wyszłam zaraz na górę, aby
sobie zabrać króla po północy. - Króla? Czy to także roślina? - Tak. Czy jej nie znasz? - Nie. - Jest królem, bo gdy on umiera, ginie z nim razem cały jego
naród. Miałem do czynienia z oryginalnem i nastrój owem usposobieniem
kobiecem. Ta niewiasta musiała w pocie czoła pracować na utrzymanie
rodziny, a mimoto znajdowała czas na obcowanie całemi godzinami z
roślinami, na rozmowę z niemi i podsłuchiwanie tajemnic ich bytu. - Jak się ta roślina nazywa? - spytałem zaciekawiony. - To hadż Marrjam. Jaka szkoda, że nie jest ci znana! - Znam ją, ale nie wiedziałem, że ma króla. - Wie o tem tylko ludzi niewielu, a wśród tej garstki mało jest
szczęśliwców, którzyby króla znaleźli. Musi się bardzo lubieć hadż
Marrjam i znać dobrze jej właściwości, to się ją odkryje. Lud
rośnie chętnie na miejscach nieurodzajnych, po górach, złomach
skalistych i nagich zboczach. Wyrasta zawsze w koło, które jest
jużto małe, jużto wielkie, a w samym środku tego koła stoi zawsze
król. To było dla mnie czemś nowem. Hadż Marrjam znaczy krzyż Maryi, a
zupełnie ta sama roślina żyje także u nas i nazywa się oset lub
bodiak. Kobieta ciągnęła dalej na ulubiony swój temat: - Ten oset jest bardzo suchy i kruchy, niezbyt wysoki i o bardzo
cienkiej łodydze. Tylko król jest szeroki i rozszerza się z dniem
każdym. Łodygę ma tak cienką jak klinga sztyletu, ale może dojść
grubości dwu rąk ludzkich i podtrzymuje wązką głowę, pod którą
widnieje wąż zygzakowaty. Ten wąż świeci w nocy. - To prawda? - Nie okłamuję cię, panie. Widywałam to często i dzisiaj znowu
zobaczę. Jeśli się zabierze króla, giną wszyscy jego poddani.
Zamierają w przeciągu jednego miesiąca. W przeciwnym razie późnej
starości dochodzą. Król, którego dzisiaj zerwę, ma z dziesięć lat. - Ale, jeśli go zabierzesz, wymrze lud jego. - O nie. Tam wyrósł nowy król, młody, więc można usunąć stamtąd
starego. Musi się to stać w niedzielę pierwszą po nowiu w święty
dzień chrześcijan, których Marrjam jest królową niebieską. W tym
dniu świeci król najpiękniej; świeci nawet po zerwaniu jeszcze
przez kilka nocy. Wówczas ma siłę największą. Dzisiaj właśnie jest
pierwsza niedziela po nowiu, to też wezmę sobie króla tej nocy.
Gdybyś miał czas, mógłbyś się przekonać, jak świeci. - Poszedłbym z tobą chętnie, bo zajmują mnie takie tajemnice
przyrody, ale muszę niestety udać się do miasta. - Więc przyniosę ci go jutro wieczorem, będzie jeszcze świecił. - Nie wiem, czy będę jeszcze w Ostromdży. - Panie, chcesz odjechać tak prędko? - Tak. Nie przybyłem tu, żeby bawić zbyt długo i czas mój jest
bardzo skąpo wymierzony. Ale powiedz mi, jaką siłę przypisują
królowi ostów? - Zwykły hadż Marrjam leczy suchoty, gdy go się pije jako herbatę;
oczywiście, gdy nie są zastarzałe. Oset zawiera materyę, zabijającą
drobniutkie stworzenia, które się w płucach rozwijają. O królu
powiadają zaś, że suchotnika jeszcze z grobu wyciągnie. - Czy próbowałaś już tego? - Nie. Wierzę w to, bo Stwórca jest wszechmocny i potrafi, jeżeli
zechce, najmniejszej roślince użyczyć mocy ogromnej. - Przyjdź więc do mnie jutro i pokaż mi króla, jeśli tu jeszcze
będę. Czy wiesz, gdzie mieszkam? - Słyszałam. Dobranoc, effendi! - Daj Boże szczęścia z królem! Poszła. - Zihdi, czy wierzysz w to o królu ostów? - zapytał Halef w
dalszej drodze. - Nie wątpię. - Nie słyszałem jeszcze nigdy, żeby rośliny miały swoich władców. - Nie wierzysz zatem. Gdy mi ta kobieta przyniesie tego władcę
hadżów Marrjam, ujrzysz go także. Nie przeczuwałem, że niebawem życie będę zawdzięczał królowi
ostów. To, że zbieraczka roślin była dziś przezeń na górze, miało
mi przynieść bardzo wielką korzyść. Zresztą nie jest król ostów
bynajmniej bajeczną rośliną. Znalazłem potem w saskich górach lud
ości i zatrzymałem się tam cztery dni, aby szukać króla ostów.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.